RSS
 

Archiwum dla kategorii ‘Movies’

Wierna

11 mar

Recezja kolejnej części serii „Niezgodna” na łamach FILM.COM.PL, gdzie od dłuższego czasu wrzucam większość moich tekstów. Ale to już dawno

wiecie ;)

 
Komentarze (6)

Napisane w kategorii Movies

 

The odds are finally in our favour

27 lis

„Igrzyska śmierci: Kosogłos, Część 2” jest adaptacją idealną, oddającą pełnię pomysłów książkowych, wiernie przenosząc je na ekran. Ze wszystkimi plusami i minusami tego rozwiązania.

„Igrzyska Śmierci” jako seria nie są tylko wysokobudżetowym filmem dla nastolatków. Starają się być także celnym komentarzem politycznym do sposobów działania władzy. Wszystko to ujęte jest jednak w nawias „dobrej rozrywki”, a całość powstała przecież z prostej przyczyny skakania po kanałach i nakładania na siebie reality show i fragmentów reportażu wojennego w głowie autorki pierwowzoru. Nietrudno jednak dostrzec chęci ujęcia głębszych znaczeń kryjących się pod przedstawionymi zdarzeniami. Najbardziej wyraźne widoczne jest to właśnie w finale historii, przypadającym na „część 2” ostatniego filmowego odcinka sagi. Dotyka on bowiem tematu otwartej wojny z oprawcą.

Filmy z serii „Igrzyska Śmierci” często rozpoczynają się cold-openingiem. Sceną, która wrzuca widza od razu w wir akcji, bądź jest bezpośrednią kontynuację wydarzeń poprzedniego odcinka serii. Tak jest też tym razem. Film otwiera się zbliżeniem na twarz Katniss tuż po ataku Peety, wieńczącym poprzednią część. W scenie tej udało się twórcom znaleźć prosty sposób, aby po raz kolejny przedstawić widzowi główną bohaterkę. Na tle dramatycznych wydarzeń z finału „części 1”, dziewczyna chce wytworzyć jak największy dystans między sobą a chłopakiem, dlatego zgłasza się na ochotnika do kolejnej misji.

Władza wie jednak, jak ważna jest ona dla ogólnej sprawy, dlatego nawet te działania będą ujęte w ramy telewizyjnego show. Wątek tworzenia symbolu ze zwykłej dziewczyny jest zresztą jedną z rzeczy, które wyróżniają „Igrzyska śmierci” na tle innych serii młodzieżowych, pokazując dwoistość takiego rozwiązania. Stanowi ono bowiem grę wewnątrz gry, zabawę pozorami, tworzenie ikon, symboli. Z ich pomocą można dążyć zarówno do ładu, jak i chaosu. W tej części filmowej sagi pada zresztą wiele bardzo trafnych uwag dotyczących symboliki Kosogłosa. Nie zdradzając za dużo, napiszę tylko, że w tym kontekście piękny jest w szczególności list Plutarcha do Katniss, doskonale zamykający tę część rozważań poczynionych w całej serii książek i filmów.

Ostatnia część sagi to film mocno zakorzeniony w swoich poprzednikach. Z wiadomych powodów przeszłe wydarzenia są tu cytowane często i gęsto, jednak w subtelny, naturalny sposób. Trafione jest na przykład wykorzystanie motywów muzycznych przewijających się we wcześniejszych odsłonach i użycie ich jako podkładu do scen o innym wydźwięku emocjonalnym. Zestawiając melodie, które kojarzą się z emocjonującymi scenami poprzedników, z nowymi sekwencjami finałowego odcinka, twórcy wzmagają emocje, towarzyszące wynikające z oglądania tych zdarzeń.

Film jest tym razem bardzo wyważony i przemyślnie skonstruowany. Nie czuć nadmiernego rozwleczenia akcji, co chwilami kłuło w oczy w poprzednim odcinku serii. Tutaj wszystko zdaje się być na swoim miejscu, a akcja zwalnia i przyspiesza w odpowiednich momentach, utrzymując dzięki temu uwagę widza. Wszystkie elementy zyskują też odpowiedni czas ekranowy.

Wydarzenia filmowe dokładnie podążają za wydarzeniami książkowymi, z wdziękiem ukazując je na ekranie. Z jednej strony to bardzo dobrze. Z drugiej, jedną z wad finału pierwowzoru było to, że jest on jedynie zarysowany, powierzchownie oddając zakres politycznych konsekwencji przedstawionych zdarzeń. Twórcy w zasadzie przełożyli go na ekran, nie dodając nic od siebie. A szkoda, bo polityczny wyraz tych scen mógł zyskać jeszcze większe znaczenie, gdyby nieco go podrasować. Zaufano tu inteligencji widza, który sam ma wyłapać niuanse sytuacji.

Nowy odcinek to także powrót do aktorskiej formy wszystkich aktorów. Jennifer Lawrence znów potrafi zagrać rozpacz (w poprzednim odcinku miała z tym lekkie problemy), Josh Hutcherson i Liam Hemsworth z gracją ogrywają swoje strony nietypowego trójkąta miłosnego, a wszystkie sceny znowu kradnie Jena Malone, jako niebojąca się wygłaszać swojego zdania, nieco sarkastyczna Johanna Mason. Jej interakcje z Katniss ogląda się z prawdziwą przyjemnością, dlatego aż szkoda, że jest jej tak mało na ekranie.

„Igrzyska śmierci: Kosogłos. Część 2” nie jest filmem, po którego seansie człowiek aż krzyczy z zachwytu „ja chcę jeszcze raz”. Jest to jednak satysfakcjonujące zwieńczenie historii. Kropka nad i w opowieści, która starała się pogodzić odmienne światy historii młodzieżowej z wizją dystopijnej rzeczywistości, której zadaniem było pokazanie różnorodnych skutków tyranii oraz zatarcia granic między tym, co udawane, a co prawdziwe.  Mimo, że „Igrzyska” to przecież „tylko” telewizyjne show, poniesione ofiary były rzeczywiste.  Zwieńczenie historii w postaci „Kosogłosa: części 2” jest na tyle udane, że zapewniające uczucie sytości. Stanowi godne zamknięcie niezwykle ciekawej serii młodzieżowej, która przemówiła do ludzi w każdym wieku.

Ocena: 8/10

Recenzję opublikowano także na łamach portalu FILM.COM.PL

 
Komentarze (6)

Napisane w kategorii Movies

 

Avengers: Czas Ultrona

08 maj

„Avengers: Age of Ultron”. Kolejny obraz z Marvelowej stajni jest dziełem, które od razu wrzuca widza w wir akcji, nie zatrzymując się, aby przedstawić nam bohaterów, czy przypomnieć co działo się poprzednio. Nie musi. Widzowie doskonale wiedzą na co się szykują i odrobili pracę domową w postaci obejrzenia poprzednich dziesięciu filmów, wchodzących w skład Marvel Cinematic Universe.

Po początkowej akcji odbicia znanego artefaktu z rąk Złych, następuje długi moment wyciszenia,  który stopuje akcję na rzecz rozważań na temat życia superbohaterów „po godzinach” i potrzebie czasu dla siebie. Następnie twórcy znów przyciskają pedał gazu i w kilku lokalizacjach prezentują stylową blockbusterową rozwałkę. Obraz przepełniony jest ogromną dawką humoru. Bohaterowie sypią bon-motami na prawo i lewo, genialnie operują mimiką, by ukazać swoje wewnętrzne zaskoczenie, a scena z imprezy, gdy panowie próbują podnieść młot Thora przejdzie do klasyków serii i gatunku.

Obraz Whedona stoi wzorową chemią między wszystkimi bohaterami, których z odcinka na odcinek przybywa. Mimo to interakcje każdego członka grupy z pozostałymi ogląda się z przyjemnością, gdyż widać w nich pełne zrozumienie współpracowników oraz gierki słowne, które ze sobą nieustannie prowadzą.

Fragmenty opowieści dotyczące Czarnej Wdowy pokazują zaś, że jej samodzielny film mógłby być interesującą szpiegowską historią, która mogłaby pokazać jej trening, jako wyszkolonej morderczyni i być może zahaczyć nawet o kawałek dziejów bohaterki, związanych z Budapesztem, o którym słuchaliśmy w pierwszej części „Avengers”. Wszystko wskazuje na to, że cała historia  Agentki Romanoff pełna jest intrygujących momentów. Szkoda, że dane nam będzie zobaczyć jedynie jej fragmenty. Więcej czasu ekranowego dostaje też Agent Burton – Hawykeye, który zyskuje trochę więcej osobowości i rozszerzone backstory, przez co zaczyna być pełnoprawnym członkiem ekipy, a nie jedynie drugoplanowym dodatkiem.

Nowe nabytki serii też radzą sobie bardzo przyzwoicie, dostając swoje mocne pięć minut. Najważniejszym dodatkiem jest rodzeństwo Maximoff: Petro i Wendy, czyli Quicksilver i Scarlet Witch, których widzieliśmy już w scenie po napisach „Zimowego Żołnierza”. Aaron Taylor-Johnson i Eilzabeth Olsen z wdziękiem i gracją prezentując możliwości swoich bohaterów. W szczególności dobrze wypada rozpędzony Quicksilver, któremu brakuje wprawdzie specyficznego poczucia humoru tegoż bohatera z „X-Men: Days of Future Past”, jednak sceny, w których za pomocą swojego atutu – prędkości, rozprawia się z przeciwnikami, są imponujące. Dobry jest też James Spader w tytułowej roli Ultrona, zwłaszcza w chwilach, gdy odkrywa w sobie wewnętrznego Petera Griffina z „Family Guya”, nieumyślnie powodując spustoszenie i w komiczny sposób za to przepraszając. Ultron pełen jest wewnętrznych rozterek, a chociaż jest robotem, jest niezwykle ludzki i łatwo dostrzec jego sposób myślenia.

Wartym wynotowania jest także fakt, zauważony już przez kilku kolegów po fachu – „Age of Ultron” to nie samodzielny film, a jedynie kolejny odcinek serialu, który z kilkumiesięcznymi odstępami chętnie oglądamy w kinie. Struktura filmu, bez wyraźnego początku, czy zakończenia wpisuje się dokładnie w tę serialową zasadę, przysparzając radości tym, którzy doskonale rozeznają się w koneksjach między poszczególnymi bohaterami, wyłapując smaczki, pojawiające się na ekranie. Jednym z nich może być to, że finał znów jest wariacją na temat pomysłu „obiekt latający ma spaść na miasto”, który występuje w niemal każdym z filmów Marvel Cinematic Universe. Mimo pewnej wtórności obraz przysparza jednak dobrej rozrywki. „Age of Ultron” wydaje się wprawdzie nieco rozpasany, odrobinę za długi w swojej środkowej części. Gdyby ciut go skrócić, tempo i siła  rozważań bohaterów byłaby mocniejsza. Z drugiej strony, nawet w obecnej formie, niektóre kwestie nie mogą w pełni wybrzmieć. Z seansu wyszedłem więc z pewnego rodzaju dychotomią, która nie zdarzała mi się przy poprzednich odcinkach MCU. Poczucie jednoczesnego przesytu i niedosytu to chyba główna przypadłość, jakiej doświadczyłem. Rozwiązaniem na to byłoby chyba nieco inne rozłożenie akcentow, takie jak to, które cechowało najlepszy odcinek Avengersowej przygody, czyli „Zimowego Żołnierza”. Tam konstrukcja fabuły była bardziej wyważona i klarowna, pewnie dlatego, że akcja kręciła się wokół mniejszej grupy bohaterów. Tutaj, chociaż każdy dostaje odpowiednią ilość czasu ekranowego, zabrakło wisienki na torcie, która sprawiłaby, że obraz oglądało by się jedynie z nieskrywaną radością, bez tej szczypty soli, która czyni odbiór nieco kwaśniejszym.

W dzisiejszych czasach trudno uniknąć zdjęć wyciekających z planu przed premierą, zwłaszcza siedząc w prasie filmowej, dlatego częścią rozrywki z seansu przysporzyło mi wyłapywanie momentów, które widać było na zdjęciach, które obiegły świat na wiele miesięcy przed premierą. Największą radość, poza śmianiem się z niezłych one-linerów, z których większość była jakby specjalnie przygotowana dla fanów serii, uwypuklając charakterystyczne zagrywki bohaterów, było także wyłapanie kilku sprytnych product-placementów. W tym tego, który rzucił mi się w oczy już w pierwszych minutach, czyli dresu firmy Hummel, który skojarzył mi się z czasem mieszkania w Danii, w której trudno było nie zauważyć szału na tę serię. Miło było więc zobaczyć taki akcent w wysokobudżetowej amerykańskiej produkcji. Ciekawe ile firma musiała zapłacić za to, żeby Pietro Maximoff mógł nosić to właśnie odzienie.

Avengers: Age of Ultron” ma bardzo wiele świetnych, celnych tekstów, intrygujących fragmentów interakcji, czy wciskających w fotel scen akcji, a jednak nie trafi na moją listę ulubionych filmów Marvela. „Kapitan Ameryka: Zimowy Żołnierz” zostaje w tym momencie na jej szczycie (nie licząc „Strażników Galaktyki”, którzy są trochę poza skalą i chwilowo nieco obok MCU). Dziś wieczorem wybieram się jednak na maraton filmów Marvela, więc być może zmienię moją opinię o drugiej części przygód ugrupowania superbohaterów. Na razie moja ocena to:

Ocena: 7/10

PS. Sceną po napisach tym razem się nie popisali, ale sekwencja napisów końcowych, układająca się w posąg przedstawiający walczących bohaterów jest już naprawdę dobra.

 
Komentarze (40)

Napisane w kategorii Movies

 

Śmierć jako choroba przenoszona drogą płciową

02 maj

It follows” Davida Roberta Mitchella to skromne dzieło, które w ciekawy sposób oddziałuje na widza.

Na wczesnym etapie filmu pada zdanie: „It’s slow, but it’s not stupid”, (Jest powolne, ale nie głupie), odnoszące się do tytułowego „Czegoś, co za mną chodzi„. Można odnieść je także do samego filmu – nieco za długiego, rozkręcającego się bardzo powoli, ale jednak umiejętnie trzymającego w napięciu, wykorzystując do tego najprostsze środki.

Film rozpoczyna się intrygującą, dziwną, emocjonującą i niezwykle klimatyczną sceną. W rytm posępnej, głośnej i budzącej niepokój muzyki, oglądamy jak młoda dziewczyna, odziana w biały top na ramiączkach, krótkie dżinsowe spodnie oraz buty na obcasach – typowy strój ofiary horroru – z przerażeniem wybiega z domu na przedmieściach. Jest środek dnia. Najdziwniejsze w tej scenie jest to, że przerażona bohaterka po chwili z powrotem wbiega do domu, by następnie… znów z niego wybiec, wsiadając do samochodu i odjeżdżając w siną dal. Niepokojący klimat tej sceny wynika z tego, że nie wiemy co dokładnie dzieje się na ekranie – przed czym dziewczyna ucieka?, z faktu posępnej muzyki, która alarmuje nasze zmysły, że oto za chwilę coś złego się wydarzy oraz z faktu, że całość nakręcono na jednym ujęciu, co dodatkowo zwiększa wiarygodność przedstawianych wydarzeń. Ten niepokój, wywołany początkiem, utrzyma się w filmie aż do samego końca, gdyż środki do zbudowania atmosfery zagrożenia, będą w nim stale wykorzystywane.

Film Mitchella opiera się bowiem na prostym i piekielnie skutecznym koncepcie, mówiącym, że „najbardziej przerażają nas rzeczy, których nie widzimy. Które musimy sobie wyobrazić”. „Coś”, które  chodzi za bohaterami może przyjąć bowiem formę dowolnego człowieka. „Coś” zawsze cię dopadnie. Uciekanie przed „Tym” jest jak uciekanie przed samą śmiercią. Co zresztą zostanie wypowiedziane wprost na ekranie. W tym kontekście niezwykle ważnym jest źródło całego nieszczęścia – seks jako coś, co śmierć przyciąga, aktywuje, ale także jako coś, co śmierć potrafi odciągnąć, skierować na inne tory. Swoisty Circle of Life, opowiedziany jako opowieść z dreszczykiem.

It Follows” umiejętnie buduje ramy świata, które widz wypełnia własnymi wizjami. Właśnie ten element umożliwił zachwyt krytyków i widzów na całym świecie i aż 98% znak jakości serwisu Rotten Tomatoes. Ja też świetnie się bawiłem. „It follows” to skromne dzieło, które pozostaje jednak w pamięci.

Ocena: 7/10

 
Komentarze (13)

Napisane w kategorii Movies

 

Szybcy i Wściekli 7

29 kwi

Furious 7

Film Jamesa Wana z 2015 roku

Szybcy i Wściekli 7” James Wana, czyli odcinek pod tytułem: „Samochody nie latają (uśmieszek)”, to obraz, który zaburza wszelkie prawa prawdopodobieństwa i fizyki, popuszczając wodze fantazji, jeśli chodzi o ukazywanie szalonej akcji na ekranie. Większość spektakularnie przegiętych momentów ukazano już wielokrotnie w zwiastunach, dlatego moment, który przynosi największe emocje, pojawia się pod sam koniec obrazu.

Fabuła, jak to zwykle w obrazach z tej serii bywa, jest bardzo pretekstowa i pozwala bohaterom przenosić się jedynie z miejsca na miejsce, aby w nowych okolicznościach przyrody mogli pokazywać swoje rozpędzone umiejętności w coraz bardziej wymyślnych sekwencjach akcji. Główny zrąb fabuły to ucieczka naszych bohaterów przed żądnym zemsty Deckardem Shawem (Jason Statham), bratem Owena, głównego przeciwnika Ekipy Doma w poprzednim odcinku serii. Reszta historii to jedynie efektowne przejścia między scenami kolejnych rozrób. Jak bardzo pretekstowa jest fabuła, widać doskonale w kuriozalnych momentach, w których Shaw z nienacka pojawia się wszędzie tam, gdzie są nasi bohaterowie. Taki jest jednak już urok tej serii – na wiele rzeczy trzeba zawierzyć niewiarę (suspend disbelief). Jest to jednak świadoma umowa z widzem, który doskonale wie, na co się pisze, idąc na film z cyferką „siedem” w tytule.

Tym razem powodem takiego stanu rzeczy, była nie tylko scenariuszowa przesada, ale i tragiczne wypadki losowe, które otaczały proces kręcenia obrazu. W trakcie zdjęć, w wypadku samochodowym zginął bowiem odtwórca jednej z głównych ról – Paul Walker. Aktor, siedzący na fotelu pasażera, wraz z kierowcą samochodu – Rogerem Rodasem, zmarli na miejscu. Ten cios zatrząsnął rodziną „Szybkich i Wściekłych”, która nie potrafiła pozbierać się po tych wydarzeniach. Prace nad filmem wstrzymano. Po kilku tygodniach wytwórnia i scenarzyści wpadli jednak na pomysł, jak ukończyć film, oddając tym samym hołd dla zmarłego. Dopisując kilka scen, postanowili poprosić braci Paula Walkera, aby zastąpili go na planie, a z pomocą grafiki komputerowej w kilku sekwencjach nanieśli jego twarz na wspomnianych stunt-doubles. W ten sposób film został ukończony.

Końcowy efekt jest tyleż satysfakcjonujący, co chwilami pełen melancholii. Wiedząc co przydarzyło się aktorowi, jego obecność na ekranie nabiera pewnego dodatkowego, smutnego znaczenia. Odczuwalne jest to zwłaszcza w momentach, które wyglądają, jak dopisane specjalnie, by wycisnąć emocje widza. Taka jest rozmowa telefoniczna Briana z Mią, w której bohaterowie na wszelki wypadek żegnają się ze sobą przed kolejną szaloną misją Doma i ekipy. Nie odczuwa się tego jak tanie granie na emocjach, gdyż, po tylu latach historii, naprawdę zżyliśmy się z bohaterami. Moment ten stanowi też zupełną zmianę klimatu i tempa, w rozpędzonej i nie posiadającej hamulców bezpieczeństwa akcji, gnającej od lokalizacji do lokalizacji.

Odkąd akcja wraca do Los Angeles, a dokładniej od momentu walki ulicznej Doma i Shawa, film nabiera jeszcze większych rumieńców. Może dlatego, że inne atrakcje, czyli latające samochody i latające samochody, część II: Abu Dhabi Jump, twórcy zdradzili już w każdym zwiastunie. Wspomniane sekwencje są oczywiście bardzo emocjonujące, jednak dopiero akcja w Los Angeles prawdziwie porywa, gdyż nie zdążyła się jeszcze widzowi opatrzeć. Satysfakcjonujące jest w szczególności to, że LA obfituje w ciekawe choreografie walk wręcz. Bitwa miejska Doma i Shawa przy użyciu narzędzi samochodowych jest świetna. Doskonała jest też akcja na schodach, w której Brian walczy z przeciwnikiem na pędzących po stromych schodach drzwiach wejściowych. Natomiast udział „The Rocka” w ostatecznym sukcesie grupy, dodaje tylko kolorytu rozpędzonym scenom, poprzedzającym wybuchowy finał.

Sekwencje miejskie to też ten moment, kiedy film zaczyna brać przykład z innych filmów akcji. Sceny, które przypominają rozwiązania zastosowane w kolejnych częściach „Terminatora„, „Szklanej Pułapki„, czy „Transformers”, przeplatają się tu z oryginalnymi pomysłami scenarzystów i choreografów, dając mieszankę wybuchową rozpędzonej wysokooktanowej akcji.

Wartym wynotowania jest także ładne, choć nieco za krótkie, połączenie z „Tokyo Drift”, wyjaśniające udział Vin Diesela w trzecim filmie serii i popychające akcję do przodu. W tej jednej scenie widać też ile lat minęło od tamtego filmu. O ile Vin Diesel zanadto się nie zmienił, o tyle na twarzy Lucasa Blacka widać było upływ lat.

Znak firmowy serii, czyli głośna, dynamiczna muzyka, znów stoi na niezłym poziomie. W ucho w szczególności wpada słyszane już w zwiastunach „Get Low” Dillona Francisa i DJ Snake’a. Utwór ten zostaje z widzem na dłużej, samoistnie snując się gdzieś z tyłu głowy w wiele godzin po seansie.  Niezłym jest też kawałek „See You Again” Wizza Kalify i Charliego Putha, wieńczący obraz. Stanowi on jednocześnie hołd dla Paula Walkera, przypominający jego najważniejsze momenty w serii „Fast and Furious”. W temacie muzyki warto także wspomnieć o malutkim cameo gwiazdy muzyki, stałym elemencie serii. Tym razem maleńką rolę otrzymała raperka Iggy Azaela.

Szybcy i Wściekli” swój najlepszy odcinek mają już za sobą (część 5), jednak seria cały czas nie zwalnia tempa, coraz mocniej naginając fizyczne prawa otaczającej nas rzeczywistości. Jak zauważył recenzent „Total Film”, Jamie Graham: „wkroczyliśmy już na terytorium superbohaterów”, z bohaterami, którzy sami zdają sobie sprawę z własnej nieśmiertelności/niezwyciężoności. Ba!, celowo wykorzystującymi ją do pokonania przeciwnika. Ciekawie jest też oglądać, jak film o nielegalnych wyścigach samochodowych na ulicach Los Angeles, ewoluował do dzieła dotykającego takich kwestii, jak globalny terroryzm, czy cyber-ataki hakerów. Tematów, które tak naprawdę stanowią jedynie pretekst dla pokazania nowej serii niecodziennej akcji w odpicowanych autach bohaterów.

Furious 7” to film satysfakcjonujący dla każdego fana, ładnie ukazujący ewolucję serii. A jednocześnie taki, który ogląda się z pewną dozą goryczy. Końcówka filmu stanowi zaś bardzo wyważony i ładny hołd dla Paula Walkera. Niemniej sądzę, że potrzebny mi ponowny seans, abym mógł w pełni wypowiedzieć się o tym odcinku jednej z ulubionych serii.

Ocena: 7,5/10

 
Komentarze (11)

Napisane w kategorii Movies

 

Krótko o: Serce Lwa i Dwa dni, jedna noc

19 kwi

Fiński obraz „Serce Lwa” to opowieść o problemie wykorzenienia zaszczepionych wewnętrznie przekonań oraz próbie tolerancji w czarno-białej wizji świata, reprezentowanej przez głównego bohatera.

Gdy Teppo (dobry Peter Franzen) poznaje dziewczynę i postanawia się z nią ustatkować, nie przeszkadza mu, że kobieta ma już syna. „Zostanę jego ojcem” – mówi. Sprawy komplikują się, gdy mężczyzna dowiaduje się, że chłopak jest ciemnoskóry. Teppo to bowiem neonazista, walczący o „białą Finlandię”. Napięcie wynikające z tej sytuacji jest w filmie wyjątkowo umiejętnie budowane już od pierwszej chwili. Od samego początku widz ma bowiem poczucie, że przedstawiona w filmie sytuacja nie może dobrze się skończyć. Reżyser bardzo skrzętnie wykorzystuje to napięcie do pokazania historii wewnętrznych przemian bohatera oraz lekcji tolerancji, którą nowa sytuacja na nim wymusi. Czy jednak na pewno będzie mógł przezwyciężyć swoją naturę?

Obraz Dome’a Karukoskiego poprowadzony jest z wyjątkową gracją i wyczuciem, pozwalając widzowi wczuć się w sytuację przedstawioną na ekranie. Bardzo ciekawe są zdjęcia, ukazujące fińską naturę oraz jej folklor. W szczególności uwagę przyciąga pierwsza sekwencja, ze spadającymi liśćmi, która stanie się także klamrą całej opowieści, nabierając pełni znaczenia pod koniec seansu. Asceza formy ułatwia skupienie się na dramatyzmie całej historii.

Serce Lwa” to niezmiernie ciekawy, ascetycznie nakręcony film, który dzięki wykorzystaniu prostych, sprawdzonych środków nie pozostawia widza obojętnym.

Ocena: 8/10

Dwa dni, jedna noc” Braci Dardenne to historia kobiety, która stojąc u progu zwolnienia, postanawia wziąć sprawy w swoje ręce i przekonać współpracowników, by zagłosowali za jej pozostaniem w firmie. Sprawa będzie trudna, gdyż większość z nich ma interes w tym, by Sandra (Marion Cotillard) nie wracała do pracy.

Dwa dni, jedna noc” to film rozgrywający się od piątku do poniedziałku, podczas którego dwa dni i jedną noc kobieta wykorzysta, aby walczyć o swoją pracę i przyszłość. Drugim utrudnieniem jej metod działania, będzie fakt, iż dopiero niedawno wyszła z depresji i jej humor, w obliczu tak trudnych informacji, jak wizja utraty pracy i powiązane z nią widmo pójścia na zasiłek, wciąż się waha.

Obraz Braci Dardenne jest filmem tendencyjnym, w którym ciągle powiela się ta sama sytuacje. Sandra przychodzi do kolejnych pracowników, zadając im to samo pytanie. Z drugiej strony, produkcję ogląda się z zainteresowaniem. Dzieje się tak dlatego, że rozbieżność reakcji współpracowników jest ogromna. Każda interakcja mówi bardzo wiele o charakterze głównej bohaterki, jak i otaczających ją ludzi, ukazując zróżnicowane reakcje, które opierają się na tych samych argumentach.

Film jest stonowany i powolny, jednak dla kilku interesujących ludzkich odruchów bohaterów oraz ciekawej zmiany w postawie głównej bohaterki warto go zobaczyć.

Ocena: 6,5/10

 
Komentarze (3)

Napisane w kategorii Movies

 

Zbuntowana

27 mar

„Zbuntowana” – druga część trylogii „Niezgodna” jest kolejnym z serii filmów „środkowych”, które wrzucają widza w akcję, tuż po zakończeniu poprzedniej części. Na początku przypomina się wprawdzie zasady działania świata przedstawionego – społeczeństwo, żyjące w zgliszczach Chicago podzielone jest na pięć frakcji. Podział ten ma zapewnić o pokoju społeczeństwa. Każdy zna swoje miejsce w szeregu, więc to powinno zapewnić spokój rządzącym. Do czasu. Nikt w końcu nie lubi, by mówiono mu co ma robić.

Po krótkim wstępie, „Zbuntowana” zaczyna się bezpośrednio po finale „Niezgodnej”, gdy Tris (Shailene Woodley), Cztery (Theo James), Caleb (Ansel Elgort) oraz Peter (Miles Teller) wyskoczywszy z rozpędzonego pociągu, biegną przez las, by dostać się do siedziby Serdeczności. Tam rozpoczynają się pierwsze negocjacje z władzami frakcji o udzielenie pomocy grupce uciekinierów. Motyw ten będzie się zresztą przewijać kilkakrotnie w filmie, gdy bohaterowie będą napotykać kolejnych członków różnych frakcji. Protagoniści będą więc uciekać przed oprawcami, bądź stawiać im czoła z bronią w ręku. Dużą rolę odegrają znów specyficzne symulacje, przez które będzie przechodzić Tris, tym razem przedstawione z większą dawką interesujących efektów specjalnych. Całości będzie brakować jednak serca, by w pełni przejąć widza wydarzeniami.

Zbuntowana” jest zwyczajnie słabszym filmem od swojej poprzedniczki, gdyż obrazowi brakuje prawdziwego poczucia zagrożenia. Mimo, że wszyscy latają wkoło mierząc do siebie z broni, a kilkoro bohaterów nawet ginie, większość wydarzeń powoduje jedynie wzruszenie ramion. Film ucierpiał też z powodu braku beztroski, która charakteryzowała pierwszą część, ukazującą uroki nowej frakcji, w której znalazła się główna bohaterka. Tak naprawdę największym błędem nowej części jest fakt, iż w obrazie brakuje interesujących interakcji bohaterów, a ich problemy, które były niezwykle rozwinięte w książce, zostały spłaszczone do jednej, czy dwóch scen.

Zbuntowana” skupia się bowiem w zasadzie na samej Tris i jej problemach. Pozostałych bohaterów spycha na trzeci plan. Mimo skupienia się na głównej bohatece, jej rozterki pokazane są w większości w beznamiętny, nie budzący emocji sposób. Koronnym przykładem scena seksu. W poprzedniej części, gdy Tris się go obawiała i nie chciała, twórcy uraczyli nas całą sekwencją gry wstępnej. Teraz, gdy do zbliżenia rzeczywiście dochodzi, ekran przechodzi w czerń. Nie mówię o tym, by seks od razu musiał być ukazany w detalu. Zastanawia jednak fakt, iż pokazując moment, w którym bohaterka podejmuje ważną dla siebie decyzję, nie próbuje się go głębiej zanalizować. Tak dzieje się kilkakrotnie, również w wątkach poczucia bycia odpowiedzialnym za śmierć najbliższych osób.

Shailene Woodley najlepiej wypada w płaczliwych scenach, w których musi ukazać wewnętrzny ból Tris. Sęk tkwi w tym, że jej postać jako całość stała się już mniej wiarygodna niż poprzednio. Jest nieco zbyt mocno roztrzepana. Niby rozumiemy, że taka właśnie ma prawo być, po wydarzeniach, które były jej udziałem, jednak w jej charakterystyce wyraźnie czegoś brakuje, już na poziomie samego scenariusza. Jej rozterki nie przenoszą się bowiem na rozterki widzów, trudno im wczuć się w sytuację dziewczyny.

Miles Teller natomiast wyraźnie bawi się swoją rolą, racząc ją dużą dawką niewymuszonego luzu i swobody. Najwyraźniej dystans do dzieła, w którym przyszło mu grać, umożliwił lepszy sposób gry, wybijając aktora do najlepiej zarysowanych postaci „Zbuntowanej”. Pozostali aktorzy jedynie „są” na ekranie, trudno cokolwiek o nich powiedzieć, poza tym, że dobrze wyglądają. W szczególności dotyczy to Naomi Watts jako Evelyn oraz Kate Winslet jako Janine,  czyli „Głównej Złej”, stojącej na straży Złego Systemu.

Problemem filmu względem poprzednika może być też nieumiejętne wykorzystanie muzyki. „Niezgodną” oglądało się tak dobrze, dzięki intrygującemu soundtrackowi, wypełnionemu skocznymi, wpadającymi w ucho i zapadającymi w pamięci utworami uznanych artystów, z Woodkidem i Snow Patrol na czele. W „Zbuntowanej” w zasadzie brak jest „radiowej” muzyki, która ustąpiła miejsca typowym ilustracyjnym dźwiękom ścieżki dźwiękowej, które w ogóle nie wybijają się z tła.

Piękne jest za to nawiązanie do fandomu „Gwiezdnych Wojen”. Być może niezamierzone, jednak wyjątkowo wyraźne. Tris, pod mocą działania serum prawdy, musi przyznać się, że „I shot first” / „Ja strzeliłam pierwsza”, co jest niemal idealną kalką powiedzenia „Han shot first”. Charakteryzuje ono prawdziwych fanów „Star Wars”, którzy respektują tylko pierwotną wersję oryginalnej Trylogii, bez zmian wprowadzanych przez lata przez George’a Lucasa. (W jednej ze zremasterowanych wersji filmu Han oddaje bowiem jedynie strzał napastnika, a nie, jak w oryginale, ubiega atak, atakując pierwszy. Ofensywa jest najlepszą defensywą, jak to mawiają).

Mimo, że film się nie dłuży i dobrze się go ogląda, trudno w zasadzie stwierdzić o co konkretnie w nim chodzi, poza tym, że stanowił pomost między kolejnymi częściami opowieści. Jako, że pierwsza część potrafiła wciągnąć do swojego świata i zaciekawić prezentowanymi wątkami, pozostaje mieć nadzieję, że ostatni rozdział, (czy też ostatnie rozdziały, gdyż dzielenie ostatniej książki na dwie ekranizacje stało się już plagą adaptacji filmowych), będzie równie dobry, co akt otwierający Trylogię „Niezgodnej”.

Ocena: 5/10

 
Komentarze (15)

Napisane w kategorii Movies

 

Mr. Holmes

05 mar

Mr. Holmes” Billa Condona to opowieść o 93 letnim Sherlocku Holmesie. Mężczyźnie mieszkającym w małym brytyjskim miasteczku, doglądającym pszczół, który przed śmiercią chce wyjaśnić i spisać prawdziwą wersję zdarzeń swojej ostatniej sprawy. Sprawy, która sprawiła, że wyprowadził się z Baker Street i wyjechał na wieś.

Historia przedstawiona w filmie poprowadzona jest trzytorowo. Rozgrywa się zarówno w latach 60., gdzieś w oddalonej od świata małej mieścinie, Japonii kilka tygodni wcześniej oraz w latach 40., gdy miejsce miała sławna Ostania Sprawa słynnego detektywa. Każda z perspektyw czasowych opowiedziana jest w znakomity sposób, posiadając mocne strony.

W każdej na pierwszy plan wysuwa się wyśmienite aktorstwo. Ian McKellen doskonale wyczuł Holmesa, który z powodu wieku boryka się z problemami pamięci, a który, mimo wszystko, stara się przełamać chorobę i przed śmiercią wyjaśnić dokładnie szczegóły sprawy, która tak mocno nim wstrząsnęła, że nie był w stanie mieszkać dalej w Londynie. Sęk tkwi w tym, że zwieńczenie sprawy było tak traumatyczne, że Holmes zepchnął jej szczegóły w najdalsze zakamarki pamięci, a teraz, gdy ta zaczyna płatać mu figle, coraz trudniej odnaleźć mu jej sedno. Chęć dążenia do prawdy jest jednak silniejsza, więc Sherlock nie ustaje w swoich staraniach.

Towarzyszący mu aktorzy dobrze sprawdzają się na ekranie, w ciekawy sposób ogrywając swoje postaci wokół reakcji samego Holmesa. Na szczególną uwagę zasługuje w szczególności młody Milo James, którego relacja z detektywem stanie się jedną z dwóch najbardziej znaczących dla całej historii, ukazującą przemianę wewnętrzną detektywa. Laura Linney, jako matka chłopca, a jednocześnie gosposia Mr. Holmesa prezentuje się równie ciekawie, stanowiąc kontrapunkt dla szaleńczych pomysłów mężczyzn, z którymi dzieli domostwo. Niezły jest też Hiroyuki Sanada, który ma wiele żalu do Holmesa, za to co ten (rzekomo) zrobił w przeszłości.

Genialnym smaczkiem było zaangażowanie Philipa Davisa do małej roli w filmie. Jest to niezwykle trafne puszczenie oka do wprawionego widza, gdyż Davis grał taksówkarza w „A Study in Pink” w „Sherlocku” Moffatta i Marka Gatissa, czyli uwspółcześnionej wersji przygód Holmesa produkcji BBC. Wyśmienitym zagraniem jest też fakt, że na ekranie ani razu nie ujrzymy twarzy Watsona. To opowieść o ostatniej sprawie Sherlocka, podczas której John wyjechał już z Baker Street, a choć jego osoba pojawia się kilkakrotnie na ekranie, nigdy nie ujrzymy zbliżenia jego twarzy. Bardzo świadome, trafne twórcze zagranie.

„Sherlock Holmes to najsłynniejszy Brytyjczyk, który nigdy nie żył”, powiedział podczas konferencji prasowej odtwórca głównej roli Ian McKellen. Świetnym jest więc także to, że w samej historii, przedstawionej w filmie, Sherlock mierzy się z własną sławą. Książki o jego przygodach są niezwykle popularne, a ich adaptacje zbierają pełne sale widowni. To stawia bohatera w niecodziennej sytuacji tłumaczenia się z własnych nawyków, a także oddzielania prawdy od fikcji.

Mr. Holmes” to niezwykle wyważony, urokliwy obraz. „To dla mnie bardziej opowieść o ostatnich dniach życia niż opowieść o Sherlocku Holmesie”, powiedział reżyser o swoim dziele. Niemniej Ian McKellen jako słynny brytyjski detektyw, sprawdził się na ekranie wyśmienicie. Dla niego i dla ciekawej historii warto zobaczyć najnowszy obraz Billa Condona.

Ocena: 8/10

 
Komentarze (6)

Napisane w kategorii Movies

 

Berlinale: Elixir: Wywiad: Anya Wątroba

03 mar

Elixir” w reżyserii australijskiego reżysera Brodiego Higgsa, prezentowany na Berlinale w seksji „Perspektive Deutsches Kino” to osadzona w dzisiejszym Berlinie opowieść o współczesnych wersjach artystów-surrealistów, którzy zmagają się z wywzaniami dzisiejszej rzeczywistości, w tym wyzwaniami dotyczącymi dziedziny sztuki. Obraz pokazuje różnice charakterologiczne między członkami ugrupowania, w którego skład wchodzą (m.in) Andre Breton (Swann Arlaud), Tristan Tzara (Sebastian Pawlak), czy Luisa Aragon (Mateusz Kościukiewicz). A właściwie ich dzisiejsze, uwspółcześnione wersje.

Australijski reżyser, polska scenarzystka i zdjęcia kręcone w Berlinie. Szczególny miks, który sprawił, że film stanowi interesujący głos w sprawie roli artystów w dzisiejszym świecie.

Miałem szansę porozmawiać z współscenarzystką obrazu Anyą Wątrobą oraz dwójką aktorów: Mateuszem Kościukiewiczem oraz Sebastianem Pawlakiem. Oto co moi rozmówcy mieli do powiedzenia.

MICHAŁ KACZOŃ: Znajdujemy się w Berlinie, gdzie „Elixir” ma swoją światową premierę. Miasto odgrywa także szczególną rolę w samym dziele, jako miejsce akcji. Skąd się wziął pomysł, aby to był akurat Berlin?

ANYA WĄTROBA: Oryginalnie pierwszy scenariusz napisaliśmy w Australii, ale później zastanowiliśmy się, że teraz tylko w Berlinie w tym klimacie globalnym artyści mogliby mieszkać w ten sposób. Przedtem sama byłam  w Berlinie i sądzę, że to miasto jest teraz jak Nowy York w latach 80., albo Paryż w latach 20. – nie jest drogo, żeby żyć. I co artysta potrzebuje, żeby zrobić sztukę? Czas. To zauważyłam, jak ostatni raz byłam w Berlinie, jeszcze przed pisaniem scenariusza do tego filmu, że właśnie tutaj ludzie mają czas, żeby myśleć o sztuce, żeby ją robić, tworzyć. Więc, żeby to było autentyczne, akcja musiała dziać się właśnie w Berlinie. Tylko w Berlinie byłam koło takiego środowiska. Ludzi, którzy mogli żyć sobie w taki sposób.

MK: Berlin to tak ważne miejsce akcji, że można nawet dokładnie określić, gdzie znajduje się squat, w którym mieszkaą bohaterowie. Wyraźnie widać i słychać nazwę stacji metra Yorckstrasse. Czy to konkretne miejsce miało szczególne znaczenie?

ANYA WĄTROBA: Nie. Po prostu akurat tam udało nam się znaleźć konkretne miejsce, w którym mogliśmy kręcić. Fabryka, w której produkowano kiedyś monety. Teraz to miejsce wyludnione, puste, ale posiadające kilka takich studio-apartaments. Cała fabryka, w której kręciliśmy, była zupełnie pusta. Zaadaptowaliśmy wszystko do naszej wizji. Tak naprawdę wybór tej stacji podyktowany był więc tylko faktem, że tam konkretnie był nasz plan zdjęciowy.

MK: Gdybyś miała streścić w kilku zdaniach o czym według Ciebie jest ten film?

AW: Jest o przyjaźni, miłości i sztuce. Tak konkretnie o tych trzech rzeczach. Ale także o potrzebie odnalezienia swojego głosu, jako artysta albo pisarz. Bo to jest najważniejsza rzecz – żeby autentycznie odnaleźć TWÓJ głos i później mieć odwagę ten głos ogłosić światu. Żeby go odnaleźć i móc o nim mówić. Jednak najbardziej też o przyjaźni, miłości oraz strachu. Te trzy rzeczy. Dlatego bohaterowie, z wyjątkiem Lexii, bazują na postaciach Surrealistów. Chcieliśmy po prostu zadać też pytanie –  jak oni by teraz żyli, jak odnaleźliby się w naszej rzeczywistości, w klimacie 2014/2015 roku. Jaki mieliby dostęp do sztuki. Bo teraz artysta musi walczyć. Z powodu komercjalizacji – sztuka stała się produktem. Chcieliśmy opowiedzieć o tych dwóch głównych wątkach – o sprawach osobistych oraz  o tym, co artysta musi w dzisiejszym świecie przeżyć, aby móc odnaleźć swój artystyczny głos. I nie tylko to – żeby ktoś go w ogóle usłyszał, żeby w ogóle mógł zaistnieć.

MK: Skąd natomiast pomysł na taki konkretnie tytuł? Dlaczego „Elixir”?

AW: Tytuł wybrał Brodie (Higgs), reżyser filmu. Wybrał go, ponieważ to było jak picie nektaru wiedzy, ambrozji, absyntu. Czegoś metafizycznego.

MK: Rozumiem. Czyli sztuka jako taka ambrozja.

AW: Tak, właśnie. Co to jest ten eliksir, który…

MK: … nakręca działanie?

AW: Tak, tak, właśnie. Gdzie znaleźć inspirację.

MK: Teraz pytanie o konkrety. W pewnym momencie pojawia się scena ćwiczenia zbiorowej podświadomości – gdy jedna osoba leży na stole, a Andre (Breton) wprowadza ją jakby w trans. Jaki był konkretny zamysł tej sceny?

AW: Dużo pracowaliśmy nad tą sceną. Myśmy sami mieszkali w podobnym squatcie, w Melbourne. Ja, reżyser i jeszcze troje innych artystów. To też była dawna fabryka. I wtedy zaczęliśmy szukać informacji na temat Surrealistów. W jakie gry grali, aby dostać się do własnej podświadomości. Jedną z takich gier był właśnie ten „rytuał spania” (sleeping ritual), gdzie jedna osoba niby spała, a później Andre Breton chodził i wprowadzał jakby w stan hipnozy. Chcieliśmy ukazać ten proces artystycznej inspiracji. Na przykład Salvador Dali też spał, a potem spisywał swoje sny i wykorzystywał je potem w swoim malarstwie. Wiadomo, że artyści osiągali stan inspiracji także innymi środkami – alkoholem czy narkotykami. Ale my chcieliśmy pokazać bardziej kreatywny sposób, aby dostać się do podświadomości. Ta scena jest więc bezpośrednio oparta na tym, co Surrealiści naprawdę robili w Paryżu w latach 20.

MK: Jak to się stało, że Wasze ścieżki zeszły się z reżyserem? Jak doszło do tego, że zaczęliście razem współpracować?

AW: Spotkaliśmy się w Melbourne pięć lat temu. Rok później zaczęliśmy razem pisać scenariusz. Oboje skończyliśmy Szkołę Filmową. Tylko, że Brodie zajmował się dokumentem, a ja pisałam. Mieliśmy wspólny krąg znajomych i tak się jakoś złożyło, że temat Surrealistów wspólnie nas zainteresował. Zaczęliśmy coś na ten temat pisać. Trzy lata temu przyjechaliśmy do Polski, aby zrobić wspólnie krótki film. Wtedy poznaliśmy Sebastiana Pawlaka. Strasznie nam się podoba klimat, w którym ludzie pracują w Polsce. Dlatego nasz operator też jest z Polski. Chcemy pracować z Polakami, ale też z międzynarodową obsadą w Europie.

MK: To właśnie akurat idealnie wpisuje się w moje następne pytanie. Zdjęcia są doskonałe. Operator Michał Englert naprawdę wykonał kawał świetnej roboty. Te zdjęcia są na wysokim poziomie.

AW: Tak, tak.

MK: W związku z tym chciałem zapytać o samą końcówkę. Jest wtedy moment, gdy kamera podąża za Lexią, a  tuż przed ekranem pojawia się dwóch policjantów, którzy mówią, że nie wolno tutaj filmować. I moje pytanie brzmi: czy to było zamierzone już na poziomie scenariusza czy po prostu wydarzyło się w trakcie kręcenia zdjęć?

AW: To nam się troszeczkę zdarzyło. Jak kręciliśmy w Berlinie, to mieliśmy strasznie dużo problemów: tutaj można kręcić, tutaj nie można kręcić, trzy metry tutaj, trzy metry tam. Później ten moment dodaliśmy, aby pokazać, że ciężko tutaj zrobić sztukę też.

MK: To jest bardzo znaczące i trafne dla całego filmu. Stąd moje pytanie o celowość tego zagrania – i na jakim etapie pojawił się pomysł, by je wykorzystać?

AW: Mieliśmy taki pomysł, żeby na końcu pokazać, że to też jest dokument, że to nie jest prawdziwe życie. Takie breaking technique, złamanie czwartej ściany. Pokazanie, że to jest nasza sztuka, obraz, który myśmy namalowaliśmy. Dzięki takiemu zabiegowi chcieliśmy przypomnieć widzowi, że ten film to też coś, co jest stworzone. Jednak fakt, że ten Niemiec przychodzi, zwyczajnie się zdarzył.

MK: Takie zamknięcie filmu stanowi świetną klamrę.

AW: Tak, potwierdza tezę samego filmu – o trudnościach tworzenia sztuki w dzisiejszych czasach.

MK: Jak długo przygotowywaliście tekst? Rozumiem, że cztery lata.

AW: Tak, cztery lata.

MK: A ile przeróbek przeszedł scenariusz?

AW: Chyba siedem. Nawet, kiedy już spotkaliśmy się z aktorami i zaczęliśmy z nimi pracę, to dokonaliśmy zmian. Lubię pracować z aktorami. Rozmawiać z nimi. Jestem otwarta na zmienię dialogów. Zależy mi tylko, aby prawda sceny i prawda o charakterze postaci zostały zachowane. Dialogi, konkretne słowa trochę się więc zmieniły. Od pierwszego szkicu – wtedy film miał trwać jakieś trzy godziny (śmieje się) – obraz przeszedł jednak około siedmiu znaczących przeróbek.

MK: Pod koniec filmu na wystawie sklepowej pojawia się książka z Twoim nazwiskiem.

AW: O, tak (śmieje się)

MK: Czy planowałaś napisać książkę? Skąd ten pomysł?

AW: Nie, nie. (śmieje się). Nasz scenograf – Sebastian Soukup wie, że ja też piszę książkę. Pewnie jeszcze pięć albo siedem lat będę ją pisać. Dostałam od niego maila: „Czy będzie OK, jeśli Twoją twarz umieścimy na plakacie?”. To był dzień przed zdjęciami, więc powiedziałam: „Aaa, OK”. Ale teraz jak to widzę na ekranie, to tak mi jest głupio. (śmieje się).

MK: To chyba miała być taka zachęta, abyś skończyła ten projekt.

AW: Właśnie. Takie popchnięcie: „Musisz teraz skończyć”. (śmieje się)

MK: Jaki jest Twój następny projekt?

AW: Piszemy czteroczęściowy mini-serial, który będzie rozgrywać się we Francji i w Polsce. Będzie to bardziej komercyjny projekt, dotyczący cyber-terrorystów. Tylko z innej perspektywy. Oni są kapitalistycznymi rewolucjonistami, którzy chcą zinfiltrować firmy i zmienić je na dobre.

MK: Trochę jak projekt „2020”, który był współfinansowany przez Unię Europejską.

AW: Tak. Nasi bohaterowie mają być takimi korporacyjnymi szpiegami, którzy będą infiltrować wielkie firmy, jak chociażby firmy testujące kosmetyki na zwierzętach, czy wykorzystujące dzieci do pracy i będę próbować zmienić je od środka. Na razie mamy wstępny pomysł, ale chcemy iść właśnie w takim kierunku.

MK: Brzmi ciekawie. Dziękuję za rozmowę.

AW: Dziękuję.

 
Komentarze (2)

Napisane w kategorii Bez kategorii, Movies

 

Oprawca i Ofiara

01 mar

Część wpisu: Berlinale – dzień 4: Kolejnym obrazem obejrzanym tego dnia był pokazywany w sekcji 14plus, zbierającej interesujące filmy z nastoletnimi bohaterami z całego świata, szwedzki film „Flocken”. Między napisaniem a publikacją wpisu okazało się też, że dzieło Beaty Gardeler zostało uhonorowane Kryształowym Niedźwiedziem dla Najlepszego Filmu w kategorii 14plus.

Tytuł najnowszego flmu szwedzkiej reżyserki Beaty Gardeler – „Flocken”, wywodzący się od określenia stada ptaków lecących w kluczu, ślepo podążających za liderem – wskazuje na główne zainteresowanie twórczyni – spojrzenie na działanie pewnych mechanizmów społecznych.

Flocken” jest z tego powodu tematycznym krewniakiem wyśmienitego duńskiego „Jagten„. Oba filmy przedstawiają niezwykle zbliżone sytuacje – posądzenie o fizyczne wykorzystanie drugiej osoby staje się bazą dla ukazania mechanizmu eskalacji ostracyzmu społecznego w małym miasteczku.

Główna różnica polega na tym, że o ile sytuacja w „Jagten” jest pewna od początku, dla zwiększenia ukazania działania mechanizmu wykluczenia, tak we „Flocken” sprawa rozgrywa się na zasadach „jej słowo przeciwko jego słowu”. A tak naprawdę jej słowo kontra to, co mówią wszyscy poza samym chłopakiem. Społeczeństwo zdecydowało co właściwie wydarzyło się między parą już na etapie plotki o wydarzeniu. Prawda stoi tu więc na bardzo dalekim planie. Dobitnie pokazuje to scena wyroku sądowego. Jej wynik nic nie zmienia w podejściu mieszkańców. Oni już podjęli decyzję, niezależnie od tego, co ktokolwiek im teraz powie. Długo nie zdradzając widzowi prawdziwej wersji wydarzeń, reżyserce udaje się jeszcze mocniej zobrazować całą ważkość zaistniałej sytuacji.

Mechanizm ostracyzmu jest więc w tym względzie równie silny, a chwilami może nawet mocniejszy niż w „Jagten”, gdyż w tej konkretnej sytuacji wykluczeniu ulegają tak naprawdę dwie osoby. Zarówno oprawca, jak i ofiara, stają się odosobnione od społeczności. Na różne sposoby i w nieco innej skali, ale jednak stają się gruntownie niezrozumiane i odsunięte. Dziewczyna, której nikt nie wierzy oraz dziwnie zachowujący się chłopak, którego nikt tak naprawdę nie chce słuchać.

Niezwykle trudne położenie, w którym znaleźli się główni bohaterowei, nieźle odegrani przez debiutujących młodych aktorów. W ich grze przeważa wiele wycofania i krępacji działania, co jednak doskonale wpisuje się w charakterystykę postaci w tym konkretnym momencie ich historii.

We „Flocken” bardzo mocno dostaje się także instytucji kościoła, gdyż ksiądz jest jedną z pierwszych osób, które w udawanej trosce zarzucają dziewczynie szerzenie nieprawdy.

Mimo skupienia na działaniu grupowym, reżyserka w bardzo wyrazisty sposób zarysowuje przed widzem możliwe powody, dla których mogło dojść do tej sytuacji. W całym tym kontekście tym mocniejsza jest końcówka, która przez samych aktorów została określona jako „ostatnie wolanie o pomoc”.

Mimo całej tematycznej zbieżności, „Flocken” nie dosięga poziomu emocjonalnej wyżymarki, jaką dało nam „Jagten„. Choć trzeba przyznać, ze chwilami widzowi towarzyszą podobnie silne, negatywne emocje względem niesprawiedliwości, którą możemy oglądać na ekranie. Ogólnie rzecz biorąc – „Flocken” to dobry film, któremu niestety trochę brakuje, by być prawdziwie świetnym.

Ocena: 7/10

 
Komentarze (2)

Napisane w kategorii Movies

 
 

  • RSS