RSS
 

Archiwum dla kategorii ‘Movies’

Moje Berlinale

15 lut

Dziesięć dni spędzonych w Berlinie na Festiwalu Filmowym Berlinale uważam za znakomite przeżycie. Po pierwsze muszę przyznać, że uwielbiam festiwale. Czy to muzyczne, czy tak jak teraz, filmowe. Festiwale posiadają dla mnie niezwykle ciekawą, uzależniającą atmosferę, która wciąga bez reszty. W ciągłym niedoczasie, ciągle w poszukiwaniu nowych wrażeń – człowiek naprawdę czuje, że żyje. Ładuje akumulatory na dłuższy czas, a mimo, że pod koniec wielodniowego chłonięcia szerokiej gamy różnorodnych doznań, czuje się zmęczony, jest to zmęczenie przepełnione ogromną satysfakcją z możliwości uczestniczenia w niezwykłym święcie muzyki bądź kina. Tak się czuję w tym momencie – zmęczony i usatysfakcjonowany. Berlinale to mój pierwszy międzynarodowy festiwal filmowy (wcześniej odwiedziłem polskie, z Gdynią, Warszawą i Łodzią na czele) i muszę przyznać, że całe wydarzenie niezwykle mi się podobało.

fot. Michał Kaczoń/Gerhard Kassner

Większość filmów zapewniło mi prawdziwie satysfakcjonujące wrażenia. Nawet w tych, które były nieco słabsze, nie zachwycały jako skończone produkty, dało się odnaleźć intrygujące momenty – zapadające w pamięć sceny, ciekawe aranżacje, rozwiązania techniczne, doskonałą pracę kamery czy aktorskie perełki. W ogólnym rozrachunku sądzę, że poziom festiwalu był dobry, prezentując różnorodne wizje naszej rzeczywistości. W chwilach, gdy dzieła nie stawiały dosadnej kropki nad i prezentowanych problemów, chociaż chwilami potrafiły przekazać prawdę o otaczającym nas świecie. Dlatego uważam, że 65. Festiwal Filmowy w Berlinie można zaliczyć do imprez na wskroś ciekawych i udanych.

Ten rok był także szczególny, ze względu na duże uczestnictwo Polski oraz kilka nagród, które trafiły w ręce Polaków. Zaczynając od lauru za Najlepszą Reżyserię dla Małgorzaty Szumowskiej za „Body/Ciało” (ex aequo z Radu Jude za „Aferim!”), przez nagrodę za zdjęcia dla Evgeniya Privina i Sergeya Mikhalchuka do filmu „Pod electricheskimi oblakami”, będącego koprodukcją polsko-rosyjsko-ukraińską. Polacy mogą pochwalić się też nagrodą Think: Film Award w sekcji Forum Expanded za „Performer” Macieja Sobieszczańskiego i Łukasza Rondudy. Film, który łączy kinematografią z wystawą muzealną. Połączenie performance’u i gry aktorskiej, dokumentu z formą fabularną.

Główną nagrodę festiwalu – Złotego Niedźwiedzia za Najlepszy Film dostało „Taxi” irańskiego reżysera Jafara Panahiego, który mimo zakazu sądowego na kręcenie filmów, wciąż tworzy interesujące fabuły. Już mówi się o tym, że nagroda główna właśnie dla tego obrazu jest więc nagrodą polityczną i społeczną, mającą pokazać siłę wolności ekspresji artystycznej, bardziej niż nagrodą stricte artystyczną. Wieść niesie,  że obraz znalazł już polskiego dystrybutora.

fot. Michał Kaczoń

Tyle drogą wstępu, czas przejść do właściwego bilansu ostatnich dziesięciu dni. Na początek – kilka liczb:

Liczba obejrzanych filmów: 21

Liczba obejrzanych filmów z Konkursu Głównego: 9

Liczba filmów Out of Competition: 4

Średnia ocen obejrzanych filmów: 6,62

Największe wrażenie zrobiły na mnie filmy, prezentowane poza Konkursem Głównym oraz dzieła z innych kategorii festiwalowych. „Kopciuszek” Kennetha Branagha, doskonale opowiedziana nowa wersja słynnej baśni, której animowana wersja studia Walta Disneya, w 1950 roku zgarnęła pierwszego w historii Złotego Niedźwiedzia dla Najlepszego Filmu. Być może właśnie w tym tkwi sekret nie umieszczenia obrazu w Competition – nie chciano, by ta sama historia wygrała dwa razy.

The Diary of a teenage girl”, czyli filmowy debiut Marielle Heller, opowiada o młodej dziewczynie, która odkrywa swoją seksualność, uwodząc chłopaka swojej matki. Obraz tematycznie doskonale wpisuje się w sekcję Generation, zrzeszającą filmy, w których bohaterami najczęściej są nastolatkowie, dopiero wchodzący w dorosłość.

Brak udziału „Mr. Holmes” Billa Condona w Konkursie Głównym był zaskakujący także dla producentów obrazu, dlatego trudno orzec jakie były powody dla których to intrygujące dzieło, dotykające kwestii zamknięcia wszystkich ważnych spraw przed śmiercią, nie dostało się do sekcji Competion.

Traf chciał, że mimo obejrzenia bardzo dużej ilości filmów w przeciągu dziesięciu dni, nie dane mi było zobaczyć wszystkich zwycięzców w najważniejszych kategoriach. Nadrobię te zaległości w najbliższym czasie. Przejdźmy do mojego prywatnego podsumowania 65. Festiwalu w Berlinie.

(Filmy z * brały udział w Konkursie Głównym. Podświetlone tytuły odsyłają do pełnej recenzji dzieła).

Najlepsze Filmy (spośród oglądanych)

Cinderella, reż. Kenneth Branagh

„Kopciuszek” w przepiękny sposób opowiada na nowo słynną baśń. Bardzo mocno stawiając na rozwój charakterologiczny postaci, czyniąc z magii jedynie niezbędny dodatek, Branagh pokazał bardzo realistyczną i wiarygodną opowieść o młodej dziewczynie, która mimo przeciwności losu, wciąż pozostaje dobroduszna i optymistycznie patrząca na świat. Znakomity obraz, który przenosi widza do lat dziecięcych i przysparza niezapomnianych wrażeń.

Ocena: 8,5/10

The Diary of a Teenage Girl, reż. Marielle Heller

„The Diary of a Teenage Girl” to pełna humoru opowieść o młodej dziewczynie, żyjącej w latach 70-tych poprzedniego wieku, która zaczyna odkrywać swoją seksualność, co wiąże się z całym szeregiem (nie)trafionych życiowych decyzji. Humorystyczne spojrzenie na newralgiczny moment życia dorastającego człowieka obfituje w niezręczne sytuacje, które potrafią wzbudzić gromkie salwy śmiechu, a które stanowią też interesującą refleksję nad ludzką naturą.

Film Heller dostał nagrodę Grand Prix przyznawaną przez Międzynarodowe Jury w kategorii Generation 14plus.

Ocena: 8/10

Mr. Holmes, reż. Bill Condon

„Mr. Holmes” – znakomita wizja Sherlocka Holmesa (Sir Ian Mckellen) u kresu swojego życia, który przed śmiercią chce jeszcze wydać na świat poprawną wersję swojej ostatniej sprawy, przez którą ponad trzydzieści lat wcześniej porzucił Baker Street i wyjechał na wieś zajmować się pszczołami. Trzy perspektywy czasowe, doskonałe aktorstwo oraz inteligentna zabawa z kanonem opowieści o Sherlocku. Znalazł się nawet mały smaczek dla fanów najnowszej telewizyjnej reinkarnacji postaci. Świetna zabawa.

Ocena: 8/10

45 Years*, reż. Andrew Haigh

„45 Years” jest subtelną opowieścią o zalążkach małżeńskiego kryzysu w dniach poprzedzających 45 rocznicę ślubu pary. Film zdobył dwa Srebrne Niedźwiedzie – dla najlepszej aktorki i najlepszego aktora, co zupełnie nie dziwi, biorąc pod uwagę, że jest to właściwie film tej dwójki. Charlotte Rampling i Tom Courtenay stworzyli niezwykle wyrazistych, wiarygodnych bohaterów, których historia potrafi poruszyć, dzięki niuansom zachowania postaci – drobnym gestom i spojrzeniom, które zdradzają drugie dno pod tym, co bohaterowie do siebie mówią.

Ocena: 7,5/10

I Am Michael, reż. Justin Kelly

„I Am Michael” z niezawodnym Jamesem Franco to niezwykle ciekawa opowieść oparta na życiu Michaela Glatze’a. Michael był gejem-aktywistą, dopóki nie odkrył Boga i nie postanowił założyć… własnego kościoła. Bardzo interesujący film, z intrygującą i wielowymiarową rolą Jamesa Franco, który zdecydowanie wart jest uwagi. Film w interesujący sposób eksploruje bowiem proces przemiany wewnętrznej bohatera, który o 180 stopni odwrócił swoje dotychczasowe poglądy i z aktywisty na rzecz praw homoseksualistów stał się wojującym klerykiem.

Ocena: 7,5/10

Body/Ciało*, reż. Małgorzata Szumowska

„Body/Ciało” to zaskakująco lekka i prawdziwie zabawna opowieść o różnych wymiarach ludzkiego ciała oraz jego powiązaniu z duszą. W filmie przeplatają się trzy główne wątki, które wzajemnie się zazębiają i uzupełniają. Urokliwy film o bardzo specyficznym poczuciu humoru, które jednak silnie oddziałuje na widza, przysparzając mu naprawdę pozytywnych wrażeń. Mimo dotykania trudnych tematów, jak śmierci i anoreksji.

Film został nagrodzony Srebrnym Niedźwiedź za Najlepszą Reżyserię. Nagroda dla Szumowskiej jest zasłużona, gdyż jej dzieło odbiega zupełnie od jej poprzednich dokonań, pokazując nową twarz pani reżyser. „Body/Ciało” to film lekki, podlany czarnym humorem, z gracją dotykający poważnych problemów, jak rozważań na temat śmierci, roli ciała i ducha człowieka.

Ocena: 7,5/10

Pozostałe tytuły:

Selma 8-/10 //  Eisenstein in Guanajuato* 7/10 // Flocken 7/10 // Ned Riffle 6,5/10 // Every Thing Will Be Fine 6,5/10 // Nobody wants the night* 6,5/10 // Elser 6,5/10 // Królowa Pustyni* 6/10 // Pięćdziesiąt Twarzy Greya 6/10 // Victoria* 6/10 // Petting Zoo 6/10 // As wir traumten (As we were dreaming)* 6/10 // Elixir 6-/10 // Knight of Cups* 3/10 // Gone with the bullets* ?

Dłuższe recenzje większości z zaprezentowanych tutaj produkcji ujrzą światło dzienne niebawem.

 
Komentarze (7)

Napisane w kategorii Movies

 

Fifty Shades of Grey

12 lut

Fifty Shades of Grey” w reżyserii Sam Taylor-Johnson, będące adaptacją bestsellerowej powieści E.L. James to jeden z najbardziej oczekiwanych filmów tego roku. Właśnie z powodu sławy, którą książka zaskarbiła sobie wśród czytelniczek na całym świecie.

Stało się to za sprawą różnorodnych erotycznych fantazji autorki, ubranych w szaty szczątkowej fabuły. Książka jest bowiem raczej zestawem pozycji seksualnych, opisanych niewyszukanym językiem, między którymi następują różne, mało znaczące wydarzenia, niż powieścią z prawdziwego zdarzenia. Oczekujących jednak na przyzwolenie na oglądanie porno w kinie, uprzedzam, że film Taylor-Johnson to tak naprawdę czysty romans, jedynie z elementami erotycznego uniesienia. Dziewczyna spotyka chłopaka. Chłopak zabiera ją na przejażdżkę helikopterem, daje jej drogie prezenty i od samego początku jest nią wyraźnie zainteresowany. Tak bardzo nawet, że groźnym wzrokiem patrzy na każdego mężczyznę, który znajduje się w pobliżu „jego” kobiety. A potem chłopak pokazuje jej świat seksualnych rozkoszy.

Fabuła nadal jest szczątkowa, niemniej na pewno bardziej rozbudowana względem tej książkowej, gdzie akcja toczyła się tylko od stosunku do stosunku. Oczywiście sceny seksu pojawiają się w filmie i są znaczącą częścią opowieści, jednak bardzo wiele czasu poświęca się tu także ukazaniu luksusowego życia głównego bohatera oraz oznak czułości, którą bohaterowie wzajemnie sobie okazują. Gdyby nie chwile odtrącenia i dialogi, w których mówi się o „trudnym charakterze”, możnaby się nie zorientować, że z głównym bohaterem coś jest nie tak.

Główny wabik powieści, czyli cała tematyka sadystyczno-masochistyczna została wprowadzona na ekranie w bardzo ułagodzony, stonowany sposób. Seks nie jest tu szczególnie wyuzdany, a w kilku sekwencjach ukazany jest wręcz niczym akt namaszczony. Efekt ten osiągnięto poprzez specyficzne zbliżenia kamery, skupienie na detalu oraz delikatną pościelową muzykę, lecącą w tle.

Tajemnicą poliszynela jest fakt, iż „Pięćdziesiąt twarzy Greya” powstało jako erotyczne fan-fiction Sagi „Zmierzch”. W filmie również widać podobieństwa między obydwoma dziełami. Warto zacząć od samego schematu zachowania bohaterów – w obu dziełach mężczyzna/wampir odmawia czegoś w swoim związku z kobietą – bądź seksu, bądź emocjonalnego zaangażowania, posiadając jednak obsesyjną wręcz potrzebę sprawowania nad nią kontroli. Są też małe podobieństwa – bogactwo, gra na fortepianie czy specyficzny sposób rozbierania się – wszystkie te elementy przywodzą na myśl podobne sceny znane ze „Zmierzchu” właśnie.

Kontekst „Twilight” jest zresztą ważny, zwłaszcza w kwestii dialogów. Te są bowiem w większości drewniane i nienaturalne. Tak było w pierwowzorze, tak było także u Stephenie Meyer. Aktorzy starają się, jak mogą, by nadać odrobinę prawdziwości i emocji wypowiadanym przez siebie słowom, jednak w wielu momentach zadanie nie wychodzi im zbyt dobrze. Mimo wszystko widać, że Dakota Johnson starała się, jak mogła, by nadać życia swojej postaci. Chwilami nawet nieźle  jej się to udaje. W szczególności w scenach humorystycznych. Najlepszą z nich jest biznesowa rozmowa na temat kontraktu, który ma podpisać dziewczyna. Rzeczowy ton, w którym prowadzona jest rozmowa kontrastuje bowiem z treścią, która zostaje wypowiadana. Od Jamiego Dornana wymagało się raczej, aby wyglądał w tym filmie niż prawdziwie grał, gdyż chwil, w których jego bohater jest prawdziwie „popieprzony na pięćdziesiąt sposobów”, jak się w pewnym momencie mówi, jest jedynie kilka. W większości momentów Grey sprawia raczej wrażenie czułego, zakochanego mężczyzny, a nie osobę, która musi obsesywnie wszystko kontrolować i ma problemy z bliskością z drugą osobą. To wynika raczej z dialogów niż ze sposobu gry Dornana.

Obraz nie posiada wyraźnej dramaturgii, czy punktów zwrotnych historii. Opowieść raczej snuje się do przodu, zahaczając tylko o kolejne lokalizacje i kolejne wydarzenia z pierwowzoru. Brak tu też wyraźnej kulminacji, jak gdyby od razu chcąc zaznaczyć, że film stanowi jedynie wstęp do większej historii, opowiedzianej w kolejnych częściach. (Aż czekałem, żeby na napisach końcowych pojawiło się „Ana i Christian powrócą”, jak to ma miejsce w filmach ze stajni Marvela). Dostajemy za to pewną klamrę kompozycyjną w postaci powtórzonej sceny pary stojącej po dwóch stronach zamykających się drzwi windy.

Mimo wszystkich swoich wad, obraz całkiem dobrze i bezboleśnie się ogląda. Ogromna w tym zasługa jedynego elementu, który jest naprawdę dobry, czyli doskonale dobranej ścieżki dźwiękowej. To w ogromnej mierze właśnie dzięki niej ten obraz ogląda się jak romans, a nie jedynie historię seksualnych schadzek bohaterów. Utwory takie, jak „Earned It” The Weeknd, „Haunted” Beyonce, czy wykorzystanie pościelowych klasyków, sprawia że obraz ogląda się z większym zainteresowaniem. Film Taylor-Johnson jest więc koronnym przykładem na to, jak ogromną rolę muzyka odgrywa w kinie i jak diametralnie może wpłynąć na odbiór konkretnego dzieła filmowego.

Fifty Shades of Grey” to obraz jednorazowego użytku. Na dodatek taki, który szybko wyleci widzowi z głowy. Mimo wszystko, kiedy trwa, zapewnia specyficzną rozrywkę i nie nuży. Patrząc na materiał wyjściowy mogło być o wiele, wiele gorzej. Ostatecznie bowiem „Pięćdziesiąt twarzy Greya” są filmem, a nie tylko erotycznym fan-fickiem. Film niemal idealnie skrojony na Walentynki, a tematyka S&M wprowadzona bardzo delikatnie. Pierwszy raz z kinowym Greyem okazał się więc bezbolesny.

Ocena: 6/10

 
Komentarze (9)

Napisane w kategorii Movies

 

Knight of Cups

10 lut

Knight of Cups” Terrence’a Malicka to bardziej senna mara niż film z prawdziwego zdarzenia. Rozpoczyna się w takt historii opowiadanej przez ojca swojemu synowi, niczym bajka opowiadana na dobranoc. Obrazy, ukazujące ziemię z kosmosu przeplatają się tu ze scenami pustych terenów pustynnych i stepowych. Ogromną rolę w opowieści odgrywa też morze. Trudno tu jednak odnaleźć związek przyczynowo-skutkowy, ścieżkę przemiany bohatera, czy chronologię wydarzeń.

Oniryczność to główna cecha najnowszego dzieła Malicka. Opowieść poprowadzona jest w zasadzie bez żadnych dialogów, z licznymi wewnętrznymi monologami, lecącymi z offu. Monologami różnych osób. Samego bohatera (Christian Bale), ale i różnych kobiet, które Rick sobie przypomina (m.in Cate Blanchett, Natalie Portman, Teresa Palmer). Każda z nich jest inna. A jednak większość z nich wiąże powierzchowna relacja z bohaterem oraz fakt, że chętnie zabierał je ze sobą nad morze.

Oniryczność widoczna jest także w przeplataniu się ze sobą scen, bez wyraźnej przyczyny, konkretnego powodu, dla którego sekwencje następują po sobie. Trochę jak we śnie, w którym nie orientujemy się nawet dlaczego znaleźliśmy się w konkretnym miejscu, po prostu w nim jesteśmy. Ten formalny chaos, przemieszanie różnorodnych wątków i obrazów (w sekwencji ukazującej Los Angeles, znajdują się na przykład dwie przebitki na Berliński Reichstag oraz tutejsze metro), sprawia, że trudno tak naprawdę połapać się w sensie dzieła Malicka.

Knight of Cups” zdaje się być rozgrywającą się w Hollywood historią o powierzchownym, niewypełnionym znaczeniem życiu, któremu bohater w jakiś sposób próbuje nadać znaczenia. Tak naprawdę jednak ciągle powtarzając te same sytuacje i zachowania. Reżyser powiela też dokładnie te same ujęcia pustych naturalnych przestrzeni. Jak gdyby próbując w ten sposób ukazać brak możliwości ucieczki ze spirali pustego hollywoodzkiego życia.

Sęk tkwi w tym, że da się ukazać pustkę żywota jakiejś grupy społecznej w bardziej przystępny, intrygujący sposób. Koronnym przykładem chociażby ostatnie dzieło Harmony’ego Korine’a. O ile jednak „Spring Breakers”, o którym mowa, również mnie porządnie zmęczyło, o tyle byłem w stanie dyskutować o wielu znaczeniach tego obrazu. W „Knight of Cups” trudno tak naprawdę o czymś konkretnym rozmawiać. Luźne zestawienie sekwencji, które nie kleją się ze sobą w spójną całość, ukazują jedynie wspomnianą pułapkę hollywoodzkiego żywota, nic poza tym. Reżyser przekazuje tę myśl jednak w wyjątkowo nieprzystępny, rozczłonkowany i chaotyczny sposób. Sprawiając tym samym, że jak na oniryczny film przystało, potrafi porządnie znużyć widza.

Warto nadmienić jednak, że jest w tym filmie jedno wyśmienite zdanie. Zdanie, które w prosty sposób przekazuje główną myśl obrazu – poszukiwań czegoś, co zapełni egzystencjalną pustkę; które w doskonały sposób charakteryzuje ludzki sposób myślenia. „Wydaje Ci się, że gdy będziesz stary, będziesz wiedział co robić. A potem orientujesz się, że jesteś tak samo zagubiony jak przedtem”.  To jedno zdanie jest najciekawszym elementem całego „Knight Of Cups”. No, może poza kilkoma zachwycającymi ujęciami kamery oraz kilkoma utworami muzyki klasycznej, wykorzystanymi w obrazie.

Największym problemem „Knight of Cups” jest bowiem fakt, że z tego filmu w zasadzie nic nie wynika. Obraz kończy się też bez puenty, wyraźnego kierunku dalszego działania bohatera. Wszystko można/trzeba sobie dopowiedzieć. Brak jest jednak wyraźnych, wartościowych punktów zaczepienia, by w ogóle chcieć rozpocząć jakąś głębszą analizę.

Ocena: 3/10

 
Komentarze (7)

Napisane w kategorii Movies

 

Berlinale ’15 #2

10 lut

Dzień drugi na Festiwalu Filmowym w Berlinie upłynął pod znakiem dwóch pokazów prasowych oraz dwóch konferencji.

Największa sala festiwalu – Palast, podczas pokazu „Queen of the Desert” Wernera Herzoga wypełniona była do ostatniego fotela. W związku z tym, mimo znajdowania się na najwyższym balkonie, pierwszy raz kiedykolwiek, przez cały seans stałem na nogach. Jednak oglądając opowieść o Gertrude Bell (Nicole Kidman), Brytyjce, która wielokrotnie podróżując na Bliski Wschód, stała się nieoficjalnym mediatorem między poszczególnymi państwami tego rejonu, a Imperium Brytyjskim, zapomniałem o niedogodnościach sytuacji, dając się przekonać obrazowi.

Historia rozpoczyna się na początku XX wieku, gdy Gertrude, dziewczyna z dobrego brytyjskiego domu podczas balu przyjmuje zaloty wielu młodzieńców. Rodzice chcą bowiem, aby jak najszybciej wyszła za mąż. Żaden z kandydatów jednak nie nadaje się dla kobiety, wyedukowanej w Oxfordzie i duszącej się w wiejskiej rodzinnej posiadłości. Przekonuje rodziców, by mogła podróżować, zwiedzać świat.

Za ich wskazaniem jedzie do Teheranu, gdzie poznaje Henry’ego Cadogana (James Franco), młodego przedsiębiorcę i pracownika ambasady. Rodzenie się ich wzajemnej fascynacji i miłości, stanowi główny temat pierwszej części obrazu. Na szczególną uwagę zasługuje zaś scena karcianej sztuczki, którą Cadogan pokazuje Gertrude przy stole bilardowym. Sposób nakręcenia tej sceny, gra spojrzeń i gestów, są bowiem tak sensualne i znaczące, że od pary aż trudno oderwać wzrok. Dość powiedzieć, że sam Werner Herzog wypowiedział się o tej sekwencji „to najbardziej erotyczna scena, jaką kiedykolwiek nakręciłem”. Trudno się nie zgodzić. Tak naprawdę ten moment jest najlepszym fragmentem całej „Królowej Pustyni”. Dotyka bowiem prawdziwych emocji.

Reszta historii natomiast w dość sporym skrócie i stereotypowych barwach zaznacza kolejne wyprawy Getrude do krajów Bliskiego Wschodu, gdzie dzięki swojemu sprytowi i inteligencji oraz paru strategicznym prezentom, udaje jej się wejść w dobre relacje z wieloma władcami zwaśnionych terytoriów. To zaś sprawi, że w przyszłości będzie mogła pomóc wyznaczyć linię demarkacyjną między nowo powstającymi państwami.

Królową Pustyni” najlepiej ogląda się w jej romantycznych fragmentach. Wtedy dzieło ma wyraz, przekaz i zapewnia prawdziwe emocje. Gdy jednak obraz wchodzi na terytoria oscylujące w stronę polityki, historia nieco się rozmywa, nie niosąc już takiego ładunku oddziaływania na widza.

Ocena: 6/10

PS. Na uwagę zasługuje mała rola Roberta Pattinsona, który wciela się w postać, która zapisała się na kartach historii znacznie mocniej niż Getrtude Bell, mimo, że mówi się o niej „żeński Laurence z Arabii”.

.

Podczas konrerencji prasowej „Królowej Pustyni” padło wiele interesujących zdań. Oto najciekawsze z nich.

Nicole Kidman: „Wszyscy rozmawiamy o Laurencie z Arabii, ale nie wiemy nawet kim jest Gertrude Bell. Dlatego właśnie chcieliśmy opowiedzieć tę historię”.

Werner Herzog: „Powinienem był zrobić film z kobiecą protagonistką dużo wcześniej”.

„Pamiętajmy, że my nie opowiadamy Historii (przez duże H), tylko historię, opowieść” („We are not telling history, we are story tellers”).

Scena z wanną była dopisana do scenariusza na planie, gdyż Nicole miała pomysł, że będzie to dobry dodatek do charakteru postaci, zgodny z realiami w jakich przychodzi jej żyć. Pomysł trafiony, zwłaszcza, że Bell pisała o takich praktykach w swoich listach.

45 Years” Andrew Haigha jest subtelną opowieścią o zalążkach małżeńskiego kryzysu w dniach poprzedzających 45 rocznicę ślubu pary.

Wszystko zaczyna się od niespodziewanego listu, którego treść porządnie wstrząsa mężczyzną. Staje się osowiały, oddalony, znów zaczyna palić. Znajomi, a nawet obce osoby podchodzą do niego na ulicy, pytając czy na pewno wszystko z nim w porządku. O całej sytuacji rozmawia z żoną, jednak w pewnym momencie ta mówi mu, że nie jest w stanie dłużej dyskutować na ten temat, zbyt mocno ją to porusza.

45 Years” to obraz, który prostymi środkami opowiada o widmie przeszłości, o sile niespełnionych możliwości. Doskonale zagrany przez dwójkę głównych aktorów – Charlotte Rampling oraz Toma Courtenaya, którzy idealnie współgrają ze sobą w każdej scenie, uwiarygodniając przemianę, jaka zajdzie w ich relacjach. Grając osoby oddalające się od siebie, zdystansowane, robią to w taki sposób, że doskonale widać ich bliskość i nić porozumienia, która łączyła ich przez lata.

Pokaz „45 Years” Andrew Haigha zakończył się zaś pierwszą burzą oklasków, chwilowo stając się też moim festiwalowym faworytem. Obserwując bohaterów i zmiany ich zachowań, odkrywamy  bowiem jak bardzo przeszłość i niewykorzystane możliwości są w stanie rzutować na nasze bieżące życie, nawet gdy sami nie zdajemy sobie z tego sprawy. Mały wielki film.

Ocena: 7,5/10

Na konferencji prasowej twórcy opowiadali dlaczego akcja rozgrywa się w małym brytyjskim miasteczku Norfolk, o tym dlaczego zdecydowali się na takie wybory muzyczne oraz o sposobie pracy Andrew Haigha z aktorami.

Andrew Haigh (parafrazując): Wybrałem Norfolk jako miejsce akcji, nie tylko dlatego, że sam tam kiedyś mieszkałem, ale także dlatego, że jest to wyjątkowo płaskie, odizolowane od świata miejsce. W którym bohaterowie spędzili większość swojego związku. Stanowiło to niezwykły kontrast do poprzedniego związku mężczyzny, gdy oboje mieszkali w górach. Był to celowy kontrast, mający jeszcze bardziej zaakcentować różnice w obydwu związkach.

Zdecydowaliśmy się na „Smoke gets in your eyes” The Platters w ostatnich scenach filmu, dlatego, że ta piosenka posiada podwójne dno. Słyszałem ludzi, którzy grają ją na weselach, jak gdyby nie wsłuchując się w jej słowa. Bo to tak naprawdę bardzo melancholijny utwór.

Charlotte Rampling: „Kiedy dasz dziecku strukturę, powiesz mu jakie zasady go obowiązują, jakie ma ograniczenia działania, będzie dobrze bawił się w tej strukturze. Dla mnie jako aktorki najlepiej pracuje się właśnie w takim ograniczeniu, w takiej strukturze”. A to właśnie zapewnił nam Andrew. Pokazał nam ogólne wytyczne działania, dając nam swobodę ekspresji wewnątrz tych wyznaczonych granic.

 
Brak komentarzy

Napisane w kategorii Movies

 

Warszawa nocą

06 lut

Cztery kobiety w różnym wieku i cztery historie – to najkrótszy opis „Warsaw by Night”.

Film Natalii Korynckiej-Gruz to zbiór nowelek filmowych, powierzchownie połączonych ze sobą krótką interakcją w jednej z łazienek warszawskiej knajpki. Punkt wyjściowy filmu – pokazać nocne życie Warszawy oczami odmiennych bohaterek, jest ciekawy. Niestety wykonanie kuleje.

Głównym problemem pozostaje fakt, że każda z nowelek jest tak naprawdę jedynie zarysem, zalążkiem jakiejś dłuższej, ciekawszej historii. Każda urywa się bowiem, nie posiadając wyraźnego końca, zwieńczenia. Każda z nich jest więc tylko pewnym wyrywkiem historii, w której kłócą się ze sobą prawda naszych czasów, a scenariuszowa przesada. Problemy, z którymi borykają się kobiety, być może są prawdziwe, jednak wyrywkowy sposób ich przedstawienia sprawia, że widać w nich jedynie inscenizacyjny zamysł scenarzystów. Być może lepiej byłoby więc albo mocniej skupić się na jednej historii, albo być może przyciąć film do trzech i je te bardziej rozwinąć.

W obecnej formule „Warsaw by night” tak naprawdę jedynie sygnalizuje pewne problemy i spostrzeżenia, nie stawiając żadnej diagnozy, ani nie zgłębiając dokładnie psychiki swoich postaci. Pokazuje urywek rzeczywistości, z którego nic odkrywczego nie wynika. Najciekawsza jest chyba sekwencja z Romą Gąsiorowską i Łukaszem Simlatem. Najbardziej zaskakująca, a do tego najbardziej nierozwinięta, nie zdiagnozowana.

W obrazie Korynckiej-Gruz widać też próby implementacji zagranicznych pomysłów, ze znikomym skutkiem. Wątek Renaty w szczególności wygląda na inspirowany niedawnymi filmami. Niebieskowłosa dziewiętnastolatka na pierwszy rzut oka wygląda bowiem niczym bohaterka „Życia Adeli”, a problem z którym przyjdzie jej się zmierzyć też stanowi pokrewną tematyki obrazu Abdellatif Kechiche’a. Punkt zwrotny jej historii jest jednak o jeden dźwięk oddalony od rzeczywistości, popadając prez to w przesadę i zamiast emocji, wywołując raczej urwany śmiech.

Na uwagę zasługuje jednak motyw muzyczny Aleksandra Gruzy -  prosty, melodyjny, chwytliwy – przewija się przez cały film, dobrze oddając klimat nocy imprezujących Warszawiaków.

Warsaw by Night” to film z ciekawym punktem wyjściowym, który jednak nie wykorzystuje pełni potencjału, który w nim drzemie. Ciekawy zalążek większego pomysłu, który jednak nie wnosi żadnej nowej jakości. Mimo wszystko czas spędzony w kinie nie będzie straconym, gdyż niektóre sekwencje potrafią wywołać uśmiech widza, z powodu przesadzonej reakcji bohaterów.

Ocena: 5/10

 
Komentarze (4)

Napisane w kategorii Movies

 

Dzika Droga

06 lut

Wild”/„Dzika Droga” z Reese Whitherspoon w roli głównej jest opowieścią o wyprawie pewnej kobiety (Susan Strayed), która postanowiła zaradzić swoim problemom poprzez postawienie przed sobą niecodziennego zadania – chce przejść całą trasę Pacific Crest Trail – szlaku ciągnącego się przez tysiące kilometrów od Kalifornii aż po Kanadę.

Mimo pozornej zbieżności z dziełem „127 godzin” Danny’ego Boyle’a, w którym piesza wyprawa wspinaczkowa skończyła się sytuacją ekstremalną, obraz Jean-Marca Vallée nie posiada wiele punktów stycznych z przejmującym dziełem o Aronie Ralstonie. Przede wszystkim – zupełnie inne jest tempo opowieści. Historia w „Wild” snuje się, niespiesznie ukazując kolejne etapy wyprawy kobiety. Poszczególne dni wyprawy przeplatane są retrospekcjami z jej dawnego życia, które mają rzucić światło na powody, dla których w ogóle zdecydowała się na swoją wyprawę. Odkrywanie tych powodów jest częścią filmowej podróży samego widza, która sprawia, że przygody bohaterki ogląda się z większym zainteresowaniem. Kobieta skrywa bowiem pewną tajemniczą przeszłość. Szkoda tylko, że trailer skutecznie zdradza większość tej tajemnicy.

Reese Whitherspon w niezłej roli zdeterminowanej kobiety, która w trakcie wyprawy wciąż łapie się na chęci rzucenia postawionego przed sobą zadania w cholerę. I która raz po raz przypomina sobie powody dla których jednak warto się nie poddawać. Prostymi środkami Whitherspon starała się pokazać zmianę w zachowaniu Cheryl i drastyczne powody, które rzuciły ją w wir pieszej wędrówki.

Historia składa się w zasadzie z wielu epizodów – chwil, w których Cheryl napotyka na swojej drodze (nie)życzliwych ludzi, retrospekcji do dramatycznych czasów przeszłości, jak i ładnych ujęć przyrody, której piękno zewsząd otacza kobietę. Ogląda się to dobrze i przyjemnie, jednak trzeba przyznać, że seans nie skłania do jakiejś głębszej refleksji. Poza znakomitym tekstem*, wyjaśniającym powody, dla których rozwodząca się para robi sobie identyczne tatuaże, niewiele zostaje z człowiekiem po seansie.

W dużej mierze może wynikać to z faktu, iż dzieło kończy się nagle. Brak jest jakiejś wyraźnej kulminacji dla opowieści. Podróż trwa, trwa i trwa, po czym nieoczekiwanie, bez zapowiedzi, się kończy. Być może jednak taki był zamysł twórczy reżysera. Mający na celu pokazać, że to droga i sama podróż ważniejsza jest od osiągnięcia celu. Biorąc pod uwagę, że podróż Cheryl oraz odkrywanie kart jej przeszłości są interesujące, warto, choć raz, zapoznać się z jej historią opowiedzianą w „Wild”.

Ocena: 7,5/10

PS. * („Chcemy, aby to nas połączyło. W końcu ludzie mogą pobrać się kilka razy, ale zauważyliśmy, że rozwód bierze się jednak tylko raz”).

 
1 komentarz

Napisane w kategorii Movies

 

Berlinale ’15 #1

06 lut

Dziś oficjalnie rozpoczął się Festiwal Filmowy Berlinale. Impreza potrwa 10 kolejnych dni, podczas których 19 filmów zmierzy się w Konkursie Głównym, a na ekranach przewinie się aż 450 produkcji. Większość z nich będzie miało swoją światową premierę właśnie podczas tego corocznego Święta Kina.

Dzień 1

Czwartek, 5 lutego rozpoczął się od konferencji prasowej z Międzynarodowym Jury Festiwalu, w którego skład wchodzą: Przewodniczący Darren Aronofsky, producenci Matthew Weiner i Martha de Laurentiis, reżyserzy Claudia Llosa Bong Joon-Ho oraz aktorzy: Audrey Tatou i Daniel Bruhl.

Konferencja z udziałem jury obfitowała w wiele ciekawych uwag, dlatego pozwolę sobie przytoczyć najciekawsze fragmenty:

Darren Aronofsky: „Konkursy są bardzo subiektywne”, „tak naprawdę przyznanie nagrody konkretnemu dziełu świadczy tak samo o jury, jak i filmie”. „Festiwale i konkursy dają jednak doskonałą przestrzeń do rozmów o kinie”.

„Oceniając dzieło, staram się po prostu być jak najbardziej otwarty i uczciwy wobec niego. Gdy film jest dobry, zapominam o stronie technicznej, chłonę po prostu historię. To, co nas łączy z dziełem, to przede wszystkim ludzkie emocje, samo człowieczeństwo. Wtedy nie ma znaczenia z jakiego kraju obraz pochodzi. W końcu opowiadanie historii to jedna z najstarszych tradycji ludzkości.”

Matthew Weiner: „Będziemy oceniać tu filmy jako filmy, bez względu na ich otoczkę”, (Aronofsky) „będziemy obiektywni w naszej subiektywnej rzeczywistości”, jeśli chodzi o styl dyskusji między członkami jury – „im brutalniej i mroczniej tym lepiej”. Audrey Tatou: „Mogę wam na pewno powiedzieć, że będziemy głosować ZA filmami, nie przeciwko nim”.

Darren Anorofsky: „Nie wiem w zasadzie jakie filmy biorą udział w konkursie. Dzięki temu każdego dnia będę mieć Gwiazdkę”.

Matthew Weiner: „To mój pierwszy raz w Berlinie. A zasiadając w jury wydaje mi się, jakbym osądzał kryminalistów” (jury po angielsku nie tylko jury, ale i ława przysięgłych).

Weiner, zapytany o wzrastającą pozycję form telewizyjnych: „Nigdy nie widziałem rozrywki w kategoriach hierarchii. (Jeśli dobrze wykonane) wszystko może mnie poruszyć. Nawet reklama”. „Model telewizyjny jest ekonomicznie lepszy dla twórców”.

„Go Watch Movies”//„Idźcie oglądać filmy” – najlepszy z możliwych tekstów, padających na rozpoczęcie festiwalu filmowego.

To też uczyniłem. Po konferencji prasowej płynnie przemieściłem się do kina Cinemaxx, gdzie rozpoczynał się właśnie pokaz filmu otwarcia.

Nobody wants the night” Isabel Coixet to obraz inspirowany życiem i książkami Josephine Peary (Juliete Binoche).

„Ciekawiło mnie, aby pokazać historię wypraw na Biegun Północny z perspektywy kobiety”, powiedziała reżyserka. Dlatego rozgrywająca się w 1908 roku historia wyprawy Roberta Peary’ego opowiedziana jest właśnie oczami jego żony. Kobieta, wiedząc, że będzie to ostatnia wyprawa męża, postanowiła pojechać za nim, by znaleźć się jak najbliżej, gdy nastąpi ta wiekopomna chwila. Zdając sobie sprawę z niebezpieczeństwa wyprawy, Mrs. Perry wyruszy wbrew zdrowemu rozsądkowi.

Podczas wyprawy dochodzi do kilku wypadków, co ostatecznie kończy się tym, że kobieta zostaje samotnie w ostatnim obozowisku, które odwiedził jej mąż, gdzie postanawia na niego zaczekać. Szybko okaże się jednak, że nie jest w tym miejscu sama – towarzyszy jej Eskimoska Allaka (Rinko Kikuchi), która również oczekuje na „swojego mężczyznę”. Relacja z dziewczyną z początku okaże się dla Perry bardzo trudna, jednak ciężkie warunki wszechotaczającej dzikiej natury, sprawią, że kobiety zaczną, nomen omen, przełamywać lody. Bardzo powoli i z ogromną dozą rezerwy i dystansu, jednak splot zdarzeń zacznie rzucać coraz to nowe barwy na skomplikowaną relację obu kobiet.

Piękne zdjęcia Jean-Claude’a Larrieu ukazują dziką i nieokiełznaną naturę, doskonale kontrastując z wysublimowanym,  aż przesadnie eleganckim stylem kobiety, która w pięknych futrach i z bujną fryzurą przemierza kolejne wyboje trasy i stawia czoła przeciwnościom losu.

Opowieść o Josephine i jej relacji z innymi członkami wyprawy, jak i, a może przede wszystkim, Innuitką Alaką, ogląda się dobrze. Filmowi brakuje jednej rzeczy – poczucia zagrożenia z prawdziwego zdarzenia. Natura jest silna, nieokiełznana, jednak jej moc i przerażające możliwości ukazane są jedynie sporadycznie, chwilami. Większości sekwencji brakuje jednak tego podskórnego poczucia zagrożenia, która kazałoby mocno przejąć się losami bohaterki.

Mimo wszystko jednak „Nobody wants a night” jest interesującym studium charakterologicznej zmiany, jaka nastąpi w głównej bohaterce, i jako taki, warty jest uwagi. Mimo swoich kilku uchybień.

Ocena: 7/10

Zaraz po seansie odbyła się konferencja prasowa z udziałem gwiazd filmu, która upłynęła w szczególnej, bardzo luźnej atmosferze. Nie szczędząc słów i energii, reżyserka oraz zgromadzone gwiazdy ochoczo odpowiadały na pytania, dopytując kokieteryjnie: „chcecie poznać całą najprawdziwszą prawdę?”. I tak – dostało się Norwegom, którzy byli jednymi z gospodarzy filmowej ekipy, która kręciła film w kilku różnych miejscach, w tym w Bułgarii i właśnie Norwegii. Warto wynotować, że Norwegia była gospodarzem, a nie koproducentem filmu, gdyż o to właśnie największy żal miała reżyserka – że mimo usilnych prób, nie udało jej się namówić strony norweskiej na pomoc finansową dla jej produkcji. A na dodatek naród z Północy miał czelność nie zaserwować ekipie kawy na śniadanie. Śniadania również nie. Co ją, jako temperamentną Hiszpankę trochę wytrącało z równowagi. Jej wybuchowy charakter było zresztą widać w sytuacjach, gdy padały pytanie z kategorii „gender” – o roli kobiety w swoim filmie. „Przecież to nuda. Naprawdę mam odpowiadać na takie pytania?”. Poprzez takie podejście, jej odpowiedzią na pytanie o to jak się czuje jako jedna z pierwszych kobiet, których film otwiera Berlinale – od razu przeszła do niezaprzeczalnego argumentu: „mam cycki, nie fiuta, więc trudno abym zostawiała swoją płeć w domu, gdy idę do pracy”, pogódźcie się z tym. Jeśli jednak naprawdę mamy rozmawiać o tych kwestiach to chciałabym wyższej płacy dla kobiet. Nie takiej samej jak ta mężczyzn – wyższej!

Bardzo ciekawie wypadły też odpowiedzi dotyczące doskonałego sposobu gry aktorskiej. „Jak wam się pracowało w tak ciężkich i zimnych warunkach, jakie widać na ekranie?” „Chcecie znać prawdę? No cóż – w zasadzie w ciężkich zimowych warunkach Norwegii pracowaliśmy 10 dni, z czego trzy dni były naprawdę mroźne. Resztę zdjęć nakręciliśmy na Teneryfie, w studio. (Jak więc widzicie  – tyle wystarczy – trzy dni, aby zrobić naprawdę dobrą i wiarygodną kreację opartą na walce z żywiołem, dodała Coixet)

Konferencja prasowa upłynęła w specyficznej, luźnej atmosferze, zapewniając chwile do śmiechu, czy nawet nieśmiałych oklasków na poszczegóne zdania wypowiadane przez ekipę. Trwała krócej niż poranna, ale zapewniła ciekawy wgląd w kulisy powstania produkcji.

Festiwalowy dzień zakończyłem wywiadem z Anyą Wątrobą, scenarzystką filmu „Elixir” w reżyserii Brodiego Higgsa, rozgrywającego się w centrum Berlina i opowiadającego o grupie artystów, którzy zmagają się z wyzwaniami dzisiejszej rzeczywistości. Wywiad oraz sama opinia o filmie – już wkrótce.

Wieczorem zaś odbyła się Ceremonia Otwarcia, podczas której powtórzyło się wyśmienite „Go Watch Movies”. I to zamierzam zrobić. Jutro planuję już trzy seanse.

 
1 komentarz

Napisane w kategorii Movies

 

Birdman

05 lut

Birdman” Alejandro Gonzaleza Innarritu to opowieść o podstarzałym aktorze kina akcji (Michael Keaton), który postanawia wziąć sprawy w swoje ręce i odzyskać dawny blask i powszechne poważanie. W tym celu postanawia przenieść na deski teatru powieść Raymonda Carvera, do której sam napisał scenariusz, której jest reżyserem i gdzie gra główną rolę.

Taki punkt wyjściowy historii sprawia, że „Birdman” w inteligentny sposób wyśmiewa showbiznes i zasady nim rządzące. Tak naprawdę jednak „Birdman” urzeka trzema rzeczami: wyśmienitą formą, doskonałym aktorstwem oraz pełnią trafnych i ciętych uwag, dotyczących świata showbiznesu, jak i dzisiejszej rzeczywistości jako takiej.

Na wyśmienita formę składają się niezwykle ciekawe zdjęcia Emmanuela Lubezkiego oraz niewidoczny montaż. Cała historia została nakręcona i zmontowana w taki sposób, że sprawia wrażenie, jakby cały obraz kręcony był na jednym ujęciu kamery, która podąża za bohaterami, raz po raz zmieniając plan i kąt patrzenia. Formalny majstersztyk, który każe bić pokłony autorowi zdjęć oraz montażyście za perfekcjonizm połączenia poszczególnych sekwencji ze sobą w taki sposób, że obraz wygląda jak jedno płynne ujęcie. Ciągłość filmowego wywodu zmniejsza dystans między widzem, a bohaterami. Warto napomknąć także o klamrze kompozycyjnej, którą stanowią powtórzone ujęcia spadającej komety i leżących na plaży meduz. Między tymi dwoma, niemal identycznymi sekwencjami rozgrywa się cała opowieść. Jest też epilog, bezpośrednio odnoszący się do filmowego motta, cytatu, którym rozpoczyna się seans, a pochodzący bezpośrednio z Raymonda Carvera. To właśnie motto stanowi sedno sensu przedstawionych pod koniec dzieła wydarzeń.

Birdman” oferuje także doskonałe aktorskie momenty. Wszystkie sceny dialogowe wypadają świetnie, a rozmowy Emmy Stone z Edwardem Nortonem na dachu, czy Keatona z Nortonem, gdy pierwszy opowiada mu przykrą historię swojego dzieciństwa, zaliczyć można do najciekawszych momentów obrazu. Za takowe uznać można także tyradę Stone do ojca, pytającą go za kogo on się właściwie ma, czy dyskusję dwóch aktorek o tym, że nikt nigdy nie powiedział im konkretnych zdań, które zawsze chciały usłyszeć – więc aby sobie wzajemnie pomóc, mówią do siebie te właśnie zdania. Patrząc po ilości wymienionych wyżej scen, jestem w stanie powiedzieć, że cały obraz Inarritu wypełniony jest doskonałymi dyskusjami, ciekawymi zabawami słowem i uwagami dotyczącymi sztuki filmowej, krytyki jako takiej, ludzkiej natury i otaczającego świata, które pobudzają zwoje myślowe i  radują inteligencją swojego przekazu. Pięknie bawią, dając jednocześnie pożywkę dla mózgu.

Sceny te świetnie oddziałują na widza nie tylko z powodu doskonałego ich rozpisania przez scenarzystów, ale także dlatego, że aktorzy stanęli na wysokości zadania i stworzyli wielowymiarowe, namacalne i intrygujące postaci. Największym zaskoczeniem jest jednak Zach Galifaniakis, którego sposób bycia i gry diametralnie różni się od jego poprzednich ról, a jego artykulacja i sposób zachowania są tak inne od tego, co prezentował wcześniej na ekranie, że na pierwszy rzut oka można go wręcz nie poznać.

Największą siłą „Birdmana” jest jednak zarysowanie kontrastu między światem Hollywood, a światem teatru. W postawach Riggana (Keaton) oraz Mike’a (Norton) wyraźnie widzimy różnice w podejściu do sztuki. Ta różnica widoczna jest także w osobie pani krytyk teatralnej, które nie oglądając nawet przedstawienia, już wyrobiła sobie o nim zdanie. O nim, o Rigganie, o aktorach Hollywoodzkich. Zarzuty o frazesowość recenzji, nieobnażanie własnych uczuć i nie podejmowanie ryzyka w ogóle jej nie obejdą, a jednak to tekst, który napisze kobieta będzie na tyle znaczący, że sam podtytuł filmu będzie go cytować.

Bardzo ciekawa jest też ścieżka dźwiękowa, w większości składające się z przygrywanej na perkusji  melodii Antonio Sancheza. Chaotyczna, zmienna, rytmiczna, dobrze oddaje wewnętrzne roztrzepanie samego bohatera.

Birdman” to obraz, który znakomicie bawi się swoją formą – zarówno stylistyczną, jak i treściową. Piękny jest w szczególności moment, żywcem wyjęty z blockbustera, w którym bohater w stroju Birdmana mówi, że to jest dopiero coś, co kręci widownię. Nie takie pseudo-filozoficzne bajdurzenia, jak prowadzona od ponad godziny czasu ekranowego opowieść Riggina Thomsona. Prztyczek w nos wycelowany przez twórców filmu w swoje własne dzieło. „Birdman” zachwyca, wciąga, bawi, a na dodatek każe wytężyć zwoje mózgowe, by w pełni połapać się w zawiłościach fabuły. Film totalny.

Ocena: 9/10 <3

 
Brak komentarzy

Napisane w kategorii Movies

 

Jupiter: Intronizacja

04 lut

Jupiter Ascending” Rodzeństwa Wachowskich to film tak zły, że aż… wyśmienity!

Jeśli traktować go na poważnie, w trakcie seansu zechcemy wyciągnąć żylet… wróć! suchy herbatnik i podciąć sobie nim żyły. Kiedy jednak spuścimy z tonu i zerkniemy na niego jako niezamierzoną komedię, wtedy seans przysporzy nam niezapomnianych wrażeń i morza chwil, które sprawią, że wybuchniemy gromkim śmiechem.

Od czego tu zacząć?

Może od tego, że mimo używania przez bohaterów Bardzo Wielkich i Wzniosłych Słów, mających nakreślić filmową opowieść, w trakcie seansu trudno się właściwie połapać w całej tej historii. Co jest dodatkowo zabawne, biorąc pod uwagę, że główna oś fabularna tak naprawdę w ogóle nie jest skomplikowana (dziewczyna przemierza galaktykę, aby odwiedzić posiadłości trójki rodzeństwa, z których każde chce wykorzystać jej pozycję do własnego celu). Jednak przez natłok Trudnych Wyrazów, dziwnych imion, czy kuriozalnych dialogów gdzieś gubi się sens oglądanych wydarzeń. Ponadto, mimo ponad dwugodzinnego czasu trwania, bywają w filmie momenty, w których czuć, jak gdyby brakowało jakiegoś znaczącego elementu układanki, który dodałby temu filmowi sensu, czy kluczowych informacji, wyjaśniających oglądane wydarzenia. Teoretycznie bowiem dowiadujemy się o świecie przedstawionym i Organizacji Abrasaks wraz z główną bohaterką. Następuje jednak pewien moment w filmie, w którym bohaterowie zdają się wiedzieć więcej od widzów i postępować wedle nowych reguł, które nie zostały nam przedstawione. I tak  kilka razy. Jak gdyby sceny, w której zdradzano sens bieżących wydarzeń, zniknęły pod stołem montażowym.

Dialogi są kuriozalne, przepełnione nie tylko frazesami o miłości, sposobach działania korporacji, czy potędze klasy rządzącej, ale i perełkami w stylu: „Pszczoły lgną do ludzi wysoko urodzonych”, czy (najlepszy tekst całego seansu) „Pszczoły nie zadają pytań”. Aktorzy deklamują je zaś w tak drewniany sposób, że nie zdziwię się, jeśli „Jupiter: Intronizacja” stanie się głównym faworytem przyszłorocznych Złotych Malin. Gdyby obraz wyszedł w swoim pierwotnym terminie – w połowie zeszłego roku, być może powtórzyłby się proceder Sandry Bullock, która w tym samym roku zgarnęła statuetkę dla Najlepszej i Najgorszej Aktorki. Eddie Redmayne (nominowany do Oscara za swoją rolę w „Teorii Wszystkiego”), w „Jupiter Ascending” jest bowiem moim faworytem, jeśli chodzi o aktorski popis. Sposób zachowania Balema jest tak sztucznie przesadzony i nienaturalny, że aż z niecierpliwością oczekiwałem każdego kolejnego pojawienia się Redmayne’a na ekranie. Chwila, w której ze swojego sposobu mówienia nie-poruszam-ustami, przechodzi w piskliwy krzyk małoletniego chłopca, któremu zabrano zabawkę, jest wisienką na torcie tej doskonałej kreacji aktorskiej. Naprawdę szczerze kibicuję aktorowi w przyszłorocznym rozdaniu Złotych Malin.

Zresztą nie tylko samo aktorstwo jest kuriozalne. Równie komiczne jest pochodzenie samych bohaterów. Postać Channinga Tatuma jest na przykład hybrydą człowieka i wilka, który był bardzo samotny w życiu, ze względu na to, że był… albinosem. Ponadto dopuścił się czynu karygodnego i, o zgrozo, ugryzł osobę Wysoko Urodzoną. Nie lepsza jest partnerująca mu Mila Kunis, jako zagubiona i łatwowierna Jupiter, która przechodzi cały film z dwoma minami, swoje umiejętności wkładając głównie w wielokrotną zmianę ubioru.

Głównym problemem „Jupiter: Intronizacji” jest jednak fakt, że prosta historia opowiedziana jest tutaj w tak chaotyczny i niezrozumiały sposób, że trudno przejąć się czymkolwiek co dzieje się na ekranie. Do tego w obrazie następuje pełne wymieszanie różnorodnych stylistyk i historii, co sprawia, że w pewnym momencie, w jednym ze światów, które odwiedzają bohaterowie, dostajemy sekwencję, mówiąca o biurokracyjnych paradoksach urzędów miejskich.

Wartym wynotowania jest także celowe nawiązywanie do wielu słynnych opowieści science-fiction poprzez wizualne podobieństwo poszczególnych elementów wystroju, ubioru czy ścieźki muzycznej. I tak – wizyta u Kalique poprowadzona jest niczym atak na Naboo w „Gwiezdnych Wojnach: Mrocznym Widmie”, sukienka, którą Jupiter przywdziewa na kolację z Tytusem przywodzi na myśl podrasowaną wersję stroju Trinity z „Matrixa”, a gdy bohaterowie przyjeżdzają do największego miasta, rządzonego przez Organizację Abrasaks, ta ma czelność wyglądać niczym dwa statki, znane z „Odysei Kosmicznej”. To jednak jedynie czubek góry lodowej nawiązań, poczynionych w obrazie, a jedną z przyjemniejszych rzeczy podczas seansu, jest wyłapywanie takich smaczków.

Uznanie należy się jednak Wachowskim za to, że są w stanie wielokrotnie, na różne sposoby wałkować ten sam motyw – ludzi, jako źródła paliwa dla „Istot Wyższych” – na różnorodne sposoby. Szkoda, że nie zawsze posiadające zbyt wiele sensu. Widzę też możliwy pozytywny wpływ filmu na wzrost zainteresowania rolkami i łyżwiarstwem. Buty z turbonapędem, które przywdziewa Caine, są chyba najlepszym gadżetem całego filmu, a w połączeniu z ruchami fotela, które towarzyszą ruchom samego bohatera, dostarczają wyśmienitej rozrywki.

Kilka słów o technologii 4DX, w której dane było mi obejrzeć dzieło. Sale projekcyjne wyposażone w ruchome fotele oraz efekty świetlne, powietrzne, zapachowe i spryskiwacze wody sprawiły, że w kilku momentach można się było poczuć niczym na rozpędzonym roller-coasterze. Poruszające się fotele miotały widzem w każdą stronę tak znacząco, że nie tylko trzeba było mocno się trzymać, chwilami nawet zagubić w ekranowej akcji. Z drugiej strony wyobraziłem sobie wtedy oglądanie latających wygibasów statków kosmicznych bez dodatkowej atrakcji odczuwania przeciążeń maszyn wraz z bohaterami i pomyślałem sobie, że roller-coaster to doskonały dodatek do tego filmu. Buja człowiekiem równo, kule świszczą koło głowy często i gęsto, a raz dla orzeźwienia chluśnie nas też wodą. Technologiczna zabawa, jaką daje 4DX jest przyjemna, więc jak najbardziej od czasu do czasu można się udać na film w niej prezentowany. A właśnie takie przesadzone dzieła, jak „Jupiter Ascending” sprawdzają się w niej najlepiej.

Jak wspomniałem na początku – „Jupiter: Intronizacja” to obraz tak zły, że aż dający wielką przyjemność z obcowania z kolejnymi kuriozalnym scenami, wylewającymi się z ekranu. Film przysparza szeregu szczególnych wrażeń, a najlepszą sceną i tekstem seansu pozostaje zdanie: „Pszczoły nie zadają pytań”. I tym akcentem kończę wpis o najnowszym obrazie Wachowskich.

Ocena: 2,5/10,

ale za niedowierzanie z kuriozalnego poziomu filmu i za kilkukrotne wznoszenie rąk w górę, w geście oznaczającym aprobatę, dodaję też serduszko (<3) do oceny. Magia kina w czystej postaci!

 
Komentarze (3)

Napisane w kategorii Movies

 

Luźne uwagi o filmach #1

01 lut

W natłoku seansów i bombardowaniu się filmowymi wrażeniami, nie zawsze udaje mi się skroić pełnoprawną recenzję wszystkich obejrzanych dzieł. Często jednak posiadam połowy tekstów, których potem nie umiem skończyć. Jednak sądzę, że informacje o obejrzanych filmach powinny się tu pojawić, więc postanowiłem spróbować czegoś nowego – szybkiego zbioru luźnych informacji po seansach filmowych. Oto pierwsza pula takich tekstów. ENJOY!

Serena” Susanne Bier to obraz rozgrywający się w amerykańskich Górach Mglistych w 1929 roku. George (Bradley Cooper) ma prosperujący biznes drwalski, który znajduje się w cieniu widma budowy Parku Krajobrazowego.

Aby uratować swój biznes jedzie do miasta, aby porozmawiać z lokalną Radą. Podczas tej wyprawy poznaje Serenę (Jennifer Lawrence) – młodą przedsiębiorczą dziewczynę, w której zakochuje się od pierwszego wejrzenia. Sprowadza ją do miasteczka, a jako że kobieta ma smykałkę do interesów, szybko pomaga mu w bieżących działaniach.

Obraz nie skupia się jednak tylko na biznesowej stronie przedsięwzięcia. Dużo uwagi poświęca się tutaj miłości pary, która w pewnym momencie przerodzi się w niezdrowe i zaborcze uczucie, które może wręcz doprowadzić do tragedii.

Aktorzy nieźle sprawdzają się na planie, a między bohaterami czuć chemię (Cooper i Lawrence mieli już wprawę w graniu pary zakochanych, jako, że to już ich trzeci wspólny projekt). Przez większość seansu Jennifer gra tak jak zwykle, prezentując w zasadzie ten sam typ bohaterki, którą widzieliśmy w jej wykonaniu kilkakrotnie. Na szczęście zdarzają się chwile, gdy zaskakuje. Niezły jest w szczególności moment chwilowej paniki, która łapie bohaterkę – tak to powinno wyglądać w „Igrzyskach Śmierci”. Najciekawszy jest jednak bohater, grany przez Rhysa Ifansa, który mówi o sobie, że ma dar przewidywania przyszłości. Ta umiejętność stanie się specyficzną kością problemu w pewnym momencie historii.

Serena” to obraz ładnie sfilmowany, nieźle zagrany, a jednak taki któremu brakuje serca. Losy bohaterów opowiedziane są w mało angażujący sposób, więc chwilami trudno zadrzeć o ich przyszłość. Film na raz. Do obejrzenia i szybkiego zapomnienia.

Ocena: 6/10

O koniach i ludziach

Islandzka ciekawostka. Obraz nowelowy, opowiadający różne historie związane ze środowiskiem koniarzy, mieszkających na Islandii. Bardzo ładne zdjęcia wyspy oraz wszechotaczającej natury, a także bardzo interesujący zabieg odbijania akcji wydarzeń w oczach zwierząt i ludzi. Nowelki posiadają różnorodny charakter – od zabawnych, przez dramatyczne, aż do tych ukazujących siłę ludzkiego ducha.

Naturalizm przedstawienia wszystkich zdarzeń sprawia, że obraz Benedicta Erlingssona ogląda się niemal jak dokument. Specyficzne dzieło, które jednak potrafi przykuć uwagę, w szczególności sekwencją, w której mężczyzna zmuszony jest spędzić zimową noc w odosobnieniu, z koniem, jako jedynym kompanem. Rozwiązanie, które znajdzie, ogląda się niczym sekwencję rodem z V części „Gwiezdnych Wojen”.

O koniach i ludziach” to jednorazowa filmowa ciekawostka.

Ocena: 6/10

Chiński „Czarny węgiel, kruchy lód”, czyli zwycięzca zeszłorocznego Festiwalu Berlinale to obraz nietypowy. Rozpoczyna się obiecująco – od sceny, w której ciężarówka z węglem wiezie jakiś nieznany pakunek, leżący na szczycie góry węgla, przewożonej ciężarówką. Gdy samochód dojedzie do przetwórni, okaże się iż jest to ludzka ręka, a w sprawę wmiesza się policja.

Akcja przeskakuje wtedy o pięć lat, gdy podobne zdarzenie znów ma miejsce. Policja myśli, że wydarzenia są ze sobą powiązane, więc rozpoczyna śledztwo. W tym samym czasie były policjant i główny bohater filmu na własną rękę również rozpoczyna działania mające na celu schwytanie mordercy. Sęk tkwi w tym, że ciekawie zapowiadająca się historia mordercy, pozostawiającego poćwiartowane części ciał ofiar, często z przytroczonymi do nich łyżwami, ginie w natłoku wątków pobocznych, w których trudno się połapać. Najlepszą sceną pozostaje moment strzelaniny w salonie fryzjerskim na początku filmu, gdy „all hell breaks loose” zupełnym przypadkiem i zbierając krwawe żniwo ofiar. Wtedy obraz Yi’nan Diao ogląda się niczym przyzwoitą czarną komedię. Niestety jest to jedyny moment takiej gatunkowej gry, reszta scen zapewnia raczej niezłego WTFka, gdyż trudno się połapać po co pokazuje nam się poszczególne sekwencje, a poszukiwania złoczyńcy szybko schodzą na dalszy plan, ustępując miejsca wątkom, które nie są ciekawe.

Fajne pojedyncze sceny i momenty, mieszają się więc z chwilami nie wnoszącymi nic do historii, co sprawia wrażenie, jakby całość się ze sobą nie kleiła. Intryga kryminalna przeplatana jest czymś na wzór wątku miłosnego, ale trudno jest się przejąć tym, co robią bohaterowie. Dlatego z końcem seansu uczuciem, które pozostaje w widzu jest raczej zagubienie.

Dla koneserów.

Ocena: 5,5/10

 
Brak komentarzy

Napisane w kategorii Movies

 
 

  • RSS