RSS
 

Archiwum dla kategorii ‘Music’

An evening with Jason Mraz and his guitar

14 mar

„An evening with Jason Mraz and his guitar”, czyli trzecie koncertowe spotkanie z Mr. A-Z było doświadczeniem innym od wcześniejszych (czyli Berlina i warszawskiego Palladium).

Poczynając od samego miejsca – Teatru Polskiego, gdzie wszystkie miejsca były siedzące, przez fakt, iż na scenie był tylko on – wokalista z gitarą (oraz drugą, „na potem”), który do kilku utworów usiadł przy keyboardzie, a kończąc na zestawie mniej oczywistych, najbardziej lirycznych piosenek – wszystko w tym kameralnym koncercie różniło się od poprzednich.

Gdyby to był koncert hip-hopowy można by rzec, ze artysta świetnie poradził sobie też bez tzw. zajawkarza, kogoś kto utrzymuje uwagę widowni między piosenkami. Amerykanin sam zabawiał słuchaczy między utworami, nie tylko dzieląc się zabawnymi anegdotami ze swojego życia, czy udzielając cennych rad dotyczących związków, ale także rzucając licznymi żartami wynikającymi z sytuacji (chociażby, strojąc gitarę, wspomniał, że ćwiczy się w wielu różnych dziedzinach, (jak joga czy ogrodnictwo(?)), ale także w „starożytnej chińskiej sztuce Tu-Ning (będącej zabawnym akcentowaniem angielskiego słowa „tuning”, czyli „strojenie”). Historie opowiadane między poszczególnymi piosenkami były urokliwe i zabawne, a opowieść o tym, jak doszedł do swojego brzmienia metodą prób i błędów i ćwiczenia głosu w najróżniejszy sposób, wydobywając z siebie coraz dziwniejsze onomatopeje, była chyba najciekawszą z nich. „Gdy zamiast dziwnych dźwięków, zacząłem specyficznie akcentować słowo „Love”, okazało się, że coraz więcej ludzi przychodzi na moje koncerty. Kiedy więc w trakcie jednego z nich ktoś krzyknął: „Zaśpiewaj swoją piosenkę o miłości” (a wtedy przecież wszystkie moje utwory zawierały to słowo), mogłem tylko odpowiedzieć: „-Czymże byłaby moja piosenka bez miłości?” „-Pewnie trwałaby dwie minuty”, usłyszałem w odpowiedzi”. Trzeba przygnać – niezwykle celna i prawdziwa riposta.

Poniedziałkowy koncert był też świetnym przykładem sztuki improwizacji i zabawy na scenie. Na początku występu Jason przedstawił nowy utwór, w którym zinkorporował tytułu piosenek z przebiegu całej swojej kariery, a inną rozpoczął niezwykle melodyjnym zaśpiewem słów „Blah Blah Blah”, unaoczniając przy tym nie tylko siłę swojego głosu, który był w stanie przesłonić treść utworów, co także potęgę zabawy i bycia obecnym w danym momencie. Opis tego zdarzenia nie jest bowiem równie zabawny i spontaniczny, co przeżycie go w danej chwili i poczucie pewnej jedności nie tylko z artystą, ale też z tłumem, który równocześnie wybuchnął śmiechem. W innych utworach często dodawał nowe fragmenty, czy dźwięki, „trochę na zasadzie jazzowej improwizacji, jestem ciekawy, gdzie mnie muzyka dziś poniesie”.

Zestaw piosenek był bardzo nieoczywisty i podpadający pod ideę-fix całego koncertu: „Wszystkie moje piosenki są o miłości”. Większość utworów stanowiły więc spokojniejsze, rozdzierające ballady w stylu „You and I Both”, „The Woman I Love”, „93 Million Miles”, czy śpiewane niemal na finał „I Won’t Give Up”. Świetnie wypadł w szczególności nowy materiał, zdający się być specjalnym zestawem piosenek koncertowych, nie pochodzących z żadnych dotychczasowych albumów, mający na celu rozruszanie widowni i ukazanie siły występu na żywo. Wspomniana wyżej piosenka, złożona z tytułów innych utworów, kawałek o „drugim dziadku”, jako kontrapunkt dla „Frank D. Fixer”, czy intrygujący utwór otwierający koncert, w którym artysta śpiewał o „byciu zmęczonym wojną” („I’m tired or the war”) (a sam utwór najprawdopodobniej nazywa się „Camouflage”). Wyśmienicie wypadł także utwór „Chocolate”, w którym artysta opowiadał jak należy udobruchać swoją partnerkę. „Po prostu daj jej czekolady” zdaje się być receptą Amerykanina na zły humor kobiety. Równie udany był kawałek „Work in Progress”, w którym padło piękne zdanie: „I’ve got few chapters left” („zostało mi jeszcze parę rozdziałów”), czy „Coming Undone”, który w refrenie brzmiał, jak coś co mogłoby wyjść spod ręki OneRepublic, bądź Justina Biebera, (w którym padł zresztą świetny tekst o tym, że to nie jest „fake music, this is not fake news, this is just my spirit”).

Największy hit artysty – „I’m Yours” pojawił się znienacka w samym środku setu, nie odciągając tym samym uwagi od reszty materiału, utrzymanego w innym stylu. Najżwawszym kawałkiem było w zasadzie „Butterfly”, zaśpiewane jednak w bardziej akustycznej, stonowanej wersji (co po części wynikało też z faktu, że na scenie był jedynie Mraz i gitara) oraz następujące tuż po nim wspomniane już „Chocolate”, które w niektórych fragmentach przypominało dokonania Justina Timberlake’a.

Ważnym momentem, będącym echem występu w Palladium było zaproszenie na scenę dziewczyny, która odezwała się do niego, by ponownie zaśpiewać z nim na scenie (poprzedni raz miał miejsce 6 lat temu w Pradze) kawałek „Lucky”. Moment ciekawy, dobry, ale jednak nie tak porywający, jak to, co wydarzyło się przed trzema laty.

Artysta wchodził też w inne interakcje z widownią. Czy raczej – widownia kilkakrotnie krzyczała do niego z sali, a ten odpowiadał na zaczepki ze sceny, zawsze przy tym żartując. Najciekawiej ograł sytuację, w której ktoś chciał „uścisnąć jego dłoń”. „Wiesz, poprzez ściskanie dłoni dzielimy się dużą liczbą zarazków. Lepiej się całować. Także po koncercie będę stał w lobby całując was wszystkich”.

Koncert był tak bardzo przemyślany i ustawiony pod konkretną koncepcję, że zabrakło w nim miejsca na prawdziwie spontaniczny moment, czyli… bis. Artysta zszedł ze sceny po dwóch godzinach grania i nie wrócił na nią, mimo ogromnego aplauzu widowni. Biorąc jednak pod uwagę, że poprzedni koncert, pierwszy w Polsce, Mraz dedykował wszystkim, którzy tak długo czekali na jego przybycie, że grał większość piosenek, które fani zasugerowali mu na Twitterze, można wybaczyć mu takie zagranie podczas występu w Teatrze Polskim. Zwłaszcza, że naprawdę dał z siebie wszystko, racząc nas prawdziwie emocjonującym zestawem nieoczekiwanych utworów.

Będąc na trzech różnych koncertach artysty, cieszę się niezmiernie, że były to diametralnie różne przeżycia. Pokazujące przy tym wszechstronność tego „zwykłego białego gościa z gitarą”, jak zdarza się o nim mówić (chociażby w „Family Guyu”). Trzy koncerty, na których byłem, były więc odmienne, różne i emocjonujące na innych poziomach. „An evening with Jason Mraz and his guitar” określiłbym więc jako wieczór idealny na wyciszenie, kontemplację, uspokojenie oddechu i ogólny relaks od znojów dnia codziennego. Innymi słowy – to naprawdę był wspaniały wieczór z Mrazem i jego gitarą. (A biorąc pod uwagę szybkie tempo ogłoszenia koncertu i rzeczywistego przyjazdu artysty, nie obraziłbym się, gdyby równie niespodziewanie odwiedził nas raz jeszcze w tym roku). W końcu „All you need is love”, cytując artystę, cytującego Beatlesów w jednym ze swoich kawałków opowiadającym o… miłości.

 
Brak komentarzy

Napisane w kategorii Music

 

Imagine Dragons w Łodzi

03 lut

Mimo, że ostatnimi czasy mało udzielam się na blogu, poświęcając czas na działania związane z FILM.COM.PL, postanowiłem zrobić wyjątek dla kronikarskiego wpisu z serii tych muzycznych. Powód jest bowiem warty odnotowania. Wczoraj odbył się pierwszy polski koncert Imagine Dragons. Chwila, na którą czekałem od dawien dawna. Tak dawna nawet, że w międzyczasie skorzystałem z okazji i zaliczyłem dwa inne koncerty grupy – w Berlinie i Kopenhadze.

Koncert w Łodzi jest jednak szczególny, gdyż wreszcie grupa doceniła starania polskich fanów, którzy zasypywali ich media społecznościowe prośbami o przyjazd, (co zresztą zostało wprost skomentowane przez wokalistę w pewnym momencie koncertu). Grając niewiele ponad godzinę (1h 15min) zespół zaprezentował się jednak z wyjątkowo dobrej strony, bawiąc widzów mieszanką energetycznych hitów z drugiej płyty („Smoke and Mirrors”), nie zapominając oczywiście o największych przebojach poprzedniczki („Night Visions”).

Wszystko zaczęło się w rytm „Shots”, które pobudziło zgromadzoną pod sceną publiczność do gromkich reakcji, a gdy z głośników kilka utworów dalej poleciały pierwsze nuty „Roots”, najnowszego singla zespołu, (a na ekranach pojawiły się intrygujące wizualizacje, ukazujące korzenie drzew, owijające twarze członków zespołu), wiadomo było, że widzów czeka niezapomniany wieczór.

Jednym z ciekawszych i wartych oddzielnego komentarza momentów była początkowa przemowa Dana Reynoldsa, poprzedzająca wykonanie lirycznej wersji „Forever Young” z repertuaru Alphaville. Przemowa o sile muzyki, łączącej ludzi ponad podziałami i pomagającej jednoczyć się w trudnej sytuacji geopolitycznej, która obecnie panuje na świecie, była intrygującym momentem i ciekawym unaocznieniem ścieżki rozwoju, jaką przeszedł zespół od swoich początków. Kiedy bowiem przyjechali do Europy po raz pierwszy, na swoim pierwszym europejskim koncercie w małym Berlińskim klubie, wokalista zagadywał ludzi, pytając ich co sądzą o plotce na temat powstania nowych „Gwiezdnych Wojen”. Teraz, wypełniając koncertowe areny, podejmuje tematy z „wyższej półki”, przy okazji opiewając zawód muzyka, który „kocha całym sercem”, jak powiedział pod koniec przemowy. Stonowane, spokojne, bardzo liryczne wykonanie „Forever Young”, które nastąpiło potem, sprawiło, że publiczność mogła poczuć falę uniesienia, która rozchodziła się ze sceny na wszystkie sektory łódzkiego obiektu koncertowego. To liryczne wykonanie utworu można zresztą zaliczyć do jednego z highlightów wieczoru.

Drugim niezmiernie mocnym momentem była energetyczna bomba zdetonowana przy kawałku „I’m So Sorry” gdzieś w połowie setu, które wprawiło publikę w dziki szał pod sceną, wyzwalając w słuchaczach nieprzebrane pokłady energii. Największym zaskoczeniem okazał się jednak pisk publiczności przy pierwszych nutach „I bet my life”. Był to chyba jeden z najgłośniejszych pisków entuzjazmu, jakie mogłem słyszeć w ostatnich miesiącach. Skakaniu i tańcom w rytm hitu z drugiej płyty nie było końca. Chyba żaden inny kawałek nie wywołał tak energetycznej reakcji, mimo, że radość fanów, dla których zespół specjalnie zagrał dawno nie wykonywany utwór „Bleeding Out”, była ogromna. Hala koncertowa chóralnie zaśpiewała także wszystkie zwrotki „Demons”, a fala światła, która wypełniła halę w trakcie „Gold” (poprzedzonego świetnym spokojnym, akustycznym wstępem), wypaliła się zapewne na stałe na siatkówkach i w mózgach wielu osób. Zespół przechodził zresztą płynnie między energetycznymi utworami, porywającymi do tańczenia i skakania, a tymi, które dobrze słuchało się jedynie stojąc na płycie Atlas Areny. Pięknie wybrzmiało „Dream”, w trakcie którego światełka telefonów poszły w górę, czy „Hopeless Opus”, które lirycznie bujało publikę.

Szczególnie udane były także solowe występy poszczególnych członków zespołu, będące swoistym intro do kolejnych utworów. Nie dość, że pokazujące pasję, zaangażowanie, a często także wirtuozerię muzyków, to stanowiące do tego muzyczny rebus, swoistą zabawę w „Jaka to melodia?”* dla zgromadzonej w Atlas Arenie publiczności na to kto szybciej zgadnie, jaki utwór za chwilę zostanie zaprezentowany. Publika niemal zawsze celowała poprawnie, już po kilku nutach wykazując wielką radość z okazji zbliżającej się piosenki. Tym samym, zagrane na finał „Radioactive”, które pozwoliło wypłynąć zespołowi na szerokie wody mainstreamu, było jedynie jednym z wielu emocjonujących momentów łódzkiego koncertu. To pokazuje tylko, że Imagine Dragons nie są jedynie zespołem jednego hitu, ale skrupulatnie dostarczają fanom nowych materiałów, które będę oddziaływać na słuchaczy emocjonalnie. Muzyka rzeczywiście jest ponad podziałami.

PS. * Komentarz znajomego (pozdro MR), który „po jednej nutce” rozpoznał jeden „Polaroid”, jeden ze swoich ulubionych kawałków zespołu, który sam dażę dużym uczuciem.

 
Komentarze (6)

Napisane w kategorii Music

 

Music of February

08 mar

This time no introduction, just music. Listen and enjoy! :)

Imagine Dragons released a new album this month called „Smoke and Mirrors” and out of all the songs, those two caught me biggest attention. They are the fastest, most edgy one’s on the new album and show and interesting change of sound for the band. I loved them at first listen, just like I did with „Gold”, posted in the December/Janurary segment of „Music of”. The rest of the album needs a second listen yet, but either way I am awaiting anxiously the day the band will come to Poland. They are awesome live, so I really want to see them again.

I’m So Sorry Imagine Dragons

 

Friction Imagine Dragons

 

Earned It The Weeknd

Best part of the „Fifty Shades of Grey” movie was the soundtrack. Particularly – this song, which made the scenes feel way more romantic than they would have if it wasn’t for the perfectly placed pieces of bed-music.

 

All Yours Mont Oliver

News song by the Danish band, which inspired a post in the „Ladies and gentlemen, I present to you:” series. Pretty catchy, as everything coming from the band’s work. So when are you releasing the album?

 

Uma Thurman Fall Out Boy

A new album by Fall Out Boy is pretty good, but this song stands out among others and deserves the spotlight the most. So, here it is.

 

Wait on Me Rixton

Song heard on the radio. And I liked it. Not much into it.

 

A New Error Moderat

A song that greatly fits into the end credits of „Als wir traumten

 

+ bonus: Sing a Happy Song Cast of The Voices

Pretty catchy and pretty funny in the context of the whole movie. Enjoyable and very stucks-in-your-head-all-day song. ;)

 

+ Blast from the Past: Take Me to Church Hozier

First time I’ve heard this song was a year ago – in February – and thanks to a dear friend of mine – Eva. I’ve been playing it on repeat back then, so I am still liking it a year later, when it’s making some world fame all around. Good music is just good. TFD Eva for letting me know about it for such a long time :)

 
Komentarze (4)

Napisane w kategorii Music

 

Music of December & January

23 sty

Hey there! I kinda forgot to put up a music list for December, as I fell into the working mode at the job of my dreams. :) So now I am putting a quick collection of the songs I’ve been listening to lately (also on the radio) which cought my attention and made me smile. Or want to dance. Or just … yeah! Just listen! ;)

 

Gold Imagine Dragons

Different style and I buy it completely. That’s the Dragons I love! :D (Did I tell you that after knowing ALL of their music, their debut album seems like the least awesome stuff out of their discography?) ;)

 

Uptown Funk Mark Ronson feat. Bruno Mars

Very nice, very catchy oldschool tune. Nough said!

 

Que Pasa que ya no te veo Jowell Y Randy feat. Pitbull

The song I heard while driving a car in Hungary on my New Year’s trip with my friends. I liked it so much I’ve decided to look for it later. It reminds me of the Pitbull material he recorded for „2 Fast 2 Furious„, one of my favourite movies. ;)

 

Freaks Savage

ESKA discovery and I completely dig it! I cought see myself crazily dancing to it at our epic Erasmus parties! Or other parties as well for that matter! :D

 

Ten Tonne Skeleton Royal Blood

Eska Rock and Rock Radio play it often. And that’s how I fell for it so much! :) Completely my style! :D

 

Fever The Black Keys

Well, I love the original „Fever” and The Black Keys spin on it as eqully awesome as the original version and all those covers I loved before too! :D

 

My Life Kaiser Chiefs

I like it when it’s on the radio. Not really love it, but I won’t turn it off, so yeah – it’s nice! ;)

 

+ Blast from the Past

Sail Awolnation

The BEST song to listen on the way to work. I am telling you! Even Radio Eska knows it, as it actually plays every day when I drive to work. And when it doesn’t I put it up myself. Sometimes after it played on the radio! :D

Lonely Boy The Black Keys

Oh, it’s just a perfect song! Also reminding me of a completely different time in my life. Oh, I think I would enjoy their concert very much. Too bad I won’t be attending (but no worries – I will be doing something equally awesome that day :D (If you;re interested, you’ll learn what soon enough! :D Did I say I have a dream-job?) ;)

Live to Rise Soundgarden

Well, that was completely unexpected how deeply the memories surrounding this song were stuck inside me and how much emotional response a particular tune can have. Really – songs are one of the best vessels of emotions and memories. I hope it will be catharctic that I’ve put this song on this list. ;)

 

PS. I will try to post the BEST MUSIC OF 2014 soonish too!

 
Komentarze (2)

Napisane w kategorii Music

 

Kompleks

24 gru

Pani z przedszkola” Marcina Krzyształowicza to zabawa filmową formą oraz (nie zawsze) komediowe spojrzenie na otaczającą rzeczywistość.

Najnowszy film Krzyształowicza opiera się na zamyśle opowieści snutej przez mężczyznę w gabinecie psychoanalityka (Łukasz Simlat, operujący głosem z offu Cazarego Morawskiego). Bohater przyszedł do lekarza (Marian Dziędziel), by poradzić sobie ze specyficznym problemem natury seksualnej. By pomóc pacjentowi zrozumieć swoją przypadłość i odnaleźć sposób na to jak jej zaradzić, psycholog radzi mu cofnąć się pamięcią do lat dziecięcych. Tu zaczyna się właściwa filmowa opowieść, a właściwie opowieści w liczbie mnogiej, gdyż wersji wydarzeń jest kilka. Reżyser podzielił swój obraz na poszczególne rozdziały, przedstawiające sytuację rodziny z kilku perspektyw: narratora („Ja”), matki, ojca oraz całej familii. Optyka patrzenia na sytuację zmienia się wraz z bohaterem poszczególnych części.

Dzięki takiej formie opowieści, konwencja filmu często się zmienia. Poprzez spoglądanie na rzeczywistość oczami pacjenta w gabinecie terapeuty, który wspomina fragmenty swojego życia, poszczególne części historii przywodzą na myśl rozwiązania stosowane w różnych gatunkach filmowych. Ta niestałość formy i pewna epizodyczność wydarzeń (nie wszystkie sceny bezpośrednio się ze sobą łączą), wynika z odtwarzania dawnego sposobu myślenia przez bohatera. Oglądane na ekranie sytuacje są więc podwójnie przetworzone. Pierwszy raz – przez sam sposób opowieści bohatera. Po raz drugi – poprzez próbę odtworzenia toku myślenia sprzed lat.

Od strony formalnej jest to więc film niezwykle ciekawy. Na dodatek ładnie sfilmowany, miły dla oka. Niestety, za ciekawym punktem wyjściowym, nie idzie już równie wysoki poziom dramatyczny poszczególnych segmentów. Jedną ze znaczących wad jest fakt, iż bohaterowie nakreśleni są grubymi kreskami, przez co trudno jest poczuć z nimi jakąkolwiek więź, dostrzec w nich pełnoprawnych bohaterów. To pośrednio wina konwencji. Przez podwójne przetworzenie każdej z postaci oraz subiektywizm przedstawienia historii, bohaterowie są w większości jedynie zarysami postaci, a nie ludźmi z krwi i kości. Ideami, które zdają się nie prowadzić żywota poza ekranem. Niestety bez zażyłości z bohaterami, ich los staje się dla widza obojętny.

Jeśli zaś chodzi o właściwą fabułę obrazu – wiadomo, że życie młodego chłopca diametralnie zmieniło się z chwilą, gdy pojawiła się w nim tytułowa Pani z przedszkola (Karolina Gruszka). Jej obecność drastycznie zmieniła dynamikę relacji rodzinnych, co odcisnęło piętno na dziecku. Różne wersje wydarzeń ukazują jak pożądaniem do przedszkolanki zaczynają pałać kolejni członkowie rodziny, co prowadzi do odmiennych wizji pozostałych wydarzeń z życia.

Pani z przedszkola

Film okraszony jest więc zarówno humorystycznymi wstawkami, które znajdują się na granicy śmiechu i zażenowania, dramatycznymi momentami rodem z polskich seriali, jak i chwilami przywodzącymi na myśl stylistykę softcore porno. Do tego sekwencjami komiksowego przerysowania, jak i fragmentami z opowieści o rodzeniu się homoseksualnego romansu. Te ostatnie są zresztą chyba najciekawsze i najbardziej wiarygodne, za sprawą subtelnych spojrzeń, które wymieniają ze sobą Matka (Agata Kulesza) i Przedszkolanka.

Tak naprawdę jednak z całości obrazu nic nie wynika. Poszczególne fragmenty bronią się samodzielnie, ale formalna zabawa opowiadania anegdotycznych historyjek o różnych momentach życia, nie prowadzi do żadnej większej konkluzji. Wiele czasu spędza się tutaj mówiąc o wpływie wydarzeń z przeszłości na obecną psychikę mężczyzny, ale, paradoksalnie – z końcem seansu w zasadzie nic do końca się nie wyjaśnia. Widz zostaje z własną wyobraźnią, by domyśleć się rozwiązania sytuacji. Gdyby jeszcze zależało mu na bohaterach, może nawet taką pracę umysłową by wykonał. W innym wypadku wydaje się, jakby scenarzysta zapomniał dopisać wyrazistego finału dla całej historii.

Patrząc zresztą na punkt wyjścia historii – mężczyzna z problemem przedwczesnego wytrysku rozmawia z psychologiem o tym jak można zapobiec temu schorzeniu – nie sposób pozbyć się wrażenia, ze Woody Allen zrobiłby z tego interesującą, pełną humoru opowieść. W wersji Krzyształowicza dostajemy dzieło na granicy śmiechu i zażenowania, które tak często zmienia klimat opowieści, że trudno w pełni wczuć się w całą historię. Wszystkie zabiegi formalne są poprawne, bardzo dobrze przygotowane, a niektóre sceny naprawdę ciekawie opowiedziane, ale całości brakuje serca, by w pełni przekonać do siebie widza. „Pani z przedszkola” pozostaje więc obrazem z ciekawym pomysłem wyjściowym, który jednak nie w pełni oddziałuje na widza.

Ocena: 6/10

 
Brak komentarzy

Napisane w kategorii Music

 

Music of November, part I

22 lis

Beginning of November gave me such an amazing music mix, that I’ve decided to share it quicker than usual. :D

And you can actually call this one – The Hunger Games mix, as I’ve discovered all of these songs due to the Katniss Everdeen saga. ;)

Who We Are Imagine Dragons

This song fell from the sky for me. I’ve noticed it on the end credits of „Catching Fire” while watching it the second time during one day. Intrigued by the Of Monsters and Men song, which I didn’t hear before, I’ve stuck to the end of the credits, when I saw the name of my favourite band. How on Earth did I miss this the first time around? What kind of fan am I? I feel so extremely happy that I

Especially beacause it lead me to discover…

Warriors Imagine Dragons

„Warriors”! Which I loved since the first seconds. This is exatly the kind of music I love from Imagine Dragons. Powerful, energetic and giving me the shivers down my spine and letting me feel so powerful myself. It’s exactly the kind of music they produce the best. Not that „I bet my life” stuff. THIS.IS.EPIC! :D <3

Yellow Flicker Beat Lorde



The first song that plays at the end credits of „Mockingjay, part 1″. It’s catchy, it’s nice and although it doesn’t suit the movie in 100%, it’s still pretty great.

The Hanging Tree Jennifer Lawrcence

The tune sung by the actress herself is an intriguing, a bit eery, but extremely emotional ballad that stays in your head for hours after hearing it for the fist time. Perfection! :)

As I’ve showed you all the songs from „The Hunger Games”, I’ve decided to add the track from the first movie, which suited it perfectly, was raw, emotional and full of power. And I’ve started listening to it again, as it nicely accompanies Lorde’s song from the third installment.

Two version, as they are a bit different and the demo was is even more raw. :) Both are cool :D

Abraham’s Daughter Arcade Fire (x2)

+ Bonus:

Silhouettes Of Monsters and Men

Song that playes at the end of „Catching Fire”, after „Magic” by Coldplay, which I still didn’t start to like. Sorry. ;)

 
Komentarze (3)

Napisane w kategorii Music

 

Music of October

12 lis

I slowly start to know what to exactly write in these music updates, so let me just present the music, alright ok? Hope you understand! :)

Show Me A Miracle Klaxons

After the concert I finally started to like this song. The funny thing is that my least-liked songs from the newest album, was the exact three singels they’ve put up. After the concert they finally started to grow on me. :)

West Coast The Neighbourhood

The song caught my attention during the bands concert, which made me download all the EP albums in addition to the longplay I already had. Very nice, very catchy, very good! :)

 

Blame Calvin Harris feat. John Newman

Good song from the radio! :)

 

I Bet My Life Imagine Dragons

As an Imagine Dragons fan, I was inclined to include this song. Even though that jury is still out on this one. It’s nice, but lacks… something to completely swoop me of my feet. And the chorus is the least appealing part actually. The verses are much more interesting, emotional and in the Imagine Dragons style I like. The chorus is just so… over the top I would say. I would even quote Keira Knightley from „Begin Again” – it’s too much trying to be stadium-pop, rather than just plain and simple as in verses.

 

Speaking of songs that don’t catch my attention 100%. This is the prime example – Geronimo Sheppard

Too much OneDirection, too little OneRepublic, even though the songs sounds like a mix of the too. It’s just that it’s too sweet, lacking the rock edge in the chorus which would make it unforgettable. The way it is presented now I kinda feel a bit ashamed for liking parts of it. It’s too sweet for my taste.

+ #BlastFromThePast

(a song I forgot to add in the previous parts of the „Music of…”)

Boy Oh Boy Diplo & GTA

Just a good party tune. :) (I guess partly it can be TFD Niklas) :)

 
Komentarze (2)

Napisane w kategorii Music

 

Ladies and Gentlemen, I present to you: the band: MONT OLIVER

10 lis

Finally, another post in the „I present to you” music series. It’s been a long time since I’ve dedicated one post for a band*, fosucing mostly on showing you the recent hits from different genres. But now I have made a nice discovery, which could actually work under #HipsterAlert title, as they are still mostly recognizible in their motherland. And we should definitely change that by spreading their sound all around. So now, without any further ado, I give you:

MONT OLIVER is a Danish band I have discovered while at Roskilde Festival. They made a nice impression on me live and were the first band during the Intro-Days that deserved my loud clapping and whistling, as they showcased an amazing rock energy I really like and admire. In other words: they bought me completely with their amazing show. I even wrote about them that first day: „Either way Mont Oliver is my choice of the day – very good, very catchy electro-pop, the first band at Roskilde Festival worthy of my whistling. Also (for now) the most crowded one!”.

I rediscovered them again in September and listened to them extensively. Their style is so eclectic, combining pop, alt-rock, rap and electronic music that I couldn’t do anything else, but to fall head over heels for it. And those vocals? A bit Woodkid-like I would say, which is another compliment for the artists. I also like the Timbaland-like parts, which add an additional layer of awesome to the music.

Problem with writing/showing anything about the band is the fact that they’ve only published one EP record – „19„, containing six songs and only half of them are available online. Fortunately it’s not impossible to get a hold of this amazing EP and even more fortunately the best one’s of the disc, are the three that you can find on YouTube. Each track showcases the band’s unique style and sinks in your brain for longer time. Truly amazing! I am really waiting for them to finally drop their debut album, which is still being recorded.

So now, finally time to listen to some gems. „19” is my absolute favourite, mixing such different elements with an amazing effect. My second favourite „Golden Glow” isn’t available online, but both „Give Me Nothing” and „White Sheets” also sound spectacular. So without more words – just give it a listen and love it as much as I do. :)

19

Give Me Nothing

White Sheets

That would be it, I guess! I hope you’ll enjoy their music as much as I do! :)

Useful links: Facebook, Twitter, YouTube

TUSIND TAK & TAK SKAL I HAV** MONT OLIVER! :)

PS. * (although Walk The Moon so deserves this spot and I should finally look into that)

** [TASKI HEJ]? I still don’t know how to write it in Danish, the greeting that everyone ended their concerts with.

 
Komentarze (2)

Napisane w kategorii Music

 

Music of September

27 paź

Since I am super-late with this latest batch of music, not everything will get a written explanation. I hope you understand! ;)

Happy Little Pill Troye Sivan

(TFD Monika)

Stargazer Fire in the Hamptons

(TFD Ania)

Body Electric (Blue) We The Wild

(TFD Ania)

Shut Up And Dance Walk The Moon

The newest song in the Walk the Moon collecion. Definitely in their upbeat, optimistic, pop-ish style.

Don’t Ed Sheeran

Another Sheeran song in the list = that’s why I am happy he is coming to Poland next year. :D Just hope I can get the ticket ;)

Wildest Moments Jessie Ware

I knew this song, even liked it, but didn’t feel the urge to own it, before hearing it in the „Awkward” season 3 finale, where it gathered my attention.

Volcano U2

I’ve receiced the newest U2 album alongside everyone else and made myself listen to few tracks. This one in particular stand out, because it sounds like a cross between Kings of Leon and something else I cannot wrap my mind around.

MOVIE MUSIC

Skin City Robert Rodriguez feat. Steven Tyler

The music form the best scene in „Sin City: A Dame to Kill For” – the one where Jessica Alba dances offf on stage to this particular beat. And part of the appeal is the use of this particular tune.

Coming Up Roses Keira Knightley

A really nice song from „Begin Again” soundtrack. Light, uplifting and optimistic. And more songs from „Begin Again” But truthfully I didn’t give them enough of a listen yet.

I can’t stop Flux Pavilon

This one comes out of the „Great Gatsby” soundtrack and I am not entirely sure how come I have come back to this one. ;)

 
1 komentarz

Napisane w kategorii Music

 

Klaxons w Warszawie

17 paź

Kiedy dowiedziałem się, że Klaxons przyjeżdżają do Polski, bylem wniebowzięty! Od mniej więcej dwóch lat marzyło mi się zobaczyć Brytyjczyków na żywo po raz drugi! Ich koncert na Openerze niezmiernie mi się bowiem podobał, a ja coraz częściej łapałem się na słuchaniu ich muzyki, podrygując w jej takt przy wielu okazjach.

Z radością przyjąłem wiec nieoczekiwaną zmianę terminu, która umożliwiła mi stawienie się na wydarzeniu. Nie obyło się bez utrudnień, ale ostatecznie stawiłem się o 00.30 pod bramami głównej hali Soho Factory, pod Grolsch Stage, na FreeFormFestival. Tak – stawiłem się tylko i wyłącznie na koncert Klaxons, bo nawet i to okupowane było bólem serca rozłąki z moimi Erasmusowymi gośćmi, którzy wtedy pojawili się w moich skromnych progach. To jednak relacja koncertowa, więc kończę z prywatą.

Koncert rozpoczął się kilkanaście minut po pierwszej, a jako że bramy otwarto dopiero o 01.05, szczęśliwym zbiegiem znalazłem się w drugim rzędzie pod sceną, skąd miałem doskonały ogląd na sytuację. Umożliwiło mi to oglądanie artystów w dużym zbliżeniu – ich pot i (niemalże) łzy szczęścia były widoczne w najmniejszym detalu. Mogłem też oglądać ich ogromne zaangażowanie w każdy wykonywany  utwór.

Członkowie zespołu wyszli odziani w białe stroje i od razu uderzyli z grubej rury, grając utwór „New Reality”, który zaśpiewali z uśmiechem na ustach, co rusz śmiejąc się do widowni. Co czynić gdy zespół zagra Twój ulubiony utwór już na samym początku? Tak stało się tym razem, gdyż mój faworyt - ”Atlantis to Interzone” wybrzmiał już jako drugi kawałek tego ponad godzinnego koncertu. Bawił doskonale, ale nie mogę pozbyć się wrażenia, że gdyby zaserwowano go nam na deser, wzbudziłby jeszcze większy entuzjazm. Z jednej strony było to więc świetne otwarcie energetycznego występu, z drugiej łapałem się później na oczekiwaniu na ten właśnie utwór, jak gdyby nie dopuszczając do siebie, ze już go usłyszałem.

Po dynamicznym „Atlantis to Interzone” (nieco jednak stonowanym w porównaniu z wybuchowym wykonaniem na Openerze) nastąpiło „Children of the Sun”, które dość szybko kupiło mnie po przesłuchaniu najnowszego longlpaya grupy. Następujące chwilę później „Gravity’s Rainbow” było jednym z jaśniejszych punktów koncertu. Tak wyrazistym, że aż utkwiło w mojej głowie po zakończonym występie.

Koncert był częścią trasy promującej najnowszy krążek grupy – „Love Frequency„, nie dziwi więc, że większość utworów zagranych przez zespól pochodziło właśnie z tego wydawnictwa. Najlepszym wykonaniem z nowego zestawu utworów może poszczycić się „Invisible Forces„, które porwało tłum do wspólnych skoków i gromkiego śpiewania linijki „You Make Me Feel Real„.

Wykonanie live umożliwiło mi przekonanie się także do pierwszych trzech utworów z płyty, będących ponadto trzema singlami promującymi album. „New Reality„, „There Is No Other Time”, i „Show Me A Miracle” podczas zapoznawania się z krążkiem kupowały mniej najmniej. Niektórych nawet nie potrafiłem dosłuchać do końca. Posiadają one bowiem zbyt popowy wokal i nieco zbyt elektroniczny bit, jak na kawałki sygnowane logo zespołu. Na koncercie grupa zagrała je jednak w tak przekonujący sposób, że moje podejście do nich uległo zmianie i teraz cały krążek śmiga już w moich słuchawkach.

Najbardziej jednak podobały mi się powroty do przeszłości, na czele ze wspomnianymi „Atlantis to Interzone” i „Gravity’s Rainbow”. Przeciętnie wypadł hit, który otworzył drogę do kariery zespołu, czyli niezapomniane „Golden Skanks”, zagrane gdzieś w środku  setlisty. Na szczęście „Magick” zabrzmiało już z odpowiednią werwą i przytupem, porywając tłum do tańca.

Zakończenie na bis utworem „It’s Not Over Yet” było strzałem w dziesiątkę i miłym powrotem do korzeni, po koncercie wypełnionym nowościami. Wyzwoliło dodatkowe pokłady energii zgromadzonej pod sceną widowni, stanowiąc kropkę nad i całego występu.

Ostatecznie koncert Klaxons był dla mnie wyśmienitą rozrywką, która mogła jednak być dopięta na dodatkowy guzik, by dać przepyszną wisienkę na smakowity tort. Koncert nie miał bowiem tej werwy, którą znałem z Namiotu Openera, ale to też dlatego, że widownia zgromadzona w Soho Factory była wielokrotnie mniejsza niż w Gdyni. W ogólnym rozrachunku cieszę się jednak niezmiernie, że miałem szansę spełnić jedno z marzeń i zobaczyć Klaxonsow na żywo po raz drugi. To co – byle do następnego koncertu?

 
Brak komentarzy

Napisane w kategorii Music

 
 

  • RSS