RSS
 

Archiwum dla kategorii ‘TV Shows’

Daredevil

01 maj

Po tym jak Studio Marvela swoją serialową serią filmów o przygodach Avengersów zawojowało kina, światowy box-office oraz serca widzów, przyszedł czas, aby swoją pozycję ugruntować także na małym ekranie. Dwa lata temu do telewizji zawitali „Agenci T.A.R.C.Z.Y”, na początku tego roku „Agentka Carter”, teraz zaś przyszedł czas na pierwszy z czterech mini-seriali, wyprodukowanych przy współpracy z Netflixem. Wszystkie te produkcje mają jedną cechę wspólną – wszystkie wchodzą w skład tak zwanego Marvel Cinematic Universe, czyli połączonego świata wszystkich komiksowych produkcji Marvela, które trafiły na ekrany w różnorodnej formie w ostatnim dziesięcioleciu. Kolejnym elementem układanki będzie debiutujący w maju superhit: „Avengers: Czas Ultrona”. Zanim jednak nastąpi premiera tego filmu, porozmawiajmy o najnowszym sukcesie studia, czyli serialu „Daredevil”.

Trzynastoodcinkowa produkcja Marvela i Netflixa jest superbohaterskim origin story, rozłożonym na pełny sezon. Historia Matta Murdocka (Charlie Cox), prawnika, który nocą przybiera czarną maskę, by pod promieniami księżyca ratować miasto przeciw zbrodniczemu elementowi, opowiedziana jest w przyciągający uwagę sposób. Rozpoczyna się z grubej rury, cold-openingiem, ukazującym pędzącego przez miasto mężczyznę, który biegnie, aby zająć się swoim synem, który uległ właśnie wypadkowi samochodowemu. Chcąc uratować starszego mężczyznę, sam wpadł pod koła pojazdu, przewożącego kontenery z radioaktywną substancją. Traf chciał, że do jego oczu dostało się trochę płynu, w wyniku czego chłopak stracił wzrok. W wyniku wypadku zyskał jednak pewne dodatkowe umiejętności, w postaci niezmiernie wyczulonych zmysłów, które umożliwiają mu nie tylko swobodne poruszanie się po mieście, ale także, dzięki treningom, skopanie paru tyłków.

Najnowszy serial Marvela wpisuje się w panujący obecnie trend, jak największego urealnienia, ale także umrocznienia opowieści. Poza oczywistą przesadą związaną z radioaktywnym elementem, dzięki któremu Matt zyskał swoje dodatkowe umiejętności, serial stara się być jak najbardziej wiarygodną historią, trzymającą się realiów. Pod względem klimatu opowieści przygody serialowego „Daredevila” to trochę skrzyżowanie Batmana ze Spidermanem. Produkcja jest mroczna i brutalna, co ma sprawić, że będzie ona dojrzalsza i wpisująca się w panujący obecnie nurt uwiarygodniania historii komiksowych. Jednocześnie nie pozbawiona jest drobnych momentów niezobowiązującego humoru, w którym często bohaterowie odnoszą się do innych komiksowych postaci, w tym do Spidermana właśnie.

W „Daredevilu” ważne są dwie strony życia bohatera – jego „dzienna” i „nocna” praca. Jako prawnik, wraz ze swoim partnerem, Foggym (Elden Henson) oraz nowo zatrudnioną sekretarką Karen (Deborah Ann Woll) starają się przy pomocy Litery Prawa rozwiązać problemy swoich klientów z nowojorskiej dzielnicy Hell’s Kitchen. Stała się ona placem zabaw dla wszelkiego rodzaju bandytów i szumowin po wydarzeniach Bitwy o Nowy York, jak w MCU określa się historię znaną z filmu „Avengers”. Nocą Matt przywdziewa maskę, by z pomocą kopniaka i pięści dowiedzieć się więcej o tajemniczym mężczyźnie (Vincent D’Onforio), który zdaje się być wmieszany we wszelkie szemrane interesy dzielnicy.

Serial jest bardzo dobrze napisany. Szczególnie pierwsza połowa sezonu obfituje w wiele trafnych i humorystycznych uwag dotyczących otaczającego nas świata. O kryzysie papierowej prasy: „wszyscy, których znamy zarabiają dwa razy więcej niż my, pisząc blogi, siedząc w domu w samej bieliźnie”. Mój absolutny faworyt: „mówi się, że przeszłość jest wyryta w kamieniu. Tak naprawdę jednak przeszłość to dym zamknięty w pomieszczeniu. Przemieszczający się. Zmienny”. Takie bon-moty wypełniają pierwszą połowę sezonu, radując tym samym widza. Niestety, w kolejnych odcinkach, znikają potem na rzecz tradycyjnych zdań wypowiadanych przez Czarne Charaktery.

Plusem produkcji jest także psychologia postaci. Ciekawie rozwinięta mimo, że dość łopatologicznie ukazująca, że wszystkiemu winne są wydarzenia z dzieciństwa. Co jednak ważne – taka formuła sprawdziła się na ekranie, dodając głębi charakterologicznej bohaterom i wyjaśniając motywy ich działania. Najważniejszą cechą tej charakterologicznej głębi jest jednak to, że protagonista i antagonista obrazu de facto tak bardzo się od siebie nie różnią. Ich działaniom przyświeca w zasadzie ten sam cel – lepsze jutro Hell’s Kitchen. Różni ich jednak metoda działania oraz to czyj dokładnie interes mają na myśli. Patrząc na nich z boku nie wyglądają jednak na tak różnych, co zresztą stanie się jednym z ważniejszych elementów rozłożonej na wiele odcinków intrygi. Próba wyciągnięcia na światło dzienne człowieka, o którym nikt nic nie wie, gdyż pracuje w szarej strefie, wśród cieni, jest trafna wobec obydwu bohaterów. Ta dwoistość charakterów dwójki przeciwników, stanowi znaczący plus produkcji.

Kolejnym atutem jest chemia między bohaterami. Duża i wyczuwalna już przy pierwszym spotkaniu. Najciekawszą relacją jest ta, łącząca Matta oraz pielęgniarkę Claire (Rosario Dawson). Ich wspólne sceny ogląda się tak dobrze, że gdy dziewczyny zabraknie w drugiej części sezonu, jej nieobecność będzie mocno odczuwalna.

Na koniec warto wspomnieć także o intrygującej czołówce serialu, ukazującej słynne fragmenty architektury Hell’s Kitchen oblane krwistą substancją, spływającą po brzegach budynków, w takt intrygującej, wpadającej w ucho muzyki Johna Paesano.

Obejrzałem serial w zasadzie w kilka posiedzeń po parę odcinków na raz. Tak, jak to natura binge-watchowania nakazała. Muszę przyznać, że największe wrażenie produkcja Stevena S. Knighta i Drew Goddarda zrobiła na mnie w początkowej fazie, w pierwszych kilku odcinkach. Im dalej w las, tym mój zachwyt nieco się rozmywał. Sądzę, że druga część sezonu jest nadmiernie przegadana dość oczywistymi tekstami. Błędem było pozbycie się na znaczną część odcinków postaci Claire, gdyż jej relacja z Mattem dawała ciekawy wgląd w sposób myślenia i zachowania bohatera, gdy nocą przywdziewa maskę. Claire była jedyną osobą ze świata serialu, która, tak jak widz, znała sekretną tożsamość mężczyzny. Innym mankamentem jest fakt, iż pierwsze spojrzenie na pełnoprawny, czerwony strój bohatera również nie budzi tak dużego zachwytu, jak powinno. Bohater wygląda w nim tak, jak każdy inny komiksowy bohater, odziany w strój. Prowizoryczne czarne ubranie zdawało się budzić większy postrach w przeciwnikach niż czerwony strój z ostatniego odcinka. Mimo wszystko, „Daredevil” w pełnoprawnym stroju będzie miał jeszcze kupić widzów, gdy serial powróci z drugim sezonem już za rok. Mimo mankamentów trzeba przyznać, że serial jako sezonowa całość nieźle się broni, rodząc apetyt na więcej.

Teraz pozostaje mieć nadzieję, że „AKA Jessica Jones”, czyli kolejny Marvelowo-Netlixowy projekt, który ma wystartować na jesieni, będzie równie dobry, jak początkowe odcinki „Daredevila”.

Ocena: 7,5/10

 
Komentarze (11)

Napisane w kategorii TV Shows

 

Trio

10 sty

W najbliższy poniedziałek HBO zaprezentuje nowe sezony swoich seriali – debiutującego „Togetherness” oraz powracających „Girls” i „Looking”. Miałem szansę obejrzeć wspomniane produkcje na pokazie prasowym, dlatego chciałbym podzielić się krótkimi uwagami dotyczącymi premier.

Dwie informacje na początek. Po pierwsze – zestawienie trzech seriali dramatyczno-komediowych jest świetnym posunięciem, gdyż produkcje Marka Duplassa, Leny Dunman i Michaela Lennana dobrze się uzupełniają, przedstawiając trzy różne, a jednak w pewien sposób podobne wizje rzeczywistości. Wszystkie dotykają bowiem kwestii związków międzyludzkich oraz wpływu seksu lub jego braku na rzeczywistość w której się obracamy. Drugą uwagą jest fakt, iż taka porcja rozrywki zapewnia równocześnie przesyt, jak i niedosyt.

Przesyt mógł być jednak spowodowany tym, że ostatnia prezentowana produkcja, „Looking”, rozpoczęła sezon z grubej rury, oferując „gejowskie porno”, jak mówiło się o odcinku w kuluarach po premierze. Niedosyt zaś faktem, iż dane nam było obejrzeć jedynie pojedyncze odcinki przygód naszych utęsknionych bohaterów oraz, że tak krótko byliśmy z naszymi nowymi dobrymi znajomymi. Bohaterowie każdej z trzech produkcji są bowiem postaciami nietuzinkowymi, interesującymi i posiadającymi coś ciekawego do powiedzenia o otaczającym świecie, dlatego chciałoby się spędzić z nimi więcej czasu niż jedynie 30 minut pojedynczego odcinka. W końcu zarówno poprzednie sezony „Girls” i „Looking” obejrzałem w zasadzie hurtem w dwa, trzy wieczory.

Tym, co można bez wahania powiedzieć o „Togetherness” to fakt, iż HBO ma doskonałą rękę w prezentowaniu nam rodzenia się nietypowych przyjaźni między bohaterami. Rok temu urzekało delikatnymi spojrzeniami wymienianymi przez Patricka i Richiego w „Looking”, w tym zachwyca sceną, w której między Alexem (Steve Zissis), a Tiną (Amanda Peet) rodzi się nić porozumienia, po tym jak mężczyzna pomógł kobiecie uniknąć zażenowania przed grupą obcych ludzi, w specyficzny sposób odwracając od niej uwagę.

Punkt wyjściowy historii – do domu pary z dziećmi wprowadza się siostra żony i najlepszy przyjaciel męża, stanowi ciekawy wstęp do serii humorystycznych scen. Pierwszy odcinek pokazał już serię małych problemów, które taka sytuacja mieszkaniowa może wywołać, a wszystko wskazuje na to, że im dalej, tym będzie zabawniej. Poszczególne sekwencje wzbudzały humor nietypowymi postawami bohaterów oraz specyficzną wymianą zdań między nimi. Serial nie uniknął także bardziej dramatycznej nuty, gdyż końcowe pytanie męża do żony: czemu nie chcesz już ze mną uprawiać seksu, wybrzmiało prawdziwie i przejmująco. Z chęcią zobaczę jak historia rodziny rozwinie się w kolejnych odcinkach.

Premiera „Girls” zdominowana była zaś przez przygotowania do wyjazdu Hanny (w finale poprzedniego sezonu dostała się na kurs pisarski w Iowa) oraz muzyczny branch Marnie, na którym dziewczyna dostała ataku paniki, spowodowanego nieprzychylną reakcją widowni. Każda z bohaterek dostała jednak w zasadzie jedynie epizod w całości odcinka, przez co można było odczuć pewien niedosyt. „Iowa” ukazał też, że sieć przyjaźni między bohaterkami coraz mocniej zaczyna się rozluźniać, bo choć dziewczyny wciąż się spotykają, zdają się prowadzić swoje dyskusje nieco obok siebie. Dosadnym przykładem na potwierdzenie tej tezy jest fakt, iż w zasadzie żadna z najbliższych osób nie przejęła się w pełni wyjazdem Hannah. Być może jednak bohaterki skrzętnie ukrywają swoje emocje, bo reakcje niektórych z nich, były aż nadmiar teatralne.

Premiera sezonu pokazała też to, za co lubimy „Dziewczyny” – ciągły brak zorganizowania życia głównych bohaterek, które choć popełniają kolejne kroki na drodze do lepszej przyszłości, wszystkie one zdają się być jedynie serią przypadkowych ruchów, zmierzających donikąd, jak to ładnie ujął Adam w jednej z pierwszych scen odcinka.

Jak zwykle zaskakuje też zachowanie Hannah. Oglądając końcową scenę epizodu, wiadomym jest, że mocno będzie żałować decyzji, którą podjęła. Niby niewielka rzecz, ale znacznie rzutująca na jej sposób patrzenia na przyszłość.

Looking” zaprezentowało zaś prawdziwy sausage-fest, jak nawet wprost mówi się w tym odcinku, po raz kolejny prezentując dosadne sceny seksu. Tym razem w scenerii leśnej, gdyż odcinek rozpoczyna się gdy Patrick, Dom i Augustin zmierzają do domku letniskowego, by tam odpocząć od zgiełku miasta i (być może) doradzić Augustinowi w jego życiowych wyborach. Miejsce jest urokliwe, ale prawdziwa zabawa dla chłopaków rozpocznie się, gdy na plaży spotkają grupę mężczyzn, którzy zaproszą ich na nocne gejowskie rave-party w środku lasu. Tam wśród neonów, panowie poznają nowe obiekty zainteresowań na jedną noc. Sęk tkwi w tym, że wybór niektórych może obfitować w wiele nocy, a konsekwencje czynów mogą diametralnie wpłynąć na dalsze życie bohaterów. Premierowy odcinek skupił się więc najbardziej na samym fizycznym aspekcie związków gejowskich, najlepszą sceną czyniąc zaś przyjazd Doris, która w żołnierskich słowach skwitowała wszystko to, co chłopcy myśleli cały weekend, ale wstydzili się przyznać przed Domem. „Looking” więc najbardziej charakteryzował jednoczesny przesyt i niedosyt, gdyż z jednej strony scen seksu było chyba zbyt wiele, a z drugiej chętniej pobylibyśmy z bohaterami dłużej.

 

Najlepsze otwarcie zaliczyła więc „Bliskość” („Togetherness”), która opowiedziała koherentną historię, intrygując widza, by sięgnął po więcej. „Girls” i „Looking” zdawały się zaś jedynie jednym z wielu rozdziałów opowieści, w zasadzie zaczynając i urywając w połowie. Takie jednak uczucie towarzyszy większości produkcji HBO (koronnym przykładem „Gra o Tron”, która zawsze kończy się zbyt szybko), co oznacza tylko, że stacja wciąż produkuje seriale, od których nie sposób się oderwać.

Premierowe odcinki rozbudziły tylko mój apetyt na więcej, gdyż zaprezentowały poziom, którego od HBO wymagamy od lat. Jestem gotowy, aby HBO znów zarządziło moją ramówką, a pakiet „Togetherness”, „Girls” i „Looking”, ze swoim równoczesnym przesytem i niedosytem zdaje się być strzałem w dziesiatkę w poniedziałkowe wieczory, gdy kolejne odcinki będą miały swoje premiery. Wszystkie trzy seriale debiutują na antenie już w najbliższy poniedziałek, 12 stycznia o godzinie 22.00.

 
Komentarze (5)

Napisane w kategorii TV Shows

 

Faking It

29 wrz

Faking It” stacji MTV to niezwykle przyjemny młodzieżowy serial komediowy o dwóch dziewczynach, które udają lesbijki, by zyskać popularność w szkole. Szkoła do której chodzą jest bowiem tak liberalna, że to outsiderzy i wszelkiego rodzaju mniejszości stanowią śmietankę towarzyską, a jednostki zwykle zajmujące czołowe miejsca w licealnym „łańcuchu pokarmowym”, w zasadzie się nie liczą.

Odwrócenie zwykłej szkolnej hierarchii umożliwia twórcom ukazanie mechanizmów działających w liceum, a kwestia akceptacji staje na pierwszym miejscu opowieści. „Faking It” w podrasowany sposób ukazuje odmienny sposób myślenia. Tak naprawdę jednak to relacje międzyludzkie znajdują się w samym centrum zainteresowania serialu. Relacje między bohaterami są bowiem niezwykle skomplikowane. Karma udaje lesbijkę, by być popularną w szkole i by „znaleźć się na radarze” najprzystojniejszego chłopaka, zaś Amy zaczyna zastanawiać się czy przypadkiem naprawdę nie jest homoseksualna. Kwestia orientacji seksualnej bohaterek zostaje potraktowana tutaj przewrotnie, ale i z wyczuciem, próbując na dodatek ukazać wszelkie implikacje faktu bycia gay. „Bycie homo to najlepsza rzecz, jaka nam się przytrafiła”, „czasami zastanawiam się czy moja orientacja seksualna nie jest najciekawszą cechą jaką posiadam?”. Kwestia etykietek ma więc bardzo ważne znaczenie dla fabuły serialu. Jednak przez to, że obrócono schemat tego co jest postrzegane jako „normalne”, produkcja potrafi przykuć uwagę i kazać zastanowić się nad kwestiami tolerancji. Jednocześnie robi to w wysublimowany, nienachalny sposób.

Faking It” to bowiem przede wszystkim serial młodzieżowy, ukaującym skomplikowane relacje międzyludzkie. Przykuwają one uwagę z powodu niezwykle ciekawej charakterystyki bohaterów. Sprawia ona, że dają się oni polubić już od pierwszych odcinków. Karma i Amy to dobrze dobrana para, ale większość uwagi kradnie świetnie zarysowany drugi plan, na czele z Shanem, „najważniejszym gejem w szkole” i Lauren, typową popularną blondynką, która lubi znęcać się nad innymi. Różnicę stanowi fakt, iż w Hester High to Shane jest popularny, a Lauren próbuje przywrócić „naturalny porządek rzeczy”, w którym to właśnie typ cheerleaderki jest szkolnym trendsetterem. Sceny z ich udziałem ogląda się z niezwykłym zainteresowaniem, gdyż Shane posiada bardzo wiele trafnych uwag dotyczących młodzieńczego życia, a Lauren potrafi rzucać niezwykle cięte riposty.

Szybkie tempo akcji (już w drugim odcinku pokazuje się widzowi Homecoming Dance, (zgrabnie nazwany HomeComing Out)) oraz niezłe dowcipy słowne, sytuacyjne i wynikające z charakterystyki postaci, sprawiają, że seans upływa w miłej atmosferze, a widz podąża za perypetiami bohaterów z uśmiechem na ustach.

Faking It” to produkcja lekka, łatwa i przyjemna, a jednocześnie niezwykle ciekawy, wielowymiarowy serial, który w nienachalny sposób przedstawia odmienną wizję liceum. Produkcja MTV swoim stylem prowadzenia opowieści przypomina młodzieżowe „Awkward”, przez co niezwykle szybko zyskuje sympatię widzów. „Faking It” stanowi przez to wartą uwagi produkcję, z którą warto jak najszybciej się zapoznać.

Ocena: mocne 7/10

 
Komentarze (18)

Napisane w kategorii TV Shows

 

Awkward – Inna

25 wrz

Młodzieżowy serial komediowy stacji MTV „Awkward” zaczyna się od plotki o rzekomej próbie samobójczej głównej bohaterki – nastoletniej Jenny. Wróć – zaczyna się w zasadzie tam, gdzie wiele seriali młodzieżowych dociera dopiero po kilkunastu, jeśli nie kilkudziesięciu odcinkach – od seksu. Pierwszego razu podczas wakacyjnego obozu. Nasza znajomość z główną bohaterką rozpoczyna się więc w dość specyficznym momencie jej życia – stygma tej dziewczyny, która chciała się zabić, przeszkadza jej w normalnym funkcjonowaniu. Z tego powodu swoje problemy opisuje na blogu, gdzie w dużym detalu dzieli się swoimi przemyśleniami.

Serial w humorystyczny sposób ukazuje młodzieńcze bolączki dziewczyny, poprzez szybki sposób mówienia bohaterów, dużą ilość skrótów myślowych i słownych, a także sporą dawkę dramatów związkowych. Elementy te sprawiają, że serial jest lekki, łatwy i przyjemny, jednocześnie wpisując się w stylistykę obrazów opowiadających o liceum, jak i chwilami nabijając się z niej. Formuła bloga prowadzonego przez główną bohaterkę sprawia, że obecny w serialu voice-over nie wydaje się dziwny, a jest raczej czymś wyjątkowo na miejscu.

To produkcja, która znakomicie nadaje się do oglądania hurtem. Gdy poszczególne odcinki się kończą, widzowi wciąż jest mało obecności Jenny i jej przyjaciół, dlatego jak nałogowiec, człowiek sięga po więcej. Jest w tym serialu wiele prawdziwych sytuacji, które można przyrównać do własnego życia, a wiele scen potrafi porządnie rozbawić, dzięki humorystycznemu wyolbrzymieniu. Ważną treścią serialu jest także afirmacja siły przyjaźni, która jest w stanie znieść niemalże wszystko, a przyjaciele są po to, by wesprzeć w najtrudniejszych chwilach. (Jednym z odcinków, które mocniej zapadły mi w pamięci, jest ten w którym Matty uczy się tańczyć, by móc na imprezie pójść na parkiet wraz z Jenną. W ogóle szaleńczy styl tańczenia Matty’ego i Jake’a to coś z czym łatwo mi się utożsamić). ;)

Serial utrzymuje równy poziom przez trzy sezony, a końcowa scena „trójki” mogłaby w zasadzie wieńczyć całą produkcję. Czwarta seria rozpoczyna się w nietypowy sposób – niby wszystkie elementy składowe sukcesu serialu znajdują się na swoim miejscu, jednak z całości bije pewna sztuczność. Na szczęście już po paru odcinkach wszystko mniej więcej wraca do normy i kolejne odcinki znów przynoszą radość.

Co ciekawe – mało w serialu muzyki. To pewnie powód tego, że w produkcji Lauren Iungerich tak dużo i tak szybko się mówi, a wydarzenia dynamicznie następują po sobie, nie dając miejsca na długie montaże scen. Może więc dlatego, gdy się pojawia, robi większe wrażenie. Tak było ze mną i kawałkiem „Wildest Moments” Jessie Ware, który znałem i lubiłem wcześniej, ale dopiero jego pojawienie się w finale trzeciego sezonu sprawiło, że zamarzyłem, by posiadać go na stałe.

Awkward” to przyjemna, lekka rozrywka, która przysparza wielu pozytywnych emocji. Nie jest to serial wybitny, żadnego rodzaju must-watch, ale jako kompan w trakcie długiej choroby sprawdził mi się wyśmienicie.

Ocena: 7/10

 
Komentarze (5)

Napisane w kategorii TV Shows

 

The Best of FRIENDS

22 wrz

„Przyjaciele” – jeden z najlepszych seriali na świecie obchodzi dzisiaj 20 urodziny. Równo 20 lat temu, 22 września, stacja NBC wyemitowała pierwszy odcinek serialu. Reszta to już w zasadzie historia.

„Monica, Rachel, Phoebe, Joey, Chandler, Ross – ich nie trzeba przedstawiać. „Tu nie ma nic do opowiadania” – tak brzmiało pierwsze zdanie, jakie padło w pilotowym odcinku serialu. I dużo w tym prawdy. „Przyjaciół” zna każdy. To serial kultowy, ponadczasowy, który wciąga widzów zawsze tak samo.

Dla wszystkich prawdziwych fanów serialu „dwudziestka” to magiczna liczba. Przyjaciele to średnio 20 odcinków w każdym sezonie. Każdy odcinek trwa niewiele ponad 20 minut, a jego produkcja to 20-godzinny dzień pracy. Tylko w samych Stanach Zjednoczonych co tydzień przed telewizorami siadało ponad 20 milionów widzów, aby poznać kolejne perypetie zwariowanej paczki przyjaciół. Numer, który wisiał na drzwiach mieszkania Moniki i Rachel to 20. Najsłynniejszy tekst Joeya – „How you doin?” – zdobył czwarte miejsce w rankingu 20 najbardziej chwytliwych powiedzonek (Sierpień 2005). W pierwszym sezonie serialu gaża każdego z aktorów wynosiła około 20 tys. dolarów za odcinek, w ostatnim honorarium każdego z głównych bohaterów przekroczyło ponad milion dolarów za występ. Popularność „Przyjaciół” sprawiła, że w serialu gościnnie pojawiło się ponad 20 największych gwiazd dużego ekranu, takich jak George Clooney, Brad Pitt, Robin Williams, Julia Roberts czy Reese Witherspoon. A w tym roku Rachel, Monica, Phoebe, Joey, Chandler i Ross obchodzą swoje 20 urodziny!”*

Z tej okazji postanowiłem wraz z grupą zaprzyjaźnionych autorów stworzyć listę NAJLEPSZYCH ODCINKÓW PRZYJACIÓŁ.

Zadanie było proste – każdy z autorów miał wybrać swój ulubiony odcinek serialu, który uważa za najlepszy w dziejach Paczki Z Nowego Jorku i napisać o nim kilka słów. Przez najbliższe dni na fanpage’u będę prezentować kolejne odcinki, które trafiły na listę.
22 września w dniu dwudziestolecia pierwszego odcinka ukaże się natomiast cała lista, ze wszystkimi zaproszonymi gośćmi.
Czy Twój ulubiony odcinek trafił na szczyt? Przekonaj się już jutro (i w kolejne dni)! 

*informacja prasowa Comedy Central Polska, stacji na której codznnie o 22.00 emitowane są dwa odcinki słynnego serialu.

1×01 Pilot // The One Where It All Began // TOW Monica Gets A New Roomate

22 września 1994 roku zapisał się w dziejach telewizji złotymi literami. Złotymi w podwójnym sensie, gdyż „Przyjaciele” to jeden z najbardziej dochodowych i wpływowych seriali, jakie powstały. Nie dość, że w każdym młodszym sitcomie znajdziemy mniej lub bardziej wyraźne odbicie perypetii paczki z Manhattanu, to socjologowie rozpisują się o oddziaływaniu produkcji na całe pokolenia widzów (i nie chodzi tu o modną niegdyś fryzurę à la Rachel, lecz rozpropagowanie egocentrycznego stylu życia). Samolubni czy nie, „Przyjaciele” bawią do łez już od pierwszego epizodu, dlatego spośród 236 odcinków postanowiłam wybrać właśnie pilot – to tutaj historia telewizji wskoczyła na inny tor, zmieniając nasze myślenie nie tylko o komedii.

Dominika Pietraszek, Wynurzenia z kinowego fotela

3×16 The One the Morning After

Proste pytanie – który odcinek „Przyjaciół” jest najlepszy? I tu idealnie widać, że najłatwiejsze pytania mają zawsze najtrudniejszą odpowiedź.Serial kultowy stanowiący wzór do naśladowania dla innych twórców. Serial, którego wszystkie odcinki znam na pamięć. Serial, któremu zawdzięczam coroczne zawieszenie życia towarzyskiego na rzecz maratonów w Central Perk. Gdy kochasz coś tak bardzo wydająca się błahostką decyzja staje się wyborem tak ciężkim, że kompulsywnie sprzątasz mieszkanie i jedyne o czym marzysz to przerwa.

Przerwa – słowo, które stanowi dla fanów „Friendsów” przedmiot ciągłych kłótni. Szesnasty odcinek trzeciego sezonu, opowiadający „o poranku po”, skupia się na kryzysie w związku Rossa i Rachel – ukochanej pary Ameryki. Pokazuje, że nawet w największym sitcomie wszechczasów zdarzają się dramaty. Wielkie dramaty, które nakierują fabułę na kolejne siedem lat. Jest to odcinek, który jak żaden inny wpłynął na wszystkich bohaterów. Płakałem, moje ciało spowiły konwulsje, moje serce zostało rozdarte (podejrzewam, że miliony innych również).Śmialiśmy się przez dziesięć sezonów, ale to właśnie ten odcinek zbliżył bohaterów do nas pokazując ich jak zwykłych ludzi. I dlatego to jest najlepszy odcinek „Przyjaciół”.I mimo, że kocham Rachel, jestem po stronie Rossa. Oni MIELI przerwę.

Grzegorz Raubo, Płonący Celuloid

5×14 The One Where Everybody Finds Out

The One Where Everybody Finds Out to jeden z tych odcinków, w którym ujawniają się wszystkie najlepsze cechy tytułowych przyjaciół, w których zdążyliśmy się zakochać przez poprzednie sezony. Uroczy ekscentryzm Phoebe, problemy Joeya z dochowaniem tajemnicy, sarkastyczne żarty Chandlera czy nieumiejętność przegrywania Moniki.
A wszystko zaczyna się, kiedy Phoebe i Rachel dowiadują się o związku Chandlera i Moniki i wpadają na genialny pomysł by spłatać parze kilka praktycznych żartów. Phoebe wykorzystując swój nieokiełznany „seksapil” postanawia, że zacznie uwodzić Chandlera składając mu dwuznaczne propozycje, a on po konsultacjach z Moniką, która domyśliła się, że Joey wygadał kolejną tajemnicę, odbija pałeczkę i tak zaczyna się walka podjazdowa. Pytanie brzmi tylko, kto podda się pierwszy?
Ten odcinek to przede wszystkim starcie charakterów dwóch najzabawniejszych postaci w serialu. W prawym narożniku Phoebe – dopingowana przez podsłuchująca pod drzwiami Rachel, a w lewym Chandler wspierany przez ukrytą w łazience Monikę. Ostateczne walka – kto pęknie pierwszy. Kiedy oni się prężą i napinają, my umieramy ze śmiechu.

Emilia Koronka, Po napisach końcowych

6×04 The One Where Joey Loses His Insurance

Kiedy Michał Kaczoń zwrócił się do mnie z propozycją wzięcia udziału w piśmienniczym celebrowaniu 20. rocznicy emisji pierwszego odcinka „Przyjaciół”, byłam zachwycona! To mój ukochany serial, którego nie zdetronizował ani „Detektyw”, „House of cards” czy „Black mirror”. Chwilę po zaniku euforii pojawiła się jednak nie lada zagwozdka – który odcinek opisać?

Kilka dni chodziłam z cykającą bombą zegarową w głowie. Co jakiś czas przypominała mi się konieczność dokonania wyboru (każdy z uczestników zadania miał zadeklarować, o którym fragmencie przygód boskiej szóstki z Nowego Jorku napisze). Głowiłam się co niemiara aż w końcu postanowiłam – Włączę przypadkowy odcinek i postanowię, czy cofam się do wcześniejszych wydarzeń, czy też wybieram coś z ich ‘przyszłych losów’. Traf chciał, że padło na odcinek 6. czwartego sezonu…

Niby nic takiego. Dość typowy odcinek „Przyjaciół”. Phoebe jest wciąż lekko szalona, Joey podbija serca kolejnych kobiet, Rachel wciąż przesadnie dba o wygląd i nie dostrzega zalotów Gunthera, Monica coraz wyraźniej staje się pierwowzorem perfekcyjnej pani domu, Chandler przeżywa miłosne rozterki, a Ross znowu zalicza nieudane randki. Ale…

To właśnie pokazuje, że ten serial kocha się za charakter bohaterów! Nie za wspaniałe obrazki, klimatyczną muzykę czy perfekcyjną scenografię. Sednem wszystkiego jest sześć totalnie różnych osób, które stanowią wspaniałą paczkę – ich osobowość, charyzma.
Tę grupę cenimy przede wszystkim za poczucie humoru! Za to, że dosłownie każdy z widzów jest w stanie znaleźć w któryś bohaterze pierwiastek siebie – i dzięki temu utożsamić się z całą ekipą. W ten sposób stajemy się całością, wspólnotą. Oglądamy ich radosne i smutne chwile, jakbyśmy byli częścią tej zgrai. Co ważne, żeby włączyć się do serialu, nie trzeba zaczynać od początku. Odcinki w dużej mierze mówią o codzienności współczesnych ludzi, więc w zasadzie dołączyć można ad hoc (no chyba, że chodzi o kwestię „We were on a BREAK!”) 

Monika Chojnacka, Okiem Kinomaniaka

6×07 The One Where Phoebe Runs

„Przyjaciele” zawsze poprawiali mi humor i przyprawiali o ból brzucha ze śmiechu. Jednak dopiero odcinek „TOW Phoebe Runs” był tym, kiedy pierwszy raz nie mogłem przestać się śmiać przez bite pięć minut. Wszystko za sprawą sceny, w której Chandler, sprzątając mieszkanie w prezencie dla Monici, nie chce wpuścić jej do mieszkania. Na szybko musi więc wymyślić wymówkę dlaczego narzeczona nie może wejść do własnego lokum. Tekst „Dlatego, że Ross jest nagi” jest tak zaskakującym, randomowym i dziwacznym stwierdzeniem, że aż na stałe zapisało się w mojej głowie, czyniąc z tego odcinka mój ulubiony w całym serialu (ex aequo z „TOW Eveyroby Finds Out” z przegenialnym „But they don’t know that we know they know we know”).

Sposób biegania Phoebe tez ciepło wspominam i pewnie gdybym sam lubił biegać, stosowałbym podobny styl.

Michał Kaczoń, Seriale, filmy, muzyka, (Miesięcznik FILM)

6×08 The One With Ross’s Teeth
10×03 The One with Ross’s Tan

Chyba każdy z nas przez lata spędzone z „Przyjaciółmi” ułożył sobie mniej lub bardziej zmienną hierarchię sympatii do bohaterów tego kultowego serialu. U mnie podium zawsze okupowali mężczyźni z niezłomnie trzymającym berło Chandlerem i drepczącym mu po piętach Joey’em. Ross był zawsze trzeci, ale – co ciekawe – to odcinki z jego udziałem zapadły mi w pamięć i rozśmieszają do dziś najbardziej.

Dwa z nich prezentują dwie sceny i dwie nieprawdopodobnie zabawne sytuacje: opalanie natryskowe i wybielanie zębów. Obie sceny są komiczne nie tylko z powodu niefortunnego dla Rossa efektu zabiegów, ale przede wszystkim – jego reakcji. I takim oto sposobem Ross Geller, zawsze serio podchodzący do swojego życia, był jedyną osobą na świecie, którą nie rozbolał brzuch od śmiechu podczas oglądania tych scen:) David Schwimmer musiał się naprawdę nagimnastykować, by zachować zimną krew i nie wybuchnąć śmiechem, gdy zobaczył efekt wizyty w salonie kosmetycznym i u stomatologa oraz reakcje swoich przyjaciół na nie Pomyśleć, jak wyglądałaby twarz Rossa, gdyby te dwa odcinki połączyć w jedno i superbłyszczące białe zęby skomponować z superopaloną skórą! One mississippi, two mississippi…:)

Paulina Wójtowicz (Klapserka), Apetyt na film – blog filmowy

10×21-22 The Last One

Epizod, który zamyka wszystko, niemalże wszystkie wątki. Prawie każdy z bohaterów znajdzie swój happy end. Najbardziej wzruszający ze wszystkich odcinek. Nie najbardziej zabawny, ale dowcipów też kilka się znajdzie. Moja ukochana scena pościgu Rossa za Rachel, co by nie wyjechała do Paryża, lewa filandża (phalange), odsłuchiwanie przez Rossa wiadomości zostawionej przez Rachel „Try to understand!”, a potem Rachel w drzwiach… to najpiękniejsza scena z całego serialu, pokazująca, że choć tak wiele się tutaj działo, to wszystkie wątki i postaci są jedynie tłem, otoczeniem zbudowanym wokół miłości tej dwójki. Kwintesencją serialu staje się ostatnie pożegnanie z mieszkaniem Moniki i Chandlera, w którym na pewnym etapie mieszkał każdy z przyjaciół. Ostatnie spojrzenie na uprzątnięte kąty, tylko pokazują jak wielką pustkę zostawia w naszym sercu zamknięcie całego serialu, który raz na zawsze zmienił oblicze telewizji!

Agnieszka Grabiec, Filmy-według-Agniechy
* „Przyjaciele” emitowani są obecnie na stacji Comedy Central Polska, gdzie codziennie o 22.00 można obejrzeć dwa odcinki produkcji. Dodatkowo dziś, 22 września od godziny 14.00 stacja zaplanowała specjalny maraton ze specjalnym udziałem gwiazd – odcinki, w których wystąpiły znane i lubiane gwiazdy kina.

 
Komentarze (8)

Napisane w kategorii TV Shows

 

Detektyw

12 wrz

True Detective” Nico Pizzolatto to intrygująca produkcja, przyciągająca gęstym, dusznym klimatem, doborowym aktorstwem oraz świetną warstwą wizualną.

Podążając za starymi sprawami dwóch detektywów, Rusty’ego Cohle’a i Marty’ego Harta, dowiadujemy się nie tylko o okropnych rzeczach, dziejących się w stanie Luizjana, ale także o samych bohaterach. W dużej mierze „Detektyw” nie jest bowiem serialem o zbrodni, która oczywiście jest laitmotivem produkcji i gra w nim ogromną rolę, co dziełem mówiącym o trudnych i skomplikowanych relacjach dwóch osobistości, którymi są dwaj główni bohaterowie serialu.

Matthew McConaughey i Woody Harrelson tworzą niezwykle intrygujący duet, który z przyjemnością ogląda się na ekranie. Ich rozmowy stanowią jedną z największych sił tego serialu. Aktorzy stworzyli bowiem bohaterów z krwi i kości, posiadających historię oraz niecodzienne wizje otaczającego ich świata. Większość uwagi widza skupia się jednak na Cohle’u, z powodu jego niejednoznacznej, trudnej do zakwalifikowania osobowości.

Cała intryga serialu jest niezwykle sprytnie poprowadzona, stanowiąc odwrócenie tego, jak wątek morderców prowadzony jest w „Hannibalu”. W serialu Bryana Fullera widz wie, że większość zbrodni popełnił tytułowy kanibal i ogląda serial, w którym lekarz niezwykle umiejętnie manipuluje otaczającymi go ludźmi. W „True Detective” jest odwrotnie – widz nie zna tożsamości mordery, a coraz częstsze podejrzenia, które zaczynają padać w stronę jednego z wyjątkowo znaczących bohaterów, zaczynają wydawać się widzowi niebezpodstawne. Dzięki tym zabiegom oba seriale w niezwykle ciekawy sposób budują napięcie i specyficzną grę z widzem.

Duszna atmosfera i intrygujące zdjęcia otwartych pustych przestrzeni są kolejną rzeczą, która przyciąga do serialu.  Bagniska Luizjany mają w sobie coś posępnego i mrocznego, co sprawia, że człowiek ma poczucie, iż każda zbrodnia może się tam wydarzyć. Co intrygujące, zaskakujące i ważne – miejsce akcji odgrywa w serialu niezwykle ważną rolę, stając się niemalże trzecim bohaterem produkcji, tak dużo miejsca poświęca się tutaj konkretnym lokalizacjom. Warto o tym wspomnieć w szczególności w kontraście do innego serialu HBO, rozgrywającego się w tych samych okolicznościach przyrody. Mowa o „Czystej Krwi”, która choć rozgrywa się na podobnych terenach, nawet w połowie nie potrafiła przykuć uwagi do kwestii lokalizacji akcji serialu, traktując ją jedynie jako dodatek do opowiadanej historii. W „Detektywie” lokalizacja ma znaczenie, a poszczególnym miejscom poświęca się dużo czasu, ukazując je w dużym szczególe. Takie ugruntowanie akcji podbija wiarygodność i realistyczność serialu.

Atmosfera gęstnieje z każdym kolejnym odcinkiem, przysparzając widzowi coraz mocniejszych wrażeń. Świetny jest w szczególności odcinek czwarty, z najazdem gangu motocyklowego i Cohlem wmieszanym w całą aferę od środka. Sceny rozmów narkotykowego kartelu przywodziły mi na myśl rozwiązania stosowane w „Breaking Bad”, a otoczka motocyklowego gangu spodobała mi się tak bardzo, że powoli zaczynam dojrzewać do decyzji o obejrzeniu „Sons of Anarchy”. Równie emocjonujące są dwa ostatnie odcinki produkcji, w których wszystkie elementy układanki, składają się w spójną całość.

Krótko, bo o tym serialu, od momentu premiery na początku bieżącego roku, powiedziano już chyba wszystko. Przychylam się do ogólnej radości i poklasku, jaki wywołuje serial Pizzolatto. Świetna robota!

Ocena: 8,5/10

 
Komentarze (3)

Napisane w kategorii TV Shows

 

Dolina Krzemowa

09 wrz

Najnowszy serial komediowy stacji HBO, „Silicon Valley”, to opowieść o rozkręcaniu biznesu komputerowego w Dolinie Krzemowej, ukazana w pięknym krzywym zwierciadle.

Gdy młody programista, Richard, tworzy w zasadzie nikomu niepotrzebną aplikację, opierającą się jednak na niezwykłym algorytmie, przykuwa tym samym uwagę szefów firmy chcących niemal natychmiast odkupić jego pomysł. Los się wtedy do niego uśmiecha. Traf bowiem chce, że również znany przedsiębiorca, Peter Gregory, dostrzega potencjał aplikacji i składa chłopakowi propozycję nie do odrzucenia.

Gdy Richard i jego ekipa zdecydują się przyjąć ten intratny kontrakt, ich życie odmieni się poprzez bycie w ciągłej presji i goniących deadline’y. „Dolina Krzemowa” obrazuje geeków w ich naturalnym środowisku, stając się także historią o wzlotach i upadkach na drodze do wielkiego sukcesu. W premierowych odcinkach padają zresztą zgrabne uwagi dotyczące nerdowego świata, jak chociażby: czemu programiści zawsze trzymają się w piątkach, w których występują przedstawiciele tych samych grup etnicznych? Czy wymieniają się między innymi grupami, by osiągnąć taki efekt?

Poziom humoru jest bardzo wysoki, oferując w zasadzie każdy jego typ – od słownych i sytuacyjnych, po charakterologiczne, a chwilami nawet slapstickowe. Każdy znajdzie tu więc coś dla siebie. Najlepsze jest, że im dalej w las, tym lepiej, gdyż do najlepszych odcinków króciutkiego ośmioodcinkowego sezonu można zaliczyć prześmieszny epizod piąty „Signaling Risk”, w którym firma zatrudnia grafficiarza do zrobienia logo, a także odcinek szósty („Third Party Insourcing”, w którym dostrzegamy co może się przytrafić, gdy świat ogarnie nadmierna technologizacja. Oba odcinki oferują masę pozytywnego humoru, w każdym z przedstawionych wątków zaznaczając wyraźną oś komedii. Świetne są sceny niezręcznych rozmów szefów dwóch konkurencyjnych firm (Petera i Gavina), czy hologfraficzna konferencja z przełożonym. Niecodzienny deal Gillfoya z Ganeshem dotyczący dziewczyny jednego z nich również potrafi włożyć uśmiech na usta widza.

Twórcy „Silicon Valley” zdecydowanie złapali wiatr w żagle i skrupulatnie tworzą swoją słodko-gorzką opowieść o budowaniu firmy od zera, pietrząc przed bohaterami masę problemów w drodze do osiągnięcia upragnionego celu. Umiejętne rzucanie wszelkiej maści kłód pod nogi naszych bohaterów umożliwia widzowi wczucie się w ich sytuację, zżycie z ich problemami oraz poczucie się, jakby było się w ich skórze. Krzywe zwierciadło „Doliny Krzemowej” ogląda się tak dobrze, że już zacieram ręce na drugi sezon serialu, smucąc się jedynie, że tak długo trzeba będzie do niego czekać.

Opowieść o młodych „wikingach naszych czasów”, jak w pewnym momencie mówi o sobie i swoich znajomych Richard, to produkcja, która bardzo pozytywnie zaskoczyła i przysporzyła mi mnóstwa wrażeń. Mały wielki serial!

Ocena: 8,5/10 <3

 
1 komentarz

Napisane w kategorii TV Shows

 

LOST – Nostalgy Montage

28 lip

We have to go back, Kate!

Actually – even though I really enjoyed Lost I don’t feel the urge to go back just yet. Although this trailer shows how nice and down-to-Earth first seasons were. Maybe in another lifetime, brother?!



 
Brak komentarzy

Napisane w kategorii TV Shows

 

THE Baby

10 cze

Rosemary’s Baby” Agnieszki Holland, czyli miniserial stacji NBC, to uwspółcześniona wersja książki Iry Levina, na podstawie której powstało też arcydzieło Romana Polańskiego pod tym samym tytułem*.

Poniższy wpis będzie nie tylko próbą oceny serialu, ale także próbą porównania obu obrazów. Z powodu chęci wykazania najciekawszych podobieństw i różnic, będę odnosić się do fabuły tych obrazów, co może przez niektórych zostać uznane za spoiler. Taka uwaga na początek, just in case, gdyby ktoś nie chciał zdradzać sobie najważniejszego plot-twistu, który w zasadzie jednak jest już chyba powszechnie znany. No, ale przezornie uprzedzam, że będę opisywać dość znaczące elementy fabuły.

Na samym początku warto zaznaczyć, że mimo, że obie produkcje powstały na podstawie tego samego pierwowzoru, de facto dość znacząco się od siebie różnią. Nie chodzi tylko o zmianę miejsca akcji z Nowego Yorku na Paryż, ale o dodatkowe wątki, nieco inne rozłożenie akcentów, oraz rozbudowanie zależności między postaciami. Tym jednak co najbardziej zaskakuje w wizji Holland to przede wszystkim fakt, jak bardzo krwawe jest to dzieło. Tak bardzo nawet, że chwilami przypomina niemalże serię „Oszukać Przeznaczenie” (scena w kuchni).

W tym momencie wartym zauważenia jest to za co uwielbiam „Rosemary’s Baby” Polańskiego. Jest to fakt, jak bardzo pętla zacieśnia się na szyi Rosemary, a co za tym idzie – samego widza. Napięcie rośnie bardzo powoli, systematycznie i prawie niezauważalnie, ale w trzecim akcie, od momentu pogrzebu, widz siedzi jak na szpilkach, kibicując bohaterce w jej poczynaniach wyswobodzenia się z uroku i wpływu bliskich jej osób. Perfekcyjna robota, doskonale podbita przez muzykę oraz celnie poprowadzone ujęcia, czy przejścia między scenami. Ważnym elementem siły wersji Polańskiego jest też fakt, jak wiele ważnych rzeczy dzieje się tutaj poza kadrem, nastawiając siłę wyobraźni widza na najwyższe obroty. Poprzez sugerowanie rozwiązań zamiast pokazywanie ich wprost, reżyser sprawił, że wyobraźnia widza przejmuje część pracy, a jak wiadomo – mózg każdego z nas jest w stanie wymyślić gorsze scenariusze niż to, co pokazane nam zostało na ekranie. Wspaniałe dzieło, do którego chce się wracać.

Nową wersję świetnie się ogląda, wiedząc dokąd ta historia de facto prowadzi. Przez bardzo liczne słowne i wizualne zagrania produkcja daje dużo elementów, które puszczają oko do widza zaznajomionego z arcydziełem Polańskiego. Tak jest chociażby w świetnej scenie kłótni Rosemary i Guya o tym, że kobieta chce zaczerpnąć drugiej opinii. Mąż mówi do niej, że powinna przede wszystkim myśleć o tym, co jest najlepsze dla dziecka. Po angielsku używa on sformułowania „the baby”, na co Rosemary zauważa, że powinien był raczej powiedzieć „our baby”, czyli „naszego dziecka”. Wiedząc jednak z jakiego powodu Guy używa akurat takich słów, widz czuje się usatysfakcjonowany takim poprowadzeniem tego dialogu.

Zresztą takich zmian jest tu więcej, a jedna kwestia zostaje poprowadzona dużo lepiej niż w dziele Polańskiego. Cała konstrkucja postaci Guya prezentuje się lepiej w wersji Holland, przynajmniej ze współczesnego punktu widzenia. Ogólnie rzecz ujmując – proces podejmowania decyzji ZA Rosemary przez męża zostaje tutaj poprowadzony w nieco mniej dosadny, czy wręcz seksitwoski sposób, jak w oryginale. Raczej niż nakazywać kobiecie zrobienie czegoś, Guy stara się przekonać ją do swojego sposobu myślenia. Bardziej nią manipuluje niż rozkazuje. Ponadto, gdy dochodzi do TEGO stosunku, u Polańskiego Rosemary następnego dnia dowiaduje się, że de facto została zgwłacona przez swojego męża (z jej ust pada nawet zdanie, że śniła o tym, że coś nieludzkiego ją gwałci). Mąż obraca sprawę w żart, zasłaniając się tym, że i on był pijany, de facto w żaden sposób nie pocieszając kobiety. U Holland Rosemary dowiaduje się w zasadzie tego samego, ale sposób w jaki ta wiadomość zostaje jej przekazana jest nieco inny. Po tym jak kobieta denerwuje się na męża, że była nieprzytomna podczas gdy uprawiali seks, Guy pokazuje jej okaleczenia na swoim ciele, podobne do tych, które posiada sama kobieta, co ma wskazywać, że oboje byli aktywni podczas stosunku. Jest to mała zmiana, która jednak diametralnie zmienia postrzeganie postaci, nawet w obrębie świata przedstawionego. Takie dość niewielkie zmiany budują jednak nieco odmienny obraz kobiety w związku, który zdecydowanie zmienił się w przeciągu kilkudziesięciu lat od powstania obrazu Polańskiego.

Duża w tym zasługa aktorów wcielających się w główne role, którzy utrzymali ten film na swoich barkach. Zaskoczyła Zoe Saldana, która była w stanie pociągnąć ten film, prezentując bardzo przyzwoitą kreację, jedynie w kilku momentach zdającą się być nieprawdziwą (są to momenty nieliczne i nie pozostawiające większego niesmaku). Równie dobrze prezentuje się Patrick J. Adams, który sprawił, że Guy staje się bohaterem, którego w jakimś stopniu jesteśmy w stanie zrozumieć. Aktor potrafił bowiem wiarygodnie ukazać wewnętrzne rozterki mężczyzny, dzięki czemu jego kreacja jest pełniejsza. Świetnie wtórują im Jason Isaacs oraz Carole Bouquet jako młodsza niż u Polańskiego wersja Państwa Castevett. Sposób, w jaki niepostrzeżenie manipulują państwem Woodhouse, jest godny podziwu i równie udany co w pierwowzorze. Aktorstwo więc stanowi kolejny dobry element najnowszej produkcji.

Oczywiście niektóre rzeczy są jednak zdecydowanie nieudane. Scena sprzed śmierci komisarza, gdy dostaje zwidów, jadąc samochodem, prowadzona w rytm muzyki francuskiej piosenkarki In-Grid (Tu Es Foutu) całkowicie rozbija atmosferę grozy, bardzo skrzętnie podbudowaną jeszcze kilka scen wcześniej. Winą tutaj jest zdecydowanie dobór nieco zbyt optymistycznego utworu. Rozumiem, że zamysł był by użyć muzyki diegetycznej, pochodzącej z samego samochodu, pytanie tylko dlaczego wybór musiał paść akurat na taki, a nie inny utwór. Coś cięższego, bazującego na mocniejszej linii basowej dużo bardziej by tutaj pasowało, rozsądnie podbijając rosnące napięcie, a nie bezsensownie je rozbijając. Nie mówiąc już o tym, że sposób ukazywania sposobu ginięcia ludzi pozostawia jednak sporo do życzenia. Zwłaszcza, że sekwencja z komisarzem jest zwyczajnie tandetna.

Wielką różnicą jest także coś o co obawiałem się od samego początku. Kwestia czy twórcy zdecydują się pokazać dziecko na ekranie. Siłą pierwowzoru było bowiem właśnie niedopowiedzenie, pokazywanie drastycznych zdarzeń, czy samego dziecka poza ekranem, stawiając tym samym siłę wyobraźni widza na najwyższych obrotach. Pozbawiając się tego elementu, stawiając na krwawą dosadność zamiast siłę niedopowiedzenia, twórcy pozbawili się  największego atutu dzieła Polańskiego. To, czego nie widzimy jest bowiem najbardziej przerażające. Wyobraźnia każdego człowieka doskonale potrafi bowiem wygenerować najstraszliwsze wizje. Oczywiście wszyscy chcielibyśmy zobaczyć TO dziecko, jednak właśnie dzięki pójściu na przekór oczekiwaniom widzów dzieło Polańskiego miało szansę zapisać się w annałach kinematografii. Twórcy najnoweszej wersji, dając wizualną odpowiedź na pytanie „What’s wrong with his eyes?” niestety nie uczynili sobie przysługi. Zwłaszcza, że znamienita kwestia zostaje potem zupełnie pozbawiona sensu, w chwili, gdy ludzie przechodzący na ulicy obok Rosemary prowadzącą wózek, mówią jej jakie piękne posiada dziecko. Ostatecznie nie wiem więc który element przemówił do mnie mniej – fakt ukazania dziecka, czy fakt ukazania dziecka nieznajomym ludziom na ulicy, gdy Ci zachwycają się jego wyglądem. W jednym z tych dwóch momentów twórcy zdecydowanie przesadzili, przekreślając skrzętnie tworzony klimat. Końcówka pozostaje więc najbardziej kontrowersyjnym momentem nowej wersji tej historii.

Ostatecznie więc, choć dzieło Holland posiada bardzo dobre momenty (świetne jest na przykład w bardzo wielu momentach aktorstwo – odruchy Rosemary i Guya (szczególnie jego pierwsze dotknięcie kopiącego w brzuchu dziecka) są prawdziwe i wiarygodne), posiada też sceny, które w ostatecznym rozrachunku dyskwalifikują go jako poważne dzieło, które potrafi prawdziwie poruszyć (wszelkie momenty śmierci, wyciągnięte jak z tandetnego horroru zamiast poważnego thrillera).

Z drugiej strony nowa wersja „Rosemary’s Baby” zdecydowanie nie bierze przykładu z „Psychola” Gusa Van Santa, czyli kolorowego remake’u „Psychozy”, którego jedyną różnicą względem oryginału było… użycie koloru (no i jedna scena masturbacji). Tam, poprzez oddanie kadrów w skali 1:1 mogliśmy ujrzeć, że arcydzieł nie da się powtórzyć, nawet jeśli na planie remake’u będzie studiować się ogryginał. Ukazało nam to, że pewne rzeczy są niepowtarzalne i właśnie to sprawia, że zostają w naszej pamięci na tak długo. „Rosemary’s Baby” wnosi jednak coś nowego do tej historii, napędza ją nieco inny wiatr. Pytaniem oczywiście pozostaje czy nowa wersja jest lepsza od pierwotnej (no cóż – nie jest), jednak nie sposób nie pochwalić za to, że chociaż starano się podejść do tej opowieści w nieco inny sposób.

W skrócie możnaby więc określić „Rosmery’s Baby” stacji NBC, jako serial-ciekawostkę i, niestety, nic więcej. O ile film Polańskiego zapisał się w annałach kinematografii, o tyle nowoczesna przeróbka choć zapewni niespodziewanych wrażeń, ostatecznie przejdzie bez większego echa przez świat telewizji.

Ocena: 6/10

Ocena dzieła Polańskiego: 9/10

PS. * (De facto za źródło scenariusza twórcy podają obie książki Levina, zarówno „Rosemary’s Baby”, jak i słabo przyjętą część drugą „Son of Rosemary”).

 
Komentarze (8)

Napisane w kategorii Movies, TV Shows

 

Agents of S.H.I.E.L.D

03 cze

Marvel Agents of S.H.I.E.L.D”, czy jak projekt był znany wcześniej, po prostu „S.H.I.E.L.D”, to serial Marvela, rozgrywający się w tym samym uniwersum, co filmowe dzieła tegoż studia. Serial, który miał być utrzymany na tym samym wysokim poziomie, co produkcje z Marvel Cinematic Universe potrzebował dużo czasu, by zdobyć własną tożsamość i zadowolić widzów. Pierwsze odcinki były bowiem wielkim zawodem, oferując poziom realizacji oraz proceduralne „sprawy tygodnia” na poziomie słabych produkcji z początku lat 90.

Oglądaliśmy więc początki „supergrupy” szpiegów pod dowództwem Agenta Coulsona (którego zmartwychwstanie po wydarzeniach z „Avengers” jest najważniejszym wabikiem serialu i główną zagadką całej produkcji), którzy muszą dogadać się ze sobą, by rzeczywiście być sprawnymi w działaniu. Sęk tkwi w tym, że początkowe sprawy i interakcje bohaterów ukazują ich jako marionetki bez charakteru, których działania w ogóle nas nie interesują. Jedynymi dobrymi punktami pierwszych odcinków były gościnne występy postaci z MCU (Marvel Cinematic Universe) oraz liczne słowne nawiązania do wydarzeń z tychże. Serialowi brakowało głównej osi fabularnej, a  sprawom tygodnia odpowiedniej głębi.

Początki oglądało się więc z trudem. Na szczęście jednak trudy zostały wynagrodzone, gdyż serial rozkręcił się mniej więcej od odcinka nr. 10, a poważny wiatr w skrzydła nabrał od odcinka 14, nie wspominając o fali tsunami, która wywindowała jego poziom przy odcinkach powiązanych z „Winter Soldierem”. Wszystko wskazuje więc na to, że „S.H.I.E.L.D” powinno było być serialem 13 odcinkowym, zamiast nadmuchiwania go do rozmiarów pełnego 22-odcinkowca. Pierwsze odcinki wiały bowiem nudą, słabym aktorstwem, nietrafionymi decyzjami dotyczącymi misji. Jak ktoś ładnie zauważył początki serialu pokazywały Agentów Specjalnej Trosku, a nie ogromnej organizacji, jaką jest S.H.I.E.L.D. Na szczęście, dramatyczne wydarzenia z „Kapitana Ameryki” znacznie wpłynęły na dramaturgię serialu, zapewniając widzowi nie tylko świetną rozrywkę, ale serial, do którego aż chce się wracać, z niecierpliwością oczekując kolejnych odcinków.

W Internecie można znaleźć listę odcinków „must-watchów”, które warto obejrzeć, jeśli chcemy się wciągnąć w „S.H.I.E.L.D”, ale pominąć słabe odcinki. Muszę przyznać, że w pełni zgadzam się z tą listą, gdyż odcinki pomiędzy zdecydowanie nie wnoszą nic szczególnego w rozwój postaci, czy samej historii. Wymienione jednak bawią już w znacznym stopniu, choć w nierównomiernej skali. (Odcinki z końca sezonu są zdecydowanie lepsze od tych nawet znośnych pierwszych).

S.H.I.E.L.D” ostatecznie jest więc jedynie niezłym serialem, który posiada potencjał na przyszłość. Być może, gdyby twórcy zdecydowali się poczekać do mid-season z rozpoczęciem swojego serialu, mieliby więcej czasu na przemyślenie swojej koncepcji i przekazanie widzom produktu od początku do końca lekkostrawnego. W obecnej formie początki są zwyczajnie tak męczące, że aż można bez żalu zarzucić serial. Na szczęście złe dobrego początki, gdyż później akcja żwawo rusza z kopyta, oferując odcinki silnie powiązane ze sobą wątkiem głównym oraz ciekawym rozwojem interakcji między bohaterami. Jest nadzieja dla Coulsona i spółki. Mam nadzieję, że w drugim sezonie, który niedawno ogłoszono, scenarzyści skrzętnie z niej skorzystają.

Najlepsze odcinki:

1×12 „The Magical Place”

1×14 „T.A.H.I.T.I”?

1×16 „End of the Beginning” (!!)

 
Brak komentarzy

Napisane w kategorii TV Shows

 
 

  • RSS