RSS
 

Archiwum dla kategorii ‘TV Shows’

Hemlock Grove

01 cze

Serial Netflixa „Hemlock Grove”, czyli opowieść nadprzyrodzonej natury o mieszkańcach miasteczka o tej samej nazwie, to produkcja z pogranicza horroru, fantastyki, a także serialu młodzieżowego. Mieszanka specyficzna, acz sprawdzająca się już kilkakrotnie na ekranach telewizorów. Nic więc dziwnego, że Netflix zdecydował się na stworzenie swojej produkcji, próbując wpisać się w panujący obecnie nurt. Warto dodać, że „Hemlock Grove” również wywodzi się z książkowego pierwowzoru, jak inne dzieła natury nadprzyrodzonej które ostatnimi czasy wojują ekrany.

Historia rozpoczyna się od brutalnego morderstwa młodej dziewczyny, która zostaje wypatroszona przez dzikie zwierzę. Sęk tkwi w tym, że wszyscy szybko zaczynają podejrzewać, iż wcale nie było to zwierzę, a bestialski morderca, bądź… wilkołak. Biorąc pod uwagę, że zginięcie dziewczyny nałożyło się czasowo z przyjazdem rodziny Rumancek do miasteczka, ludzie zaczynają podejrzewać młodego chłopaka, Petera Rumanceka o dokonanie zbrodni. Tak też rozpoczynają się plotki o jego rzekomym wilkołactwie. Jako, że mamy do czynienia z serialem nadprzyrodzonym, chłopak oczywiście wilkołakiem jest, jednak wszystko wskazuje na to, że to nie on stoi za zabójstwem. Łącząc siły z synem jednej z najpotężniejszych rodzin w miasteczku, (która oczywiście również skrywa wielkie sekrety) Peter próbuje odkryć kto stoi za zbrodnią i powstrzymać sprawcę przed popełnieniem kolejnych krwawych czynów.

Serial Briana McGreevy’ego and Lee Shipmana (McGreevy to również autor książki-pierwowzoru) jest wyjątkowo specyficzny. Po pierwsze – od razu widać, że nie jest to program telewizji ogólnodostępnej. Nagość, przesadna brutalność, częste przekleństwa, czy nagminne palenie niepełnoletnich od razu pokazują, że mamy do czynienia z produkcją, która nie powstała dzięki regularnej stacji telewizyjnej. Po drugie – oferuje on nietypowe, nieco drewniane aktorstwo oraz rozwój wydarzeń, który zdaje się mieć miejsce poza ekranem. Sceny tylko na pozór lepią się ze sobą, brakuje im jakiegoś konkretnego spoiwa, które sprawiłoby, że wszystko płynnie wiązałoby się w większą całość. W obecnej formie sceny nie zawsze płynnie się przenikają, a rodzące się uczucia między postaciami też następują skokowo. Jest coś niedobrego w sposobie prowadzenia narracji w serialu. Człowiek wielokrotnie ma uczucie, że ominęło go ważne wydarzenie, które jednak zwyczajnie nie zostało ukazane na ekranie. Z drugiej strony „Hemlock Grove” posiada wiele tajemnicznych zdarzeń i niedomówień, dzięki czemu człowiek chce kontynuować seans, by przekonać się do czego to wszystko prowadzi. Jak to zwykle bywa ostatnie odcinki wreszcie porządnie ruszają z kopyta, ukazując zalążki przedziwnych przyszłych wątków.

Tym, co rzuca się w oczy już na początku seansu, jest niewyrobienie ekranowej kadry. Widać, że młodzi aktorzy nie są jeszcze w pełni obyci z fachem, prezentując dość przeciętny poziom. Niektóre momenty ich gry aż rażą swoją przesadą i czuć, że mamy do czynienia z kimś kto jedynie odgrywa rolę pewnego bohatera, a nie nim jest. Bill Skarsgaard może i odziedziczył wygląd po pozostałych członkach rodziny, gorzej jednak z talentem. Partnerujący mu Landon Liboiron prezentuje podobny poziom do kolegi, jedynie momentami będąc naturalny w swoich ruchach. Nawet starsza gwardia, reprezentowana przez Famke Janseen i Dougraya Scotta wypada przeciętnie, w zasadzie wszystkie swoje sceny odgrywając w ten sam sposób. Być może część problemu leży w samej konstrkucji postaci, jednak wielokrotnie miałem wrażenie, że bohaterowie mają więcej potencjału niż pokazują to aktorzy.

Na plus na pewno można zaliczyć naturalność wyglądu. Drugoplanowi bohaterowie rzeczywiście wyglądają na nastolatków. Być może efekt ten wynika z faktu, że aktorzy rzeczywiście mają po kilkanaście, a nie kilkadzieścia lat, jak to zwykle w podobnych produkcjach bywa. Dodatkowym atutem jest wiarygodność ruchów i zachowań postaci. Wiele ze scen rozgrywających się między bohaterami ukazuje odruchy, które posiada każdy z nas. Czasami są to drobnostki, w stylu poprawiania krocza po przebudzeniu, czy nerwowe poprawianie włosów, ale są to elementy, które uwiarygodniają historię. A ta jest już zdecydowanie zakręcona, więc pewne ugruntowienie jej w rzeczyiwstości, wychodzi jej na dobre.

Hemlock Grove” nie do końca wytrzymuje próbę oglądania hurtem. Biorąc pod uwagę, że właśnie do takiego oglądania był stworzony, stanowi to pewien problem. Klimat, lekko drewniane aktorstwo, spiętrzenie tajemniczych wątków ze szczątkowymi sygnałami dlaczego poszczególne tajemnice są właściwie istotne dla fabuły, sprawia, że serial chwilami zwyczajnie nuży. Jak gdyby produkcji brakowało jakiegoś ważnego elementu składowego, który uczyniłby tę stylistyczną mieszankę bardziej zjadliwą. Brakuje jakiegoś większego zarysu historii, bo poszczególne elementy konkretnych odcinków zdają nie do końca trzymać się kupy. Brakuje spoiwa, które uzasadniałoby dlaczego oglądamy poszczególne wydarzenia. W obecnie zaprezentowanej formie niektóre rzeczy wyglądają zupełnie jak urywki całości – jak gdyby w tej historii bardzo wiele rzeczy działo się poza ekranem. Dobrym przykładem na to o czym mówię jest kwestia nazewnictwa. Peter i Roman poszukują „walgurfa”. Przedziwna nazwa nagle pojawia się w ich ustach, nigdy nie odnajdując swojej genezy. Nie dostajemy nawet informacji skąd chłopcy w ogóle wytrzasnęli to słowo. W pewnym momencie jedna z bohaterek diametralnie zmienia kolor włosów, mimo bytności w szpitalu psychiatrycznym. Nikt jej jednak nie pyta jak do tego doszło i czy ma to jakieś znaczenie Niby są to drobnostki, ale takich szczegółów jest zdecydowanie więcej, przez co seans staje się nietypowym rodzajem rozrywki. W końcu twórcy zdecydowali się wprowadzić te udziwniena z jakiegoś powodu, zaskakuje więc dlaczego nie dzielą się nim z widzami.

Ostatecznie więc, mimo zbieżności tematycznej, produkcja Netflixa nawet ułamkiem procenta nie zbliża się do doskonałego „Teen Wolfa” stacji MTV, który posiada przemyślaną fabułę, świetnych bohaterów, doskonałą muzykę oraz dużo dobrego humoru. „Hemlock Grove” nie posiada żadnego z tych elementów.

W dwóch słowach? Dziwny serial. Ostatecznie chyba więc nie polecam, aczkolwiek końcówka wreszcie pokazała ciekawy kierunek w jakim serial może zmierzyć w przyszłości. Pewnie więc chyba skuszę się na drugi sezon, który w całości wyjdzie na platformie Netflix już 11 lipca. Ma mieć dziesięć odcinków, czyli o trzy mniej niż pierwszy, więc może twórcy wyciągną wnioski i fabuła zacznie bardziej trzymać się kupy. Oby!

Ocena: 6=/10

 
Komentarze (2)

Napisane w kategorii TV Shows

 

WesteBros = Bros from Westeros

31 maj

27 i 28 kwietnia, Warszawa ponownie przywitała gości z dalekiej krainy Westeros. Tym razem na zaproszenie HBO do stolicy Polski z Królewskiej Przystani oraz zza Muru stawili się Podrick i Sam – Daniel Portman oraz John Bradley.

Dwudziestoparolatkowie na spotkaniu z fanami oraz podczas konferencji prasowej sprawiali wrażenie raczej onieśmielonych tak dużym zainteresowaniem ich osobami. Nic dziwnego – dla Johna „Gra o Tron” to w zasadzie telewizyjny debiut, pierwsze prawdziwe przesłuchania. Dla  Daniela również jest to jedna z pierwszych ról.

Pierwszą rzeczą, która zaskoczyła podczas spotkania był naturalny akcent aktorów, tak różny od ich sposobu wysławiania się w megahicie HBO. Serdeczny ton głosu oraz pewna nieśmiałość młodych aktorów zjednała im zgromadzoną w sali publikę. Panowie opowiadali o pracy na planie oraz kto ich zdaniem powinien zasiąść na Tronie. John stwierdził, że nie sądzi, by Sam chciał osiągnąć coś takiego, jak władza na Siedmioma Królestwami – dla niego ważniejsze jest osiągnięcie szczęścia w życiu uczuciowym oraz akceptacji ze strony innych. W kwestii specyfiki pracy nad serialem, zdradził natomiast, że nie sądzi, by gra w „Grze o Tron” różniła się od pracy przy innych wytworach kultury, nawet tej klasycznej. „Nie podchodzę do swojej pracy jak do wielkiego dzieła fantasy, traktuję ją jak każdą inną pracę. Pewnie dlatego, że „Gra o Tron” też opiera się na prostym schemacie, który znany jest od czasu tragedii antycznej, czy dzieł Shakespeare’a – dwie osoby o czymś ze sobą dyskutują. Taka przecież przez większość czasu jest „Gra o Tron”. I to też mi się w niej bardzo podoba”.

Poruszona została także kwestia kolejnych tomów książki i ich powolnego tempa pisania. Odpowiedź aktorów udzielona była w formie pytania: „Czy wolisz przeciętną książkę jutro czy doskonałą za pięć lat? George pisze ją tyle czasu, gdyż rozmyśla nad każdym słowem i zastanawia się nad każdą możliwą wersją historii każdej z postaci.” Wie co robi i posiada plan dla wszystkich, więc zwyczajnie musimy mu zaufać.

Najzabawniej zrobiło się wtedy, gdy panowie zaczęli opowiadać o pracy na dwóch odległych planach filmowych – Chorwacji („grającej” Królewską Przystań) oraz Islandii, gdzie rozgrywane są sceny na Murze i za nim. Daniel narzekał na niewiarygodny wręcz upał, co John skwitował: „Moje serce krwawi słysząc Twoją opowieść o tych 40 stopniach. Bo pomyśl, że za Twój każdy stopień, ja miałem go na minusie”. Rozpiętość temperatur Westeros sięga bowiem spektrum -40 – + 40 stopni. Panowie zgodzili się jednak, że w obu szerokościach geograficznych problemem są niewygodne, ciężke stroje, które niezbyt pomagają w walce z niesprzyjającymi warunkami pogodowymi.

Interesująca odpowiedź padła także na pytanie o przyjaźnie na planie. Daniel spędza najwięcej czasu z Isaaciem Hempsteadem-Wrigthem (Bran) oraz Rorym McCannem (Hound), zaś John ze swoim najlepszym przyjacielem Kitem Harringtonem (John). Jest zresztą ogromnie zadowolony z tej przyjaźni, gdyż od samego początku panowie świetnie się dogadywali i John ma poczucie, że to był doskonały wybór castingowców. „W jakiś magiczny sposób byli w stanie wyczuć naszą wzajemną chemię na tak wczesnym etapie prac nad serialem” i teraz umożliwili mi zdobycie serdecznego przyjaciela także w prawdziwym życiu.

Szczególnie urokliwie odpowiadał Daniel, który kilkukrotnie musiał zmierzyć się z tym samym pytaniem, które padło do Johna. – Kurczę, Twoja odpowiedź była taka dobra, nic jej teraz nie przebije – stwierdził (w podobnym tonie) po którejś z wypowiedzi kolegi. Wyraźnie było to widzoczne podczas sesji pytań z widowni. Jedno z nich szczególnie zapadło mi w pamięć. „Jakie posiadacie wspólne cechy z postaciami, które odgrywacie?” John odpowiedział, że byłaby to pewna życiowa niepewność oraz zastanowienie się nad tym, co by zrobił w sytuacji bez wyjścia – czy stanąłby na wysokości zadania, gdyby sytuacja tego wymagała. Takie rozterki towarzyszą im obu – Samowi oraz Johnowi, powiedział aktor. Postawiony przed tym samym pytaniem Portman nie był w stanie udzielić żadnej konkretnej odpowiedzi.

- Cholera, dobra odpowiedź. A ja aż nie wiem.

- Może fakt, że kochają Cię kobiety?

- A tego nie wiem.

<sala skanduje>

- No dobra, to uznajmy to za odpowiedź.

Innym zabawnym momentem był ten, gdy John porównał Joffreya do… Justina Biebera. „To młody chlopak, który dostał za dużą wladzę i nie potrafi sobie teraz dobrze z nią poradzić”. Wiek odgrywa tu zresztą duże znaczenie, gdyż Bradley przypomniał, iż w książce Joffrey jest młodszy i w momencie (SPOILER?) śmierci nawet Tyrion dostrzega, iż właśnie zginął czternastolatek. W serialu poprowadzono to nieco inaczej, dzięki czemu TEMU wydarzeniu towarzyszy raczej ogólna ulga. (END OF SPOILER?) Aktor chwalił również grę Jacka Glessona, gdyż diametralnie różni się ona od tego, jaki chłopak jest w życiu codziennym. „To jedna z najserdeczniejszych osób, jakie spotkałem”.

Spotkanie zakończyło się pokazem kinowym dwóch odcinków serialu (trzecim oraz czwartym), co tylko utwierdziło mnie w przekonaniu, że „Grę o Tron” powinno oglądać się na wielkim ekranie. Momentem, który wyglądał w kinowej sali szczególnie epicko, było zajęcie miasta Maureen. Piramida, Daenerys i powiewająca w tle flaga z emblematem rodu Taergaryenów? #Perfetto!

Po pokazie odbył się jeszcze bankiet, na którym na gości czekała ogromna atrakcja. Tak duża, że  trzeba okrasić ją mianem spoilera z nadchodzących odcinków. :P You’ve been warned!

PS. Relacja Dominiki z zaprzyjaźnionego portalu oraz wywiad Hatak.pl z Danielem Portmanem.

PS2. Dziękuję serdecznie HBO Polska za możliwość uczestnictwa w wydarzeniu.

 
Komentarze (2)

Napisane w kategorii TV Shows

 

How I Finished A Show

01 kwi

Rozpoczynając przygodę z serialem Cartera Baysa i Crega Thomasa, „How I Met Your Mother” (co uczyniłem zresztą całkowitym przypadkiem, z nudów przerzucając kanały), nazwałem go moim „Fling Show” – serialem, którego obejrzę parę odcinków, a potem zapomnę o jego istnieniu. Nic takiego oczywiście nie miało miejsca, a choć mój romans z serialem (wzmożony w trakcie każdej sesji na uczelni), miał wzloty i upadki, teraz powoli przyszedł czas, by pożegnać się z nim na stałe. I, no cóż, mimo wszystko, będę tęsknić.

Ja wiem, że to nie „Przyjaciele”, ja rozumiem, ale jednak „How I met your mother” świetnym serialem jest i przyczyniło się do bardzo wielu realnych wydarzeń w życiu. Chociażby przez włożenie do słownika wielu powiedzonek i inside-joke’ów. #TrueStory, anyone?! Przecież to weszło nam w krew do tak powszedniego użytku, że głowa mała. Zdarzyło mi się też użyć sławetnej frazy „Have you met Ted?”, dokładnie w taki sam sposób, w jaki wypowiadają go bohaterowie serialu, a słowa: „Niech nasze przyszłe-ja zajmie się tym problemem”, było jedną z podstaw mojego ostatniego pisania grupowej pracy zaliczeniowej. Nie wspominając już o sławetnym „Challenge Accepted” i nagminnym wręcz „High Five’owaniu”. Sposób bycia głównych bohaterów udziela się więc czasem każdemu z nas, a zasady wyznaczone przez Barneya Stinsona często przyświecają nam w życiu. Jakby nie patrzeć są to bowiem zasady prawdziwej przyjaźni. Oczywiście, że przesadzone dla komediowego efektu, jednak zawierające w sobie ziarno prawdziwego przejęcia się losem przyjaciół, dlatego też zawsze bawiące tak mocno.

Nie będę nawet próbował zachowywać znamion obiektywizmu czy rozsądnego dobierania słów, po prostu oddam się napływowi emocji, jakie wiążą się z finałem serialu. To taki list pożegnalny dla moich drugich „Przyjaciół”. ;) Przez lata poznaliśmy się, jak to się mówi, jak łyse konie i przeżyliśmy razem wiele emocjonujących chwil. Dzięki wspólnocie doświadczeń oraz faktowi szerokiego zasięgu serialu, w prawdziwym życiu też mieliśmy sporo tematów do dyskusji na temat tego, czego świadkiem byliśmy na ekranie naszych telewizorów i komputerów. Tym samym serial dał nam pewne poczucie wspólnoty.

Siłą serialu jest siła przyjaźni bohaterów, która jest w stanie przetrwać wszystko. Każdy trud życiowy, każde potknięcie, czy chwila niepewności, stają się łatwiejsze, gdy masz przy sobie sprawdzoną w bojach grupę przyjaciół. To właśnie na tym bazowała magia ukochanych „Przyjaciół”, to właśnie na tym bazuje magia „Jak poznałem waszą matkę”. Nie bez przyczyny przecież oba seriale posiadają tak wiele, tak wyraźnych punktów zbieżnych. To w gruncie rzeczy ta sama pochwała drugiej rodziny, którą bohaterowie dobierają sobie sami, w tym wielkim świecie, którego i my jesteśmy częścią. Dodać do tego nietypowy, niespotykany dotąd na taką skalę  dygresyjny sposób prowadzenia opowieści i dostajemy gotowy przepis na sukces.

Wartym wynotowania jest także fakt, iż jakość serialu rośnie, gdy ogląda się go hurtem. Wtedy tym łatwiej wyłapać dobre, chwytliwe, czy prawdziwie zabawne momenty i szczerze się z nich śmiać, nie słysząc przy tym śmiechu widowni. Wprawdzie po sytych latach początkowych sezonów, przyszły także te chude (jak siódmy czy ósmy) i poszczególne odcinki bawiły już mniej niż kiedyś. Natomiast ostatni, dziewiąty sezon meandrował już swoim poziomem tak drastycznie, że czasami można było tylko łapać się za głową (ten odcinek z kung-fu? WTF?), to jednak druga połowa sezonu, gdy dane nam było wspólnie z matką słuchać niektórych historii, czy oglądać znane nam wcześniej wydarzenia z jej perspektywy, w pełni to zrekompensowała. Ogromnym plusem było też dobranie do tej roli aktorki, którą instynktownie się lubi i obdarzenie jej urokliwymi cechami, które uświadamiają nam jak to się stało, że Ted zakochał się w niej po uszy. Wprawdzie pierwsze pojawienie się jej twarzy w finałowym odcinku ósmego sezonu wywołało małą burzę w Internecie, to już kolejne odcinki dziewiątego sezonu powoli zaczynały udowadniać dlaczego Ted mógł tak łatwo zakochać się w tej dziewczynie (tak, tak, jej imię do finałowego odcinka zostało zagadką)*.

Ostatecznie więc, po wzlotach i prawdziwych upadkach na początku finałowej serii, końcówka dzięwiątego sezonu wreszcie wyszła na prostą, dostarczając nam masy pozytywnych wrażeń. Spoglądając w przeszłość, przypominając pewne wydarzenia z przeszłości i domykając klamrę niedokończonych wątków.

To co twórcy zaserwowali nam w finałowym odcinku to natomiast coś, czego aż nie da się w pełni opisać. (SPOILER!!!) Angażując nas tak długo w rozwój postaci, 45 minutami wyzerowali wszelkie zmiany, które zaszły w ich charakterze. W połowie odcinka, z rewelacją o rozwodzie trochę oszukali nas, próbując powrócić do starego status quo. Po dwóch sezonach poświęconych drodze ku ślubowi, w kilkanaście minut dowiadujemy się, że to zaangażowanie nie miało żadnego znaczenia. Dla zachowania końcowego plot-twistu, który rzeczywiście był zaskakujący i niespodziewany, poświęcono lata budowania charakteru postaci. Nie wiem czy na to się zgadzam, bo o ile zaskoczenie jest miłym dodatkiem serialowego świata, to jednak nie do końca na to się pisałem, angażując się w tę historię przez tyle lat. Bo ja w zasadzie rozumiem co tu chciano zrobić, ale sposób, w jaki to zrobiono pozostawia bardzo wiele do życzenia. Sęk tkwi w tym, że teraz, po tych wszystkich zmianach, które zaszły w bohaterach (a w szczególności w Barneyu), taki powrót do przeszłości, wydawał się czymś zupełnie nienaturalnym. Gdyby tę samą historię rozegrano dłużej, dałoby się to przełknąć. Tak, twórcy zmarnowali nasz czas wątkami, które w dużej mierze nie miały żadnego znaczenia, a nasze emocjonalne zaangażowanie w powolny rozwój postaci nie przyniosło żadnych skutków. No nie wiem sam, co myśleć o tym wszystkim. Ostatecznie nie wyjaśnili nam też #ThePinappleIncident. Może i lepiej? Jeśli mieliby to zrobić w stylu, w jakim zakończyli serial, to aż nie wiem czy byłoby to coś zadowalającego. (Aha, ponoć ma się pojawić jako bonus na DVD. O.o). Dodatkowo z takim zakończeniem wychodzi, że ostatecznie jest to więc historia wielkiej niespełnionej miłości, pochwała nie poddawania się i nie „spuszczania balonika z oczu ani na chwilę”, jak o miłości mówi sam Ted w jednym z ostatnich epizodów, no ale jednak. Sposób, w jaki doprowadzono do tego finału naprawdę pozostawia wiele do życzenia. Jest dokładnie tak, jak powiedziała na ten temat zwierz popkulturalny (oraz Dawid Rydzek) – gdyby to zakończenie pojawiło się parę sezonów wcześniej – byłbym jak najbardziej na tak. Gdy pojawia się teraz, po tylu zmianach w sposobie zachowania bohaterów i rozwleczonych sezonach pozbawionych rozwoju głównej postaci, i tak mocnym zaangażowaniu widza w wydarzenia ze ślubu Robin i Barneya, takie podcięcie skrzydeł własnej historii i skierowanie jej do punktu zero, stanowi zwyczajne oszukanie widza. Ach, czuję bardzo wyraźny zgrzyt takiego zakończenia. (END OF SPOILER)

Mimo tych wielu słów goryczy względem finału, mam też poczucie, że muszę jeszcze ochłonąć i przemyśleć sobie to wszystko raz jeszcze. Serial posiada bowiem pewną wartość w moim życiu, a choć nie byli to umiłowani „Przyjaciele”, do których mogę wracać wiele razy, to jednak trochę smutno się robi, kiedy pomyślę, że nie zobaczę tej drugiej zgranej paczki po raz kolejny. Nie pozostaje mi więc teraz powiedzieć nic ponad:

Dziękuję Wam, Tedzie, Robin, Barneyu, Marshallu i Lily!

Farewell!

PS. * Za to w pięknym stylu odcinek 9×21 wreszcie podaje nam imię kobiety, którą bohaterowie zwali Bla Bla. ;)

PS2. (Poniższe recenzje to full-on spoiler) You’ve been warned! Bardzo ciekawe uwagi, określające dokładnie moje odczucia podczas tych finałowych chwil, odsyłam do tekstu na Hatak.pl, gdzie Dawid Rydzek świetnie analizuje to, co wydarzyło się w serialu i skąd w zasadzie wzięło się takie właśnie zakończenie. No i ciekawe odwrócenie kota ogonem serwuje serwis Entertainment Weekly, analizując zakończenie z nieco innej strony. Tak samo robią autorzy Billie Doux.

 
Komentarze (3)

Napisane w kategorii TV Shows

 

#StandAndFight

25 mar

Trzeci sezon „Teen Wolfa”, rozbity na dwa podsegmenty, emitowane latem i zimą, to najlepsza odsłona serialu stacji MTV, jaka zawitała dotychczas na ekranach. Rozwój tego serialu oraz samych postaci jest zaskakujący i przysparzający masę pozytywnych wrażeń.

Napięcie rośnie z każdym odcinkiem, a spirala dziwnych wydarzeń zatacza coraz węższe kręgi, oplatając bohaterów w sieć narastającego szaleństwa. Nic więc dziwnego, że dramatyczna seria zdarzeń coraz mocniej wpływa na psychikę postaci, co zresztą zostanie doskonale zaakcentowane w drugiej części sezonu, reklamowanej hasłem „Lose Your Mind” (Postradaj rozum). Bohaterowie będą borykać się z konsekwencjami dramatycznych decyzji, które musieli podjąć, przyparci do muru, a teraz przyjdzie im za to słono zapłacić.

Znaczącym plusem jest fakt mocnego korzystania ze stylistyki horroru oraz umiejętnego budowania mrocznej atmosfery. Ciemne barwy, mroczne wizje, kręte korytarze, nietypowe symbole wyryte na ścianach, przerażające twarze, a nawet krwawe momenty – poetyka horroru zostaje pięknie wyeksponowana w niemal każdym odcinku. To właśnie dzięki tym elementom serial ogląda się z taką przyjemnością. Klimat ten budowany jest tak doskonale, że epizody, które uważam za najlepsze, to właśnie te wyraźnie skąpane w poświacie mrocznego klimatu. Świetnie wypada na przykład obrzydliwa scena z końca sezonu, w której Stiles „wymiotuje” dziwną zawartość swoich wnętrzności. Oblepiający i duszny moment, który choć odrzuca, jednocześnie mocno przykuwa uwagę i przykleja do ekranu. Sposób jego przedstawienia nie pozwala bowiem przejść obojętnym wobec tego, co dzieje się z chłopakiem.

Stiles oczywiście pozostaje w centrum zainteresowania i dobrze widzieć, że twórcy zdają sobie sprawę, że Stilinski jest faworytem widzów. Ilość niefortunnych wydarzeń, która spotka chłopaka jest prawdziwie imponująca. Twórcy wiedzą, co robią, ciągle trzymając nas w niepewności co do losu bohaterów. Dzięki temu serial wciąż wywołuje napięcie i pozwala przeżywać szerokie spektrum emocji. Oczywiście (teoretycznie) można narzekać, że liczba nadprzyrodzonych zdarzeń przewyższa dopuszczalną dawkę, ale fakt, że Beacon Hills zdaje się również rezydować na wierzchołku Hellmouth, (a jak wiemy z „Buffy” wejść do piekielnej czary jest kilka), zdaje się wyjaśniać wszelkie serie niefortunnych zdarzeń, mające miejsce w miasteczku. (W końcu, #DudeItsBeaconHills).

Dylan O’Brien, wcielający się w Stilesa wyrósł zresztą na główną postać całego serialu, przykuwając najwięcej uwagi. Scott (Tyler Posey), który przecież był głównym bohaterem produkcji, stał się obecnie jedną z wielu postaci, przewijających się na ekranie. Inne rozłożenie akcentów dobrze sprawdza się w nowej serii, gdyż interakcje między bohaterami zachowały dzięki temu świeżość i ostrość. Wartym zauważenia jest także fakt, iż coraz więcej postaci ma szansę zabłysnąć na ekranie. Mnie na przykład niezmiernie spodobała się zmiana, jaka zaszła w Chrisie Argentcie (J.R.Bourne), ojcu Allison, który wreszcie pokazał ludzką twarz. Dobrze wypadają też subtelne momenty wymiany spojrzeń między Allison (Crystal Reed) a Scottem, a Lydia (Holland Roden) wciąż potrafi zaskoczyć swoimi umiejętnościami i celnym analizowaniem sytuacji. Zresztą cała obsada po raz kolejny spisuje się bardzo dobrze, a choć szkoda, że Derek (Tyler Hoechlin) zszedł na dalszy plan, cieszy fakt, że sceny z jego udziałem wciąż dają radę.

Ciekawie ma się też rzecz z wątkami homoseksualnymi w serialu. Uwagę przykuwa przede wszystkim subtelność podejścia do tego tematu – z orientacji seksualnej bohaterów nie robi się plot-pointu, ani plot-twistu, jest to zwyczajnie jedna z cech postaci, posiadającej także wiele innych atrybutów. Wyjątkowo normalne podejście, które nieczęsto widać w produkcjach młodzieżowych. Zaskakuje więc fakt, że serial stacji MTV, która przecież posiada w swojej ramówce wiele ukazujących stereotypy produkcji, przedstawia te wątki z takim wyczuciem.

Bardzo dobrze prezentuje się strona techniczna obrazu. Zdjęcia, montaż, oświetlenie – wszystkie elementy dobrze ze sobą współgrają, w każdej scenie tworząc odpowiednią atmosferę. Doskonale widać to w odcinku „Illuminated”, z rave’ową imprezą w mieszkaniu Dereka. Świetne, dynamiczne ujęcia, pełne koloru i świecących neonów oraz DJ-set The Bloody Beetroots, będących niejako sponsorem tego odcinka (nawet muzyka z czołówki została nieco podrasowana). Wszystko jest tam doskonale widoczne, mimo panującego na imprezie chaosu. Świetnie sprawdza się też żonglowanie powagą i humorem, patosem i komizmem. Klimat potrafi się zmienić w przeciągu sekund, dzięki świetnie napisanym rozluźniaczom napięcia oraz zaskakującym plot-twistom, które zmieniają stężenie emocji. Oczywiście w scenariuszu nie brak uproszczeń i krótkich przeskoków czasowych, przez które nie widzimy pewnych momentów akcji, jednak całość wyjątkowo dobrze trzyma się kupy i posiada wzajemne powiązania. Również muzyka stoi na dobrym poziomie. Przebojowość oraz emocjonalność poszczególnych piosenek wciąż zapewnia porządną rozrywkę i podbija jakość prezentowanych scen.

Warto pochylić się też nad dobrą strategią marketingową, czyli licznymi #hashtagami, pojawiającymi się na dole ekranu, w trakcie trwania odcinka. Niektóre z nich są wyjątkowo humorystyczne, poprzez wynotowanie ważnego elementu intrygi, czy ścieżki dialogowej i podbijają jakość odcinka. Na dodatek, dzięki twittowaniu ich w serwisie społecznościowym, poszerzają zasięg popularności serialu.

Teen Wolf” to serial na naprawdę wysokim poziomie, któremu warto dać szansę. Produkcja MTV wyrosła bowiem nieco ze swojego pierwotnego pomysłu i, jak mówi wielu, już od dawna nie jest tylko „teen”. Mroczna tematyka stawia bohaterów w coraz bardziej traumatycznych sytuacjach, co sprawia, że możemy oglądać też wyraźny wpływ tych elementów na zmiany w ich psychice. Z odcinka na odcinek jest coraz lepiej, więc kolejne epizody ogląda się z rosnącym zainteresowaniem. Warto!

Ocena: 8/10

Mały przedsmak fajnego klimatu serialu w najnowszej odsłonie! :)

+ Najlepsze Odcinki:

3×06 „Motel Califronia” Za bardzo zgrabne nawiązanie i rozwiązanie utartych motywów o nawiedzonym domu/hotelu i za budowanie narastającego napięcia.

3×18 „Riddled” Za nerwową atmosferę i strach o dobrobyt Stilesa. No i to jest odcinek, w którym coś naprawdę porządnie pokręconego zaczyna przytrafiać się bohaterowi O’Briena.

3×22 „De-Void” Za podróż do umysłu Stilesa i problemy, które ona rodzi. A także za niezmiernie horrorową sceną, która ma miejsce pod koniec odcinka. Mroczny klimat tego serialu to to, co tygrysy lubią najbardziej.

 
Brak komentarzy

Napisane w kategorii TV Shows

 

The Best of Community,

22 mar

czyli 14 najlepszych odcinków na rok 2014.

#CrossoverTime – wpis o jednym z ulubionych seriali komediowych, napisany wspólnie z Michałem z Salonu Filmowego. ENJOY away! :)

“Słowo wstępne”

Salon Filmowy: Dlaczego Community i dlaczego tekst przygotowany wspólnie z Kaczym? Zdaniem wyjaśnienia, to właśnie Michał był pierwszą osobą, od której dowiedziałem się o serialu i jednocześnie orędownikiem, żebym jak najszybciej zaczął oglądać komediowy serial. Na jednym z filmowych blogów zachwalano go jako produkcję przełomową, między innymi ze względu na usunięcie śmiechu z off’u, który od wielu lat jest nieodłącznym elementem sitcomów. Pierwszy odcinek nie wywołał wielkiego entuzjazmu, ale oglądałem dalej i od drugiego epizodu było coraz lepiej. Ale po obejrzeniu pełnego drugiego sezonu miałem kilkumiesięczną przerwę od produkcji. Nie wiem, czy powróciłbym do oglądania “Community”, gdyby nie plany napisania z Kaczym wspólnego tekstu, którego idea zrodziła się wiele miesięcy temu. Cieszę się, że do oglądania serialu powróciłem, bo dopiero w trzecim sezonie znalazłem ulubiony odcinek. Zarówno ja i Kaczy uzgodniliśmy wstępnie, że każdy wybiera po 10 epizodów, ze wszystkich dotąd wyemitowanych. Poniżej do każdego z odcinków napisaliśmy krótkie uzasadnienie, dlaczego ten epizod znalazł się na liście “The Best of”.

Kaczy: O “Community” dowiedziałem się z zaprzyjaźnionego bloga filmowego – Filmstock.pl, także wzajemna sieć polecania dobrych rzeczy czyni czasami małe cuda. Dzięki ciekawemu tekstowi, sięgnąłem po pierwszy odcinek i, podobnie jak Michał, nie byłem zachwycony. Wszystko zmieniło się z kolejnymi epizodami, a już czwarty miał na mojej prywatnej liście serduszko przy ocenie. “Community” to po prostu raj dla geeków, produkcja, która w humorystyczny sposób odnosi się do tylu fenomenów popkultury, stawiając je w nowym świetle, że nic tylko siedzieć i się rozkoszować. Cieszę się więc, że udało mi się namówić Michała na seans oraz wspólne ułożenie tej listy. Radością z oglądania jednych z najlepszych produkcji w telewizji należy się dzielić.

Najlepsze epizody z sezonu 1-ego

1×02 “Spanish 101” (Salon Filmowy)

Salon Filmowy: drugi odcinek to “Community” w pigułce. Bohaterowie nie zawsze są dla siebie sympatyczni, ale kiedy zachodzi konieczność to “stoją za sobą murem”. Wszystko przeplatane spektakularnymi, irracjonalnymi scenami, jak inscenizacja na lekcji języka hiszpańskiego przygotowana przez Jeffa i Pierc’a. To także odcinek, w którym pojawia się Señor Chang. Bez Kena Jeonga, którego wcześniej znałem wyłącznie z “Kac Vegas”, “Community” nie byłoby tak dobrym serialem. Chang jest nawet kluczową postacią tej opowieści, ale o tym opowiada zupełnie inny odcinek. Żeby nie przesadzić z pochwałami, to w gruncie rzeczy ten odcinek był moim pierwszym wyborem ze względu na Troya i Abeda i ich spektakularny hiszpański rap zamykający odcinek!

1×04 “Social Psychology” (Kaczy i Salon Filmowy)

Kaczy: Niespodziewana przyjaźń Shirley i Jeffa zbudowana na wspólnym obgadywaniu innych? Świetny pomysł, który w niezły sposób namiesza w relacjach z członkami grupy. A miejsce na liście należy się w szczególności za psychologiczny eksperyment, który wymyka się spod kontroli i Abeda, który całą sytuację kwituje swoim „Cool”.

Salon Filmowy: Supersprzęty wymyślane przez Pierce’a, doświadczenia na ludziach, które dowodzą pozaziemskiego pochodzenia Abeda? Czyli świetna zabawa bazująca na całkowicie nie śmiesznych motywach socjologicznych eksperymentów na ludziach. Ku jeszcze większej radości kolejne błyskotliwie niezręczne zakończenie w wykonaniu Troya i Abeda.

1×07 “Introduction to Statistics” (Kaczy i Salon Filmowy)

Kaczy: Halloweenowe odcinki należą do czołówki odcinków „Community”, a wszystko zostało zapoczątkowane w tym epizodzie. Abed jako Batman to jedna z najlepszych rzeczy, jaka przytrafiła się temu serialowi i główny powód dla którego serduszko widnieje przy ocenie tego odcinka. No i to właśnie dzięki temu odcinkowi później dostaniemy piękne zdanie: „Abed is Batman. Podpisano: Christian Bale”.

Salon Filmowy: Pierwsza i najlepsza impreza Halloweenowa w wykonaniu ekipy. To w tym epizodzie pojawia się Mroczny Rycerz, który w serialu włada jeszcze bardziej zachrypniętym głosem niż Christian Bale. Spokojną i nudną imprezę w oryginalny sposób ożywia Pierc’e aka Beast Master. I ciekawe przemyślenia, co też można by zrobić, jeżeli pewnego dnia przyjdzie się obudzić pod postacią donuta.

1×09 “Debate 109” (Salon Filmowy)

Salon Filmowy: Twórcy “Community” doskonale radzą sobie z żonglowaniem motywami filmowymi, ale z powodzeniem umieją odnieść się również do poza filmowych tematów. Debata 109 jest właśnie takim epizodem, w którym poza filmowymi motywami, jak produkcje Abeda przewidujące przyszłość, to także rozważania nad kondycją ludzkości. Czy człowiek jest z natury dobry, czy zły? Na to pytanie twórcy serialu znajdują z właściwym sobie urokiem oczywistą odpowiedź…A na koniec bardzo przyjemna parodia sceny kończącej epizod “Spanish 101”.

1×21 “Contemporary American Poultry” (Salon Filmowy)

Salon Filmowy: To mój #2 na liście ulubionych odcinków “Community”. Po prostu wspaniała zabawa z konwencją “Chłopców z Ferajny” Martina Scorsese. Najlepsza parodia kina gangsterskiego, która kiedykolwiek powstała. Wszystkie historie powstania i upadków wielkich imperiów (nawet tych “drobiowych”) powinny właśnie tak wyglądać!

Najlepsze epizody z sezonu 2-ego

2×06 “Epidemiology 206” (Kaczy)

Kaczy: Kolejny doskonały odcinek Haloweenowy. Twórcy wyraźnie mają jeszcze lepsze, bardziej szalone pomysły, gdy wiedzą, że mogą ubrać swoich bohaterów w nietypowe stroje. Prawdziwy wirus zombie szalejący na kampusie? Troy próbujący wszystkich uratować w stroju Ripley z drugiego „Aliena”? Abed jako wspomniany Alien? Czego chcieć więcej? Rozprzestrzenia się Chaos. I o to chodzi!

2×09 “Conspiracy Theories and Interior Design” (Kaczy i Salon Filmowy)

Kaczy: Teoria spiskowa na terenie uniwersytetu? Na dodatek taka, która stawia przyjaciół po dwóch stronach pokoju z wycelowanymi w siebie pistoletami? Miasto-fort, zbudowane z kocy?! Przecudownie proste i wyśmienicie zrealizowane pomysły. No i ta końcowa scena, wprowadzająca Protokół Zakończenia (Protokół Omega) w życie. Świetne!

Salon Filmowy: Spiskowa teoria dziejów to jedna z moich ulubionych filmowych dziedzin, czy to w ujęciu komediowym, czy to całkowicie na poważnie. Nie powinno więc nikogo dziwić, że odcinek poświęcony przedmiotowi “Teorie spiskowe i wyposażenie wnętrz” zalicza się do moich ulubionych epizodów “Community”. Ten odcinek ma w sobie wiele dobrych cech charakterystycznych “Community”: dioramy, budowanie fortów i zabawy, które najczęściej źle kończą się dla Dziekana.

2×23 A Fistful of Paintballs (1) (Salon Filmowy)

Salon Filmowy: W zakończeniach “Community” farba leje się gęsto! Zakończenie drugiego sezonu to mały majstersztyk, który nawet tytułem oddaje hołd wielkiemu twórcy spaghetti westernów – Sergio Leone. Oczywiście odwołań do klasyki jest tu znacznie więcej. W 20-minutowym odcinku znalazło się jeszcze miejsce dla odwołań do takich produkcji, jak “Battle Royale” czy “Klasa 1984”.

Najlepsze epizody z sezonu 3-ego

3×04 “Competetive Ecology” (Kaczy)

Kaczy: Kiedy grupa musi wybrać swoich nowych partnerów do współpracy na lekcjach biologii, all hell breaks loose, gdyż jej członkowie ujawniają wszelkie wzajemne animozje. To oczywiście zapewnia wszelkiego rodzaju zabawne dyskusje, które przysparzają ogromu pozytywnych emocji. Sposób, w jaki członkowie grupy wzajemnie na siebie krzyczą, jest zarówno bardzo prawdziwa psychologicznie, jak i piekielnie humorystyczna.

3×08 Documentary Filmmaking: Redux (Salon Filmowy)

Salon Filmowy: W trzecim sezonie twórcy Community do perfekcji opanowali parodiowanie konwencji filmów dokumentalnych, a że filmy dokumentalne to jedne z najbardziej docenianych produkcji w Salonie Filmowym nie inaczej ma się sprawa z “dokumentalnymi” odcinkami “Community”. Wśród wszystkich epizodów, ten jest moim ulubionym, bo poza tradycyjnym igraniem z konwencją, tutaj za kanwę posłużył jeden z moich ulubionych filmów “Czas Apokalipsy” oraz “Hearts of Darkness: A Filmmaker’s Apocalypse:, który przedstawiał paranoję panującą na planie nieśmiertelnego filmu wojennego, opartego na prozie Josepha Conrada.

3×09 Foosball and Nocturnal Vigilantism (Salon Filmowy)

Salon Filmowy: Nie przepadam za żartami natury narodowej, które pojawiają się w tym odcinku, ale “Foosball  and Nocturnal Vigilantism” zasłużył, żeby znaleźć się w tym zestawieniu z dwóch powodów. Przede wszystkim to wielki powrót Mrocznego Abeda, tzn. Mrocznego Rycerza! Batman udowadnia, że zaiste jest największym detektywem wszechczasów. Drugi powód to wplatanie osobistych wątków bohaterów, dzięki którym spogląda się na nich z odrobinę innej perspektywy. Stają się rzeczywistymi bohaterami, a nie tylko odtwórcami skeczy. Wątki osobiste stały się kluczowe w trzecim i czwartym sezonie. W jednym z ostatnich, jak na razie odcinków Abed zauważa słusznie: “pamiętam, kiedy ten serial był jeszcze o szkole i nauce”. Teraz punkt ciężkości przeniesiono na inne wątki i choć najwięcej dobrych epizodów wybrałem z pierwszego sezonu, to całościowo trzeci i czwarty wcale nie są gorsze.

3×14 Pillows and Blankets (2) (Kaczy i Salon Filmowy)

Kaczy: To chyba mój ulubiony odcinek ze wszystkich! Opowiedziany w formie filmu dokumentalnego, przedstawia intrygującą historię walki zwaśnionych stron dwóch „miast” fortowych. Walkę, z której nikt nie wyjdzie zwycięsko. Doskonale wyważone elementy, ukazujące jak powinno kreować się wciągające dokumenty. A wszystko to okraszone specyficznym, „Communitowym” humorem. Perełka!

Salon Filmowy: Oto kolejny wspaniały odcinek w konwencji dokumentalnej. Poza doskonałą stroną merytoryczną, epizod 14 z trzeciego sezonu to także perfekcja w wykonaniu odcinku. Zdjęcia, montaż, dźwięk – wszystko to wskazuje, że ma się do czynienia z profesjonalną produkcją dokumentującą wiekopomne wydarzenia.

3×20 “Digital Estate Planning” (Kaczy)

Kaczy: Odcinek w formie 16 gigowej gry RPGowej? Takie rzeczy tylko w „Community”, które nie boi się wrzucać swoich bohaterów w nietypowe środowiska. Pomysł genialny w swojej prostocie, umożliwiający ponadto interesujące skwitowanie charakterystycznych cech każdego z bohaterów i uczynienie z nich atutów animowanych postaci. Świetna, prześmiewcza zabawa, na dodatek zaopatrzona we wpadającą w ucho muzykę znaną wszystkim fanom konsol z początku lat 90tych. Ach, ten czar wspomnień! ;)

Najlepsze epizody z sezonu 4-ego

4×11 “Basic Human Anatomy” (Kaczy)

Kaczy: Czwarty sezon to dramatyczny spadek formy. Co jednak ciekawe – trudno dokładnie określić co poszło nie tak, gdyż na pierwszy rzut oka wszystkie elementy składowe, które uczyniły z serialu mały fenomem, są tam wciąż obecne. Podane jednak w nieco inny, mniej zabawny, a bardziej oklepany sposób, przez co nie bawią już tak jak kiedyś. Ogółem więc żaden odcinek nie powinien się znaleźć na liście najlepszych, ale za pomysł “Wszyscy jesteśmy połączeni” oraz ostatnią scenę w kawiarni, “Basic Human Anatomy” chyba należy się miejsce na tej liście. Taki miły prezent dla fanów, choć nie zrealizowany w 100%.

.

Słowo na zakończenie

Salon Filmowy: Community i co dalej? Wszystkie 4 sezony obejrzałem w ubiegłym roku. Choć serial mnie bawił, zanim rozpocząłem przygotowanie tego tekstu nie miałem przeświadczenia, że “Community” jest serialem wybitnym, do którego warto wracać. Ale kiedy spośród 84 dostępnych odcinków miałem wybrać wyłącznie 10 najlepszych zadanie to okazało się trudne. Po namyśle udało mi się wyselekcjonować “najlepsze” odcinki, ale pozostało wiele innych, które były niemniej ważne i dobre. Community to wyjątkowy serial, którego oglądanie sprawiło mi dużo przyjemności. Teraz rozpoczęła się emisja piątego sezonu. Z oglądaniem najnowszych epizodów poczekam, kiedy będzie już dostępny cały sezon. Największą frajdę z oglądania “Community” miałem dzięki temu, że oglądałem je zaledwie w trakcie kilku dni.

Kaczy: „Community” to serial odpowiadający na pewną niszę – produkcja tak naszpikowana odniesieniami do innych dzieł filmowych i ich reguł, że zadowoli każdego człowieka, który nazywa siebie fanem dzieł X Muzy. Z tego prostego pomysłu twórcy uczynili swój największy atut, bawiąc się formą swojego serialu i nie bojąc się wyzwań. Tam, gdzie inni popadają w stagnację formuły, „Community” zawsze odnajdzie asa w rękawie, rzucając nim w uśmiechnięte twarze twórców innych seriali. Wyjątkowo zgrabnie komplementuje się tutaj inne produkcje komediowe, ze szczególnym wskazaniem „Cougar Town”. Poziom meta-odniesień, jakie w pewnym momencie zaserwują nam twórcy, jest tak zabawny, że aż nie sposób cieszyć się z takiego obrotu spraw, będąc fanem obydwu produkcji. „Community” to po prostu świetna rozrywka, która nie ubliża widzowi, a pozwala mu na przypomnienie sobie dlaczego tak naprawdę kocha przygody wyimaginowanych postaci. Bo to świetne medium wszelkiego rodzaju emocji!

PS. Rozpoczęta w tym roku piąta seria to niestety trochę popłuczyny po dniach świetności tego serialu i zaledwie pojedyncze odcinki jako tako się bronią. Takim na pewno jest 5×05 „Geothermal Escapism”, jednak sporo mu brakuje by dostać się do topu najlepszych. Niemniej to, niestety, wyjątek od reguły w drastycznie spadającym poziomie produkcji. Dobrze jednak, że mamy doskonałe pierwsze trzy serie! :D

 
Brak komentarzy

Napisane w kategorii TV Shows

 

To The Rescue!

20 mar

Po zaliczeniu „Dziewczyn” i „Spojrzeniu” na kalifornijskich chłopaków, przyszedł czas, aby napić się „Czystej”. ;) Tak, tak, HBO ostatnio rządzi moim kalendarzem. (A poniższy tekst jest lekko spoilerowy).

Szósty sezon „Czystej Krwi” rozpoczyna się dokładnie w momencie, w którym skończyła się poprzednia seria. Bill powstający z kałuży własnej krwi przeraża zgromadzonych w Authority, którzy ochoczo biegną do wyjścia, by się ratować. Do tego już pierwsze minuty pokazują jego nowe zdolności. To właśnie one staną się jednym z ważniejszych punktów sezonu, gdyż Bill (czy też, jak nazywa się go w nomenklaturze serialu, Billith) będzie kluczem do rozwiązania głównego problemu nowego sezonu. (A przynajmniej sam tak myśli). Głównym problemem „szóstki” jest natomiast otwarta wojna z wampirami, które zostają łapane i wywożone do specjalnego więzienia, w którym testowane są ich zdolności.

Wampirze więzienie to zresztą jeden z najciekawszych wątków sezonu, którzy grzęźnie w mnogości historii. Jest interesujący, gdyż stawia większość bohaterów w ciągłym zagrożeniu. Pod tym względem przoduje odcinek piąty, który wraz z finałem stanowią najlepsze odcinki sezonu. Pozostała część wątków, przez większość trwania szóstej serii prowadzona jest osobno i w zasadzie żadna z nich nie potrafi przykuć należytej uwagi. Najgorzej prezentują się wątki Alcide’a oraz Sama. Ten pierwszy, odkąd stał się Liderem Watahy, stracił cały zdrowy rozsądek oraz jakiekolwiek oznaki przyzwoitości. (Wilkołaki zresztą wciąż są najsłabszym elementem tego serialu. Produkcja HBO nie zyskała zbyt wiele po dodaniu tych istot do swojego świata. A przynajmniej ostatnimi czasy wątki z nimi związane wieją naprawdę złymi historiami. I pomyśleć tylko jak dobre rzeczy robią z tymi istotami producenci „Teen Wolfa”). Sam natomiast straszliwie miota się w tym sezonie, właściwie nie wiedząc co ze sobą robić, napędzany jedynie strachem. Mimo prób dramatyzacji tego wątku, naprawdę trudno się nim przejąć. A już momenty łączenie historii Alcide’a i Sama w jedną całość, wołają o pomstę do nieba. Na szczęście jednak koniec sezonu zapowiada uspokojenie się tych relacji oraz zarysowuje jakiś konkretniejszy cel dla wspomnianych postaci.

Szósty sezon to też kolejne rewelacje natury nadprzyrodzonej. Kiedy myślisz, że widziałeś już wszelkie możliwe nadprzyrodzone istoty w serialu, który niemal chlubi się tym, że co chwila wprowadza nowe stworzenia do swojej mitologii, nie zapomnij pomyśleć o hybrydach, które również mogą stąpać po tej ziemi. Tak, tak – „True Blood” zrobił to po raz kolejny i znów zaskoczył scenariuszowym pomysłem, wprowadzającym nowy gatunek istot nadprzyrodzonych. Na dodatek, jeśli myśleliście, że bycie pół-wróżką to najdziwniejsze, co ten serial zrobi z Sookie, spróbujcie tysiącletniego rodu Pierwszych Wrózek, którego Panna Stockhouse jest… księżniczką. Ach, ten guilty-pleasurowy poziom abstrakcji tego serialu, jest czasami taki rozkoszny.

Twórcom udało się także przekroczyć kolejną granicę dobrego smaku, poprzez ukazanie kolejnej niepotrzebnej eksplozji przemocy. Jeśli myśleliście, że dotychczas widzieliście już najbardziej obrzydliwą scenę morderstwa/wampirzego żywienia się, (a trzeba przyznać, że jest w czym wybierać), pomyślcie ponownie. Przedostatni odcinek serwuje nam wyjątkowo bolesną (na pewno z męskiego punktu widzenia) metodę uśmiercenia człowieka.

Zawodzi także to, co twórcy robią z postacią Worlowa. Pod koniec poprzedniej serii wydawało się, że to będzie Główny Zły nowej serii. Aż szkoda gadać co tak naprawdę z tego wyszło. Nieźle wypadają za to powroty starych twarzy (przoduje w tym Sarah Newlin, której zachowanie jest jeszcze bardziej pokręcone i sukowate, niż dotyczczas) oraz pojawienie się nowych postaci. Willa, córka gubernatora oraz wampirzyca Violet (grana przez Polkę, Karolinę Wydrę, znaną również z „Doktora House’a) dodają serialowi trochę humoru oraz „świeżej krwi” napędowej. Nieźle wypada też ścieżka dźwiękowa, a w szczególności piosenki, wieńczące odcinki. Moją uwagę w szczególności przykuły „Who Are You, Really?” Mikky’ego Ekko, „The Sun” The Naked And The Famous, zaskoczyły słowa „Fuck The Pain Away” … (lekko mówiąc jest disturbing) oraz, co chyba oczywiste, „Radioactive” Imagine Dragons. Zupełnie nie kupiła mnie zaś muzyka z „Dead Meat”.

Na szczęście ostatni odcinek bardzo ładnie zamyka większość wątków tej serii, a nawet… całego serialu, prezentując całkiem przyzwoity poziom. „Radioactive” spokojnie mogłoby służyć za finał produkcji, gdyby wyciąć z niego ostatnią scenę przed knajpą Sama. Z drugiej strony kolejna wariacja na temat koncepcji „my kontra oni” może jeszcze przynieść coś ciekawego, o ile twórcy wyciągną jeszcze jakiegoś asa z rękawa. Czy tak się stanie, przekonamy się już za kilka miesięcy.

Ostatni odcinek posiada jedną z najlepszych scen tej serii, która sprawia również, że „Radioactive” mogłoby stanowić zwieńczenie produkcji. Chodzi o moment skupiony na Tarze. Bardzo zgrabna scena, która pokazuje co leżało kiedyś u serca sukcesu tego serialu – nietypowe relacje (nie tylko) międzyludzkie.

Mimo morza goryczy, wylanego w tym wpisie, muszę stwierdzić także, że nadal mi się to całkiem nieźle oglądało. Może to magia oglądania serialu hurtem, wszystkich odcinków za jednym zamachem (a szóstą serię obejrzałem w przeciągu dwóch, trzech dni), ale dzięki niektórym wątkom, serial nadal przysparzał mi radość. Mniejszą i nie w takim natężeniu, jak kiedyś, ale jednak przyjemność z oglądania. Mimo wszystko czekam więc na kolejny sezon, który ma być zresztą zwieńczeniem historii. Jeśli więc siódma seria utrzyma poziom ostatnich dwudziestu minut ostatniego odcinka, szykuje się naprawdę niezła zabawa.

Ocena: 5+/10

+ Najlepsze Odcinki:

6×05 „Fuck The Pain Away” Interesujące zawiązanie akcji (większość bohaterów w niebezpieczeństwie), ciekawe retrospekcje oraz wreszcie porządny cliffhanger, sprawiający, że nie można się doczekać kolejnego odcinka.

6×10 „Radioactive” Głównie za bardzo zgrabny segment „sześć miesięcy później”, ukazujący interesującą rzeczywistość, swoisty „new age”, jak mówi się o nim w rytm najlepszej piosenki Imagine Dragons.

 
Komentarze (2)

Napisane w kategorii TV Shows

 

Dziewczyny

19 mar

Girls” Leny Dunham to serial o młodych dziewczynach, mieszkających w wielkim mieście. Ukazujący ich problemy w związkach, wiązania końca z końcem oraz codziennej egzystencji. Teoretycznie ma to robić w sposób bliski prawdzie. I być może momentami rzeczywiście to robi. Potem jednak następują wątki i historie, które zdają się działać jedynie na zasadzie shock-value, nie posiadając żadnego uzasadnienia w fabule i otoczka rzeczywistości pryska.

Jako, że akcja rozgrywa się w Nowym Yorku, a przyjaciółki są cztery, Dunham ubiegła wszystkich porównaniami do „Seksu w wielkim mieście” i już w pierwszym odcinku zdradziła, że jej bohaterki znają i lubią serial Darrena Stara. Sprytne zagranie, które samoistnie umożliwia „Girls” wejście w dyskurs z serialem z lat 90., unaoczniając, że autorka zdaje sobie sprawę z możliwości porównań ze słynną produkcją HBO. Trzeba też przyznać, że ten dyskurs jest interesujący, gdyż oba seriale ukazują dwa różne światy, nie tylko ze względu na czas akcji, ale samo podejście bohaterek do wielu tematów. Zbieżne są na pewno liberalne uwagi dotyczące sfery seksualnej, ale już sposoby na rozwiązania niektórych spraw nieco się od siebie różnią. „Girls” zdają się być bliższe prawdzie zwyczajnych ludzi, którzy nie kupują ciuchów od projektantów.

Atutem „Dziewczyn”, który widać już w pierwszym odcinku, jest wielka dawka słodko-gorzkiego, życiowego humoru. Niewymuszonego, lekkiego i na czasie. Scena, w której Hana przychodzi do rodziców, by prosić ich o pieniądze, jest zwyczajnie rozbrajająca. „Aby skończyć tę książkę potrzebuję 11 tysięcy dolarów. Miesięczne. Przez najbliższe dwa lata”. Później dostaniemy jeszcze wiele podobnie zabawnych scen, jednak w pewnym momencie oprócz uśmiechu, zacznie budzić się w nas niezręczność z ich oglądania, wraz z poczuciem pewnego zażenowania pod tytułem: Co ja właściwie oglądam?

Jest bowiem coś dziwnego w oglądaniu „Girls”. Jakaś taka niezręczność, nieporadność, pewien dyskomfort oglądania przedstawionych tu sytuacji. Dodatkowo irytacja na zachowania bohaterek, bo niektóre rzeczy, które przyjaciółki wyrabiają zdają się być kierowane jedynie efektem shock-value, mającym zaskoczyć widza, bez żadnego uzasadnienia charakterologicznego. Przoduje w tym ostatni odcinek pierwszej serii, rozpoczynający się na imprezie-niespodziance, która okazuje się być „najważniejszym dniem życia”, podczas którego każda z bohaterek podejmuje dość nieprzemyślaną decyzję. Niby rozumiem, że chciano ukazać, iż młodzi ludzie działają pod wpływem impulsu, nie zawsze rozważając wszystkie opcje, ale poziom głupoty zachowań, które objawiają bohaterki (i bohaterowie) zakrawa chwilami o pomstę do nieba. Fragmenty jak z abusive relationship, przypadkowe decyzje bohaterek, denerwujący faceci (w pewnym momencie można pomyśleć, że Dunham nie znosi mężczyzn, tak tragicznie zostają oni tu ukazani), czy irytujący styl bycia głównej bohaterki, stanowią tylko czubek góry lodowej męczących wątków serialu.

Paradoksalnie za plus można uznać to, że każdy w zasadzie zostaje ukazany tu w niekorzystnym świetle. Obrywa się wszystkim, bez wyjątku, choć w różnym natężeniu i w innym czasie. Wyjątkowo ciekawym jest w szczególności sposób portretowania głównej bohaterki. Zaskakuje to, jak bardzo Hanna skupiona jest na sobie. To jednak dobrze pokazuje problemy współczesnych dwudziestolatków, którzy nie potrafią wyjść spoza swojej „bańki mydlanej” / „bubble” i spojrzeć na rzeczywistość z szerszej perspektywy.

Girls” budzą we mnie dychotomię uczuć. Z jednej strony widzę ciekawe uwagi dotyczące otaczającej rzeczywistości, z drugiej irytuję się nietrafionymi, zwyczajnie głupimi decyzjami bohaterów. Do tego wszystkiego zaskakuję samego siebie tym, jak bardzo przeszkadzają mi niektóre wątki, bohaterowie, czy sceny. To znaczy jednak, że wywołują one we mnie jakieś emocje. W zasadzie w większości negatywne, bo psioczę na głupotę zachowań, ale równocześnie nie jestem w stanie przerwać oglądania. Tym samym właśnie zabrnąłem na końcówkę trzeciego sezonu, kiedy zorientowałem się, że jednak jestem kupiony i połykam kolejne odcinki w zaskakującym tempie i z uśmiechem na ustach.

„Girls” zapewnia po prostu w pełni dychotomiczne podejście. Męczy, denerwuje, rodzi reakcje typu: „WTF am I watching?”, a jednocześnie czasami ma tak trafne uwagi dotyczące otaczającego nas świata, że jednak chce się oglądać dalej. Dla odcinków takich jak 2×04 „It’s A Shame About Ray” , w którym następuje wspólna kolacja starych przyjaciół, a Marnie zauważa, że nie ma planu na przyszłość, chyba warto oglądać ten serial. „Nie wiem nawet co będzie robić za tydzień, ani co tak naprawdę chce robić w życiu”, mówi dziewczyna, ukazując tym samym dylemat, który boryka wielu młodych ludzi, nie tylko w Ameryce.

Na pewno więc nie można zarzucić serialowi, że jest nudny. Budzi emocje, więc jednak spełnia swoją funkcję, przynosząc nietypowy rodzaj rozrywki. Na pewno zaś stanowi odtrutkę od przelukrowanej wizji młodzieży przedstawionej w produkcjach The CW, w których słońce zawsze świeci, a z nawet najgorszej sytuacje jest jakieś deus-ex machinowe wyjście. Chyba warto więc oglądać „Girls”. Dla tych momentów, kiedy potrafią idealnie uchwycić dylematy dwudziestolatków.

Ocena: 6+/7-/10

Bonus: Najlepsze/ulubione odcinki:

2×04 „It’s A Shame About Ray” (za świetną scenę imprezy oraz monolog Marnie)

3×06 „Free Snacks” (za świetne ukazanie środowiska GQ i nietypowe relacje z nowymi współpracownikami)

 
Komentarze (3)

Napisane w kategorii TV Shows

 

When she thought she was out…

15 mar

Veronica Mars Movie”, czyli pełnometrażowy film o młodej pani detektyw, to spełnienie marzeń każdego fana doskonałego serialu. Obraz, który powstał dzięki dotacjom fanów (w tym niżej podpisanego), to historia rozgrywająca się w dziesięć lat po wydarzeniach z ostatniego odcinka telewizyjnej produkcji.

Film pokazuje jak bardzo Rob Thomas kocha stworzoną przez siebie postać oraz jak bardzo wdzięczny jest fanom za to, że utrzymali jego serial w swoich sercach, mimo że przestano emitować go dobrych kilka lat temu. Filmowa produkcja posiada w sobie tak wiele odniesień do wydarzeń z serialu, małych detali, puszczających oko do będących w temacie, że wewnętrzny geek każdego z nas będzie wręcz skakał z radości, próbując wydostać się na wolność. Liczba emocji przeżywanych podczas seansu przewyższyła wszystkie, które odczuwałem podczas oglądania czegokolwiek w ostatnich latach, a szeroki uśmiech na twarzy, gromkie salwy śmiechu i łzy szczęścia płynęły naprawdę szerokim strumieniem. Obraz zrobiony z przeogromnym sercem  i zaangażowaniem, który ogląda się niczym kolejny sezon serialu.

Film jest świetnie napisany. Thomas nie stracił ani milimetra swojego pazura pisarskiego, dlatego wszystkie teksty padające z ekranu zachowały swoją ostrość i celność, znaną z serialu, a wszelkie odnośniki do dzisiejszej popkultury doskonale uzupełniają ten obraz. Jednym z moich ulubionych cytatów jest: „Do they know their son is a sexual Sharknado?”, nie wspominając już o pewnym genialnym odniesieniu do dzieła Jossa Whedona, czyli dowcipie zasłyszanym już w trailerze.

„Veronica Mars Movie” to świetne uzupełnienie serialu, film, który ogląda się jak zminiaturyzowaną wersję każdego sezonu. Sposób prowadzenia narracji przypomina bowiem ten znany z telewizyjnego formatu, z kluczowymi punktami układanki skrzętnie rozmieszczonymi w tych samych miejscach. Wielka zagadka do rozwiązania, która przyciąga Veronicę do starego świata, w momencie kiedy myślała, że już wszystko ma za sobą („when she thought she was out”), a która staje się jedynie początkiem wielu pomniejszych spraw, jakie mają miejsce w Neptune. Nie zdradzając zbyt wiele, wspomnę, że znów możemy ujrzeć większość lubianych twarzy, co sprawia, że po raz kolejny każdy staje się elementem większej układanki, którą pani detektyw będzie starała się ułożyć.


(Tak gwiazdy zachęcały rok temu, by fani dali pieniądze na produkcję filmu). Ach i jak cudownie, że się udało!

Bardzo zgrabny jest też soundtrack wypełnionymi przyjemnymi popowymi piosenkami. Pod tym względem film nie ustępuje serialowi, który również posiadał dobrze dobrane utwory, które porządnie bujały publicznością. Moją uwagę w szczególności przykuł imprezowy utwór „Stick Up!” Maxa Schneidera. A grajek uliczny, śpiewający „We Used to be friends” w jednej z pierwszych scen filmu to już pomysł-geniusz w najczystszej postaci.

Nie mogąc przestać się uśmiechać, już planuję kolejny seans obrazu. I chyba czas na odświeżenie sobie samego serialu. To chyba tyle, co chciałem powiedzieć w tej nieco przeegzaltowanej recenzji. Czemu się jednak dziwić, skoro właśnie jedno z moich popkulturalnych marzeń się spełniło, a ja na dodatek sprawiłem, że mogło się ziścić?! #Cudowność i #LoVe x1000! :D

Ocena: 10/10 <3

(nieco na wyrost, ale jednak kiedy marzenia się spełniają, judgement is clouded. Poza tym serial naprawdę zasługiwał na tyle, więc film siłą rozpędu też! :D)

PS. Dłuższa wersja tekstu, zaprezentowana na łamach Hatak.pl

 
1 komentarz

Napisane w kategorii Movies, TV Shows

 

Spojrzenia

14 mar

Looking”, czyli serial o „perypetiach trzech przyjaciół z San Francisco, którzy starają się odnaleźć w realiach współczesnego świata”, to opowieść o różnych spojrzeniach na gejowskie środowisko tegoż miasta. Trzech bohaterów w różnym wieku boryka się z problemami związków, które czekają każdego w wielkim mieście.

Ciekawym jest, że akcja serialu dzieje się w San Francisco, gdyż jedynie z opisu widać to miasto w kadrach produkcji HBO. Z serialu (a przynajmniej jego pierwszego odcinka) trudno się tego tak naprawdę dowiedzieć. Być może dlatego, że nie zostaje nam ukazane ścisłe centrum miasta, z najbardziej rozpoznawalnymi budynkami, a zwykłe ulice, zamieszkałe przez zwykłych ludzi.

Looking” to interesująco zilustrowane zbliżenia międzyludzkie. Szczególnie fajnie wypadają właśnie tytułowe „Spojrzenia”, (tak serial został nazwany po polsku), które padają między bohaterami. Sposoby wyrażania różnorodnych emocji poprzez tak prosty gest, jakim są odmienne style patrzenia, wypadają wyjątkowo ciekawie. Prosty gest, wiele treści. Szczególnie interesująco wypada to w scenie w pociągu, gdy Paddy’ego zaczepia jakiś randomowy koleś. Ich wspólna rozmowa wypada najnaturalniej i najciekawiej w całym pilotażowym epizodzie. A już końcówka pełna uśmiechów obydwu mężczyzna jest całkiem urocza.

Serial stworzony przez Michaela Lannana (oraz Andrew Haigha) rozkręca się powoli, jednak w pewnym momencie okazuje się, że wyjątkowo mocno przykuwa uwagę i coraz więcej scen budzi pozytywne uczucia. Taka jest na pewno scena rozmowy z matką w przedostatnim odcinku „Looking for Plus One”, która ukazuje interesujące spojrzenie na kwestie relacji rodzinnych, a w szczególności tej synowsko-matczynej. Bardzo trafne spostrzeżenia.

Serial prezentuje też ciekawe, nietypowe, acz całkiem zdrowe podejście do życia. Gdy jeden z bohaterów spotyka przypadkiem dobrze płatnego żigolaka, ten mówi mu wprost o swoim zawodzie, a nawet zauważa: „Tym się właśnie zajmuję. Gdybym się tego wstydził, to bym tego nie robił”. Trafne, acz niecodzienne podejście. W tym samym odcinku pada również zdanie o tym, że panowie muszą bardziej postarać się w pracy zawodowej, by być takimi, jakimi chcieliby być, a nie jedynie wyczekiwać końca dnia pracy. Róbmy to, co sprawia nam pełną przyjemność i prowadzi do samoulepszenia, zdają się tym mówić, wzmacniając amerykański etos pracy nad sobą.

Looking” to trochę taki „Seks w wielkim mieście” ze swoją otwartością rozmów o seksie i intymności. W nieco innej skali i z innym spojrzeniem, ale myślę, że coś jest w tym porównaniu. Ma też ponoć elementy zbieżne z „Girls”, innym serialem HBO ukazującym życie młodych ludzi w wielkim mieście. Wciąż nie zabrałem się za serial Leny Dunham, więc nie mogę się w pełni poinfromowanie wypowiedzieć na ten temat, ale jeśli rzeczywiście choć trochę przypomina „Spojrzenia”, myślę, że wkrótce postaram się o tym przekonać na własnej skórze.

Wartymi uwagi są także niezłe, często przerzucone jak przez instagramowy filtr zdjęcia oraz nienachalna popowo-elektroniczna muzyka wieńcząca każdy odcinek. Interesującym zabiegiem formalnym jest także brak czołówki i cold-opening odcinka. Ciekawym jest też nawiązanie do jednego z najlepszych seriali, jakie kiedykolwiek powstały, czyli „Friends”. Ilość produkcji, które odnoszą się do wielkiej miłości Rossa i Rachel poszerzyła się właśnie o kolejną pozycję, gdyż Patrick wraz ze swoim obecnym partnerem porównują się do słynnej pary.

Serialem zainteresowałem się poprzez udział w nim Jonathana Groffa, czyli Jessiego z pierwszych sezonów „Glee”, gdzie stworzył bardzo wyrazistego, świetnie śpiewającego bohatera. Przyczyniła się do tego także krótka opinia Anny S, autorki bloga Arthouse, która na filmwebie oceniła serial na 7/10 z dopiskiem „andrew to mistrz”. Zaintrygowany taką zbitką słów zapytałem o więcej szczegółów, a potem z ochotą sięgnąłem po serial. Po pierwszych odcinkach zapowiadał się na interesującą produkcję, która mogła stanowić łagodne wejście w tematykę kina LGBT, po które chyba najwyższy czas sięgnąć. Tak przynajmniej mówią mi internetowi znajomi. Po obejrzeniu pierwszego sezonu mogę powiedzieć, że „Looking” rozkręcało się powoli, ale z końcem serii już porządnie wciągnęło mnie do swojego świata. Z chęcią obejrzę drugi sezon, który niedawno zapowiedziano. A w międzyczasie chyba rzeczywiście zapodam sobie to wychwalane „Girls”.

Ocena: 7/10

 
Komentarze (3)

Napisane w kategorii TV Shows

 

Us against Them!

07 mar

Idąc za ciosem Milczącego Krytyka, który po kilku miesiącach od obejrzenia, opisał swoje wrażenia po „True Blood”, postanowiłem uczynić to samo i odświeżyć swoje luźne notatki utworzone tuż po obejrzeniu piątej serii. Żeby tradycji stało się zadość i żeby wejść w szósty sezon z lekką przypominajką tego, co widziałem w poprzednich dwunastu odcinkach.

Piąty sezon „True Blood” przypadł mi do gustu bardziej niż czwarta odsłona serialu. Wątki, choć równie przesadzone, co wcześniej, wydały mi się jednak ciekawsze i przysparzające innych wrażeń. Tym, czym sezon różni się od poprzednich jest fakt, iż dostajemy tu więcej równoległych, niepowiązanych ze sobą historii. W zasadzie brak też konkretnego głównego wątku. Niby za taki może uchodzić wampirza sekta wierzących w boginię Lilith, jednak muszę przyznać, że jedynie fragmenty tego wątku przypadły mi do gustu, a większość tej historii pozostawiła mnie zupełnie obojętnym. Udało mi się jednak wynotować interesującą uwagę dotyczącą tej historii: Choć sezon piąty przedstawia dużo dziwniejsze wątki, to jednak, zaskakująco, są one także bardziej prawdopodobne. Kult wampirów? „Piątka” pokazuje jak mocno silne przekonania i religia są w stanie zamroczyć zdrowy rozsądek i spowodować wypaczenie pierwotnych założeń. Ta prosta teza zostaje ukazana w chory, odpowiednio pokręcony, „true-bloodowy” sposób. Chyba ostatecznie nieco zbyt pokręcony, jak na mój gust, bo gdzieś w połowie straciłem do niego serce.

Wątkiem, który przypadł mi do gustu najbardziej, to część sezonu, związana z poszukiwaniami Russella Edgingtona, który został przez kogoś wykopany z miejsca pochówku. Poszukiwania wiążą się z ponowną współpracą zwaśnionych: Billa, Erica oraz Sookie, z gwiazdą towarzysząca w postaci Alcide’a. Odcinek, w którym Drużyna S udaje się na „misję” był jednym z lepszych w tej serii. Jak więc widać na tym prostym przykładzie – niezłe wątki mieszają się tu ze słabymi.

Resztę wątków możnaby opisać jako: My kontra Oni. Dostajemy kilka niecodziennych połączeń zwaśnionych stron: Bill i Eric kontra Authority; Bill, Eric oraz Authority kontra świat; „The Obamas” kontra „Sups” w Bon Temps; Alcide kontra wataha. Do tego niezłe wątki: Terry i klątwa Bogini Ognia, czy Andy i jego relacja z Holly oraz rozwiązanie jednonocnej zabawy z wróżką. Najciekawszym z nich jest chyba kwestia Tary i jej prób odnalezienia się w rzeczywistości jako wampir (ze szczególnym uwzględnieniem jej relacji z Pam).

W ogólnym rozrachunku – nie jest źle, choć to juz powoli cień serialu, którym „Czysta Krew” była kiedyś. Nowy sezon oddalił się od tego, czym produkcja byla na początku. Żądło krytyki amerykańskiego południa i podejścia do „inności” nieco się już stępiła, wchdząc raczej w stronę produkcji, ukazującą najdziwniejsze pomysły wyobraźni scenarzystów (oraz autorki książek Charlane Harris). Widać to chociażby w fakcie, iż nowy sezon jest brutalniejszy. Nie chodzi tylko o częstotliwość zabójstw i ilość przelanej krwi, ale o mniejsze uzasadnienie tego przelewu. Zdaje się, że brutalność stała się obecnie celem samym w sobie, mającym na celu jedynie szokowanie widza.

Ostatni zalew produkcji o tematyce nadprzyrodzonej sprawił, że True Blood nie znajduje się już w ścisłej czołówce opowieści z elementem supernaturalnym. Nie oznacza to jednak, że źle się go ogląda. To takie guilty-pleasure, które przestało właśnie udawać, że jest czymś więcej niż tylko przesadzoną wariacją na temat tych nadprzyrodzonych istot. Chyba więc dobrze, że sezon siódmy będzie już tym finałowym.

PS. Piąty sezon zdradza nam też mimochodem, że Albert Einstein był pół-wróżką. Naprawdę coraz ciekawsze te rewelacje! ;)

 
Brak komentarzy

Napisane w kategorii TV Shows

 
 

  • RSS