RSS
 

System. Child 44

22 kwi

System (Child 44)” Daniela Espinosy, film na podstawie powieści Toma Roba Smitha. Obraz, dotykający problemów systemowych stalinowskiego Związku Radzieckiego.

Oto Lew Demidow (Tom Hardy), przykładny funkcjonariusz Ministerstwa Bezpieczeństwa Państwowego, dostaje zlecenie, z którym personalnie się nie zgadza. Mimo wykonania zadania, jego efekt nie satysfakcjonuje przełożonych, w związku z czym degradują go i wysyłają do małej mieściny, gdzie ma pomagać lokalnemu oddziałowi milicji. Tam rozpoczyna śledztwo na własną rękę w sprawie tajemniczych mordów, które mają miejsce na terenie całego kraju. Władza/System nic z nimi nie robi. W końcu „w raju nie ma morderstw”, jak wielokrotnie słyszy się na ekranie.

Gdyby reżyser skupił się tylko na głównym wątku, ukazując przemianę, która zajdzie w bohaterze Toma Hardy’ego pod wpływem niezgody na polecenia przełożonych, seans należałby do bardzo udanych. Niestety, reżyser próbuje opowiedzieć zbyt wiele historii, przez co żadna nie budzi takiego zainteresowania, jak powinna. Dostajemy więc zarówno wspomnianą walkę Jedynego Porządnego Obywatela przeciwko Systemowi, sprawę tajemniczego mordercy dzieci, bazującą na prawdziwej sprawie Rzeźnika z Rostowa, rodzinny dramat między dwójką głównych bohaterów, jak i próbę opowiedzenia o różnicach między wielkim miastem, a małą mieściną. Przy czasie ekranowym zbliżającym się do dwóch i pół godziny, teoretycznie każdy ze wspomnianych wątków zdąży się rozwinąć. Prawda jest jednak taka, że skacząc od wątku do wątku, rozmywa się gdzieś znaczenie i siła oddziaływania tych opowieści. Ponadto wiele czasu dostają kadry, przedstawiające pędzące pociągi, które łopatologicznie ukazują, że oto nastąpi relokacja bohaterów. Ta tendencyjność stanowi zresztą jeden z elementów całej opowieści, gdyż większość ważniejszych sentencji zostanie powtórzonych na ekranie tyle razy, że zamiast podbić ważność wypowiadanych słów, stworzą one jedynie pustosłowie.

Aktorzy starają się jak mogą, by utrzymać film w ryzach. Nie mają jednak łatwego zadania z powodu scenariuszowego przeładowania treściami. Tom Hardy z udawanym rosyjskim akcentem, wymawia słowa w tempie żółwia, a jego scenom z Noomi Rapace brakuje prawdziwej chemii. Niemniej chwilami bywa wiarygodny. Gary Oldman pojawia się na ekranie w połowie seansu, nie wnosząc niestety do obrazu ani odrobiny świeżości. Najciekawiej z nich wypada chyba Paddy Considine, który posiada najbardziej zaskakującą scenę całego filmu, umiejętnie poprowadzony mylny trop. Polski akcent w postaci epizodycznej roli Agnieszki Grochowskiej wypadł całkiem przyzwoicie. Niestety pozostający w mojej pamięci występ aktorki w „Obcym ciele” zepsuł mi jej odbiór jako poważnej aktorki, a trzykrotny krzyk o śmierci syna brzmiał jak „Lostowe” „They took my son”. Mimo tych mankamentów, rola Polki nawet się broni.

System” jest filmem, który wchodzi na polskie ekrany w aferze skandalu, którym był zakaz pokazywania go na terenie Rosji. Argumentacją tego faktu, jest to, iż obraz powiela obiegową opinię o surowości systemu władzy oraz zapatrzeniu funkcjonariuszy w swojego Jedynego Przywódcę, mijając się tym samym z prawdą. Patrząc jednak na „Child 44” jedynie z perspektywy filmowej, dostrzeżemy, że sceny, które robią duże wrażenie, zalewa sos niepotrzebnych momentów, które niewiele wnoszą do fabuły, niepotrzebnie ją tylko rozwlekając. Mimo ciekawej historii, obraz jest dość toporny. Poprowadzony bez polotu, głębszego zanalizowania pewnych zjawisk, płasko. W skrócie: historia – tak, wykonanie – przeciętne. Trudno orzec na ile taki obraz mógłby zagrozić władzy w Moskwie. Zakazując wyświetlania filmu w Rosji, włodarze zdają się sami tworzyć problem, zwracając uwagę opinii publicznej na to, że władza nie chce oglądać sensacyjnego filmu, osadzonego w przeszłości. Tym samym każąc zastanawiać się ludziom co dokładnie kryje się za taką polityczną decyzją. Czy może film dotyka jednak jakiejś ciemnej karty? Gdyby nie decyzje Kremla, film przeszedłby przez kina bez większego echa. Gdy władza zabrania oglądać produkcji, zwykły człowiek aż z ciekawości obejrzy obraz, by dowiedzieć się o co tyle szumu.

Fakt jest taki, że w zasadzie nie wiadomo o co. „Child 44” to bowiem ten rodzaj filmu, o którym można powiedzieć: „gdzieś w tej rozwleczonej formie, kryje się dobre dzieło. Gdyby tylko poleżało trochę dłużej na stole montażowym, miałoby szansę zaistnieć”. „System (Child 44)” przez swoja długość i nieumiejętne połączenie różnorodnych wątków, jest filmem, który nie pozostanie widzowi w głowie. Za dużo w nim ogranych motywów.

Ocena: 6/10

 
Komentarze (6)

Napisane w kategorii Bez kategorii

 

Rozłączeni

22 kwi

The Search” Michela Hazanaviciusa to kino społecznie zaangażowane, ukazujące konflikt w Czeczenii z kilku perspektyw.

Historia poprowadzona jest kilkutorowo. Za każdym razem w środku opowieści stawia pojedynczą jednostkę, która musi poradzić sobie z nową sytuację, w której się znalazł.

Po pierwsze „Rozłączeni” to historia opowiedziana z perspektywy młodego chłopca, na którego oczach ginie rodzina. Łutem szczęścia ratuje siebie i młodszego brata. A potem ucieka z miejsca zbrodni i tuła się po kraju.

Po drugie – z perspektywy młodej dziewczyny, pracującej dla Unii Europejskiej i próbującej zwrócić uwagę środowiska międzynarodowego tym, co dzieje się w konfliktowym regionie. W tym kontekście bardzo wyrazistą sceną jest przemowa w Komitecie do Spraw Zagranicznych UE. Gdy nikt w zasadzie nie słucha kobiety, próbującej zwrócić uwagę instytucji na konflikt.

Po trzecie i chyba najciekawsze – „The Search” opowiada historię młodego chłopaka, który w wyniku łapanki na ulicy, staje przed wyborem: pójść do więzienia czy do wojska za swoje drobne przewinienie. Ten wątek będzie przedstawiał powoli postępującą desensytyzację chłopaka na otaczające go okropności wojny. Znamiennym fragmentem tego procesu jest scena, w której na linii frontu spotykają się dwaj młodzi mężczyźni, z których jeden znęcał się wcześniej nad drugim. Na pytanie „jak Ci tu jest” (na froncie) pada odpowiedz „jak w raju”. W tle tej sceny widzimy płonące zgliszcza wieżowca. Również pierwsza wojenna sekwencja z udziałem chłopaka potrafi zrobić wrażenie, ukazując moment, w którym zmienił się jego sposób postrzegania świata. Sceny, gdy widz podąża za bohaterem z karabinem, który przemierza rozpadające się miasto, stanowią chyba najciekawszy moment całego obrazu.

Rozłączeni” to kino niepozbawione kilku zbyt długich scen, które niepotrzebnie wydłużają seans do rozmiarów dwuipółgodzinnego spektaklu, jednak ostatecznie starające się dość dokładnie oddać problemy konfliktu z wielu różnych perspektyw. Film niepozbawiony jest wprawdzie pewnych uproszczeń, jednak obraz, mający „otwierać oczy”, sprawdza się całkiem nieźle.

Ocena: 7-/10

 
Komentarze (3)

Napisane w kategorii Bez kategorii

 

Krótko o: Serce Lwa i Dwa dni, jedna noc

19 kwi

Fiński obraz „Serce Lwa” to opowieść o problemie wykorzenienia zaszczepionych wewnętrznie przekonań oraz próbie tolerancji w czarno-białej wizji świata, reprezentowanej przez głównego bohatera.

Gdy Teppo (dobry Peter Franzen) poznaje dziewczynę i postanawia się z nią ustatkować, nie przeszkadza mu, że kobieta ma już syna. „Zostanę jego ojcem” – mówi. Sprawy komplikują się, gdy mężczyzna dowiaduje się, że chłopak jest ciemnoskóry. Teppo to bowiem neonazista, walczący o „białą Finlandię”. Napięcie wynikające z tej sytuacji jest w filmie wyjątkowo umiejętnie budowane już od pierwszej chwili. Od samego początku widz ma bowiem poczucie, że przedstawiona w filmie sytuacja nie może dobrze się skończyć. Reżyser bardzo skrzętnie wykorzystuje to napięcie do pokazania historii wewnętrznych przemian bohatera oraz lekcji tolerancji, którą nowa sytuacja na nim wymusi. Czy jednak na pewno będzie mógł przezwyciężyć swoją naturę?

Obraz Dome’a Karukoskiego poprowadzony jest z wyjątkową gracją i wyczuciem, pozwalając widzowi wczuć się w sytuację przedstawioną na ekranie. Bardzo ciekawe są zdjęcia, ukazujące fińską naturę oraz jej folklor. W szczególności uwagę przyciąga pierwsza sekwencja, ze spadającymi liśćmi, która stanie się także klamrą całej opowieści, nabierając pełni znaczenia pod koniec seansu. Asceza formy ułatwia skupienie się na dramatyzmie całej historii.

Serce Lwa” to niezmiernie ciekawy, ascetycznie nakręcony film, który dzięki wykorzystaniu prostych, sprawdzonych środków nie pozostawia widza obojętnym.

Ocena: 8/10

Dwa dni, jedna noc” Braci Dardenne to historia kobiety, która stojąc u progu zwolnienia, postanawia wziąć sprawy w swoje ręce i przekonać współpracowników, by zagłosowali za jej pozostaniem w firmie. Sprawa będzie trudna, gdyż większość z nich ma interes w tym, by Sandra (Marion Cotillard) nie wracała do pracy.

Dwa dni, jedna noc” to film rozgrywający się od piątku do poniedziałku, podczas którego dwa dni i jedną noc kobieta wykorzysta, aby walczyć o swoją pracę i przyszłość. Drugim utrudnieniem jej metod działania, będzie fakt, iż dopiero niedawno wyszła z depresji i jej humor, w obliczu tak trudnych informacji, jak wizja utraty pracy i powiązane z nią widmo pójścia na zasiłek, wciąż się waha.

Obraz Braci Dardenne jest filmem tendencyjnym, w którym ciągle powiela się ta sama sytuacje. Sandra przychodzi do kolejnych pracowników, zadając im to samo pytanie. Z drugiej strony, produkcję ogląda się z zainteresowaniem. Dzieje się tak dlatego, że rozbieżność reakcji współpracowników jest ogromna. Każda interakcja mówi bardzo wiele o charakterze głównej bohaterki, jak i otaczających ją ludzi, ukazując zróżnicowane reakcje, które opierają się na tych samych argumentach.

Film jest stonowany i powolny, jednak dla kilku interesujących ludzkich odruchów bohaterów oraz ciekawej zmiany w postawie głównej bohaterki warto go zobaczyć.

Ocena: 6,5/10

 
Komentarze (3)

Napisane w kategorii Movies

 

Zbuntowana

27 mar

„Zbuntowana” – druga część trylogii „Niezgodna” jest kolejnym z serii filmów „środkowych”, które wrzucają widza w akcję, tuż po zakończeniu poprzedniej części. Na początku przypomina się wprawdzie zasady działania świata przedstawionego – społeczeństwo, żyjące w zgliszczach Chicago podzielone jest na pięć frakcji. Podział ten ma zapewnić o pokoju społeczeństwa. Każdy zna swoje miejsce w szeregu, więc to powinno zapewnić spokój rządzącym. Do czasu. Nikt w końcu nie lubi, by mówiono mu co ma robić.

Po krótkim wstępie, „Zbuntowana” zaczyna się bezpośrednio po finale „Niezgodnej”, gdy Tris (Shailene Woodley), Cztery (Theo James), Caleb (Ansel Elgort) oraz Peter (Miles Teller) wyskoczywszy z rozpędzonego pociągu, biegną przez las, by dostać się do siedziby Serdeczności. Tam rozpoczynają się pierwsze negocjacje z władzami frakcji o udzielenie pomocy grupce uciekinierów. Motyw ten będzie się zresztą przewijać kilkakrotnie w filmie, gdy bohaterowie będą napotykać kolejnych członków różnych frakcji. Protagoniści będą więc uciekać przed oprawcami, bądź stawiać im czoła z bronią w ręku. Dużą rolę odegrają znów specyficzne symulacje, przez które będzie przechodzić Tris, tym razem przedstawione z większą dawką interesujących efektów specjalnych. Całości będzie brakować jednak serca, by w pełni przejąć widza wydarzeniami.

Zbuntowana” jest zwyczajnie słabszym filmem od swojej poprzedniczki, gdyż obrazowi brakuje prawdziwego poczucia zagrożenia. Mimo, że wszyscy latają wkoło mierząc do siebie z broni, a kilkoro bohaterów nawet ginie, większość wydarzeń powoduje jedynie wzruszenie ramion. Film ucierpiał też z powodu braku beztroski, która charakteryzowała pierwszą część, ukazującą uroki nowej frakcji, w której znalazła się główna bohaterka. Tak naprawdę największym błędem nowej części jest fakt, iż w obrazie brakuje interesujących interakcji bohaterów, a ich problemy, które były niezwykle rozwinięte w książce, zostały spłaszczone do jednej, czy dwóch scen.

Zbuntowana” skupia się bowiem w zasadzie na samej Tris i jej problemach. Pozostałych bohaterów spycha na trzeci plan. Mimo skupienia się na głównej bohatece, jej rozterki pokazane są w większości w beznamiętny, nie budzący emocji sposób. Koronnym przykładem scena seksu. W poprzedniej części, gdy Tris się go obawiała i nie chciała, twórcy uraczyli nas całą sekwencją gry wstępnej. Teraz, gdy do zbliżenia rzeczywiście dochodzi, ekran przechodzi w czerń. Nie mówię o tym, by seks od razu musiał być ukazany w detalu. Zastanawia jednak fakt, iż pokazując moment, w którym bohaterka podejmuje ważną dla siebie decyzję, nie próbuje się go głębiej zanalizować. Tak dzieje się kilkakrotnie, również w wątkach poczucia bycia odpowiedzialnym za śmierć najbliższych osób.

Shailene Woodley najlepiej wypada w płaczliwych scenach, w których musi ukazać wewnętrzny ból Tris. Sęk tkwi w tym, że jej postać jako całość stała się już mniej wiarygodna niż poprzednio. Jest nieco zbyt mocno roztrzepana. Niby rozumiemy, że taka właśnie ma prawo być, po wydarzeniach, które były jej udziałem, jednak w jej charakterystyce wyraźnie czegoś brakuje, już na poziomie samego scenariusza. Jej rozterki nie przenoszą się bowiem na rozterki widzów, trudno im wczuć się w sytuację dziewczyny.

Miles Teller natomiast wyraźnie bawi się swoją rolą, racząc ją dużą dawką niewymuszonego luzu i swobody. Najwyraźniej dystans do dzieła, w którym przyszło mu grać, umożliwił lepszy sposób gry, wybijając aktora do najlepiej zarysowanych postaci „Zbuntowanej”. Pozostali aktorzy jedynie „są” na ekranie, trudno cokolwiek o nich powiedzieć, poza tym, że dobrze wyglądają. W szczególności dotyczy to Naomi Watts jako Evelyn oraz Kate Winslet jako Janine,  czyli „Głównej Złej”, stojącej na straży Złego Systemu.

Problemem filmu względem poprzednika może być też nieumiejętne wykorzystanie muzyki. „Niezgodną” oglądało się tak dobrze, dzięki intrygującemu soundtrackowi, wypełnionemu skocznymi, wpadającymi w ucho i zapadającymi w pamięci utworami uznanych artystów, z Woodkidem i Snow Patrol na czele. W „Zbuntowanej” w zasadzie brak jest „radiowej” muzyki, która ustąpiła miejsca typowym ilustracyjnym dźwiękom ścieżki dźwiękowej, które w ogóle nie wybijają się z tła.

Piękne jest za to nawiązanie do fandomu „Gwiezdnych Wojen”. Być może niezamierzone, jednak wyjątkowo wyraźne. Tris, pod mocą działania serum prawdy, musi przyznać się, że „I shot first” / „Ja strzeliłam pierwsza”, co jest niemal idealną kalką powiedzenia „Han shot first”. Charakteryzuje ono prawdziwych fanów „Star Wars”, którzy respektują tylko pierwotną wersję oryginalnej Trylogii, bez zmian wprowadzanych przez lata przez George’a Lucasa. (W jednej ze zremasterowanych wersji filmu Han oddaje bowiem jedynie strzał napastnika, a nie, jak w oryginale, ubiega atak, atakując pierwszy. Ofensywa jest najlepszą defensywą, jak to mawiają).

Mimo, że film się nie dłuży i dobrze się go ogląda, trudno w zasadzie stwierdzić o co konkretnie w nim chodzi, poza tym, że stanowił pomost między kolejnymi częściami opowieści. Jako, że pierwsza część potrafiła wciągnąć do swojego świata i zaciekawić prezentowanymi wątkami, pozostaje mieć nadzieję, że ostatni rozdział, (czy też ostatnie rozdziały, gdyż dzielenie ostatniej książki na dwie ekranizacje stało się już plagą adaptacji filmowych), będzie równie dobry, co akt otwierający Trylogię „Niezgodnej”.

Ocena: 5/10

 
Komentarze (15)

Napisane w kategorii Movies

 

Berlinale: Elixir: Wywiad: Sebastian Pawlak

26 mar

Elixir” w reżyserii australijskiego reżysera Brodiego Higgsa, prezentowany na Berlinale w sekcji „Perspektive Deutsches Kino” to osadzona w dzisiejszym Berlinie opowieść o współczesnych wersjach artystów-surrealistów, którzy zmagają się z wyzwaniami dzisiejszej rzeczywistości, w tym wyzwaniami dotyczącymi dziedziny sztuki. Obraz pokazuje różnice charakterologiczne między członkami ugrupowania, w którego skład wchodzą (m.in) Andre Breton (Swann Arlaud), Tristan Tzara (Sebastian Pawlak), czy Luis Aragon (Mateusz Kościukiewicz). A właściwie ich dzisiejsze, uwspółcześnione wersje.

Australijski reżyser, polska scenarzystka i zdjęcia kręcone w Berlinie. Szczególny miks, który sprawił, że film stanowi interesujący głos w sprawie roli artystów w dzisiejszym świecie.

Miałem szansę porozmawiać z współscenarzystką obrazu Anyą Wątrobą oraz dwójką aktorów: Mateuszem Kościukiewiczem oraz Sebastianem Pawlakiem. Oto co moi rozmówcy mieli do powiedzenia.

Michał Kaczoń: Jesteśmy w Berlinie, gdzie toczy się akcja Twojego filmu. Czy to miasto ma dla Ciebie jakieś szczególne znaczenie?

Sebastian Pawlak: Ma szczególne znaczenie, właśnie przez „Elixir”. Spędziłem tutaj prawie dwa miesiące i no nie ukrywam, że granie po angielsku było dla mnie jakby dodatkowym wyzwaniem. Wypowiadania się w innym języku, jednak z czuciem i z przepływem energii jest bardzo trudne. Musiałem wykonać o wiele większą pracę niż grając we własnym języku.

MK: Dlaczego zainteresowałeś się tym projektem?

SP: Anya (Wątroba) z Broddiem (Higgsem) przyjechali do Polski, aby spotkać się z polskimi twórcami i po prostu zaproponowali mi rolę w  filmie, który kręcili u nas – „Painting and painting”. Przyszedłem na casting, oni mnie wybrali i współpraca potoczyła się dobrze. Broddie zaproponował mi potem rolę w „Elixirze”. Oczywiście się zgodziłem i wszedłem w ten ich świat. To była długa droga. Rozmawiałem z nimi na temat scenariusza, o mojej obecności w filmie i moich różnych obawach. Był moment, kiedy powiedziałem, że nie będę grał. Broddie mnie przekonał. Cały czas jednak język był dla mnie jakąś granicą, którą musiałem w sobie przekroczyć.

MK: Chciałeś zrezygnować właśnie z powodu języka?

SP: Tak. Miałem jakiś głęboki lęk spowodowany językiem. Naciskałem na twórców, aby scenariusz był gotowy i przetłumaczony wcześniej. Żebym mógł pracować z coachem nad językiem i wymową oraz rolą jako taką. I udało się.

MK: No właśnie – jaki był proces przygotowywania się do roli? Czy czytałeś Manifesty Surrealistów?

SP: Tak, oczywiście. Czytałem nie tylko manifesty surrealistów. W Polsce wyszła książka pod tytułem „Manifesty”. Są w niej manifesty dadaistów i manifesty Dogmy, wszystkie manifesty. Czytałem też książkę o performancie, gdyż założyliśmy, że Tristan w naszym filmie jest performerem.

MK: Mówiąc o performancie – co sądzisz o tego rodzaju sztuce?

SP: Jestem blisko tej sztuki, dzięki teatrowi. Teatr ewoluuje w różne strony i mówi się  nawet o performatywnym działaniu aktora. To jest modne. Znam performerów w Polsce. Uczestniczyłem w performance’ach, na przykład w Komunie Warszawa. W cyklu „Re//Mix” brałem udział w reperformancie „Abramovic” w reżyserii Łukasza Chotkowskiego. Uważam, że jest to bardzo fajna forma, jeżeli jest naprawdę osobista i jeżeli w niej rzeczywiście o coś chodzi.

MK: Jak wam się układała praca na planie? Jak się dogadywaliście z reżyserem? Czy dawał Ci dużo uwag czy było większe nastawienie na improwizację ?

SP: Dwa tygodnie spędziłem w tym domy. Bardzo dużo improwizowaliśmy. To było dla mnie interesujące doświadczenie, taka przygoda. Lubię ten sposób pracy, przypominający próby teatralne. Film rządzi się jednak swoimi prawami. Dla mnie próby przed filmem, były ciekawe i momentami magiczne. Broddie pracował klasycznie. Był scenariusz, bo to jednak nie jest film oparty na improwizacji. Ja niestety nie mógłbym na planie improwizować w języku angielskim. Czasami improwizuje się nie używając języka. Są różne formy i tak właśnie pracowaliśmy. Jednak w samym filmie wszystko jest już z góry zaplanowane.

MK: Jak dogadywaliście się z aktorami? Jaki był proces tworzenia konfliktu?

SP: Robiliśmy takie wieczory w Glasshaus i Broddie zadawał nam jakiś temat do przepracowania. Miałem przygotować jakiś performance i grupa go omawiała. Wtedy były różnego rodzaju rozmowy i tworzyły się konflikty. Czasami miałem też prowokować konflikty w grupie i zobaczyć co się stanie.

MK: O czym według Ciebie jest ten film? Jak na przykład rozumiesz tytuł w kontekście całej opowieści?

SP: Właśnie! Wiem, że o tym rozmawialiśmy, ale minęło już tyle czasu i tyle rzeczy się wydarzyło, że teraz nie wiem czy odpowiem jakoś sensownie na to pytanie. Może jest to ten Elixir, ten napój twórczy, który wyczerpał się w tej grupie. Po powrocie Tristana do Glasshaus są próby stworzenia tego cudownego napoju na nowo. Ale czy on powstaje?  Czy to odpowiedni czas i miejsce, aby mógł powstać?

MK: Czyli elixir jako coś, co spaja tę ich grupę?

SP: Dzisiaj tak myślę.

MK: Jaki będzie Twój następny projekt?

SP: Pracuję w teatrze nad sztuką Mayenburga „Męczennicy” w reżyserii Grzegorza Jarzyny. Premiera w marcu. Kilka dni temu dostałem wiadomość, że będę grał w nowym filmie Agnieszki Holland. Jakiś czas temu był casting. To nieduża, ale interesująca rola Listonosza.

MK: Gatuluję. A planujesz jakiś projekt za granicą?

SP: Na razie nie. Pewniej czuję się w języku polskim, ale ten film pokazał mi, że da się. Nie ukrywam, że uczyłem się poszczególnych linijek. Najpierw na pamięć, potem z sensem, a później przychodziła interpretacja. Wszystko można zrobić. Jeśli masz tylko czas i ochotę.

MK: Dzięki.

SP: Dzięki.

 
Komentarze (3)

Napisane w kategorii Bez kategorii

 

Berlinale: Elixir: Wywiad: Mateusz Kościukiewicz

19 mar

Elixir” w reżyserii australijskiego reżysera Brodiego Higgsa, prezentowany na Berlinale w sekcji „Perspektive Deutsches Kino” to osadzona w dzisiejszym Berlinie opowieść o współczesnych wersjach artystów-surrealistów, którzy zmagają się z wyzwaniami dzisiejszej rzeczywistości, w tym wyzwaniami dotyczącymi dziedziny sztuki. Obraz pokazuje różnice charakterologiczne między członkami ugrupowania, w którego skład wchodzą (m.in) Andre Breton (Swann Arlaud), Tristan Tzara (Sebastian Pawlak), czy Luis Aragon (Mateusz Kościukiewicz). A właściwie ich dzisiejsze, uwspółcześnione wersje.

Australijski reżyser, polska scenarzystka i zdjęcia kręcone w Berlinie. Szczególny miks, który sprawił, że film stanowi interesujący głos w sprawie roli artystów w dzisiejszym świecie.

Miałem szansę porozmawiać z współscenarzystką obrazu Anyą Wątrobą oraz dwójką aktorów: Mateuszem Kościukiewiczem oraz Sebastianem Pawlakiem. Oto co moi rozmówcy mieli do powiedzenia.

Michał Kaczoń: Znajdujemy się w Berlinie, gdzie dzieje się akcja Twojego filmu. Czy to miasto ma dla Ciebie jakieś szczególne znaczenie?

Mateusz Kościukiewicz: Na pewno. Film „Eliksir” Brodiego Higgsa jest dość awangardowym dziełem i takim undergroundowym też, więc kręcenie tego filmu w Berlinie na pewno dodało mu dodatkowego sznytu. A jak weszliśmy do squatu, w którym kręciliśmy większą część zdjęć i kiedy zobaczyłem scenografię, autorstwa Sebastiana Soukupa, no to nagle poczułem się w innym świecie. Jakby mnie przetransportowało poza jakiś czas. Nie wiedziałem czy jestem w latach 70., 20, czy współczesnych. Dzięki temu mogłem pójść w to szaleństwo, jakąś improwizację, związaną z tym filmem.

MK: Co sprawiło, że zainteresowałeś się tym projektem? Czy to był temat, miejsce akcji, czy może osoba reżysera? Znałeś jego krótkometrażówki?

Mateusz Kościukiewicz: Współscenarzystą i współautorem tego filmu jest Anya Wątroba. Ona jest Polką, co prawda od wielu wielu lat mieszkającą w Australii, ale postanowiła wraz z reżyserem zrobić ten film z częścią polskiej ekipy. Powiedział mi o tym projekcie Michał Englert, który jest operatorem tego obrazu. Spotkałem się z Brodiem Higgsem i z Sebastianem Pawlakiem. Odbyliśmy dosyć szaloną próbę, wszystko odbywało się po angielsku i to mnie zainteresowało. Dla mnie każdy projekt za granicą jest dystansem do tego, co robię w Polsce. Zawsze dobrze mi służy.

MK: Czy jakoś szczególnie przygotowywałeś się do tej roli? Czy na przykład czytałeś Manifesty Surrealistów?

Mateusz: Czytałem, czytałem. Tego nieszczęśnika, którego miałem niby odgrywać, czy na którym się wzorować. Nie byłem w stanie tego przejść, bo  było tak fatalne. Andre Breton to już jest trochę inna półka. Ale Luis Aragon to jest już nie do przejścia moim zdaniem. Nie wiem czy miałeś okazję czytać.

MK: Nie, jeszcze nie.

Mateusz: No cóż, myślę, że wczytywanie się w te prace w pewnym momencie przestało mieć sens. To przyklejenie się do oryginalnych francuskich postaci było tylko punktem wyjścia, bohaterowie zwyczajnie ewoluowali z tokiem prac. Jedyną postacią, która przetrwała w miarę nienaruszona, to był bohater, którego grał Swann Arlaud, czyli Andre Breton.

MK: No właśnie, chciałem zapytać o pracę na planie – czy dostawałeś dużo uwag od reżysera, czy stawiał bardziej na improwizację?

Mateusz Kościukiewicz: Nie wiem dlaczego, ale reżyserzy nie dają mi zwykle za dużo uwag. Może liczą, że wszystko zrobię za nich (śmieje się). Tak pół żartem, pół serio. Ale w takich projektach,  w których reżyser debiutuje i robi pierwszy film, pewnych rzeczy się nie wie, dopóki się nie spróbuje. Często nie ma też za bardzo o czym gadać. Trzeba po prostu pracować, ustawiać się, kleić wątki ze sobą, próbować na bieżąco pewne rzeczy kontrolować, więc to są zawsze projekty dość ryzykowne. Tym bardziej jestem zaskoczony i bardzo szczęśliwy, że ten film ostatecznie znalazł się tutaj w official selection w sekcji Kina Niemieckiego. Myślę, że jest to wielki sukces dla tego filmu.

MK: A gdybyś miał streścić w dwóch zdaniach o czym jest ten film?

Mateusz: Nie mam pojęcia. (śmieje się)

MK: A tytuł rozumiesz?

Mateusz Kościukiewicz: W dwóch zdaniach? Nie wiem. Jedynie można chwycić się narracji. Grupa jakichś freaków siedzi w squatcie i próbuje tworzyć jakąś swoją undergroundową sztukę.

MK: Co sądzisz sam o sztuce performance’u? O takich rodzajach działań.

Mateusz Kościukiewicz: Dla mnie sztuka performance’u kojarzyła się zawsze z jakąś totalną kompromitacją. Wydaje mi się, że kiedyś miało to znaczenie, z racji pewnego rodzaju prowokacji społecznej  i uruchamiania pewnego fermentu społecznego, ale dzisiaj, w dobie absolutnego ataku wszelkim skandalem i jakimś zagubieniem konserwatyzmu klasy średniej, przestaje mieć rację bytu. Jakby nie spełnia swojej roli, nie porusza, nie szokuje. Zastąpiły ją inne formy sztuki improwizacyjnej.

MK: Jaki jest Twój następny projekt?

Mateusz Kościukiewicz: Teraz właśnie robię development Berlinale (śmieje się). Dlatego cały czas dbamy o Polskę i o nasz film „Body/Ciało”. Bardzo nam zależy, aby ludzie poszli na ten film do kina. Uważam, że jest to ważny film. Taki, który mówi dużo o Polsce i który na pewno nie jest takim filmem, które dotychczas robiła Małgośka. Jest zabawny. Naprawdę można się dobrze bawić oglądając go i uśmiać się po pachy.

MK: Tak. Jest naprawdę dobry.

Mateusz Kościukiewicz: I można też się wzruszyć. Myślę, że jest to film dla ludzi i Ci, którzy zobaczą ten film nie poczują się oszukani, nie poczują się przybici, tylko wręcz przeciwnie. Sueddeutsche Zeitung napisał nawet, że można feel good, tzn. wyjść i się poczuć dobrze po tym filmie. Że daje jakąś nadzieję.

Poza tym zagrałem u Filipa Bajona w „Moralności Pani Dulskiej” – w „Dulskich” („Panie Dulskie” – oficjalny tytuł filmu, którego premiera planowana jest na 2 października 2015). Z Krystyną Jandą, Mają Ostaszewską i Kasią Figurą. Projekt w takiej gwiazdorskiej obsadzie. Dość skromny, ale też dla takiej widowni, która lubi bardziej konserwatywne kino. No i gram też u Janka Kidawy-Błońskiego w filmie o Janku Banasiu – piłkarzu troszkę zapomnianym, zawodniku Górnika Zabrze i jego losach emigranta, ryzykanta, bon vivanta, trochę luzera, trochę wygranego. Bardzo ciekawa postać dramaturgicznie.

Piszę dalej scenariusze. Teraz do kin wchodzi „Disco Polo”. Z Maciejem Bochniakiem napisaliśmy scenariusz. Zagrałem też w epizodzie, bardziej symbolicznie. Liczę, że film osiągnie sukces komercyjny. W natłoku masakrycznej ilości pracy, staram się też wyłączać na chwilę i być troszkę poza tym wszystkim.

MK: Dzięki, miło było porozmawiać.

Mateusz Kościukiewicz: Dzięki.

 
Komentarze (5)

Napisane w kategorii Bez kategorii

 

Music of February

08 mar

This time no introduction, just music. Listen and enjoy! :)

Imagine Dragons released a new album this month called „Smoke and Mirrors” and out of all the songs, those two caught me biggest attention. They are the fastest, most edgy one’s on the new album and show and interesting change of sound for the band. I loved them at first listen, just like I did with „Gold”, posted in the December/Janurary segment of „Music of”. The rest of the album needs a second listen yet, but either way I am awaiting anxiously the day the band will come to Poland. They are awesome live, so I really want to see them again.

I’m So Sorry Imagine Dragons

 

Friction Imagine Dragons

 

Earned It The Weeknd

Best part of the „Fifty Shades of Grey” movie was the soundtrack. Particularly – this song, which made the scenes feel way more romantic than they would have if it wasn’t for the perfectly placed pieces of bed-music.

 

All Yours Mont Oliver

News song by the Danish band, which inspired a post in the „Ladies and gentlemen, I present to you:” series. Pretty catchy, as everything coming from the band’s work. So when are you releasing the album?

 

Uma Thurman Fall Out Boy

A new album by Fall Out Boy is pretty good, but this song stands out among others and deserves the spotlight the most. So, here it is.

 

Wait on Me Rixton

Song heard on the radio. And I liked it. Not much into it.

 

A New Error Moderat

A song that greatly fits into the end credits of „Als wir traumten

 

+ bonus: Sing a Happy Song Cast of The Voices

Pretty catchy and pretty funny in the context of the whole movie. Enjoyable and very stucks-in-your-head-all-day song. ;)

 

+ Blast from the Past: Take Me to Church Hozier

First time I’ve heard this song was a year ago – in February – and thanks to a dear friend of mine – Eva. I’ve been playing it on repeat back then, so I am still liking it a year later, when it’s making some world fame all around. Good music is just good. TFD Eva for letting me know about it for such a long time :)

 
Komentarze (4)

Napisane w kategorii Music

 

Mr. Holmes

05 mar

Mr. Holmes” Billa Condona to opowieść o 93 letnim Sherlocku Holmesie. Mężczyźnie mieszkającym w małym brytyjskim miasteczku, doglądającym pszczół, który przed śmiercią chce wyjaśnić i spisać prawdziwą wersję zdarzeń swojej ostatniej sprawy. Sprawy, która sprawiła, że wyprowadził się z Baker Street i wyjechał na wieś.

Historia przedstawiona w filmie poprowadzona jest trzytorowo. Rozgrywa się zarówno w latach 60., gdzieś w oddalonej od świata małej mieścinie, Japonii kilka tygodni wcześniej oraz w latach 40., gdy miejsce miała sławna Ostania Sprawa słynnego detektywa. Każda z perspektyw czasowych opowiedziana jest w znakomity sposób, posiadając mocne strony.

W każdej na pierwszy plan wysuwa się wyśmienite aktorstwo. Ian McKellen doskonale wyczuł Holmesa, który z powodu wieku boryka się z problemami pamięci, a który, mimo wszystko, stara się przełamać chorobę i przed śmiercią wyjaśnić dokładnie szczegóły sprawy, która tak mocno nim wstrząsnęła, że nie był w stanie mieszkać dalej w Londynie. Sęk tkwi w tym, że zwieńczenie sprawy było tak traumatyczne, że Holmes zepchnął jej szczegóły w najdalsze zakamarki pamięci, a teraz, gdy ta zaczyna płatać mu figle, coraz trudniej odnaleźć mu jej sedno. Chęć dążenia do prawdy jest jednak silniejsza, więc Sherlock nie ustaje w swoich staraniach.

Towarzyszący mu aktorzy dobrze sprawdzają się na ekranie, w ciekawy sposób ogrywając swoje postaci wokół reakcji samego Holmesa. Na szczególną uwagę zasługuje w szczególności młody Milo James, którego relacja z detektywem stanie się jedną z dwóch najbardziej znaczących dla całej historii, ukazującą przemianę wewnętrzną detektywa. Laura Linney, jako matka chłopca, a jednocześnie gosposia Mr. Holmesa prezentuje się równie ciekawie, stanowiąc kontrapunkt dla szaleńczych pomysłów mężczyzn, z którymi dzieli domostwo. Niezły jest też Hiroyuki Sanada, który ma wiele żalu do Holmesa, za to co ten (rzekomo) zrobił w przeszłości.

Genialnym smaczkiem było zaangażowanie Philipa Davisa do małej roli w filmie. Jest to niezwykle trafne puszczenie oka do wprawionego widza, gdyż Davis grał taksówkarza w „A Study in Pink” w „Sherlocku” Moffatta i Marka Gatissa, czyli uwspółcześnionej wersji przygód Holmesa produkcji BBC. Wyśmienitym zagraniem jest też fakt, że na ekranie ani razu nie ujrzymy twarzy Watsona. To opowieść o ostatniej sprawie Sherlocka, podczas której John wyjechał już z Baker Street, a choć jego osoba pojawia się kilkakrotnie na ekranie, nigdy nie ujrzymy zbliżenia jego twarzy. Bardzo świadome, trafne twórcze zagranie.

„Sherlock Holmes to najsłynniejszy Brytyjczyk, który nigdy nie żył”, powiedział podczas konferencji prasowej odtwórca głównej roli Ian McKellen. Świetnym jest więc także to, że w samej historii, przedstawionej w filmie, Sherlock mierzy się z własną sławą. Książki o jego przygodach są niezwykle popularne, a ich adaptacje zbierają pełne sale widowni. To stawia bohatera w niecodziennej sytuacji tłumaczenia się z własnych nawyków, a także oddzielania prawdy od fikcji.

Mr. Holmes” to niezwykle wyważony, urokliwy obraz. „To dla mnie bardziej opowieść o ostatnich dniach życia niż opowieść o Sherlocku Holmesie”, powiedział reżyser o swoim dziele. Niemniej Ian McKellen jako słynny brytyjski detektyw, sprawdził się na ekranie wyśmienicie. Dla niego i dla ciekawej historii warto zobaczyć najnowszy obraz Billa Condona.

Ocena: 8/10

 
Komentarze (6)

Napisane w kategorii Movies

 

Berlinale: Elixir: Wywiad: Anya Wątroba

03 mar

Elixir” w reżyserii australijskiego reżysera Brodiego Higgsa, prezentowany na Berlinale w seksji „Perspektive Deutsches Kino” to osadzona w dzisiejszym Berlinie opowieść o współczesnych wersjach artystów-surrealistów, którzy zmagają się z wywzaniami dzisiejszej rzeczywistości, w tym wyzwaniami dotyczącymi dziedziny sztuki. Obraz pokazuje różnice charakterologiczne między członkami ugrupowania, w którego skład wchodzą (m.in) Andre Breton (Swann Arlaud), Tristan Tzara (Sebastian Pawlak), czy Luisa Aragon (Mateusz Kościukiewicz). A właściwie ich dzisiejsze, uwspółcześnione wersje.

Australijski reżyser, polska scenarzystka i zdjęcia kręcone w Berlinie. Szczególny miks, który sprawił, że film stanowi interesujący głos w sprawie roli artystów w dzisiejszym świecie.

Miałem szansę porozmawiać z współscenarzystką obrazu Anyą Wątrobą oraz dwójką aktorów: Mateuszem Kościukiewiczem oraz Sebastianem Pawlakiem. Oto co moi rozmówcy mieli do powiedzenia.

MICHAŁ KACZOŃ: Znajdujemy się w Berlinie, gdzie „Elixir” ma swoją światową premierę. Miasto odgrywa także szczególną rolę w samym dziele, jako miejsce akcji. Skąd się wziął pomysł, aby to był akurat Berlin?

ANYA WĄTROBA: Oryginalnie pierwszy scenariusz napisaliśmy w Australii, ale później zastanowiliśmy się, że teraz tylko w Berlinie w tym klimacie globalnym artyści mogliby mieszkać w ten sposób. Przedtem sama byłam  w Berlinie i sądzę, że to miasto jest teraz jak Nowy York w latach 80., albo Paryż w latach 20. – nie jest drogo, żeby żyć. I co artysta potrzebuje, żeby zrobić sztukę? Czas. To zauważyłam, jak ostatni raz byłam w Berlinie, jeszcze przed pisaniem scenariusza do tego filmu, że właśnie tutaj ludzie mają czas, żeby myśleć o sztuce, żeby ją robić, tworzyć. Więc, żeby to było autentyczne, akcja musiała dziać się właśnie w Berlinie. Tylko w Berlinie byłam koło takiego środowiska. Ludzi, którzy mogli żyć sobie w taki sposób.

MK: Berlin to tak ważne miejsce akcji, że można nawet dokładnie określić, gdzie znajduje się squat, w którym mieszkaą bohaterowie. Wyraźnie widać i słychać nazwę stacji metra Yorckstrasse. Czy to konkretne miejsce miało szczególne znaczenie?

ANYA WĄTROBA: Nie. Po prostu akurat tam udało nam się znaleźć konkretne miejsce, w którym mogliśmy kręcić. Fabryka, w której produkowano kiedyś monety. Teraz to miejsce wyludnione, puste, ale posiadające kilka takich studio-apartaments. Cała fabryka, w której kręciliśmy, była zupełnie pusta. Zaadaptowaliśmy wszystko do naszej wizji. Tak naprawdę wybór tej stacji podyktowany był więc tylko faktem, że tam konkretnie był nasz plan zdjęciowy.

MK: Gdybyś miała streścić w kilku zdaniach o czym według Ciebie jest ten film?

AW: Jest o przyjaźni, miłości i sztuce. Tak konkretnie o tych trzech rzeczach. Ale także o potrzebie odnalezienia swojego głosu, jako artysta albo pisarz. Bo to jest najważniejsza rzecz – żeby autentycznie odnaleźć TWÓJ głos i później mieć odwagę ten głos ogłosić światu. Żeby go odnaleźć i móc o nim mówić. Jednak najbardziej też o przyjaźni, miłości oraz strachu. Te trzy rzeczy. Dlatego bohaterowie, z wyjątkiem Lexii, bazują na postaciach Surrealistów. Chcieliśmy po prostu zadać też pytanie –  jak oni by teraz żyli, jak odnaleźliby się w naszej rzeczywistości, w klimacie 2014/2015 roku. Jaki mieliby dostęp do sztuki. Bo teraz artysta musi walczyć. Z powodu komercjalizacji – sztuka stała się produktem. Chcieliśmy opowiedzieć o tych dwóch głównych wątkach – o sprawach osobistych oraz  o tym, co artysta musi w dzisiejszym świecie przeżyć, aby móc odnaleźć swój artystyczny głos. I nie tylko to – żeby ktoś go w ogóle usłyszał, żeby w ogóle mógł zaistnieć.

MK: Skąd natomiast pomysł na taki konkretnie tytuł? Dlaczego „Elixir”?

AW: Tytuł wybrał Brodie (Higgs), reżyser filmu. Wybrał go, ponieważ to było jak picie nektaru wiedzy, ambrozji, absyntu. Czegoś metafizycznego.

MK: Rozumiem. Czyli sztuka jako taka ambrozja.

AW: Tak, właśnie. Co to jest ten eliksir, który…

MK: … nakręca działanie?

AW: Tak, tak, właśnie. Gdzie znaleźć inspirację.

MK: Teraz pytanie o konkrety. W pewnym momencie pojawia się scena ćwiczenia zbiorowej podświadomości – gdy jedna osoba leży na stole, a Andre (Breton) wprowadza ją jakby w trans. Jaki był konkretny zamysł tej sceny?

AW: Dużo pracowaliśmy nad tą sceną. Myśmy sami mieszkali w podobnym squatcie, w Melbourne. Ja, reżyser i jeszcze troje innych artystów. To też była dawna fabryka. I wtedy zaczęliśmy szukać informacji na temat Surrealistów. W jakie gry grali, aby dostać się do własnej podświadomości. Jedną z takich gier był właśnie ten „rytuał spania” (sleeping ritual), gdzie jedna osoba niby spała, a później Andre Breton chodził i wprowadzał jakby w stan hipnozy. Chcieliśmy ukazać ten proces artystycznej inspiracji. Na przykład Salvador Dali też spał, a potem spisywał swoje sny i wykorzystywał je potem w swoim malarstwie. Wiadomo, że artyści osiągali stan inspiracji także innymi środkami – alkoholem czy narkotykami. Ale my chcieliśmy pokazać bardziej kreatywny sposób, aby dostać się do podświadomości. Ta scena jest więc bezpośrednio oparta na tym, co Surrealiści naprawdę robili w Paryżu w latach 20.

MK: Jak to się stało, że Wasze ścieżki zeszły się z reżyserem? Jak doszło do tego, że zaczęliście razem współpracować?

AW: Spotkaliśmy się w Melbourne pięć lat temu. Rok później zaczęliśmy razem pisać scenariusz. Oboje skończyliśmy Szkołę Filmową. Tylko, że Brodie zajmował się dokumentem, a ja pisałam. Mieliśmy wspólny krąg znajomych i tak się jakoś złożyło, że temat Surrealistów wspólnie nas zainteresował. Zaczęliśmy coś na ten temat pisać. Trzy lata temu przyjechaliśmy do Polski, aby zrobić wspólnie krótki film. Wtedy poznaliśmy Sebastiana Pawlaka. Strasznie nam się podoba klimat, w którym ludzie pracują w Polsce. Dlatego nasz operator też jest z Polski. Chcemy pracować z Polakami, ale też z międzynarodową obsadą w Europie.

MK: To właśnie akurat idealnie wpisuje się w moje następne pytanie. Zdjęcia są doskonałe. Operator Michał Englert naprawdę wykonał kawał świetnej roboty. Te zdjęcia są na wysokim poziomie.

AW: Tak, tak.

MK: W związku z tym chciałem zapytać o samą końcówkę. Jest wtedy moment, gdy kamera podąża za Lexią, a  tuż przed ekranem pojawia się dwóch policjantów, którzy mówią, że nie wolno tutaj filmować. I moje pytanie brzmi: czy to było zamierzone już na poziomie scenariusza czy po prostu wydarzyło się w trakcie kręcenia zdjęć?

AW: To nam się troszeczkę zdarzyło. Jak kręciliśmy w Berlinie, to mieliśmy strasznie dużo problemów: tutaj można kręcić, tutaj nie można kręcić, trzy metry tutaj, trzy metry tam. Później ten moment dodaliśmy, aby pokazać, że ciężko tutaj zrobić sztukę też.

MK: To jest bardzo znaczące i trafne dla całego filmu. Stąd moje pytanie o celowość tego zagrania – i na jakim etapie pojawił się pomysł, by je wykorzystać?

AW: Mieliśmy taki pomysł, żeby na końcu pokazać, że to też jest dokument, że to nie jest prawdziwe życie. Takie breaking technique, złamanie czwartej ściany. Pokazanie, że to jest nasza sztuka, obraz, który myśmy namalowaliśmy. Dzięki takiemu zabiegowi chcieliśmy przypomnieć widzowi, że ten film to też coś, co jest stworzone. Jednak fakt, że ten Niemiec przychodzi, zwyczajnie się zdarzył.

MK: Takie zamknięcie filmu stanowi świetną klamrę.

AW: Tak, potwierdza tezę samego filmu – o trudnościach tworzenia sztuki w dzisiejszych czasach.

MK: Jak długo przygotowywaliście tekst? Rozumiem, że cztery lata.

AW: Tak, cztery lata.

MK: A ile przeróbek przeszedł scenariusz?

AW: Chyba siedem. Nawet, kiedy już spotkaliśmy się z aktorami i zaczęliśmy z nimi pracę, to dokonaliśmy zmian. Lubię pracować z aktorami. Rozmawiać z nimi. Jestem otwarta na zmienię dialogów. Zależy mi tylko, aby prawda sceny i prawda o charakterze postaci zostały zachowane. Dialogi, konkretne słowa trochę się więc zmieniły. Od pierwszego szkicu – wtedy film miał trwać jakieś trzy godziny (śmieje się) – obraz przeszedł jednak około siedmiu znaczących przeróbek.

MK: Pod koniec filmu na wystawie sklepowej pojawia się książka z Twoim nazwiskiem.

AW: O, tak (śmieje się)

MK: Czy planowałaś napisać książkę? Skąd ten pomysł?

AW: Nie, nie. (śmieje się). Nasz scenograf – Sebastian Soukup wie, że ja też piszę książkę. Pewnie jeszcze pięć albo siedem lat będę ją pisać. Dostałam od niego maila: „Czy będzie OK, jeśli Twoją twarz umieścimy na plakacie?”. To był dzień przed zdjęciami, więc powiedziałam: „Aaa, OK”. Ale teraz jak to widzę na ekranie, to tak mi jest głupio. (śmieje się).

MK: To chyba miała być taka zachęta, abyś skończyła ten projekt.

AW: Właśnie. Takie popchnięcie: „Musisz teraz skończyć”. (śmieje się)

MK: Jaki jest Twój następny projekt?

AW: Piszemy czteroczęściowy mini-serial, który będzie rozgrywać się we Francji i w Polsce. Będzie to bardziej komercyjny projekt, dotyczący cyber-terrorystów. Tylko z innej perspektywy. Oni są kapitalistycznymi rewolucjonistami, którzy chcą zinfiltrować firmy i zmienić je na dobre.

MK: Trochę jak projekt „2020”, który był współfinansowany przez Unię Europejską.

AW: Tak. Nasi bohaterowie mają być takimi korporacyjnymi szpiegami, którzy będą infiltrować wielkie firmy, jak chociażby firmy testujące kosmetyki na zwierzętach, czy wykorzystujące dzieci do pracy i będę próbować zmienić je od środka. Na razie mamy wstępny pomysł, ale chcemy iść właśnie w takim kierunku.

MK: Brzmi ciekawie. Dziękuję za rozmowę.

AW: Dziękuję.

 
Komentarze (2)

Napisane w kategorii Bez kategorii, Movies

 

Oprawca i Ofiara

01 mar

Część wpisu: Berlinale – dzień 4: Kolejnym obrazem obejrzanym tego dnia był pokazywany w sekcji 14plus, zbierającej interesujące filmy z nastoletnimi bohaterami z całego świata, szwedzki film „Flocken”. Między napisaniem a publikacją wpisu okazało się też, że dzieło Beaty Gardeler zostało uhonorowane Kryształowym Niedźwiedziem dla Najlepszego Filmu w kategorii 14plus.

Tytuł najnowszego flmu szwedzkiej reżyserki Beaty Gardeler – „Flocken”, wywodzący się od określenia stada ptaków lecących w kluczu, ślepo podążających za liderem – wskazuje na główne zainteresowanie twórczyni – spojrzenie na działanie pewnych mechanizmów społecznych.

Flocken” jest z tego powodu tematycznym krewniakiem wyśmienitego duńskiego „Jagten„. Oba filmy przedstawiają niezwykle zbliżone sytuacje – posądzenie o fizyczne wykorzystanie drugiej osoby staje się bazą dla ukazania mechanizmu eskalacji ostracyzmu społecznego w małym miasteczku.

Główna różnica polega na tym, że o ile sytuacja w „Jagten” jest pewna od początku, dla zwiększenia ukazania działania mechanizmu wykluczenia, tak we „Flocken” sprawa rozgrywa się na zasadach „jej słowo przeciwko jego słowu”. A tak naprawdę jej słowo kontra to, co mówią wszyscy poza samym chłopakiem. Społeczeństwo zdecydowało co właściwie wydarzyło się między parą już na etapie plotki o wydarzeniu. Prawda stoi tu więc na bardzo dalekim planie. Dobitnie pokazuje to scena wyroku sądowego. Jej wynik nic nie zmienia w podejściu mieszkańców. Oni już podjęli decyzję, niezależnie od tego, co ktokolwiek im teraz powie. Długo nie zdradzając widzowi prawdziwej wersji wydarzeń, reżyserce udaje się jeszcze mocniej zobrazować całą ważkość zaistniałej sytuacji.

Mechanizm ostracyzmu jest więc w tym względzie równie silny, a chwilami może nawet mocniejszy niż w „Jagten”, gdyż w tej konkretnej sytuacji wykluczeniu ulegają tak naprawdę dwie osoby. Zarówno oprawca, jak i ofiara, stają się odosobnione od społeczności. Na różne sposoby i w nieco innej skali, ale jednak stają się gruntownie niezrozumiane i odsunięte. Dziewczyna, której nikt nie wierzy oraz dziwnie zachowujący się chłopak, którego nikt tak naprawdę nie chce słuchać.

Niezwykle trudne położenie, w którym znaleźli się główni bohaterowei, nieźle odegrani przez debiutujących młodych aktorów. W ich grze przeważa wiele wycofania i krępacji działania, co jednak doskonale wpisuje się w charakterystykę postaci w tym konkretnym momencie ich historii.

We „Flocken” bardzo mocno dostaje się także instytucji kościoła, gdyż ksiądz jest jedną z pierwszych osób, które w udawanej trosce zarzucają dziewczynie szerzenie nieprawdy.

Mimo skupienia na działaniu grupowym, reżyserka w bardzo wyrazisty sposób zarysowuje przed widzem możliwe powody, dla których mogło dojść do tej sytuacji. W całym tym kontekście tym mocniejsza jest końcówka, która przez samych aktorów została określona jako „ostatnie wolanie o pomoc”.

Mimo całej tematycznej zbieżności, „Flocken” nie dosięga poziomu emocjonalnej wyżymarki, jaką dało nam „Jagten„. Choć trzeba przyznać, ze chwilami widzowi towarzyszą podobnie silne, negatywne emocje względem niesprawiedliwości, którą możemy oglądać na ekranie. Ogólnie rzecz biorąc – „Flocken” to dobry film, któremu niestety trochę brakuje, by być prawdziwie świetnym.

Ocena: 7/10

 
Komentarze (2)

Napisane w kategorii Movies

 
 

  • RSS