RSS
 

Notki z tagiem ‘avengers’

Avengers: Czas Ultrona

08 maj

„Avengers: Age of Ultron”. Kolejny obraz z Marvelowej stajni jest dziełem, które od razu wrzuca widza w wir akcji, nie zatrzymując się, aby przedstawić nam bohaterów, czy przypomnieć co działo się poprzednio. Nie musi. Widzowie doskonale wiedzą na co się szykują i odrobili pracę domową w postaci obejrzenia poprzednich dziesięciu filmów, wchodzących w skład Marvel Cinematic Universe.

Po początkowej akcji odbicia znanego artefaktu z rąk Złych, następuje długi moment wyciszenia,  który stopuje akcję na rzecz rozważań na temat życia superbohaterów „po godzinach” i potrzebie czasu dla siebie. Następnie twórcy znów przyciskają pedał gazu i w kilku lokalizacjach prezentują stylową blockbusterową rozwałkę. Obraz przepełniony jest ogromną dawką humoru. Bohaterowie sypią bon-motami na prawo i lewo, genialnie operują mimiką, by ukazać swoje wewnętrzne zaskoczenie, a scena z imprezy, gdy panowie próbują podnieść młot Thora przejdzie do klasyków serii i gatunku.

Obraz Whedona stoi wzorową chemią między wszystkimi bohaterami, których z odcinka na odcinek przybywa. Mimo to interakcje każdego członka grupy z pozostałymi ogląda się z przyjemnością, gdyż widać w nich pełne zrozumienie współpracowników oraz gierki słowne, które ze sobą nieustannie prowadzą.

Fragmenty opowieści dotyczące Czarnej Wdowy pokazują zaś, że jej samodzielny film mógłby być interesującą szpiegowską historią, która mogłaby pokazać jej trening, jako wyszkolonej morderczyni i być może zahaczyć nawet o kawałek dziejów bohaterki, związanych z Budapesztem, o którym słuchaliśmy w pierwszej części „Avengers”. Wszystko wskazuje na to, że cała historia  Agentki Romanoff pełna jest intrygujących momentów. Szkoda, że dane nam będzie zobaczyć jedynie jej fragmenty. Więcej czasu ekranowego dostaje też Agent Burton – Hawykeye, który zyskuje trochę więcej osobowości i rozszerzone backstory, przez co zaczyna być pełnoprawnym członkiem ekipy, a nie jedynie drugoplanowym dodatkiem.

Nowe nabytki serii też radzą sobie bardzo przyzwoicie, dostając swoje mocne pięć minut. Najważniejszym dodatkiem jest rodzeństwo Maximoff: Petro i Wendy, czyli Quicksilver i Scarlet Witch, których widzieliśmy już w scenie po napisach „Zimowego Żołnierza”. Aaron Taylor-Johnson i Eilzabeth Olsen z wdziękiem i gracją prezentując możliwości swoich bohaterów. W szczególności dobrze wypada rozpędzony Quicksilver, któremu brakuje wprawdzie specyficznego poczucia humoru tegoż bohatera z „X-Men: Days of Future Past”, jednak sceny, w których za pomocą swojego atutu – prędkości, rozprawia się z przeciwnikami, są imponujące. Dobry jest też James Spader w tytułowej roli Ultrona, zwłaszcza w chwilach, gdy odkrywa w sobie wewnętrznego Petera Griffina z „Family Guya”, nieumyślnie powodując spustoszenie i w komiczny sposób za to przepraszając. Ultron pełen jest wewnętrznych rozterek, a chociaż jest robotem, jest niezwykle ludzki i łatwo dostrzec jego sposób myślenia.

Wartym wynotowania jest także fakt, zauważony już przez kilku kolegów po fachu – „Age of Ultron” to nie samodzielny film, a jedynie kolejny odcinek serialu, który z kilkumiesięcznymi odstępami chętnie oglądamy w kinie. Struktura filmu, bez wyraźnego początku, czy zakończenia wpisuje się dokładnie w tę serialową zasadę, przysparzając radości tym, którzy doskonale rozeznają się w koneksjach między poszczególnymi bohaterami, wyłapując smaczki, pojawiające się na ekranie. Jednym z nich może być to, że finał znów jest wariacją na temat pomysłu „obiekt latający ma spaść na miasto”, który występuje w niemal każdym z filmów Marvel Cinematic Universe. Mimo pewnej wtórności obraz przysparza jednak dobrej rozrywki. „Age of Ultron” wydaje się wprawdzie nieco rozpasany, odrobinę za długi w swojej środkowej części. Gdyby ciut go skrócić, tempo i siła  rozważań bohaterów byłaby mocniejsza. Z drugiej strony, nawet w obecnej formie, niektóre kwestie nie mogą w pełni wybrzmieć. Z seansu wyszedłem więc z pewnego rodzaju dychotomią, która nie zdarzała mi się przy poprzednich odcinkach MCU. Poczucie jednoczesnego przesytu i niedosytu to chyba główna przypadłość, jakiej doświadczyłem. Rozwiązaniem na to byłoby chyba nieco inne rozłożenie akcentow, takie jak to, które cechowało najlepszy odcinek Avengersowej przygody, czyli „Zimowego Żołnierza”. Tam konstrukcja fabuły była bardziej wyważona i klarowna, pewnie dlatego, że akcja kręciła się wokół mniejszej grupy bohaterów. Tutaj, chociaż każdy dostaje odpowiednią ilość czasu ekranowego, zabrakło wisienki na torcie, która sprawiłaby, że obraz oglądało by się jedynie z nieskrywaną radością, bez tej szczypty soli, która czyni odbiór nieco kwaśniejszym.

W dzisiejszych czasach trudno uniknąć zdjęć wyciekających z planu przed premierą, zwłaszcza siedząc w prasie filmowej, dlatego częścią rozrywki z seansu przysporzyło mi wyłapywanie momentów, które widać było na zdjęciach, które obiegły świat na wiele miesięcy przed premierą. Największą radość, poza śmianiem się z niezłych one-linerów, z których większość była jakby specjalnie przygotowana dla fanów serii, uwypuklając charakterystyczne zagrywki bohaterów, było także wyłapanie kilku sprytnych product-placementów. W tym tego, który rzucił mi się w oczy już w pierwszych minutach, czyli dresu firmy Hummel, który skojarzył mi się z czasem mieszkania w Danii, w której trudno było nie zauważyć szału na tę serię. Miło było więc zobaczyć taki akcent w wysokobudżetowej amerykańskiej produkcji. Ciekawe ile firma musiała zapłacić za to, żeby Pietro Maximoff mógł nosić to właśnie odzienie.

Avengers: Age of Ultron” ma bardzo wiele świetnych, celnych tekstów, intrygujących fragmentów interakcji, czy wciskających w fotel scen akcji, a jednak nie trafi na moją listę ulubionych filmów Marvela. „Kapitan Ameryka: Zimowy Żołnierz” zostaje w tym momencie na jej szczycie (nie licząc „Strażników Galaktyki”, którzy są trochę poza skalą i chwilowo nieco obok MCU). Dziś wieczorem wybieram się jednak na maraton filmów Marvela, więc być może zmienię moją opinię o drugiej części przygód ugrupowania superbohaterów. Na razie moja ocena to:

Ocena: 7/10

PS. Sceną po napisach tym razem się nie popisali, ale sekwencja napisów końcowych, układająca się w posąg przedstawiający walczących bohaterów jest już naprawdę dobra.

 
Komentarze (40)

Napisane w kategorii Movies

 

Agents of S.H.I.E.L.D

03 cze

Marvel Agents of S.H.I.E.L.D”, czy jak projekt był znany wcześniej, po prostu „S.H.I.E.L.D”, to serial Marvela, rozgrywający się w tym samym uniwersum, co filmowe dzieła tegoż studia. Serial, który miał być utrzymany na tym samym wysokim poziomie, co produkcje z Marvel Cinematic Universe potrzebował dużo czasu, by zdobyć własną tożsamość i zadowolić widzów. Pierwsze odcinki były bowiem wielkim zawodem, oferując poziom realizacji oraz proceduralne „sprawy tygodnia” na poziomie słabych produkcji z początku lat 90.

Oglądaliśmy więc początki „supergrupy” szpiegów pod dowództwem Agenta Coulsona (którego zmartwychwstanie po wydarzeniach z „Avengers” jest najważniejszym wabikiem serialu i główną zagadką całej produkcji), którzy muszą dogadać się ze sobą, by rzeczywiście być sprawnymi w działaniu. Sęk tkwi w tym, że początkowe sprawy i interakcje bohaterów ukazują ich jako marionetki bez charakteru, których działania w ogóle nas nie interesują. Jedynymi dobrymi punktami pierwszych odcinków były gościnne występy postaci z MCU (Marvel Cinematic Universe) oraz liczne słowne nawiązania do wydarzeń z tychże. Serialowi brakowało głównej osi fabularnej, a  sprawom tygodnia odpowiedniej głębi.

Początki oglądało się więc z trudem. Na szczęście jednak trudy zostały wynagrodzone, gdyż serial rozkręcił się mniej więcej od odcinka nr. 10, a poważny wiatr w skrzydła nabrał od odcinka 14, nie wspominając o fali tsunami, która wywindowała jego poziom przy odcinkach powiązanych z „Winter Soldierem”. Wszystko wskazuje więc na to, że „S.H.I.E.L.D” powinno było być serialem 13 odcinkowym, zamiast nadmuchiwania go do rozmiarów pełnego 22-odcinkowca. Pierwsze odcinki wiały bowiem nudą, słabym aktorstwem, nietrafionymi decyzjami dotyczącymi misji. Jak ktoś ładnie zauważył początki serialu pokazywały Agentów Specjalnej Trosku, a nie ogromnej organizacji, jaką jest S.H.I.E.L.D. Na szczęście, dramatyczne wydarzenia z „Kapitana Ameryki” znacznie wpłynęły na dramaturgię serialu, zapewniając widzowi nie tylko świetną rozrywkę, ale serial, do którego aż chce się wracać, z niecierpliwością oczekując kolejnych odcinków.

W Internecie można znaleźć listę odcinków „must-watchów”, które warto obejrzeć, jeśli chcemy się wciągnąć w „S.H.I.E.L.D”, ale pominąć słabe odcinki. Muszę przyznać, że w pełni zgadzam się z tą listą, gdyż odcinki pomiędzy zdecydowanie nie wnoszą nic szczególnego w rozwój postaci, czy samej historii. Wymienione jednak bawią już w znacznym stopniu, choć w nierównomiernej skali. (Odcinki z końca sezonu są zdecydowanie lepsze od tych nawet znośnych pierwszych).

S.H.I.E.L.D” ostatecznie jest więc jedynie niezłym serialem, który posiada potencjał na przyszłość. Być może, gdyby twórcy zdecydowali się poczekać do mid-season z rozpoczęciem swojego serialu, mieliby więcej czasu na przemyślenie swojej koncepcji i przekazanie widzom produktu od początku do końca lekkostrawnego. W obecnej formie początki są zwyczajnie tak męczące, że aż można bez żalu zarzucić serial. Na szczęście złe dobrego początki, gdyż później akcja żwawo rusza z kopyta, oferując odcinki silnie powiązane ze sobą wątkiem głównym oraz ciekawym rozwojem interakcji między bohaterami. Jest nadzieja dla Coulsona i spółki. Mam nadzieję, że w drugim sezonie, który niedawno ogłoszono, scenarzyści skrzętnie z niej skorzystają.

Najlepsze odcinki:

1×12 „The Magical Place”

1×14 „T.A.H.I.T.I”?

1×16 „End of the Beginning” (!!)

 
Brak komentarzy

Napisane w kategorii TV Shows

 

Kapitan Ameryka – Zimowy Żołnierz

30 mar

Kapitan Ameryka: Zimowy Żołnierz”, czyli sequel „Pierwszego Starcia”, osadzony również po wydarzeniach z „Avengersów” to obraz, który pięknie wywraca filmowe uniwersum Marvela do góry nogami i robi to z niebywałą gracją. Obraz diametralnie zmienia bowiem panujące dotychczas status quo.

Stylistyka filmu diametralnie się zmieniła względem poprzedniczki i, zgodnie z zapowiedziami, przypomina obecnie thriller szpiegowski i niemal polityczną grę o to komu można zaufać. Z filmu wzorowanego na obrazach wojennych, „Kapitan Ameryka” zmienił styl kręcenia na taki, który przypomina to, co prezentowano w „Avengersach” – oba obrazy posiadają podobną optykę prezentowania akcji. Jest przestronnie, wyraźnie i bardzo nowocześnie. Na dodatek w dużym oparciu o dopracowane w najdrobniejszym szczególe efekty specjalne. Styl prowadzenia opowieści jest ponadto bardziej stonowany i wyważony. Elementy czystej akcji przeplatają się z bardziej kameralnymi momentami, skupionymi na odczuciach samych bohaterów. Początek filmu rozgrywa się zresztą wyjątkowo powolnie, niemalże snując się niespiesznie. Wynika to jednak z faktu, iż sam bohater nie wie co ze sobą zrobić, jak zreintegrować się ze społeczeństwem, więc taka stylistyka niejako oddaje także jego wewnętrzne rozterki.

Gdy film się zaczyna, Steve próbuje nadrobić stracony czas i rozeznać się w otaczającym go świece („Internet jest bardzo pomocny”). Świetne są małe odniesienia poczynione w pierwszych scenach do procesu nadrabiania historii kultury. Notatnik Steve’a wypełniony jest listą rzeczy, które warto zaliczyć z siedemdziesięcioletniej przerwy, na której znajdują się (m.in) „Gwiezdne Wojny”, ”Rocky (Rocky II?)”, czy tajska kuchnia. Fakt, że w pewnym momencie Natasha cytuje także „War Games” stanowi kolejny ukłon w stronę maniaków filmowych, potrafiących wychwycić takie ładne nawiązania. Rozterki Steve’a Rogersa schodzą jednak na dalszy plan, gdy w Agencji dzieje się coś zupełnie nieprzewidywalnego. Nie zdradzając zbyt wiele, powiem, że akcja nabiera zdecydowanych rumieńców od chwili, gdy na ekranie pojawia się policja.

Wartym wynotowania jest także fakt, że „Winter Soldier” sprawdza się przyzwoicie też jako zamknięta całość – opowieść o ziarnku niepewności zrodzonej w wielkiej organizacji. Obraz Anthony’ego i Joe Russo da się obejrzeć bez znajomości poprzedników, gdyż intryga zarysowana jest wyjątkowo klarownie, a poszczególne elementy wyjaśnione dość przejrzyście. Jednocześnie obraz jest świetnie połączony z „jedynką”, wspominając o wszystkich postaciach, które wtedy mogliśmy oglądać na ekranie. Nie powinno to jednak dziwić – skoro wykorzeniamy naszego bohatera z jego naturalnego środowiska, nie dziwi fakt, że mężczyzna próbuje dostać jakieś domknięcie informacji o losach swoich najbliższych. A wraz z nim i sami widzowie. Nadal wprawdzie nie wiemy co stało się z (spoiler?) Red Skullem, jednak mam pewne przeczucie, że następny film Marvela może rzucić na to nieco światła (end of spoiler?).

Świetne jest aktorstwo. Wszyscy doskonale czują się w kanwach swoich postaci. Chris Evans jeszcze lepiej niż poprzednio charakteryzuje swojego bohatera, dodając do jego kreacji wewnętrzne rozterki, o to komu może w pełni zaufać. Wprowadzenie Agentki Romanoff (Czarnej Wdowy) (Scarlett Johansson) jako pomocnicy Steve’a było znakomitym posunięciem, gdyż para stanowi znakomity duet. Oboje dobrze się dogadują i świetnie uzupełniają w życiu zawodowym. Łączącą ich wzajemną nić porozumienia ogląda się z niebywałym zainteresowaniem. Falcon, w wydaniu Anthony’ego Mackie jest odpowiednio wyluzowany i pomocny przy rozkręcaniu się głównej osi fabuły. Sebastian Stan, choć małomówny, to sprawdzający się w swojej roli z gracją i dobrze wiedzieć, że jego bohater nie powiedział jeszcze ostatniego słowa, bo to postać z prawdziwym potencjałem. Dodanie do obsady Roberta Redforda niejako nobilituje obraz i podbija poziom aktorstwa. Redford portretuje swojego bohatera w klarowny sposób, swoimi działaniami budząc gamę emocji. Natomiast Samuel L. Jackson czuje się jak ryba w wodzie, po raz kolejny wcielając się w Nicka Fury’ego. Jeśli o aktorach mowa, należy też wspomnieć, że warto mieć oczy szeroko otwarte, gdyż w pewnym momencie dostaniemy przewspaniałe cameo, które ucieszy każdego fana pewnej wyśmienitej serialowej produkcji, którą niedawno tutaj polecałem. Dość powiedzieć, że ja przywitałem pojawienie się tej postaci gromkim śmiechem. (Spoiler?) Lekko niepokoi za to brak Agenta Coulsona, ale ostatnie odcinki „Agentów S.H.I.E.L.D” rzucają nieco światła, czemu Phil nie  przewija się przez ekran. Niemniej jego pojawienie się byłoby miłym bonusem. (end of spoiler?)

Dynamiczna muzyka, choć jednostajna, świetnie sprawdza się w scenach akcji, które zresztą ukazane są w wyjątkowo ciekawy sposób. Choreografia walk w szczególności przykuwa uwagę, ciesząc oko swoim niecodziennym stylem. Dodatkowym bonusem jest fakt, iż doskonale została rozwiązana sprawa kostiumu. Zarówno nowego, jak i starego.

„Kapitan Ameryka: Zimowy Żołnierz” przysparza masy pozytywnych wrażeń. Spójny, klarowny sposób prowadzenia opowieści, zasadzenie jej na problemie zaufania oraz zaskaujących plot-twistach, sprawiły, że pozytywnie wyróżnia się na tle pozostałych obrazów Marvela, znajdując się wyjątkowo blisko dzisiejszej rzeczywistości. Świetna zabawa!

Ocena: 8/10

PS. Sceny po napisach, jak zwykle nie zawodzą. Nie są wprawdzie wybitne, ale stanowią miły przedsmak tego, co będziemy mogli oglądać na ekranach w przyszłości. Pierwsza ukazuje świetną charakteryzację, a druga domyka pewien wątek. Marvel świetnie radzi sobie w prowadzeniu spójnej, przejrzystej opowieści.

 
Komentarze (7)

Napisane w kategorii Movies

 

Thor: The Dark World

08 lis

Sequel „Thora“ rozpoczyna się po wydarzeniach z „Avengers“. Loki trafia do więzienia, a Thor próbuje przywrócić pokój dziewięciu królestwom. Tymczasem nad Asgardem zbierają się ciemne chmury – widmo nowego zagrożenia, które może zagrozić wszystkiemu nad czym Thor uczynnie pracował przez ostatni czas. Nie wchodząc w zbytnie szczegóły fabuły, tak przedstawia się zarys historii przedstawionej w najnowszej produkcji Marvela.

„Dwójka“ jest dużo lepsza od „jedynki“ – bardziej napakowana akcją, żarcikami, dramatycznymi scenami i wszystkim innym za co widzowie pokochali uniwersum Marvela. „Mroczny Świat“ ogląda się jak opowieść, która porywa i przykuwa do ekranu już od pierwszych minut. Jak gdyby z motoru napędowego fabuły zdjęto „training wheels“ i pozwolono mechanizmowi działać na pełnej mocy. Akcja w większości dzieje się w Asgardzie i pozostałych Królestwach, co dodaje filmowi aury tajemniczości i ekscytacji z odkrywania nowych miejsc. Nawet Ziemia zostaje tym razem reprezentowana nie przez USA, a Wielką Brytanię, co także dodaje smaczku odkrywania nowej lokalizacji dla przygód naszych bohaterów.

Każdy element w najnowszym filmie przywołuje uśmiech na twarzy widza, tak dobrze jest spreparowany. Dramatycznych momentów jest tu więcej i są one świetnie poprowadzone, dając widzowi możliwość odczuwania całego spektrum różnorodnych emocji. Oglądając film nie można też pozbyć się wrażenia pewnego podobieństwa z inną szalenie popularną serią filmową. Mowa o „Gwiezdnych Wojnach“. Scena ataku na Asgard i bitwa statków kosmicznych silnie przywodzą na myśl nową Lucasowską trylogię, w pozytywnym tego słowa znaczeniu.

Aktorzy czują się jak ryby w wodzie grając swoje postaci. Mieli czas oswoić się ze swoimi bohaterami, dzięki czemu błyszczą na ekranie. Prym oczywiście wiedzie Loki, któremu pozwolono na większą niż wcześniej serię znakomitych one-linerów i ciekawych żartów sytuacyjnych. Ziemska ekipa wprowadza jeszcze więcej humoru niż dotyczsac, za sprawą świetnej relacji bohaterek Kat Dennings i Natalie Portman.

„Thor 2“ to świetna letnia komiksowa rozrywka, w sam raz na chłodne wieczory listopada. Przepraszam, że o filmie tak krótko i nieporadnie, ale proces odnowy recenzenckiego stylu przychodzi mi powolnie.

Ocena: 8,5/10

(Aż się zastanawiam czy nie pójść drugi raz! XD (Wtedy może coś dopiszę do tej „recenzji“).

PS. Oczywiscie, że jest scena po napisach. (Nawet dwie! XD) O tym chyba nie trzeba już nikomu przypominać.

 
Komentarze (7)

Napisane w kategorii Movies

 

Man and his Machine(s)

10 maj

Iron Man 3“ to najlepsza część serii o „Człowieku z Żelaza“, idealnie wpisująca się w chronologię zdarzeń, znaną z poprzednich filmów.

Tony, po wydarzeniach z Nowego Yorku, nękany jest atakami paniki, które nie dają mu spać, powodując koszmary senne. Nie potrafiąc odnaleźć się w swoim dawnym życiu, zaszywa się w swojej „piwnicy“, gdzie udoskonala swoje opus magnum, czyli pancerz Iron Mana. Nowe prototypy powstają w zaskakującym tempie, a Tony znajduje niecodziennego kompana swoich codziennych rytuałów. Z ukrycia wyrwie go dopiero głośna sprawa terrorysty ze Wschodu, który grozi Amerykanom atakami zakrojonymi na szeroką skalę, a jego słowa nie są rzucane na wiatr. Metody działania Mandaryna są tak nietypowe, że na miejscu katastrof nie można znaleźć nawet śladu ładunku wybuchowego, który doprowadził do potężnych zniszczeń.

Równolegle prowadzony jest wątek Aldricha Killiana, potentata, który przychodzi z intratną propozycją do Szefowej Stark Industries. Działanie Extremis, formuły proponowanej do produkcji na masową skalę, jest jednak zbyt ekstremalne, co widać doskonale w jednej ze scen, ilustrującej jej możliwości. Scena ta przekracza bowiem dozwoloną normę przesady, przysługującą na minutę filmu, nawet biorąc pod uwagę komiksowy rodowód dzieła. Na szczęście ten moment stanowi jedynie jeden z dwóch przesadzonych pomysłów scenariusza, który poza tym ogląda się z nieskrywanym zaangażowaniem i radością. Obraz posiada dobre tempo, które nie siada, nawet gdy na ekranie rozgrywane są sceny, mające stricte humorystyczny wydźwięk. Większość z nich zasadza się na urokliwym charakterze Tony’ego oraz jego nietypowych relacjach z innymi.

Aktorstwo stoi na dobrym poziomie i tym razem nie ma postaci do której można by się przyczepić. Wszyscy wypadają naturalnie, wpisując się w charakterystykę swoich bohaterów. Weterani serii czują się już tak swobodnie w swoich rolach, że czystą przyjemnością jest oglądanie ich na ekranie. Robert Downey Junior jest stworzony do grania Tony’ego Starka, dlatego również w trzeciej/czwartej części jego przygód czuje się jak ryba w wodzie. Partnerująca mu Gwyneth Paltrow sprawdza się na ekranie równie dobrze, co w poprzednich odcinkach, a jej relacja z Tonym jest bardzo wiarygodna. Tym razem nawet Don Cheadle przekonał mnie do swojej postaci. Kiedy aktor porządnie rozchodził już uciskające go obuwie poprzednika w drugiej części filmu, w trzeciej odsłonie poczuł się już swobodniej i z pełną werwą stawiał kroki, jako pułkownik James Rhodey, najlepszy przyjaciel Starka. Zaskakuje Ben Kingsley jako Mandaryn. To, co aktor zrobił ze swoją postacią stanowi niezwykły popis umiejętności, których po aktorze się nie spodziewałem. Widząc go zwykle w innym repertuarze, nie spodziewałem się, że z taką swobodą wpisze się w klimat filmu komiksowego, ani że tak dobrze będzie bawić się swoją rolą. Bardzo ciekawa kreacja, która urzeka w szczególności akcentem aktora. Niezły jest Guy Pearce, jako potentat Aldrich Killian. Killian jest człowiekiem, którego przeszłość związana jest z przeszłością samego Tony‘ego. A choć jego motywacja jest wręcz komiksowo prosta, nie sposób odmówić mu charyzmy i zdeterminowania w dążeniu do celu. Pearce sprawdza się ponadto o niebo lepiej od swojego poprzednika, czyli Justina Hammera w interpretacji Sama Rockwella, który niestety położył swoją postać, czyniąc z niej kogoś na wzór rozwydrzonego nastolatka. Skoro o młodych mowa – bardzo ciekawie wypadły sceny z Harleyem (Ty Simpkins), małym pomocnikiem Tony’ego, podczas jego śledztwa w stanie Tennessee. Wzajemna relacja obu panów jest niezwykle urokliwa i posiada wiele humorystycznych momentów. Ich przekomarzanie się ogląda się z przyjemnością. Tak jest też w przypadku scen z Rebeccą Hall, która całkiem zgrabnie poradziła sobie ze swoją rolą, tworząc postać charakterologicznie zbliżoną do Jane Foster (Natalie Portman) z „Thora“.

Dziwna jest muzyka skomponowana przez Briana Tylera. Przez większość seansu brzmi bowiem jak ścieżka dźwiękowa wyciągnięta z innego Uniwersum. Poszczególne motywy przypominają to, co słyszeliśmy już w innych filmach o superbohaterach (m.in w animowanej wersji Batmana). Nietypowe zagranie, nie posiadające niestety oryginalności. Warto ponadto dodać, że wraz z wypuszczeniem ścieżki dźwiękowej do filmu, wytwórnia Holywood Records wydała także krążek z muzyką „inspirowaną dziełem“. I choć na „Heroes Fall“ znajdują się wyjątkowo zgrabne rockowe kawałki takich grup jak Imagine Dragons, Walk The Moon, 3OH!3, czy frontmana Wolfmother, żaden z utworów, znajdujących się na krążku nie trafił do gotowego dzieła. Co zaskakujące – znalazło się w nim natomiast miejsce dla przeboju roku 1999, który wprowadza nas w nastrój „milenijnej“ imprezy sylwestrowej, czyli kawałka „I’m Blue“ grupy Eiffel 65. Nietypowe zagranie, doskonale jednak oddające styl tamtych czasów.

Brakuje słów, by opisać efekty 3D, gdyż takowych… zwyczajnie nie ma. W paru scenach próbowano wprawdzie zrobić zagranie „w stronę widza“, jednak nie wyszło to zbyt naturalnie. Trójwymiar jest więc tutaj po prostu zbędny.

„Iron Man 3“ jest godnym zwieńczeniem serii o Tonym Starku, które spokojnie mogłoby stanowić jej ostatni rozdział. Zgrabie wpisuje się w tematykę poprzednich odcinków, uzupełniając ją o nowe ciekawe motywy, a także dopowiadając dalszą część opowieści. (Na szczęście plansza na napisach końcowych rozwiewa wątpliwości, głosząc że „Iron Man powróci“). Zmiana na reżyserskim stołku (z Jona Favreau na Shane’a Blacka) wyszła płynnie i bezproblemowo. „Trójka“ przysparza wielu pozytywnych wrażeń i emocji, stanowiąc niezwkle zgrabny blockbuster, który wykorzystuje pełnię potencjału, kryjącego się w postaci Iron Mana.

Ocena: 8-/10

PS. Jest scena po napisach! I to JAKA! O, Bogowie! :D To wisienka na torcie dla wszystkich fanów serii! :)

Recenzja ukazała się również na łamach poratlu Hatak.pl

 
1 komentarz

Napisane w kategorii Movies

 

Dream Team

14 maj

Avengers” Jossa Whedona to film, na który przyszło nam długo czekać. Pierwsza wzmianka o jego powstaniu pojawiła się w 2008 roku, podczas napisów końcowych „Iron Mana„. Od tego czasu mogliśmy tylko zaostrzać swój apetyt na to, co nastąpi. Wszystkie następne ukryte scenki zapowiadały coraz większą zabawę. (Najlepsza to ta po napisach „Thora”).

„Avengers” to bowiem film, do którego najlepiej się wcześniej przygotować, oglądając produkcje, poświęcone bohaterom wchodzącym w skład ugrupowania. Po przygodach Człowieka z Żelaza przyszedł czas na opowieści o HulkuThorzeKapitanie Ameryce. Choć poszczególne filmy prezentowały różny poziom, muszę przyznać, że wszystkie „wysiłki”, które trzeba było podjąć, by być gotowym do wydarzenia, jakim jest premiera „Avengers”, w pełni się opłaciły!

Film ogląda się bowiem wyjątkowo dobrze. Siła tego projektu tkwi właśnie w interesującym zestawieniu wielu bohaterów oraz ciekawym ukazaniu ich różnorodnych interakcji. Twórcy mówili, że ten film to próba przeniesienia komiksowego pomysłu cross-overów i występów gościnnych postaci z różnych opowieści. Próba ukazania, że te historie należą do jednego świata. Unaocznienia, że są one ze sobą powiązane.
Trzeba przyznać – próba wyjątkowo udana. Strzałem w dziesiątkę było powolne przygotowywanie widza na przyszłe spotkanie postaci w jednym filmie. Poprzez umieszczanie wzmianek na ten temat w obrazach poświęconych każdemu z bohaterów, twórcy tylko wzbudzali naszą ciekawość, co z tej sytuacji wyniknie.
Udało się też dlatego, że wszyscy aktorzy doskonale czują się w kanwach swoich postaci, co umożliwiło tak dobre odebranie ich interakcji na ekranie. Każde z nich tak umiejętnie oddaje charakter swojego bohatera, że nie sposób oderwać od nich oczu. Dzięki temu sceny z udziałem każdego członka obsady oglądało się z satysfakcją i zadowoleniem. Sprawiło to, że świetnie wypadły zarówno sceny grupowe, jak i te, w których rozmawia ze sobą jedynie dwójka bohaterów. Najlepsze, że z każdego spotkania wynika coś ciekawego. Bardzo satysfakcjonujące jest również to, że wszyscy gracze mają tu znaczącą rolę do odegrania. Wkład każdej postaci jest widoczny i zarysowany w interesujący sposób. Dzięki temu ma się wrażenie, że bohaterowie są równoważni. Że to prawdziwa drużyna, choć złożona z wielu Osobowości.

Wszystko było możliwe, dzięki wyjątkowo dobremu aktorstwu. W tym filmie nie ma ani jednej złej roli. Wszyscy spisali się na medal. Na szczególną pochwałę zasługuje jednak trójka aktorów. Robert Downey Junior, który po raz kolejny bryluje na ekranie i czuje się, jak ryba w wodzie, gdy przychodzi mu grać Tony’ego Starka. Aktor przyzwyczaił nas do wyśmienitych występów, więc nie było to niczym zaskakującym. Słowa uznania należą się także Markowi Ruffalo, który sprawdził się jako Hulk. Ba, wypadł nawet bardzo przekonująco. Wręcz wyśmienicie. Na dodatek to pierwszy raz, kiedy twórcom udało się w odpowiedni i ciekawy sposób opowiedzieć historię z udziałem Zielonej Bestii. Dwóm filmom się nie udało, ogromnie więc cieszy fakt, że tutaj jego rola była już interesująca. Również Tom Hiddleston w roli Głównego Złego zaprezentował się z najlepszej strony. Jego Loki jest odpowiednio zapatrzony w siebie, dążący do odzyskania władzy dla polepszenia swojej wartości, a na dodatek działający pod wpływem pobudek osobistych, co zawsze stanowi najsilniejszą motywację. To właśnie ta trójka wypadła najlepiej, wśród morza intrygująco zarysowanych i zagranych postaci.

Pozostali członkowie obsady również zaprezentowali się z najlepszej strony. Chris Evans i Chris Hemsworth ciekawie odegrali problemy z dostosowaniem się do nowych warunków, w jakich przyszło im się znaleźć. Samuel L. Jackson i Clark Glegg, którzy pojawiali się sporadycznie w poprzednich produkcjach, dostali tu większą rolę do zagrania i włożyli w nią dużo zaangażowania, co unaoczniło czemu są tak ważnymi postaciami. To samo tyczy się Scarlett Johansson i Jeremy’ego Rennera. Sceny z ich udziałem oglądało się z dużym zainteresowaniem, dostrzegając czemu zostali zwerbowani do ugrupowania. Ten fakt cieszy tym bardziej, że poprzednie spotkanie z Czarną Wdową nie było niczym intrygującym. Tu na szczęscie jest inaczej.

Oczywiście scenariusz też był przyzwoity. Bardzo umiejętnie rozłożono w nim akcenty. Fabuła zawiera w sobie wiele różnorodnych elementów: momenty rozpędzonej akcji, humorystyczne wstawki, wielkie przemowy, czy sceny kameralne, prezentujące motywacje bohaterów. Sprawiło to, że historia była różnorodna i przysparzała szerokiej gamy wrażeń.

Bardzo dobrze sprawdziła się też strona techniczna. Obraz, dźwięk, efekty specjalne, czy spinający całość montaż – wszystko zostało dopięte na ostatni guzik. Mimo, że niektóre elementy przywodziły na myśl inne produkcje, (ktoś tu ewidentnie oglądał najnowszych  ”Transformersów”), całość dała bardzo satysfakcjonujący efekt, który oglądało się z uśmiechem na ustach. Muszę przyznać, że efekty 3D też były niezłe. Trójwymiar nie męczył i nie był jedynie znaczkiem na plakacie. W kilku scenach dość znacząco wykorzystano tę technologię, a podczas całego seansu zdjęcie okularów powodowało różnicę. Również kompozycje Alana Silvestriego* brzmiały dobrze, akompaniując wszystkim scenom. Wpadały w ucho i dodawały emocji. Nie były jednak na tyle przebojowe, by zostać w głowie na dłużej. Jednak w trakcie trwania seansu sprawdziły się wyjątkowo dobrze.

Dzięki temu „Avengers” oglądało się z dużym zainteresowaniem. (Zwłaszcza od momentu, gdy akcja nabrała porządnych rumieńców). To po prostu najwyższej klasy blockbuster, który bawi, emocjonuje i trzyma w napięciu. Seans upływa w świetnej atmosferze, a uśmiech niemal nie schodzi z naszych ust. Z tego powodu z chęcią wystawiam dziełu Whedona ocenę 8,5/10, szczerze zachęcając do jego obejrzenia.

PS. Tak, JEST scena po napisach, (no, w zasadzie po ich pierwszej partii).
PS2. W kinach amerykańskich są natomiast dwie sceny. (Check IMDB* & YouTube* (includes spoilers!!, także wchodzicie na własną odpowiedzialność)).

 
Komentarze (9)

Napisane w kategorii Movies

 

„If we can’t protect the World, you can be damn sure we’ll Avenge it!” :D”

12 paź

Jak wiecie, z nadzieją czekam na Projekt "Avengers", w reżyserii Jossa Whedona.

Film o przygodach ugrupowania superbohaterów, w którego skład wchodzą: Iron ManThorKapitan Ameryka i Hulk, zagości na ekranach kin 4 maja 2012. Niedawno pojawił się pierwszy pełnoprawny zwiastun tej produkcji. Postanowiłem go umieścić, jako że stanowi idealne zwieńczenie mojej filmowej "misji przygotowawczej" do tego jakże ważnego popkulturalnego wydarzenia.
Także Enjoy! :)


PS. Quentinho, dzięki za cynk! :)
[EDIT] PS2. Komentarz R.Sienickiego od "The Movie". So true! (Choć wg. mnie Ruffalo może dać radę!) :)
 
Komentarze (8)

Napisane w kategorii Bez kategorii

 

It’s not easy being green!

09 paź

Zasiadłem do filmu "The Incedible Hulk" z mieszanymi uczuciami.
Z jednej strony, z dużą obawą, gdyż pamiętałem bardzo męczący seans poprzedniego "Hulka" – obrazu z 2003 roku, w reżyserii Anga Lee.

Z drugiej – miałem nadzieję, że zasłyszane opinie, mówiące, że nowe spojrzenie na postać Bruce’a Bannera i jego zielone alter-ego, jest lepsze od wersji pierwotnej, okażą się prawdziwe.

Gdyby jednak nie chęć dokończenia "misji" obejrzenia wszystkich filmów, w których występują bohaterowie "Avengers", pewnie nie zasiadłbym do tego obrazu.

I szczerze mówiąc – niewiele bym stracił! Wprawdzie nowy film rzeczywiście jest lepszy od swojego poprzednika, ale nie zmienia to faktu, że "Incredible Hulk" w żadnym stopniu nie porywa! Początkowe sceny, rozgrywające się w Rio de Janeiro, są wprawdzie bardzo obiecujące i ciekawie poprowadzone, jednak kiedy akcja przenosi się do Ameryki, cały urok pryska.

Zawodzi charakterystyka postaci. Za mało wiemy o głównych bohaterach, by w pełni przejąć się ich losem. W fabule za dużo jest niedomówień, które psują nam seans, gdyż nie wyjaśniają motywacji bohaterów, ani nie tłumaczą konkretnych zjawisk. (Na przykład: czemu Abominaton potrafi mówić, skoro Hulk nie umiał?! Czemu (spoiler?!) Banner nie ginie po upadku na ziemię z ogromnej wysokości, skoro nie zdąrzył się przemienić? (end of spoiler!)

Momentami wydaje się wręcz, że brakuje tu pojedynczych scen, czy całych sekwencji, które splatałyby tę historię w spójną całość. Z tego, co wyczytałem* – dopiero na stole montażowym pozbyto się bardzo wielu scen, które przybliżały nam motywacje bohaterów. Nie wiem czemu je wycięto, ale zdecydowanie nie wyszło to filmowi na dobre.

Historia, w formie, w jakiej została zaprezentowana, zupełnie mnie nie zaangażowała. Seans nie wywołał w zasadzie żadnych emocji. Niby nie oglądało się tego tragicznie, ale jednak brakowało w tym filmie prawdziwego dramatyzmu. Losy bohaterów nie obchodziły mnie na tyle, by z zaciekawieniem oglądać ich walki między sobą. Zresztą nawet te nie prezentowały się zbyt ciekawie. Trwały jedynie kilka chwil i ograniczały się do uderzania pięściami.

Mimo gwiazdorskiej obsady, bohaterowie wypadli nienaturalnie.
Wydaje się jednak, że problemem był raczej nieciekawy zarys postaci, już na etapie scenariusza, niż brak umiejętności aktorskich obsady. W końcu jej członkowie już wielokrotnie dowiedli, że posiadają talent aktorski.

Edward Norton w początkowych scenach wypada naprawdę przyzwoicie, dopiero poźniej jego bohater "rozłazi się na wszystkie strony", stając się postacią niewiarygodną. Możliwe jednak, że w pierwotnym zarysie filmu, jego Banner wypadł dużo lepiej, ale skoro pozbyto się wielu fragmentów obrazu, nie dane nam było zobaczyć jego rozudowanej osobowości.

Reszta obsady wypadła już słabo, próbując wypowiadać swoje kwestie z realizmem; te były jednak tak nienaturalne, że trudno im w cokolwiek uwierzyć.

Jedyne, co podobało mi się w "The Incredible Hulk" to początek, (do momentu powrotu do USA) oraz samo zakończenie, scena finałowa. Wszystko pomiędzy wypadło wyjątkowo słabo.
Tym samym druga szansa, jaką dałem zielonemu monstrum, okazała się niewypałem. Wychodzi na to, że ten konkretny bohater zwyczajnie do mnie nie przemawia. Dlatego filmy o jego przygodach bardzo szybko wylatują z mojej głowy.

Także ostatecznie – nie polecam!
"The Incredible Hulk" okazał się najsłabszym filmem, prowadzącym do Projektu "Avengers"; na który zresztą jestem już w pełni gotowy! :D Szkoda tylko, że do maja jeszcze daleko!

PS. Tym razem scena ‚po napisach’ pojawiła się przed napisami. Jak gdyby twórcy wiedzieli, że wszyscy wybiegną z kina zaraz po skończeniu projekcji tej słabizny, więc nikt jej nie zobaczy.

 
Komentarze (4)

Napisane w kategorii Movies

 

The God of Thunder.

20 wrz

"Thor", czyli kolejna adpatacja Marvelowskiego komiksu, przybliżająca nas do Projektu "Avengers", zrzeszającego całą ligę superbohaterów, to obraz opowiadający o Synu Odina i jego konflikcie z Ojcem, i Bratem.

Fabuła filmu dzieli się na dwie części. Pierwsza, ważniejsza, rozgrywa się w Asgardzie, Świecie Bogów, rodem z nordyckiej mitologii. To tu rodzi się konflikt między członkami rodziny królewskiej, który stanowi główną oś fabuły. Przedstawiony jest on w wiarygodny i dramatyczny sposób, przywodzący na myśl ‚klasyczne’ rozwiązania. Czyżby dlatego, że film reżyserował Kenneth Branagh, spec od adaptacji Szekspira? Wydaje się, że to właśnie dzięki tym doświadczeniom, sceny w Świecie Bogów są tak szczere i ciekawe.

Druga część rozgrywa się zaś na Ziemii i stanowi preludium do tego, co będziemy oglądać w "Avengersach". Po banicji z rodzinnego świata, Thor zostaje zesłany na naszą planetę, gdzie musi przecierpieć w ludzkim ciele, póki nie będzie godny, by na nowo dzierżyć berło swojej mocy – Młot Mjolnir.

O ile sceny w Asgardzie bardzo mi się podobały, o tyle wydarzenia na Ziemii, nie są już niczym specjalnym. Nie przykuwają uwagi, nie podnoszą ciśnienia, w zasadzie w ogóle nie wywołują oczekiwanych emocji. Są też mniej wiarygodne niż to, co dzieję się w Świecie Bogów.
Winę za taki stan rzeczy ponosi przeciętna gra aktorska i naprędce napisany scenariusz, (a przynajmniej jego "ziemska" część). Jeśli mam być szczery – na Niebieskiej Planecie nie dzieje się nic specjalnie ciekawego. Żadna scena nie wgniata w fotel, żadna nie zostanie na dłużej w naszej pamięci. Mimo, że to tu dokonuje się przemiana w głównym bohaterze, wydarzenia pokazane są w sposób, który każe nam myśleć, że nie oglądamy nic ważnego. Przykład niech stanowi wątek romantyczny. Choć widać pojedyncze oznaki, że Jane i Thor mają się ku sobie, parze brakuje chemii, czy chociażby odpowiedniej ilości romantycznych sytuacji, byśmy uwierzyli w ich "wielką milość", która wpłynie na zachowanie głównego bohatera. Czym Jane zaimponowała Thorowi, że wywarła na nim tak duże wrażenie? Kiedy w ogóle zdążyli się w sobie zakochać, skoro spędzili ze sobą raptem kilka chwil?
Właśnie z powodu takich niedociągnięć "ziemska" fabuła wypada słabo. Mimo to, filmu Branagha nie ogląda się źle. Ogromna w tym zasługa sprawnie zrealizowanych scen w Asgardzie oraz przyzwoitej gry aktorskiej głównych bohaterów.

Warto jednak zauważyć, że mowa tu raczej o postaciach bogów. Chris Hemsworth, Tom Hiddleston oraz Anthony Hopkins dobrze czują się w skórze swoich bohaterów i w intersujący sposób odgrywają ich wewnętrzny dramat. Najlepiej z całej trójki wypadł Hiddleston. Jego postać jest jedyną wielowymiarową i niejednoznaczną, pojawiającą się w filmie, dlatego wywołuje największe emocje.

Ziemianie wypadają już przeciętnie. Natalie Portman, Kat Dennings i Stellan Skarsgard grają bowiem w sposób, który możnaby określić jako "beznamiętny". Czemu się jednak dziwić, skoro ich bohaterowie nie posiadają jakiejkolwiek głębi?

Nie za wiele mam do napisania o muzyce*, skomponowanej przez Patricka Doyle’a, poza tym, że ‚jest’ i wypada całkiem przyzwoicie, jako akompaniament dla ekranowej akcji. Muszę jednak zganić twórców za użycie utworu "Walk" zespołu Foo Fighters, na napisach końcowych. Ten rockowy kawałek w ogóle nie pasuje do klimatu filmu. Wydaje się być z zupełnie innej bajki. Decyzję o jego wykorzystaniu uważam za tak samo niefortunną, jak użycie piosenki Take That na napisach "X-Men: First Class". Nie wiem według jakiego klucza dobierano te utwory, ale ktoś wyraźnie nie przyłożył się do swojej pracy.

"Thora" oglądało mi się przyzwoicie, choć nie przyniósł mi takich emocji, jak "Kapitan Ameryka", czy pierwszy "Iron Man". Historie pozostałych superbohaterów, wchodzących w skład "Avengersów" były zwyczajnie ciekawsze. Gdyby bardziej popracowano nad ziemskimi scenami, "Thor" byłby dużo lepszy. A jako, że tego nie zrobiono, obraz Branagha dostaje ode mnie (naciągnięte) 7/10. (Ocena podciągnięta za bardzo dobre sceny w Świecie Bogów). Liczyłem na więcej!

PS. Scena po napisach jest intrygująca! (Najciekawsza ze wszystkich dotychczasowych).
PS2. Teraz pozostaje mi jedynie obejrzeć "The Incredible Hulk", bym był w pełni przygotowany na przyszłorocznych "Avengersów". Szczerze liczę, że moje "wysiłki" nie pójdą na marne i film powali mnie swoim wysokim poziomem! :)

 
Brak komentarzy

Napisane w kategorii Movies

 

True American Hero

11 wrz

Captain America: The First Avenger” to opowieść o początkach jednej z flagowych postaci uniwersum Marvela. Mimo to takiej, która nie istnieje w grupowej świadomości tak mocno, jak Spiderman, czy X-Meni. Na szczęście – film Johnstona może to zmienić.

Historia Steve’a Rogersa, cherlawego chłopaka z Brooklynu, który za wszelką cenę chce zaciągnąć się do wojska, by pomagać swojemu krajowi, opowiedziana jest w wyjątkowo interesujący sposób. Film nie ma rozpędzonego tempa, jednak wydarzeniom towarzyszy urok i klimat rodem z najlepszych filmów przygodowych, na czele z „Indianą Jonesem”. I nie chodzi tylko o podobieństwo tematu (walka z Nazistami), ale też o specyficzny sposób prowadzenia historii. Opowieść toczy się niespiesznie, jednak w sposób, dzięki któremu zżywamy się z bohaterami. Aktorzy grają powściągliwie, ale cechuje ich duży urok osobisty. Dostajemy też przyjemne one-linery, które są w stanie wywołać nasz uśmiech. Zdjęcia stylizowane na „stare kino” wypadają przyzwoicie i są momenty, gdy wydaje się, że oglądamy film, który powstał kilkanaście lat temu. Twórcom udaje się tę stylizację zamienić w atut produkcji.

Obraz Johnstona rozgrywa się w czasach II wojny światowej. Już sam fakt umieszczenia akcji w przeszłości, stanowi odmianę dla typowych „filmów komiksowych”, rozgrywających się „tu i teraz”. Jak pokazują jednak niedawne doświadczenia filmowe (m.in seans „Pierwszej Klasy„, czy „Strażników„) – adaptacje komiksów osadzonych w przeszłości, są dużo ciekawsze, niż te rozgrywające się w dniu dzisiejszym. Często posiadają wolniejsze tempo akcji, które pozwala bardziej skupić się na bohaterach i przybliżyć motywację ich działania. Podobnie jest tym razem. „Kapitan Ameryka” jest obrazem, w którym dość dobrze poznajemy bohaterów i możemy przejąć się ich losem.

Duża w tym zasługa dobrze dobranej obsady. Chris Evans wypada bardzo przekonująco, jako Steve Rogers. Jego bohater jest człowiekiem o nieugiętym morale, pełnym determinacji w dążeniu do spełnienia wyznaczonych celów. Jest waleczny i często staje do walki „o słuszną sprawę”, mimo, że jego wymizernione ciało nie oddaje siły jego ducha. Dzięki temu bohater prezentuje się dużo ciekawiej niż poprzednia rola aktora wprost ze świata komiksu. Wydaje się wręcz, że Evans podskoczył o aktorską klasę wyżej od czasu, gdy wcielał się w Thorcha w „Fantastycznej Czwórce”. Jego postać w filmie Johnstona jest dużo bardziej wiarygodna od tej z dzieła Tima Story’ego.

Hugo Weaving, jako Główny Zły wypada już przeciętnie. Jego bohaterowi brakuje tego szatańskiego błysku w oku, który charakteryzuje prawdziwe Czarne Charaktery. Red Skull, choć jest niezłym przeciwnikiem, to jednak za mało ‚diabolicznym’ (oczywiście nie od strony wyglądu), i nieobliczalnym, by budzić prawdziwy respekt i strach.
Weaving podobał mi się dużo bardziej w innej komiksowej roli, w której, nota bene, ani razu nie pokazał swojej twarzy. Jako V w „V jak Vendetta” prostymi środkami stworzył bohatera intrygującego i niejednoznacznego. Tutaj natomiast niczym nas nie zaskakuje.

Dobrze wypada za to drugi i trzeci plan. Tommy Lee Jones jest jak zwykle świetny, jako głównodowodzący wojsk, Stanley Tucci przekonujący jako Dobry Niemiecki Naukowiec, Hayley Atwell urokliwa jako obiekt westchnień Steve’a, a Sebastian Stan odpowiednio waleczny, jak na żołnierza przystało. Warto wspomnieć też o Dominicu Cooperze, który z lekkością i charyzmą wciela się w młodego Howarda Starka, ojca Tony’ego

Nie są to wprawdzie wybitne kreacje aktorskie; daleko im też do popisów aktorów z „Mrocznego Rycerza”, jednak ekipa sprawdza się bardzo dobrze, wnosząc wiele życia w swoje postaci.

Nic szczególnego nie wyróżnia ścieżki dźwiękowej*, skomponowanej przez Alana Silvestriego, dlatego nie warto się nad nią pochylać. Efekty 3D wypadają za to przyzwoicie. Zdjęcie okularów powoduje różnicę, obraz posiada nieco większą głębię niż normalnie, a do tego kilkukrotnie „wypada na nas coś” z ekranu. I choć nie jest to najwyższa jakość trójwymiaru, nie jest to też bezpardonowy „skok na kasę”, jak w przypadku najnowszych „Piratów z Karaibów„. Także efekt trzeciego wymiaru można zaliczyć na plus.

„Kapitan Ameryka” jest filmem spokojniejszym, bardziej stonowanym, poważniejszym i bardziej patetycznym, (w pozytywnym znaczeniu) niż adapatacje komisków, pokroju „Wolverine’a„, czy „Spidermana”. Nie oznacza to jednak, że jest filmem pozbawionym akcji. Ta również się pojawia i przedstawiona jest w wyjątkowo przystępny, nieco „oldschoolowy” sposób.

Obraz Johnstona ogląda się przez to, jak świetnie zrealizowany film przygodowy. To sprawia, że powinien on przypaść do gustu nawet osobom, które z różnych powodów nie preferują adaptacji opowiesci obrazkowych. Mnie film podobał się tak bardzo, że pod koniec żałowałem, że przed „Avengersami”, czyli obrazem o Marvelowskiej Lidze Superbohaterów, mogliśmy oglądać tylko jeden film o Kapitanie. „Pierwszy Mściciel”, (a nie żadne „Pierwsze Starcie”!, jak brzmi polski podtytuł) nie jest wprawdzie tak świetny, jak moi ulubieni „X-meni”*, jednak w pełni zasługuje na mocne 8/10. Dlatego chętnie obejrzałbym kolejny film, poświęcony jego przygodom.

PS. * Pewnie dlatego, że film o jednym superbohaterze jest mniej ciekawy niż obraz o ich grupie. Dlatego „Avengers” zapowiadają się wyśmienicie. Wisienką na torcie tego projektu jest fakt, że zostanie on wyreżyserowany przez „our one-and-only” Jossa Whedona. Angaż twórcy doskonałych seriali: „Angel”, „Buffy”, czy „Dr. Horrible’s Sing-Along Blog” oznacza, że emocje będą sięgać zenitu! :)

 
Komentarze (4)

Napisane w kategorii Movies

 
 

  • RSS