RSS
 

Notki z tagiem ‘berlinale’

Berlinale: Elixir: Wywiad: Sebastian Pawlak

26 mar

Elixir” w reżyserii australijskiego reżysera Brodiego Higgsa, prezentowany na Berlinale w sekcji „Perspektive Deutsches Kino” to osadzona w dzisiejszym Berlinie opowieść o współczesnych wersjach artystów-surrealistów, którzy zmagają się z wyzwaniami dzisiejszej rzeczywistości, w tym wyzwaniami dotyczącymi dziedziny sztuki. Obraz pokazuje różnice charakterologiczne między członkami ugrupowania, w którego skład wchodzą (m.in) Andre Breton (Swann Arlaud), Tristan Tzara (Sebastian Pawlak), czy Luis Aragon (Mateusz Kościukiewicz). A właściwie ich dzisiejsze, uwspółcześnione wersje.

Australijski reżyser, polska scenarzystka i zdjęcia kręcone w Berlinie. Szczególny miks, który sprawił, że film stanowi interesujący głos w sprawie roli artystów w dzisiejszym świecie.

Miałem szansę porozmawiać z współscenarzystką obrazu Anyą Wątrobą oraz dwójką aktorów: Mateuszem Kościukiewiczem oraz Sebastianem Pawlakiem. Oto co moi rozmówcy mieli do powiedzenia.

Michał Kaczoń: Jesteśmy w Berlinie, gdzie toczy się akcja Twojego filmu. Czy to miasto ma dla Ciebie jakieś szczególne znaczenie?

Sebastian Pawlak: Ma szczególne znaczenie, właśnie przez „Elixir”. Spędziłem tutaj prawie dwa miesiące i no nie ukrywam, że granie po angielsku było dla mnie jakby dodatkowym wyzwaniem. Wypowiadania się w innym języku, jednak z czuciem i z przepływem energii jest bardzo trudne. Musiałem wykonać o wiele większą pracę niż grając we własnym języku.

MK: Dlaczego zainteresowałeś się tym projektem?

SP: Anya (Wątroba) z Broddiem (Higgsem) przyjechali do Polski, aby spotkać się z polskimi twórcami i po prostu zaproponowali mi rolę w  filmie, który kręcili u nas – „Painting and painting”. Przyszedłem na casting, oni mnie wybrali i współpraca potoczyła się dobrze. Broddie zaproponował mi potem rolę w „Elixirze”. Oczywiście się zgodziłem i wszedłem w ten ich świat. To była długa droga. Rozmawiałem z nimi na temat scenariusza, o mojej obecności w filmie i moich różnych obawach. Był moment, kiedy powiedziałem, że nie będę grał. Broddie mnie przekonał. Cały czas jednak język był dla mnie jakąś granicą, którą musiałem w sobie przekroczyć.

MK: Chciałeś zrezygnować właśnie z powodu języka?

SP: Tak. Miałem jakiś głęboki lęk spowodowany językiem. Naciskałem na twórców, aby scenariusz był gotowy i przetłumaczony wcześniej. Żebym mógł pracować z coachem nad językiem i wymową oraz rolą jako taką. I udało się.

MK: No właśnie – jaki był proces przygotowywania się do roli? Czy czytałeś Manifesty Surrealistów?

SP: Tak, oczywiście. Czytałem nie tylko manifesty surrealistów. W Polsce wyszła książka pod tytułem „Manifesty”. Są w niej manifesty dadaistów i manifesty Dogmy, wszystkie manifesty. Czytałem też książkę o performancie, gdyż założyliśmy, że Tristan w naszym filmie jest performerem.

MK: Mówiąc o performancie – co sądzisz o tego rodzaju sztuce?

SP: Jestem blisko tej sztuki, dzięki teatrowi. Teatr ewoluuje w różne strony i mówi się  nawet o performatywnym działaniu aktora. To jest modne. Znam performerów w Polsce. Uczestniczyłem w performance’ach, na przykład w Komunie Warszawa. W cyklu „Re//Mix” brałem udział w reperformancie „Abramovic” w reżyserii Łukasza Chotkowskiego. Uważam, że jest to bardzo fajna forma, jeżeli jest naprawdę osobista i jeżeli w niej rzeczywiście o coś chodzi.

MK: Jak wam się układała praca na planie? Jak się dogadywaliście z reżyserem? Czy dawał Ci dużo uwag czy było większe nastawienie na improwizację ?

SP: Dwa tygodnie spędziłem w tym domy. Bardzo dużo improwizowaliśmy. To było dla mnie interesujące doświadczenie, taka przygoda. Lubię ten sposób pracy, przypominający próby teatralne. Film rządzi się jednak swoimi prawami. Dla mnie próby przed filmem, były ciekawe i momentami magiczne. Broddie pracował klasycznie. Był scenariusz, bo to jednak nie jest film oparty na improwizacji. Ja niestety nie mógłbym na planie improwizować w języku angielskim. Czasami improwizuje się nie używając języka. Są różne formy i tak właśnie pracowaliśmy. Jednak w samym filmie wszystko jest już z góry zaplanowane.

MK: Jak dogadywaliście się z aktorami? Jaki był proces tworzenia konfliktu?

SP: Robiliśmy takie wieczory w Glasshaus i Broddie zadawał nam jakiś temat do przepracowania. Miałem przygotować jakiś performance i grupa go omawiała. Wtedy były różnego rodzaju rozmowy i tworzyły się konflikty. Czasami miałem też prowokować konflikty w grupie i zobaczyć co się stanie.

MK: O czym według Ciebie jest ten film? Jak na przykład rozumiesz tytuł w kontekście całej opowieści?

SP: Właśnie! Wiem, że o tym rozmawialiśmy, ale minęło już tyle czasu i tyle rzeczy się wydarzyło, że teraz nie wiem czy odpowiem jakoś sensownie na to pytanie. Może jest to ten Elixir, ten napój twórczy, który wyczerpał się w tej grupie. Po powrocie Tristana do Glasshaus są próby stworzenia tego cudownego napoju na nowo. Ale czy on powstaje?  Czy to odpowiedni czas i miejsce, aby mógł powstać?

MK: Czyli elixir jako coś, co spaja tę ich grupę?

SP: Dzisiaj tak myślę.

MK: Jaki będzie Twój następny projekt?

SP: Pracuję w teatrze nad sztuką Mayenburga „Męczennicy” w reżyserii Grzegorza Jarzyny. Premiera w marcu. Kilka dni temu dostałem wiadomość, że będę grał w nowym filmie Agnieszki Holland. Jakiś czas temu był casting. To nieduża, ale interesująca rola Listonosza.

MK: Gatuluję. A planujesz jakiś projekt za granicą?

SP: Na razie nie. Pewniej czuję się w języku polskim, ale ten film pokazał mi, że da się. Nie ukrywam, że uczyłem się poszczególnych linijek. Najpierw na pamięć, potem z sensem, a później przychodziła interpretacja. Wszystko można zrobić. Jeśli masz tylko czas i ochotę.

MK: Dzięki.

SP: Dzięki.

 
Komentarze (3)

Napisane w kategorii Bez kategorii

 

Berlinale: Elixir: Wywiad: Mateusz Kościukiewicz

19 mar

Elixir” w reżyserii australijskiego reżysera Brodiego Higgsa, prezentowany na Berlinale w sekcji „Perspektive Deutsches Kino” to osadzona w dzisiejszym Berlinie opowieść o współczesnych wersjach artystów-surrealistów, którzy zmagają się z wyzwaniami dzisiejszej rzeczywistości, w tym wyzwaniami dotyczącymi dziedziny sztuki. Obraz pokazuje różnice charakterologiczne między członkami ugrupowania, w którego skład wchodzą (m.in) Andre Breton (Swann Arlaud), Tristan Tzara (Sebastian Pawlak), czy Luis Aragon (Mateusz Kościukiewicz). A właściwie ich dzisiejsze, uwspółcześnione wersje.

Australijski reżyser, polska scenarzystka i zdjęcia kręcone w Berlinie. Szczególny miks, który sprawił, że film stanowi interesujący głos w sprawie roli artystów w dzisiejszym świecie.

Miałem szansę porozmawiać z współscenarzystką obrazu Anyą Wątrobą oraz dwójką aktorów: Mateuszem Kościukiewiczem oraz Sebastianem Pawlakiem. Oto co moi rozmówcy mieli do powiedzenia.

Michał Kaczoń: Znajdujemy się w Berlinie, gdzie dzieje się akcja Twojego filmu. Czy to miasto ma dla Ciebie jakieś szczególne znaczenie?

Mateusz Kościukiewicz: Na pewno. Film „Eliksir” Brodiego Higgsa jest dość awangardowym dziełem i takim undergroundowym też, więc kręcenie tego filmu w Berlinie na pewno dodało mu dodatkowego sznytu. A jak weszliśmy do squatu, w którym kręciliśmy większą część zdjęć i kiedy zobaczyłem scenografię, autorstwa Sebastiana Soukupa, no to nagle poczułem się w innym świecie. Jakby mnie przetransportowało poza jakiś czas. Nie wiedziałem czy jestem w latach 70., 20, czy współczesnych. Dzięki temu mogłem pójść w to szaleństwo, jakąś improwizację, związaną z tym filmem.

MK: Co sprawiło, że zainteresowałeś się tym projektem? Czy to był temat, miejsce akcji, czy może osoba reżysera? Znałeś jego krótkometrażówki?

Mateusz Kościukiewicz: Współscenarzystą i współautorem tego filmu jest Anya Wątroba. Ona jest Polką, co prawda od wielu wielu lat mieszkającą w Australii, ale postanowiła wraz z reżyserem zrobić ten film z częścią polskiej ekipy. Powiedział mi o tym projekcie Michał Englert, który jest operatorem tego obrazu. Spotkałem się z Brodiem Higgsem i z Sebastianem Pawlakiem. Odbyliśmy dosyć szaloną próbę, wszystko odbywało się po angielsku i to mnie zainteresowało. Dla mnie każdy projekt za granicą jest dystansem do tego, co robię w Polsce. Zawsze dobrze mi służy.

MK: Czy jakoś szczególnie przygotowywałeś się do tej roli? Czy na przykład czytałeś Manifesty Surrealistów?

Mateusz: Czytałem, czytałem. Tego nieszczęśnika, którego miałem niby odgrywać, czy na którym się wzorować. Nie byłem w stanie tego przejść, bo  było tak fatalne. Andre Breton to już jest trochę inna półka. Ale Luis Aragon to jest już nie do przejścia moim zdaniem. Nie wiem czy miałeś okazję czytać.

MK: Nie, jeszcze nie.

Mateusz: No cóż, myślę, że wczytywanie się w te prace w pewnym momencie przestało mieć sens. To przyklejenie się do oryginalnych francuskich postaci było tylko punktem wyjścia, bohaterowie zwyczajnie ewoluowali z tokiem prac. Jedyną postacią, która przetrwała w miarę nienaruszona, to był bohater, którego grał Swann Arlaud, czyli Andre Breton.

MK: No właśnie, chciałem zapytać o pracę na planie – czy dostawałeś dużo uwag od reżysera, czy stawiał bardziej na improwizację?

Mateusz Kościukiewicz: Nie wiem dlaczego, ale reżyserzy nie dają mi zwykle za dużo uwag. Może liczą, że wszystko zrobię za nich (śmieje się). Tak pół żartem, pół serio. Ale w takich projektach,  w których reżyser debiutuje i robi pierwszy film, pewnych rzeczy się nie wie, dopóki się nie spróbuje. Często nie ma też za bardzo o czym gadać. Trzeba po prostu pracować, ustawiać się, kleić wątki ze sobą, próbować na bieżąco pewne rzeczy kontrolować, więc to są zawsze projekty dość ryzykowne. Tym bardziej jestem zaskoczony i bardzo szczęśliwy, że ten film ostatecznie znalazł się tutaj w official selection w sekcji Kina Niemieckiego. Myślę, że jest to wielki sukces dla tego filmu.

MK: A gdybyś miał streścić w dwóch zdaniach o czym jest ten film?

Mateusz: Nie mam pojęcia. (śmieje się)

MK: A tytuł rozumiesz?

Mateusz Kościukiewicz: W dwóch zdaniach? Nie wiem. Jedynie można chwycić się narracji. Grupa jakichś freaków siedzi w squatcie i próbuje tworzyć jakąś swoją undergroundową sztukę.

MK: Co sądzisz sam o sztuce performance’u? O takich rodzajach działań.

Mateusz Kościukiewicz: Dla mnie sztuka performance’u kojarzyła się zawsze z jakąś totalną kompromitacją. Wydaje mi się, że kiedyś miało to znaczenie, z racji pewnego rodzaju prowokacji społecznej  i uruchamiania pewnego fermentu społecznego, ale dzisiaj, w dobie absolutnego ataku wszelkim skandalem i jakimś zagubieniem konserwatyzmu klasy średniej, przestaje mieć rację bytu. Jakby nie spełnia swojej roli, nie porusza, nie szokuje. Zastąpiły ją inne formy sztuki improwizacyjnej.

MK: Jaki jest Twój następny projekt?

Mateusz Kościukiewicz: Teraz właśnie robię development Berlinale (śmieje się). Dlatego cały czas dbamy o Polskę i o nasz film „Body/Ciało”. Bardzo nam zależy, aby ludzie poszli na ten film do kina. Uważam, że jest to ważny film. Taki, który mówi dużo o Polsce i który na pewno nie jest takim filmem, które dotychczas robiła Małgośka. Jest zabawny. Naprawdę można się dobrze bawić oglądając go i uśmiać się po pachy.

MK: Tak. Jest naprawdę dobry.

Mateusz Kościukiewicz: I można też się wzruszyć. Myślę, że jest to film dla ludzi i Ci, którzy zobaczą ten film nie poczują się oszukani, nie poczują się przybici, tylko wręcz przeciwnie. Sueddeutsche Zeitung napisał nawet, że można feel good, tzn. wyjść i się poczuć dobrze po tym filmie. Że daje jakąś nadzieję.

Poza tym zagrałem u Filipa Bajona w „Moralności Pani Dulskiej” – w „Dulskich” („Panie Dulskie” – oficjalny tytuł filmu, którego premiera planowana jest na 2 października 2015). Z Krystyną Jandą, Mają Ostaszewską i Kasią Figurą. Projekt w takiej gwiazdorskiej obsadzie. Dość skromny, ale też dla takiej widowni, która lubi bardziej konserwatywne kino. No i gram też u Janka Kidawy-Błońskiego w filmie o Janku Banasiu – piłkarzu troszkę zapomnianym, zawodniku Górnika Zabrze i jego losach emigranta, ryzykanta, bon vivanta, trochę luzera, trochę wygranego. Bardzo ciekawa postać dramaturgicznie.

Piszę dalej scenariusze. Teraz do kin wchodzi „Disco Polo”. Z Maciejem Bochniakiem napisaliśmy scenariusz. Zagrałem też w epizodzie, bardziej symbolicznie. Liczę, że film osiągnie sukces komercyjny. W natłoku masakrycznej ilości pracy, staram się też wyłączać na chwilę i być troszkę poza tym wszystkim.

MK: Dzięki, miło było porozmawiać.

Mateusz Kościukiewicz: Dzięki.

 
Komentarze (5)

Napisane w kategorii Bez kategorii

 

Mr. Holmes

05 mar

Mr. Holmes” Billa Condona to opowieść o 93 letnim Sherlocku Holmesie. Mężczyźnie mieszkającym w małym brytyjskim miasteczku, doglądającym pszczół, który przed śmiercią chce wyjaśnić i spisać prawdziwą wersję zdarzeń swojej ostatniej sprawy. Sprawy, która sprawiła, że wyprowadził się z Baker Street i wyjechał na wieś.

Historia przedstawiona w filmie poprowadzona jest trzytorowo. Rozgrywa się zarówno w latach 60., gdzieś w oddalonej od świata małej mieścinie, Japonii kilka tygodni wcześniej oraz w latach 40., gdy miejsce miała sławna Ostania Sprawa słynnego detektywa. Każda z perspektyw czasowych opowiedziana jest w znakomity sposób, posiadając mocne strony.

W każdej na pierwszy plan wysuwa się wyśmienite aktorstwo. Ian McKellen doskonale wyczuł Holmesa, który z powodu wieku boryka się z problemami pamięci, a który, mimo wszystko, stara się przełamać chorobę i przed śmiercią wyjaśnić dokładnie szczegóły sprawy, która tak mocno nim wstrząsnęła, że nie był w stanie mieszkać dalej w Londynie. Sęk tkwi w tym, że zwieńczenie sprawy było tak traumatyczne, że Holmes zepchnął jej szczegóły w najdalsze zakamarki pamięci, a teraz, gdy ta zaczyna płatać mu figle, coraz trudniej odnaleźć mu jej sedno. Chęć dążenia do prawdy jest jednak silniejsza, więc Sherlock nie ustaje w swoich staraniach.

Towarzyszący mu aktorzy dobrze sprawdzają się na ekranie, w ciekawy sposób ogrywając swoje postaci wokół reakcji samego Holmesa. Na szczególną uwagę zasługuje w szczególności młody Milo James, którego relacja z detektywem stanie się jedną z dwóch najbardziej znaczących dla całej historii, ukazującą przemianę wewnętrzną detektywa. Laura Linney, jako matka chłopca, a jednocześnie gosposia Mr. Holmesa prezentuje się równie ciekawie, stanowiąc kontrapunkt dla szaleńczych pomysłów mężczyzn, z którymi dzieli domostwo. Niezły jest też Hiroyuki Sanada, który ma wiele żalu do Holmesa, za to co ten (rzekomo) zrobił w przeszłości.

Genialnym smaczkiem było zaangażowanie Philipa Davisa do małej roli w filmie. Jest to niezwykle trafne puszczenie oka do wprawionego widza, gdyż Davis grał taksówkarza w „A Study in Pink” w „Sherlocku” Moffatta i Marka Gatissa, czyli uwspółcześnionej wersji przygód Holmesa produkcji BBC. Wyśmienitym zagraniem jest też fakt, że na ekranie ani razu nie ujrzymy twarzy Watsona. To opowieść o ostatniej sprawie Sherlocka, podczas której John wyjechał już z Baker Street, a choć jego osoba pojawia się kilkakrotnie na ekranie, nigdy nie ujrzymy zbliżenia jego twarzy. Bardzo świadome, trafne twórcze zagranie.

„Sherlock Holmes to najsłynniejszy Brytyjczyk, który nigdy nie żył”, powiedział podczas konferencji prasowej odtwórca głównej roli Ian McKellen. Świetnym jest więc także to, że w samej historii, przedstawionej w filmie, Sherlock mierzy się z własną sławą. Książki o jego przygodach są niezwykle popularne, a ich adaptacje zbierają pełne sale widowni. To stawia bohatera w niecodziennej sytuacji tłumaczenia się z własnych nawyków, a także oddzielania prawdy od fikcji.

Mr. Holmes” to niezwykle wyważony, urokliwy obraz. „To dla mnie bardziej opowieść o ostatnich dniach życia niż opowieść o Sherlocku Holmesie”, powiedział reżyser o swoim dziele. Niemniej Ian McKellen jako słynny brytyjski detektyw, sprawdził się na ekranie wyśmienicie. Dla niego i dla ciekawej historii warto zobaczyć najnowszy obraz Billa Condona.

Ocena: 8/10

 
Komentarze (6)

Napisane w kategorii Movies

 

Berlinale: Elixir: Wywiad: Anya Wątroba

03 mar

Elixir” w reżyserii australijskiego reżysera Brodiego Higgsa, prezentowany na Berlinale w seksji „Perspektive Deutsches Kino” to osadzona w dzisiejszym Berlinie opowieść o współczesnych wersjach artystów-surrealistów, którzy zmagają się z wywzaniami dzisiejszej rzeczywistości, w tym wyzwaniami dotyczącymi dziedziny sztuki. Obraz pokazuje różnice charakterologiczne między członkami ugrupowania, w którego skład wchodzą (m.in) Andre Breton (Swann Arlaud), Tristan Tzara (Sebastian Pawlak), czy Luisa Aragon (Mateusz Kościukiewicz). A właściwie ich dzisiejsze, uwspółcześnione wersje.

Australijski reżyser, polska scenarzystka i zdjęcia kręcone w Berlinie. Szczególny miks, który sprawił, że film stanowi interesujący głos w sprawie roli artystów w dzisiejszym świecie.

Miałem szansę porozmawiać z współscenarzystką obrazu Anyą Wątrobą oraz dwójką aktorów: Mateuszem Kościukiewiczem oraz Sebastianem Pawlakiem. Oto co moi rozmówcy mieli do powiedzenia.

MICHAŁ KACZOŃ: Znajdujemy się w Berlinie, gdzie „Elixir” ma swoją światową premierę. Miasto odgrywa także szczególną rolę w samym dziele, jako miejsce akcji. Skąd się wziął pomysł, aby to był akurat Berlin?

ANYA WĄTROBA: Oryginalnie pierwszy scenariusz napisaliśmy w Australii, ale później zastanowiliśmy się, że teraz tylko w Berlinie w tym klimacie globalnym artyści mogliby mieszkać w ten sposób. Przedtem sama byłam  w Berlinie i sądzę, że to miasto jest teraz jak Nowy York w latach 80., albo Paryż w latach 20. – nie jest drogo, żeby żyć. I co artysta potrzebuje, żeby zrobić sztukę? Czas. To zauważyłam, jak ostatni raz byłam w Berlinie, jeszcze przed pisaniem scenariusza do tego filmu, że właśnie tutaj ludzie mają czas, żeby myśleć o sztuce, żeby ją robić, tworzyć. Więc, żeby to było autentyczne, akcja musiała dziać się właśnie w Berlinie. Tylko w Berlinie byłam koło takiego środowiska. Ludzi, którzy mogli żyć sobie w taki sposób.

MK: Berlin to tak ważne miejsce akcji, że można nawet dokładnie określić, gdzie znajduje się squat, w którym mieszkaą bohaterowie. Wyraźnie widać i słychać nazwę stacji metra Yorckstrasse. Czy to konkretne miejsce miało szczególne znaczenie?

ANYA WĄTROBA: Nie. Po prostu akurat tam udało nam się znaleźć konkretne miejsce, w którym mogliśmy kręcić. Fabryka, w której produkowano kiedyś monety. Teraz to miejsce wyludnione, puste, ale posiadające kilka takich studio-apartaments. Cała fabryka, w której kręciliśmy, była zupełnie pusta. Zaadaptowaliśmy wszystko do naszej wizji. Tak naprawdę wybór tej stacji podyktowany był więc tylko faktem, że tam konkretnie był nasz plan zdjęciowy.

MK: Gdybyś miała streścić w kilku zdaniach o czym według Ciebie jest ten film?

AW: Jest o przyjaźni, miłości i sztuce. Tak konkretnie o tych trzech rzeczach. Ale także o potrzebie odnalezienia swojego głosu, jako artysta albo pisarz. Bo to jest najważniejsza rzecz – żeby autentycznie odnaleźć TWÓJ głos i później mieć odwagę ten głos ogłosić światu. Żeby go odnaleźć i móc o nim mówić. Jednak najbardziej też o przyjaźni, miłości oraz strachu. Te trzy rzeczy. Dlatego bohaterowie, z wyjątkiem Lexii, bazują na postaciach Surrealistów. Chcieliśmy po prostu zadać też pytanie –  jak oni by teraz żyli, jak odnaleźliby się w naszej rzeczywistości, w klimacie 2014/2015 roku. Jaki mieliby dostęp do sztuki. Bo teraz artysta musi walczyć. Z powodu komercjalizacji – sztuka stała się produktem. Chcieliśmy opowiedzieć o tych dwóch głównych wątkach – o sprawach osobistych oraz  o tym, co artysta musi w dzisiejszym świecie przeżyć, aby móc odnaleźć swój artystyczny głos. I nie tylko to – żeby ktoś go w ogóle usłyszał, żeby w ogóle mógł zaistnieć.

MK: Skąd natomiast pomysł na taki konkretnie tytuł? Dlaczego „Elixir”?

AW: Tytuł wybrał Brodie (Higgs), reżyser filmu. Wybrał go, ponieważ to było jak picie nektaru wiedzy, ambrozji, absyntu. Czegoś metafizycznego.

MK: Rozumiem. Czyli sztuka jako taka ambrozja.

AW: Tak, właśnie. Co to jest ten eliksir, który…

MK: … nakręca działanie?

AW: Tak, tak, właśnie. Gdzie znaleźć inspirację.

MK: Teraz pytanie o konkrety. W pewnym momencie pojawia się scena ćwiczenia zbiorowej podświadomości – gdy jedna osoba leży na stole, a Andre (Breton) wprowadza ją jakby w trans. Jaki był konkretny zamysł tej sceny?

AW: Dużo pracowaliśmy nad tą sceną. Myśmy sami mieszkali w podobnym squatcie, w Melbourne. Ja, reżyser i jeszcze troje innych artystów. To też była dawna fabryka. I wtedy zaczęliśmy szukać informacji na temat Surrealistów. W jakie gry grali, aby dostać się do własnej podświadomości. Jedną z takich gier był właśnie ten „rytuał spania” (sleeping ritual), gdzie jedna osoba niby spała, a później Andre Breton chodził i wprowadzał jakby w stan hipnozy. Chcieliśmy ukazać ten proces artystycznej inspiracji. Na przykład Salvador Dali też spał, a potem spisywał swoje sny i wykorzystywał je potem w swoim malarstwie. Wiadomo, że artyści osiągali stan inspiracji także innymi środkami – alkoholem czy narkotykami. Ale my chcieliśmy pokazać bardziej kreatywny sposób, aby dostać się do podświadomości. Ta scena jest więc bezpośrednio oparta na tym, co Surrealiści naprawdę robili w Paryżu w latach 20.

MK: Jak to się stało, że Wasze ścieżki zeszły się z reżyserem? Jak doszło do tego, że zaczęliście razem współpracować?

AW: Spotkaliśmy się w Melbourne pięć lat temu. Rok później zaczęliśmy razem pisać scenariusz. Oboje skończyliśmy Szkołę Filmową. Tylko, że Brodie zajmował się dokumentem, a ja pisałam. Mieliśmy wspólny krąg znajomych i tak się jakoś złożyło, że temat Surrealistów wspólnie nas zainteresował. Zaczęliśmy coś na ten temat pisać. Trzy lata temu przyjechaliśmy do Polski, aby zrobić wspólnie krótki film. Wtedy poznaliśmy Sebastiana Pawlaka. Strasznie nam się podoba klimat, w którym ludzie pracują w Polsce. Dlatego nasz operator też jest z Polski. Chcemy pracować z Polakami, ale też z międzynarodową obsadą w Europie.

MK: To właśnie akurat idealnie wpisuje się w moje następne pytanie. Zdjęcia są doskonałe. Operator Michał Englert naprawdę wykonał kawał świetnej roboty. Te zdjęcia są na wysokim poziomie.

AW: Tak, tak.

MK: W związku z tym chciałem zapytać o samą końcówkę. Jest wtedy moment, gdy kamera podąża za Lexią, a  tuż przed ekranem pojawia się dwóch policjantów, którzy mówią, że nie wolno tutaj filmować. I moje pytanie brzmi: czy to było zamierzone już na poziomie scenariusza czy po prostu wydarzyło się w trakcie kręcenia zdjęć?

AW: To nam się troszeczkę zdarzyło. Jak kręciliśmy w Berlinie, to mieliśmy strasznie dużo problemów: tutaj można kręcić, tutaj nie można kręcić, trzy metry tutaj, trzy metry tam. Później ten moment dodaliśmy, aby pokazać, że ciężko tutaj zrobić sztukę też.

MK: To jest bardzo znaczące i trafne dla całego filmu. Stąd moje pytanie o celowość tego zagrania – i na jakim etapie pojawił się pomysł, by je wykorzystać?

AW: Mieliśmy taki pomysł, żeby na końcu pokazać, że to też jest dokument, że to nie jest prawdziwe życie. Takie breaking technique, złamanie czwartej ściany. Pokazanie, że to jest nasza sztuka, obraz, który myśmy namalowaliśmy. Dzięki takiemu zabiegowi chcieliśmy przypomnieć widzowi, że ten film to też coś, co jest stworzone. Jednak fakt, że ten Niemiec przychodzi, zwyczajnie się zdarzył.

MK: Takie zamknięcie filmu stanowi świetną klamrę.

AW: Tak, potwierdza tezę samego filmu – o trudnościach tworzenia sztuki w dzisiejszych czasach.

MK: Jak długo przygotowywaliście tekst? Rozumiem, że cztery lata.

AW: Tak, cztery lata.

MK: A ile przeróbek przeszedł scenariusz?

AW: Chyba siedem. Nawet, kiedy już spotkaliśmy się z aktorami i zaczęliśmy z nimi pracę, to dokonaliśmy zmian. Lubię pracować z aktorami. Rozmawiać z nimi. Jestem otwarta na zmienię dialogów. Zależy mi tylko, aby prawda sceny i prawda o charakterze postaci zostały zachowane. Dialogi, konkretne słowa trochę się więc zmieniły. Od pierwszego szkicu – wtedy film miał trwać jakieś trzy godziny (śmieje się) – obraz przeszedł jednak około siedmiu znaczących przeróbek.

MK: Pod koniec filmu na wystawie sklepowej pojawia się książka z Twoim nazwiskiem.

AW: O, tak (śmieje się)

MK: Czy planowałaś napisać książkę? Skąd ten pomysł?

AW: Nie, nie. (śmieje się). Nasz scenograf – Sebastian Soukup wie, że ja też piszę książkę. Pewnie jeszcze pięć albo siedem lat będę ją pisać. Dostałam od niego maila: „Czy będzie OK, jeśli Twoją twarz umieścimy na plakacie?”. To był dzień przed zdjęciami, więc powiedziałam: „Aaa, OK”. Ale teraz jak to widzę na ekranie, to tak mi jest głupio. (śmieje się).

MK: To chyba miała być taka zachęta, abyś skończyła ten projekt.

AW: Właśnie. Takie popchnięcie: „Musisz teraz skończyć”. (śmieje się)

MK: Jaki jest Twój następny projekt?

AW: Piszemy czteroczęściowy mini-serial, który będzie rozgrywać się we Francji i w Polsce. Będzie to bardziej komercyjny projekt, dotyczący cyber-terrorystów. Tylko z innej perspektywy. Oni są kapitalistycznymi rewolucjonistami, którzy chcą zinfiltrować firmy i zmienić je na dobre.

MK: Trochę jak projekt „2020”, który był współfinansowany przez Unię Europejską.

AW: Tak. Nasi bohaterowie mają być takimi korporacyjnymi szpiegami, którzy będą infiltrować wielkie firmy, jak chociażby firmy testujące kosmetyki na zwierzętach, czy wykorzystujące dzieci do pracy i będę próbować zmienić je od środka. Na razie mamy wstępny pomysł, ale chcemy iść właśnie w takim kierunku.

MK: Brzmi ciekawie. Dziękuję za rozmowę.

AW: Dziękuję.

 
Komentarze (2)

Napisane w kategorii Bez kategorii, Movies

 

Oprawca i Ofiara

01 mar

Część wpisu: Berlinale – dzień 4: Kolejnym obrazem obejrzanym tego dnia był pokazywany w sekcji 14plus, zbierającej interesujące filmy z nastoletnimi bohaterami z całego świata, szwedzki film „Flocken”. Między napisaniem a publikacją wpisu okazało się też, że dzieło Beaty Gardeler zostało uhonorowane Kryształowym Niedźwiedziem dla Najlepszego Filmu w kategorii 14plus.

Tytuł najnowszego flmu szwedzkiej reżyserki Beaty Gardeler – „Flocken”, wywodzący się od określenia stada ptaków lecących w kluczu, ślepo podążających za liderem – wskazuje na główne zainteresowanie twórczyni – spojrzenie na działanie pewnych mechanizmów społecznych.

Flocken” jest z tego powodu tematycznym krewniakiem wyśmienitego duńskiego „Jagten„. Oba filmy przedstawiają niezwykle zbliżone sytuacje – posądzenie o fizyczne wykorzystanie drugiej osoby staje się bazą dla ukazania mechanizmu eskalacji ostracyzmu społecznego w małym miasteczku.

Główna różnica polega na tym, że o ile sytuacja w „Jagten” jest pewna od początku, dla zwiększenia ukazania działania mechanizmu wykluczenia, tak we „Flocken” sprawa rozgrywa się na zasadach „jej słowo przeciwko jego słowu”. A tak naprawdę jej słowo kontra to, co mówią wszyscy poza samym chłopakiem. Społeczeństwo zdecydowało co właściwie wydarzyło się między parą już na etapie plotki o wydarzeniu. Prawda stoi tu więc na bardzo dalekim planie. Dobitnie pokazuje to scena wyroku sądowego. Jej wynik nic nie zmienia w podejściu mieszkańców. Oni już podjęli decyzję, niezależnie od tego, co ktokolwiek im teraz powie. Długo nie zdradzając widzowi prawdziwej wersji wydarzeń, reżyserce udaje się jeszcze mocniej zobrazować całą ważkość zaistniałej sytuacji.

Mechanizm ostracyzmu jest więc w tym względzie równie silny, a chwilami może nawet mocniejszy niż w „Jagten”, gdyż w tej konkretnej sytuacji wykluczeniu ulegają tak naprawdę dwie osoby. Zarówno oprawca, jak i ofiara, stają się odosobnione od społeczności. Na różne sposoby i w nieco innej skali, ale jednak stają się gruntownie niezrozumiane i odsunięte. Dziewczyna, której nikt nie wierzy oraz dziwnie zachowujący się chłopak, którego nikt tak naprawdę nie chce słuchać.

Niezwykle trudne położenie, w którym znaleźli się główni bohaterowei, nieźle odegrani przez debiutujących młodych aktorów. W ich grze przeważa wiele wycofania i krępacji działania, co jednak doskonale wpisuje się w charakterystykę postaci w tym konkretnym momencie ich historii.

We „Flocken” bardzo mocno dostaje się także instytucji kościoła, gdyż ksiądz jest jedną z pierwszych osób, które w udawanej trosce zarzucają dziewczynie szerzenie nieprawdy.

Mimo skupienia na działaniu grupowym, reżyserka w bardzo wyrazisty sposób zarysowuje przed widzem możliwe powody, dla których mogło dojść do tej sytuacji. W całym tym kontekście tym mocniejsza jest końcówka, która przez samych aktorów została określona jako „ostatnie wolanie o pomoc”.

Mimo całej tematycznej zbieżności, „Flocken” nie dosięga poziomu emocjonalnej wyżymarki, jaką dało nam „Jagten„. Choć trzeba przyznać, ze chwilami widzowi towarzyszą podobnie silne, negatywne emocje względem niesprawiedliwości, którą możemy oglądać na ekranie. Ogólnie rzecz biorąc – „Flocken” to dobry film, któremu niestety trochę brakuje, by być prawdziwie świetnym.

Ocena: 7/10

 
Komentarze (2)

Napisane w kategorii Movies

 

Moje Berlinale

15 lut

Dziesięć dni spędzonych w Berlinie na Festiwalu Filmowym Berlinale uważam za znakomite przeżycie. Po pierwsze muszę przyznać, że uwielbiam festiwale. Czy to muzyczne, czy tak jak teraz, filmowe. Festiwale posiadają dla mnie niezwykle ciekawą, uzależniającą atmosferę, która wciąga bez reszty. W ciągłym niedoczasie, ciągle w poszukiwaniu nowych wrażeń – człowiek naprawdę czuje, że żyje. Ładuje akumulatory na dłuższy czas, a mimo, że pod koniec wielodniowego chłonięcia szerokiej gamy różnorodnych doznań, czuje się zmęczony, jest to zmęczenie przepełnione ogromną satysfakcją z możliwości uczestniczenia w niezwykłym święcie muzyki bądź kina. Tak się czuję w tym momencie – zmęczony i usatysfakcjonowany. Berlinale to mój pierwszy międzynarodowy festiwal filmowy (wcześniej odwiedziłem polskie, z Gdynią, Warszawą i Łodzią na czele) i muszę przyznać, że całe wydarzenie niezwykle mi się podobało.

fot. Michał Kaczoń/Gerhard Kassner

Większość filmów zapewniło mi prawdziwie satysfakcjonujące wrażenia. Nawet w tych, które były nieco słabsze, nie zachwycały jako skończone produkty, dało się odnaleźć intrygujące momenty – zapadające w pamięć sceny, ciekawe aranżacje, rozwiązania techniczne, doskonałą pracę kamery czy aktorskie perełki. W ogólnym rozrachunku sądzę, że poziom festiwalu był dobry, prezentując różnorodne wizje naszej rzeczywistości. W chwilach, gdy dzieła nie stawiały dosadnej kropki nad i prezentowanych problemów, chociaż chwilami potrafiły przekazać prawdę o otaczającym nas świecie. Dlatego uważam, że 65. Festiwal Filmowy w Berlinie można zaliczyć do imprez na wskroś ciekawych i udanych.

Ten rok był także szczególny, ze względu na duże uczestnictwo Polski oraz kilka nagród, które trafiły w ręce Polaków. Zaczynając od lauru za Najlepszą Reżyserię dla Małgorzaty Szumowskiej za „Body/Ciało” (ex aequo z Radu Jude za „Aferim!”), przez nagrodę za zdjęcia dla Evgeniya Privina i Sergeya Mikhalchuka do filmu „Pod electricheskimi oblakami”, będącego koprodukcją polsko-rosyjsko-ukraińską. Polacy mogą pochwalić się też nagrodą Think: Film Award w sekcji Forum Expanded za „Performer” Macieja Sobieszczańskiego i Łukasza Rondudy. Film, który łączy kinematografią z wystawą muzealną. Połączenie performance’u i gry aktorskiej, dokumentu z formą fabularną.

Główną nagrodę festiwalu – Złotego Niedźwiedzia za Najlepszy Film dostało „Taxi” irańskiego reżysera Jafara Panahiego, który mimo zakazu sądowego na kręcenie filmów, wciąż tworzy interesujące fabuły. Już mówi się o tym, że nagroda główna właśnie dla tego obrazu jest więc nagrodą polityczną i społeczną, mającą pokazać siłę wolności ekspresji artystycznej, bardziej niż nagrodą stricte artystyczną. Wieść niesie,  że obraz znalazł już polskiego dystrybutora.

fot. Michał Kaczoń

Tyle drogą wstępu, czas przejść do właściwego bilansu ostatnich dziesięciu dni. Na początek – kilka liczb:

Liczba obejrzanych filmów: 21

Liczba obejrzanych filmów z Konkursu Głównego: 9

Liczba filmów Out of Competition: 4

Średnia ocen obejrzanych filmów: 6,62

Największe wrażenie zrobiły na mnie filmy, prezentowane poza Konkursem Głównym oraz dzieła z innych kategorii festiwalowych. „Kopciuszek” Kennetha Branagha, doskonale opowiedziana nowa wersja słynnej baśni, której animowana wersja studia Walta Disneya, w 1950 roku zgarnęła pierwszego w historii Złotego Niedźwiedzia dla Najlepszego Filmu. Być może właśnie w tym tkwi sekret nie umieszczenia obrazu w Competition – nie chciano, by ta sama historia wygrała dwa razy.

The Diary of a teenage girl”, czyli filmowy debiut Marielle Heller, opowiada o młodej dziewczynie, która odkrywa swoją seksualność, uwodząc chłopaka swojej matki. Obraz tematycznie doskonale wpisuje się w sekcję Generation, zrzeszającą filmy, w których bohaterami najczęściej są nastolatkowie, dopiero wchodzący w dorosłość.

Brak udziału „Mr. Holmes” Billa Condona w Konkursie Głównym był zaskakujący także dla producentów obrazu, dlatego trudno orzec jakie były powody dla których to intrygujące dzieło, dotykające kwestii zamknięcia wszystkich ważnych spraw przed śmiercią, nie dostało się do sekcji Competion.

Traf chciał, że mimo obejrzenia bardzo dużej ilości filmów w przeciągu dziesięciu dni, nie dane mi było zobaczyć wszystkich zwycięzców w najważniejszych kategoriach. Nadrobię te zaległości w najbliższym czasie. Przejdźmy do mojego prywatnego podsumowania 65. Festiwalu w Berlinie.

(Filmy z * brały udział w Konkursie Głównym. Podświetlone tytuły odsyłają do pełnej recenzji dzieła).

Najlepsze Filmy (spośród oglądanych)

Cinderella, reż. Kenneth Branagh

„Kopciuszek” w przepiękny sposób opowiada na nowo słynną baśń. Bardzo mocno stawiając na rozwój charakterologiczny postaci, czyniąc z magii jedynie niezbędny dodatek, Branagh pokazał bardzo realistyczną i wiarygodną opowieść o młodej dziewczynie, która mimo przeciwności losu, wciąż pozostaje dobroduszna i optymistycznie patrząca na świat. Znakomity obraz, który przenosi widza do lat dziecięcych i przysparza niezapomnianych wrażeń.

Ocena: 8,5/10

The Diary of a Teenage Girl, reż. Marielle Heller

„The Diary of a Teenage Girl” to pełna humoru opowieść o młodej dziewczynie, żyjącej w latach 70-tych poprzedniego wieku, która zaczyna odkrywać swoją seksualność, co wiąże się z całym szeregiem (nie)trafionych życiowych decyzji. Humorystyczne spojrzenie na newralgiczny moment życia dorastającego człowieka obfituje w niezręczne sytuacje, które potrafią wzbudzić gromkie salwy śmiechu, a które stanowią też interesującą refleksję nad ludzką naturą.

Film Heller dostał nagrodę Grand Prix przyznawaną przez Międzynarodowe Jury w kategorii Generation 14plus.

Ocena: 8/10

Mr. Holmes, reż. Bill Condon

„Mr. Holmes” – znakomita wizja Sherlocka Holmesa (Sir Ian Mckellen) u kresu swojego życia, który przed śmiercią chce jeszcze wydać na świat poprawną wersję swojej ostatniej sprawy, przez którą ponad trzydzieści lat wcześniej porzucił Baker Street i wyjechał na wieś zajmować się pszczołami. Trzy perspektywy czasowe, doskonałe aktorstwo oraz inteligentna zabawa z kanonem opowieści o Sherlocku. Znalazł się nawet mały smaczek dla fanów najnowszej telewizyjnej reinkarnacji postaci. Świetna zabawa.

Ocena: 8/10

45 Years*, reż. Andrew Haigh

„45 Years” jest subtelną opowieścią o zalążkach małżeńskiego kryzysu w dniach poprzedzających 45 rocznicę ślubu pary. Film zdobył dwa Srebrne Niedźwiedzie – dla najlepszej aktorki i najlepszego aktora, co zupełnie nie dziwi, biorąc pod uwagę, że jest to właściwie film tej dwójki. Charlotte Rampling i Tom Courtenay stworzyli niezwykle wyrazistych, wiarygodnych bohaterów, których historia potrafi poruszyć, dzięki niuansom zachowania postaci – drobnym gestom i spojrzeniom, które zdradzają drugie dno pod tym, co bohaterowie do siebie mówią.

Ocena: 7,5/10

I Am Michael, reż. Justin Kelly

„I Am Michael” z niezawodnym Jamesem Franco to niezwykle ciekawa opowieść oparta na życiu Michaela Glatze’a. Michael był gejem-aktywistą, dopóki nie odkrył Boga i nie postanowił założyć… własnego kościoła. Bardzo interesujący film, z intrygującą i wielowymiarową rolą Jamesa Franco, który zdecydowanie wart jest uwagi. Film w interesujący sposób eksploruje bowiem proces przemiany wewnętrznej bohatera, który o 180 stopni odwrócił swoje dotychczasowe poglądy i z aktywisty na rzecz praw homoseksualistów stał się wojującym klerykiem.

Ocena: 7,5/10

Body/Ciało*, reż. Małgorzata Szumowska

„Body/Ciało” to zaskakująco lekka i prawdziwie zabawna opowieść o różnych wymiarach ludzkiego ciała oraz jego powiązaniu z duszą. W filmie przeplatają się trzy główne wątki, które wzajemnie się zazębiają i uzupełniają. Urokliwy film o bardzo specyficznym poczuciu humoru, które jednak silnie oddziałuje na widza, przysparzając mu naprawdę pozytywnych wrażeń. Mimo dotykania trudnych tematów, jak śmierci i anoreksji.

Film został nagrodzony Srebrnym Niedźwiedź za Najlepszą Reżyserię. Nagroda dla Szumowskiej jest zasłużona, gdyż jej dzieło odbiega zupełnie od jej poprzednich dokonań, pokazując nową twarz pani reżyser. „Body/Ciało” to film lekki, podlany czarnym humorem, z gracją dotykający poważnych problemów, jak rozważań na temat śmierci, roli ciała i ducha człowieka.

Ocena: 7,5/10

Pozostałe tytuły:

Selma 8-/10 //  Eisenstein in Guanajuato* 7/10 // Flocken 7/10 // Ned Riffle 6,5/10 // Every Thing Will Be Fine 6,5/10 // Nobody wants the night* 6,5/10 // Elser 6,5/10 // Królowa Pustyni* 6/10 // Pięćdziesiąt Twarzy Greya 6/10 // Victoria* 6/10 // Petting Zoo 6/10 // As wir traumten (As we were dreaming)* 6/10 // Elixir 6-/10 // Knight of Cups* 3/10 // Gone with the bullets* ?

Dłuższe recenzje większości z zaprezentowanych tutaj produkcji ujrzą światło dzienne niebawem.

 
Komentarze (7)

Napisane w kategorii Movies

 

Fifty Shades of Grey

12 lut

Fifty Shades of Grey” w reżyserii Sam Taylor-Johnson, będące adaptacją bestsellerowej powieści E.L. James to jeden z najbardziej oczekiwanych filmów tego roku. Właśnie z powodu sławy, którą książka zaskarbiła sobie wśród czytelniczek na całym świecie.

Stało się to za sprawą różnorodnych erotycznych fantazji autorki, ubranych w szaty szczątkowej fabuły. Książka jest bowiem raczej zestawem pozycji seksualnych, opisanych niewyszukanym językiem, między którymi następują różne, mało znaczące wydarzenia, niż powieścią z prawdziwego zdarzenia. Oczekujących jednak na przyzwolenie na oglądanie porno w kinie, uprzedzam, że film Taylor-Johnson to tak naprawdę czysty romans, jedynie z elementami erotycznego uniesienia. Dziewczyna spotyka chłopaka. Chłopak zabiera ją na przejażdżkę helikopterem, daje jej drogie prezenty i od samego początku jest nią wyraźnie zainteresowany. Tak bardzo nawet, że groźnym wzrokiem patrzy na każdego mężczyznę, który znajduje się w pobliżu „jego” kobiety. A potem chłopak pokazuje jej świat seksualnych rozkoszy.

Fabuła nadal jest szczątkowa, niemniej na pewno bardziej rozbudowana względem tej książkowej, gdzie akcja toczyła się tylko od stosunku do stosunku. Oczywiście sceny seksu pojawiają się w filmie i są znaczącą częścią opowieści, jednak bardzo wiele czasu poświęca się tu także ukazaniu luksusowego życia głównego bohatera oraz oznak czułości, którą bohaterowie wzajemnie sobie okazują. Gdyby nie chwile odtrącenia i dialogi, w których mówi się o „trudnym charakterze”, możnaby się nie zorientować, że z głównym bohaterem coś jest nie tak.

Główny wabik powieści, czyli cała tematyka sadystyczno-masochistyczna została wprowadzona na ekranie w bardzo ułagodzony, stonowany sposób. Seks nie jest tu szczególnie wyuzdany, a w kilku sekwencjach ukazany jest wręcz niczym akt namaszczony. Efekt ten osiągnięto poprzez specyficzne zbliżenia kamery, skupienie na detalu oraz delikatną pościelową muzykę, lecącą w tle.

Tajemnicą poliszynela jest fakt, iż „Pięćdziesiąt twarzy Greya” powstało jako erotyczne fan-fiction Sagi „Zmierzch”. W filmie również widać podobieństwa między obydwoma dziełami. Warto zacząć od samego schematu zachowania bohaterów – w obu dziełach mężczyzna/wampir odmawia czegoś w swoim związku z kobietą – bądź seksu, bądź emocjonalnego zaangażowania, posiadając jednak obsesyjną wręcz potrzebę sprawowania nad nią kontroli. Są też małe podobieństwa – bogactwo, gra na fortepianie czy specyficzny sposób rozbierania się – wszystkie te elementy przywodzą na myśl podobne sceny znane ze „Zmierzchu” właśnie.

Kontekst „Twilight” jest zresztą ważny, zwłaszcza w kwestii dialogów. Te są bowiem w większości drewniane i nienaturalne. Tak było w pierwowzorze, tak było także u Stephenie Meyer. Aktorzy starają się, jak mogą, by nadać odrobinę prawdziwości i emocji wypowiadanym przez siebie słowom, jednak w wielu momentach zadanie nie wychodzi im zbyt dobrze. Mimo wszystko widać, że Dakota Johnson starała się, jak mogła, by nadać życia swojej postaci. Chwilami nawet nieźle  jej się to udaje. W szczególności w scenach humorystycznych. Najlepszą z nich jest biznesowa rozmowa na temat kontraktu, który ma podpisać dziewczyna. Rzeczowy ton, w którym prowadzona jest rozmowa kontrastuje bowiem z treścią, która zostaje wypowiadana. Od Jamiego Dornana wymagało się raczej, aby wyglądał w tym filmie niż prawdziwie grał, gdyż chwil, w których jego bohater jest prawdziwie „popieprzony na pięćdziesiąt sposobów”, jak się w pewnym momencie mówi, jest jedynie kilka. W większości momentów Grey sprawia raczej wrażenie czułego, zakochanego mężczyzny, a nie osobę, która musi obsesywnie wszystko kontrolować i ma problemy z bliskością z drugą osobą. To wynika raczej z dialogów niż ze sposobu gry Dornana.

Obraz nie posiada wyraźnej dramaturgii, czy punktów zwrotnych historii. Opowieść raczej snuje się do przodu, zahaczając tylko o kolejne lokalizacje i kolejne wydarzenia z pierwowzoru. Brak tu też wyraźnej kulminacji, jak gdyby od razu chcąc zaznaczyć, że film stanowi jedynie wstęp do większej historii, opowiedzianej w kolejnych częściach. (Aż czekałem, żeby na napisach końcowych pojawiło się „Ana i Christian powrócą”, jak to ma miejsce w filmach ze stajni Marvela). Dostajemy za to pewną klamrę kompozycyjną w postaci powtórzonej sceny pary stojącej po dwóch stronach zamykających się drzwi windy.

Mimo wszystkich swoich wad, obraz całkiem dobrze i bezboleśnie się ogląda. Ogromna w tym zasługa jedynego elementu, który jest naprawdę dobry, czyli doskonale dobranej ścieżki dźwiękowej. To w ogromnej mierze właśnie dzięki niej ten obraz ogląda się jak romans, a nie jedynie historię seksualnych schadzek bohaterów. Utwory takie, jak „Earned It” The Weeknd, „Haunted” Beyonce, czy wykorzystanie pościelowych klasyków, sprawia że obraz ogląda się z większym zainteresowaniem. Film Taylor-Johnson jest więc koronnym przykładem na to, jak ogromną rolę muzyka odgrywa w kinie i jak diametralnie może wpłynąć na odbiór konkretnego dzieła filmowego.

Fifty Shades of Grey” to obraz jednorazowego użytku. Na dodatek taki, który szybko wyleci widzowi z głowy. Mimo wszystko, kiedy trwa, zapewnia specyficzną rozrywkę i nie nuży. Patrząc na materiał wyjściowy mogło być o wiele, wiele gorzej. Ostatecznie bowiem „Pięćdziesiąt twarzy Greya” są filmem, a nie tylko erotycznym fan-fickiem. Film niemal idealnie skrojony na Walentynki, a tematyka S&M wprowadzona bardzo delikatnie. Pierwszy raz z kinowym Greyem okazał się więc bezbolesny.

Ocena: 6/10

 
Komentarze (9)

Napisane w kategorii Movies

 

Knight of Cups

10 lut

Knight of Cups” Terrence’a Malicka to bardziej senna mara niż film z prawdziwego zdarzenia. Rozpoczyna się w takt historii opowiadanej przez ojca swojemu synowi, niczym bajka opowiadana na dobranoc. Obrazy, ukazujące ziemię z kosmosu przeplatają się tu ze scenami pustych terenów pustynnych i stepowych. Ogromną rolę w opowieści odgrywa też morze. Trudno tu jednak odnaleźć związek przyczynowo-skutkowy, ścieżkę przemiany bohatera, czy chronologię wydarzeń.

Oniryczność to główna cecha najnowszego dzieła Malicka. Opowieść poprowadzona jest w zasadzie bez żadnych dialogów, z licznymi wewnętrznymi monologami, lecącymi z offu. Monologami różnych osób. Samego bohatera (Christian Bale), ale i różnych kobiet, które Rick sobie przypomina (m.in Cate Blanchett, Natalie Portman, Teresa Palmer). Każda z nich jest inna. A jednak większość z nich wiąże powierzchowna relacja z bohaterem oraz fakt, że chętnie zabierał je ze sobą nad morze.

Oniryczność widoczna jest także w przeplataniu się ze sobą scen, bez wyraźnej przyczyny, konkretnego powodu, dla którego sekwencje następują po sobie. Trochę jak we śnie, w którym nie orientujemy się nawet dlaczego znaleźliśmy się w konkretnym miejscu, po prostu w nim jesteśmy. Ten formalny chaos, przemieszanie różnorodnych wątków i obrazów (w sekwencji ukazującej Los Angeles, znajdują się na przykład dwie przebitki na Berliński Reichstag oraz tutejsze metro), sprawia, że trudno tak naprawdę połapać się w sensie dzieła Malicka.

Knight of Cups” zdaje się być rozgrywającą się w Hollywood historią o powierzchownym, niewypełnionym znaczeniem życiu, któremu bohater w jakiś sposób próbuje nadać znaczenia. Tak naprawdę jednak ciągle powtarzając te same sytuacje i zachowania. Reżyser powiela też dokładnie te same ujęcia pustych naturalnych przestrzeni. Jak gdyby próbując w ten sposób ukazać brak możliwości ucieczki ze spirali pustego hollywoodzkiego życia.

Sęk tkwi w tym, że da się ukazać pustkę żywota jakiejś grupy społecznej w bardziej przystępny, intrygujący sposób. Koronnym przykładem chociażby ostatnie dzieło Harmony’ego Korine’a. O ile jednak „Spring Breakers”, o którym mowa, również mnie porządnie zmęczyło, o tyle byłem w stanie dyskutować o wielu znaczeniach tego obrazu. W „Knight of Cups” trudno tak naprawdę o czymś konkretnym rozmawiać. Luźne zestawienie sekwencji, które nie kleją się ze sobą w spójną całość, ukazują jedynie wspomnianą pułapkę hollywoodzkiego żywota, nic poza tym. Reżyser przekazuje tę myśl jednak w wyjątkowo nieprzystępny, rozczłonkowany i chaotyczny sposób. Sprawiając tym samym, że jak na oniryczny film przystało, potrafi porządnie znużyć widza.

Warto nadmienić jednak, że jest w tym filmie jedno wyśmienite zdanie. Zdanie, które w prosty sposób przekazuje główną myśl obrazu – poszukiwań czegoś, co zapełni egzystencjalną pustkę; które w doskonały sposób charakteryzuje ludzki sposób myślenia. „Wydaje Ci się, że gdy będziesz stary, będziesz wiedział co robić. A potem orientujesz się, że jesteś tak samo zagubiony jak przedtem”.  To jedno zdanie jest najciekawszym elementem całego „Knight Of Cups”. No, może poza kilkoma zachwycającymi ujęciami kamery oraz kilkoma utworami muzyki klasycznej, wykorzystanymi w obrazie.

Największym problemem „Knight of Cups” jest bowiem fakt, że z tego filmu w zasadzie nic nie wynika. Obraz kończy się też bez puenty, wyraźnego kierunku dalszego działania bohatera. Wszystko można/trzeba sobie dopowiedzieć. Brak jest jednak wyraźnych, wartościowych punktów zaczepienia, by w ogóle chcieć rozpocząć jakąś głębszą analizę.

Ocena: 3/10

 
Komentarze (7)

Napisane w kategorii Movies

 

Berlinale ’15 #2

10 lut

Dzień drugi na Festiwalu Filmowym w Berlinie upłynął pod znakiem dwóch pokazów prasowych oraz dwóch konferencji.

Największa sala festiwalu – Palast, podczas pokazu „Queen of the Desert” Wernera Herzoga wypełniona była do ostatniego fotela. W związku z tym, mimo znajdowania się na najwyższym balkonie, pierwszy raz kiedykolwiek, przez cały seans stałem na nogach. Jednak oglądając opowieść o Gertrude Bell (Nicole Kidman), Brytyjce, która wielokrotnie podróżując na Bliski Wschód, stała się nieoficjalnym mediatorem między poszczególnymi państwami tego rejonu, a Imperium Brytyjskim, zapomniałem o niedogodnościach sytuacji, dając się przekonać obrazowi.

Historia rozpoczyna się na początku XX wieku, gdy Gertrude, dziewczyna z dobrego brytyjskiego domu podczas balu przyjmuje zaloty wielu młodzieńców. Rodzice chcą bowiem, aby jak najszybciej wyszła za mąż. Żaden z kandydatów jednak nie nadaje się dla kobiety, wyedukowanej w Oxfordzie i duszącej się w wiejskiej rodzinnej posiadłości. Przekonuje rodziców, by mogła podróżować, zwiedzać świat.

Za ich wskazaniem jedzie do Teheranu, gdzie poznaje Henry’ego Cadogana (James Franco), młodego przedsiębiorcę i pracownika ambasady. Rodzenie się ich wzajemnej fascynacji i miłości, stanowi główny temat pierwszej części obrazu. Na szczególną uwagę zasługuje zaś scena karcianej sztuczki, którą Cadogan pokazuje Gertrude przy stole bilardowym. Sposób nakręcenia tej sceny, gra spojrzeń i gestów, są bowiem tak sensualne i znaczące, że od pary aż trudno oderwać wzrok. Dość powiedzieć, że sam Werner Herzog wypowiedział się o tej sekwencji „to najbardziej erotyczna scena, jaką kiedykolwiek nakręciłem”. Trudno się nie zgodzić. Tak naprawdę ten moment jest najlepszym fragmentem całej „Królowej Pustyni”. Dotyka bowiem prawdziwych emocji.

Reszta historii natomiast w dość sporym skrócie i stereotypowych barwach zaznacza kolejne wyprawy Getrude do krajów Bliskiego Wschodu, gdzie dzięki swojemu sprytowi i inteligencji oraz paru strategicznym prezentom, udaje jej się wejść w dobre relacje z wieloma władcami zwaśnionych terytoriów. To zaś sprawi, że w przyszłości będzie mogła pomóc wyznaczyć linię demarkacyjną między nowo powstającymi państwami.

Królową Pustyni” najlepiej ogląda się w jej romantycznych fragmentach. Wtedy dzieło ma wyraz, przekaz i zapewnia prawdziwe emocje. Gdy jednak obraz wchodzi na terytoria oscylujące w stronę polityki, historia nieco się rozmywa, nie niosąc już takiego ładunku oddziaływania na widza.

Ocena: 6/10

PS. Na uwagę zasługuje mała rola Roberta Pattinsona, który wciela się w postać, która zapisała się na kartach historii znacznie mocniej niż Getrtude Bell, mimo, że mówi się o niej „żeński Laurence z Arabii”.

.

Podczas konrerencji prasowej „Królowej Pustyni” padło wiele interesujących zdań. Oto najciekawsze z nich.

Nicole Kidman: „Wszyscy rozmawiamy o Laurencie z Arabii, ale nie wiemy nawet kim jest Gertrude Bell. Dlatego właśnie chcieliśmy opowiedzieć tę historię”.

Werner Herzog: „Powinienem był zrobić film z kobiecą protagonistką dużo wcześniej”.

„Pamiętajmy, że my nie opowiadamy Historii (przez duże H), tylko historię, opowieść” („We are not telling history, we are story tellers”).

Scena z wanną była dopisana do scenariusza na planie, gdyż Nicole miała pomysł, że będzie to dobry dodatek do charakteru postaci, zgodny z realiami w jakich przychodzi jej żyć. Pomysł trafiony, zwłaszcza, że Bell pisała o takich praktykach w swoich listach.

45 Years” Andrew Haigha jest subtelną opowieścią o zalążkach małżeńskiego kryzysu w dniach poprzedzających 45 rocznicę ślubu pary.

Wszystko zaczyna się od niespodziewanego listu, którego treść porządnie wstrząsa mężczyzną. Staje się osowiały, oddalony, znów zaczyna palić. Znajomi, a nawet obce osoby podchodzą do niego na ulicy, pytając czy na pewno wszystko z nim w porządku. O całej sytuacji rozmawia z żoną, jednak w pewnym momencie ta mówi mu, że nie jest w stanie dłużej dyskutować na ten temat, zbyt mocno ją to porusza.

45 Years” to obraz, który prostymi środkami opowiada o widmie przeszłości, o sile niespełnionych możliwości. Doskonale zagrany przez dwójkę głównych aktorów – Charlotte Rampling oraz Toma Courtenaya, którzy idealnie współgrają ze sobą w każdej scenie, uwiarygodniając przemianę, jaka zajdzie w ich relacjach. Grając osoby oddalające się od siebie, zdystansowane, robią to w taki sposób, że doskonale widać ich bliskość i nić porozumienia, która łączyła ich przez lata.

Pokaz „45 Years” Andrew Haigha zakończył się zaś pierwszą burzą oklasków, chwilowo stając się też moim festiwalowym faworytem. Obserwując bohaterów i zmiany ich zachowań, odkrywamy  bowiem jak bardzo przeszłość i niewykorzystane możliwości są w stanie rzutować na nasze bieżące życie, nawet gdy sami nie zdajemy sobie z tego sprawy. Mały wielki film.

Ocena: 7,5/10

Na konferencji prasowej twórcy opowiadali dlaczego akcja rozgrywa się w małym brytyjskim miasteczku Norfolk, o tym dlaczego zdecydowali się na takie wybory muzyczne oraz o sposobie pracy Andrew Haigha z aktorami.

Andrew Haigh (parafrazując): Wybrałem Norfolk jako miejsce akcji, nie tylko dlatego, że sam tam kiedyś mieszkałem, ale także dlatego, że jest to wyjątkowo płaskie, odizolowane od świata miejsce. W którym bohaterowie spędzili większość swojego związku. Stanowiło to niezwykły kontrast do poprzedniego związku mężczyzny, gdy oboje mieszkali w górach. Był to celowy kontrast, mający jeszcze bardziej zaakcentować różnice w obydwu związkach.

Zdecydowaliśmy się na „Smoke gets in your eyes” The Platters w ostatnich scenach filmu, dlatego, że ta piosenka posiada podwójne dno. Słyszałem ludzi, którzy grają ją na weselach, jak gdyby nie wsłuchując się w jej słowa. Bo to tak naprawdę bardzo melancholijny utwór.

Charlotte Rampling: „Kiedy dasz dziecku strukturę, powiesz mu jakie zasady go obowiązują, jakie ma ograniczenia działania, będzie dobrze bawił się w tej strukturze. Dla mnie jako aktorki najlepiej pracuje się właśnie w takim ograniczeniu, w takiej strukturze”. A to właśnie zapewnił nam Andrew. Pokazał nam ogólne wytyczne działania, dając nam swobodę ekspresji wewnątrz tych wyznaczonych granic.

 
Brak komentarzy

Napisane w kategorii Movies

 

Berlinale ’15 #1

06 lut

Dziś oficjalnie rozpoczął się Festiwal Filmowy Berlinale. Impreza potrwa 10 kolejnych dni, podczas których 19 filmów zmierzy się w Konkursie Głównym, a na ekranach przewinie się aż 450 produkcji. Większość z nich będzie miało swoją światową premierę właśnie podczas tego corocznego Święta Kina.

Dzień 1

Czwartek, 5 lutego rozpoczął się od konferencji prasowej z Międzynarodowym Jury Festiwalu, w którego skład wchodzą: Przewodniczący Darren Aronofsky, producenci Matthew Weiner i Martha de Laurentiis, reżyserzy Claudia Llosa Bong Joon-Ho oraz aktorzy: Audrey Tatou i Daniel Bruhl.

Konferencja z udziałem jury obfitowała w wiele ciekawych uwag, dlatego pozwolę sobie przytoczyć najciekawsze fragmenty:

Darren Aronofsky: „Konkursy są bardzo subiektywne”, „tak naprawdę przyznanie nagrody konkretnemu dziełu świadczy tak samo o jury, jak i filmie”. „Festiwale i konkursy dają jednak doskonałą przestrzeń do rozmów o kinie”.

„Oceniając dzieło, staram się po prostu być jak najbardziej otwarty i uczciwy wobec niego. Gdy film jest dobry, zapominam o stronie technicznej, chłonę po prostu historię. To, co nas łączy z dziełem, to przede wszystkim ludzkie emocje, samo człowieczeństwo. Wtedy nie ma znaczenia z jakiego kraju obraz pochodzi. W końcu opowiadanie historii to jedna z najstarszych tradycji ludzkości.”

Matthew Weiner: „Będziemy oceniać tu filmy jako filmy, bez względu na ich otoczkę”, (Aronofsky) „będziemy obiektywni w naszej subiektywnej rzeczywistości”, jeśli chodzi o styl dyskusji między członkami jury – „im brutalniej i mroczniej tym lepiej”. Audrey Tatou: „Mogę wam na pewno powiedzieć, że będziemy głosować ZA filmami, nie przeciwko nim”.

Darren Anorofsky: „Nie wiem w zasadzie jakie filmy biorą udział w konkursie. Dzięki temu każdego dnia będę mieć Gwiazdkę”.

Matthew Weiner: „To mój pierwszy raz w Berlinie. A zasiadając w jury wydaje mi się, jakbym osądzał kryminalistów” (jury po angielsku nie tylko jury, ale i ława przysięgłych).

Weiner, zapytany o wzrastającą pozycję form telewizyjnych: „Nigdy nie widziałem rozrywki w kategoriach hierarchii. (Jeśli dobrze wykonane) wszystko może mnie poruszyć. Nawet reklama”. „Model telewizyjny jest ekonomicznie lepszy dla twórców”.

„Go Watch Movies”//„Idźcie oglądać filmy” – najlepszy z możliwych tekstów, padających na rozpoczęcie festiwalu filmowego.

To też uczyniłem. Po konferencji prasowej płynnie przemieściłem się do kina Cinemaxx, gdzie rozpoczynał się właśnie pokaz filmu otwarcia.

Nobody wants the night” Isabel Coixet to obraz inspirowany życiem i książkami Josephine Peary (Juliete Binoche).

„Ciekawiło mnie, aby pokazać historię wypraw na Biegun Północny z perspektywy kobiety”, powiedziała reżyserka. Dlatego rozgrywająca się w 1908 roku historia wyprawy Roberta Peary’ego opowiedziana jest właśnie oczami jego żony. Kobieta, wiedząc, że będzie to ostatnia wyprawa męża, postanowiła pojechać za nim, by znaleźć się jak najbliżej, gdy nastąpi ta wiekopomna chwila. Zdając sobie sprawę z niebezpieczeństwa wyprawy, Mrs. Perry wyruszy wbrew zdrowemu rozsądkowi.

Podczas wyprawy dochodzi do kilku wypadków, co ostatecznie kończy się tym, że kobieta zostaje samotnie w ostatnim obozowisku, które odwiedził jej mąż, gdzie postanawia na niego zaczekać. Szybko okaże się jednak, że nie jest w tym miejscu sama – towarzyszy jej Eskimoska Allaka (Rinko Kikuchi), która również oczekuje na „swojego mężczyznę”. Relacja z dziewczyną z początku okaże się dla Perry bardzo trudna, jednak ciężkie warunki wszechotaczającej dzikiej natury, sprawią, że kobiety zaczną, nomen omen, przełamywać lody. Bardzo powoli i z ogromną dozą rezerwy i dystansu, jednak splot zdarzeń zacznie rzucać coraz to nowe barwy na skomplikowaną relację obu kobiet.

Piękne zdjęcia Jean-Claude’a Larrieu ukazują dziką i nieokiełznaną naturę, doskonale kontrastując z wysublimowanym,  aż przesadnie eleganckim stylem kobiety, która w pięknych futrach i z bujną fryzurą przemierza kolejne wyboje trasy i stawia czoła przeciwnościom losu.

Opowieść o Josephine i jej relacji z innymi członkami wyprawy, jak i, a może przede wszystkim, Innuitką Alaką, ogląda się dobrze. Filmowi brakuje jednej rzeczy – poczucia zagrożenia z prawdziwego zdarzenia. Natura jest silna, nieokiełznana, jednak jej moc i przerażające możliwości ukazane są jedynie sporadycznie, chwilami. Większości sekwencji brakuje jednak tego podskórnego poczucia zagrożenia, która kazałoby mocno przejąć się losami bohaterki.

Mimo wszystko jednak „Nobody wants a night” jest interesującym studium charakterologicznej zmiany, jaka nastąpi w głównej bohaterce, i jako taki, warty jest uwagi. Mimo swoich kilku uchybień.

Ocena: 7/10

Zaraz po seansie odbyła się konferencja prasowa z udziałem gwiazd filmu, która upłynęła w szczególnej, bardzo luźnej atmosferze. Nie szczędząc słów i energii, reżyserka oraz zgromadzone gwiazdy ochoczo odpowiadały na pytania, dopytując kokieteryjnie: „chcecie poznać całą najprawdziwszą prawdę?”. I tak – dostało się Norwegom, którzy byli jednymi z gospodarzy filmowej ekipy, która kręciła film w kilku różnych miejscach, w tym w Bułgarii i właśnie Norwegii. Warto wynotować, że Norwegia była gospodarzem, a nie koproducentem filmu, gdyż o to właśnie największy żal miała reżyserka – że mimo usilnych prób, nie udało jej się namówić strony norweskiej na pomoc finansową dla jej produkcji. A na dodatek naród z Północy miał czelność nie zaserwować ekipie kawy na śniadanie. Śniadania również nie. Co ją, jako temperamentną Hiszpankę trochę wytrącało z równowagi. Jej wybuchowy charakter było zresztą widać w sytuacjach, gdy padały pytanie z kategorii „gender” – o roli kobiety w swoim filmie. „Przecież to nuda. Naprawdę mam odpowiadać na takie pytania?”. Poprzez takie podejście, jej odpowiedzią na pytanie o to jak się czuje jako jedna z pierwszych kobiet, których film otwiera Berlinale – od razu przeszła do niezaprzeczalnego argumentu: „mam cycki, nie fiuta, więc trudno abym zostawiała swoją płeć w domu, gdy idę do pracy”, pogódźcie się z tym. Jeśli jednak naprawdę mamy rozmawiać o tych kwestiach to chciałabym wyższej płacy dla kobiet. Nie takiej samej jak ta mężczyzn – wyższej!

Bardzo ciekawie wypadły też odpowiedzi dotyczące doskonałego sposobu gry aktorskiej. „Jak wam się pracowało w tak ciężkich i zimnych warunkach, jakie widać na ekranie?” „Chcecie znać prawdę? No cóż – w zasadzie w ciężkich zimowych warunkach Norwegii pracowaliśmy 10 dni, z czego trzy dni były naprawdę mroźne. Resztę zdjęć nakręciliśmy na Teneryfie, w studio. (Jak więc widzicie  – tyle wystarczy – trzy dni, aby zrobić naprawdę dobrą i wiarygodną kreację opartą na walce z żywiołem, dodała Coixet)

Konferencja prasowa upłynęła w specyficznej, luźnej atmosferze, zapewniając chwile do śmiechu, czy nawet nieśmiałych oklasków na poszczegóne zdania wypowiadane przez ekipę. Trwała krócej niż poranna, ale zapewniła ciekawy wgląd w kulisy powstania produkcji.

Festiwalowy dzień zakończyłem wywiadem z Anyą Wątrobą, scenarzystką filmu „Elixir” w reżyserii Brodiego Higgsa, rozgrywającego się w centrum Berlina i opowiadającego o grupie artystów, którzy zmagają się z wyzwaniami dzisiejszej rzeczywistości. Wywiad oraz sama opinia o filmie – już wkrótce.

Wieczorem zaś odbyła się Ceremonia Otwarcia, podczas której powtórzyło się wyśmienite „Go Watch Movies”. I to zamierzam zrobić. Jutro planuję już trzy seanse.

 
1 komentarz

Napisane w kategorii Movies

 
 

  • RSS