RSS
 

Notki z tagiem ‘cougar-town’

Przyjaciele z Florydy

10 lut

Cougar Town” powraca z piątą serią, serwując widzom różnorodny poziom humoru. Przeniesienie do kablówki przyniosło twórcom nowy rodzaj dowcipów, o czym piszę w recenzcjach pierwszych czterech odcinków. Zapraszam do lektury. (Pełne teksty pod linkami) :)

Florida, welcome back!

(…) Dziwną sytuacją można nazwać też oglądanie „All or Nothing”. Po raz drugi w tym serialu (pierwszy miał miejsce przy okazji premiery poprzedniego sezonu) wszystkie elementy składowe, które sprawiają, że produkcję ogląda się z nieskrywaną przyjemnością, wydają się być na miejscu, a jednak czegoś w tej miksturze brakuje. Jakiegoś kluczowego elementu, który sprawiłby, że zamiast po prostu śledzić perypetie bohaterów, zaczęlibyśmy zaśmiewać się do rozpuku tak jak kilka sezonów temu. Choć relacje między bohaterami wciąż są pełne interesującej energii i wzajemnych niesnasek słownych, niektóre żarty nie bawią już tak jak kiedyś. Być może to kwestia nadmiernego eksploatowania materiału – widzowie znają już większość zagrywek bohaterów, więc coraz trudniej jest czymś zaskoczyć. Jak jednak pokazał poprzedni sezon – twórcy, kiedy chcą, potrafią zapewnić nam pozytywną rozrywkę, mam więc nadzieję, że wkrótce zaprezentują to już w pełnej skali. Na razie posiłkują się odwołaniami do innych dzieł kultury. (…)

Chandler Bing in da haus!

(…) Matthew Perry to kolejna gwiazda „Przyjaciół„, której udało się nawiedzić plan „Miasta kocic„, i to taka, na której przybycie czekaliśmy z niecierpliwością, nawet o tym nie wiedząc. Po zabawnych epizodach Lisy Kudrow i jeszcze zabawniejszym występie Jennifer Aniston czas przyszedł na Perry’ego, czyli najzabawniejszego aktora występującego w „Przyjaciołach„. Chandler Bing ze swoimi sarkastycznymi uwagami i (nie)poradnym sposobem bycia, którym zjednywał wszystkich dookoła, był najlepszym z przyjaciół i tym, którego najbardziej chciałoby się spotkać w prawdziwym życiu. Choć bohater Perry’ego, Sam, jest postacią odmienną charakterologicznie, echa ulubieńca widzów wciąż w nim rozbrzmiewają. Widać to w szczególności w interakcjach z Jules, które pełne są pozytywnej energii i podskórnego humoru.

Widać też, że twórcy zdają sobie sprawę z radości, jaką takie spotkanie przynosi widzom, dlatego też decydują się, by słowa „OK”, które w pewnym momencie padają z ust Jules, brzmiały stuprocentowo jak te „monicowe”. Ach, lubię, kiedy seriale w odpowiedni sposób cytują inne dzieła kultury, zwłaszcza jeśli jednym z takich dzieł jest najukochańszy serial. (…)

Jak w domku dla lalek

„Depending on You” to odcinek, w którym wszyscy będą pić mnóstwo wina”, czyli deklaracja padająca na początku odcinka, zaskakująco tym razem nie znajduje swojego odzwierciedlenia w serialowej rzeczywistości. Bohaterowie przeżywają swoje przygody osobno, ani razu nie znajdując się w tym samym pomieszczeniu w tym samym czasie. To sprawia, że podążamy za trzema głównymi wątkami odcinka, które tym razem się ze sobą nie przeplatają. Najlepszym z nich jest nowa zabawka Toma, czyli domek dla lalek, a raczej cała ulica ich pełna, odgrywająca #MiniCulDeSac. W tej historii podoba mi się w szczególności to, że „Cougar Town: Miasto kocic” potrafi uczynić z czegoś tak dziwnego i wręcz podchodzącego pod znaczenie angielskiego słowa creepy coś, co jest zwyczajnie urokliwe i pokazujące głębokie więzi łączące bohaterów. Domek dla lalek Toma z boku wygląda na coś poważnie postrzelonego, gdy jednak bohater odgrywa kłótnię Laurie i Travisa w wyjątkowo uroczy sposób, nie można się nie uśmiechnąć z powodu tego, jak bardzo im tym samym pomógł. (…)

Ahoj, Meduzo!

(…) Poziom humoru znów nieco się zmienia, gdyż coraz więcej uwagi poświęca się w nowej serii żartom natury seksualnej, które dotychczas nie były obecne aż w takim stopniu. Zmiana sieci z ogólnodostępnego ABC na kablówkowy TBS w poprzednim sezonie otworzyła twórcom drogę do mniej wybrednych dowcipów. Sęk w tym, że te nie zawsze się sprawdzają. „Czy potrzebujesz widelca”, by zjeść ten erotyczny tort, który jest tak erotyczny, „że aż czujesz się lesbijką”, nie jest żartem na wysokim poziomie. Za to takim, które coraz częściej trafiają do scenariuszy „Miasta kocic„. Szczerze mówiąc, wolałem raczej słowne niesnaski oraz niefortunne zmiany słów w stałych zbitkach wyrazowych niż dowcipy poniżej pewnego poziomu, które nie zawsze rezonują w odpowiedni sposób, wręcz zmieniając charakter bohaterów. (…)

Recenzje kolejnych odcinków – w drodze! :)

Dziękuję za uwagę! ;)

 
1 komentarz

Napisane w kategorii TV Shows

 

Cougar Town 4

28 kwi

Czwarty sezon „Cougar Town” dobiegł niedawno końca, postanowiłem więc podrzucić na bloga wszystkie teksty dotyczące ostatniego sezonu, po drodze przytaczając krótkie uwagi na temat (prawie) każdego odcinka. Także – kieliszki z winem w dłoń i zapraszam do lektury. :)

(Pod zdjęciami (oraz numerami odcinków) znajdują się linki do poszczególnych tekstów w całej okazałości).

4×01

„Blue Sunday” było powrotem w średnim stylu. Zastanawiałem się nawet, czy gdybym nie znał serialu wcześniej, skusiłbym się na jego kolejne odcinki. Zdecydowanie czegoś mi zabrakło. Jakiegoś luzu, większego przymrużenia oka, do których przyzwyczaiły nas wcześniejsze odsłony. Na szczęście znam serial dość dobrze i wiem, że twórcy potrafią tworzyć porządniejszą komedię, która jest w stanie prawdziwie rozbawić. Sądzę więc, że produkcja Billa Lawrence’a powróci jeszcze na dobre tory i w następnych odcinkach już porządnie się rozkręci.

4×02-05

Odcinek drugi zwiastował powrót luzu w zachowaniu aktorów. Wypadli bardziej naturalnie niż w premierze, a chwilami przypominali nawet swoich bohaterów z poprzednich serii. Wiatr wiał wprawdzie jeszcze obok humorystycznego żagla produkcji, ale i to miało się zmienić. Kolejny – „Between Two Worlds” – potrafił już wywołać uśmiech. Najlepszą sceną znów okazała się ta po napisach, gdy Greyson i chłopaki śpiewali piosenkę o Ronie Mexico przed planszą do zdjęć, wyświetlającą różnorodne dziwne tła.

Odcinek czwarty to natomiast powrót świetnej formy serialu, z aktorskim luzem i swobodą znanymi z przeszłości, wszystkimi niecodziennymi pomysłami Cul-de-Sac Crew, sporą liczbą przyzwoitych one-linerów oraz tekstów nadających się na Twitterowe #hashtagi, słowa-klucze.

4×06-08

Po wpadce z odcinka „Runnin Down a Dream”, „Cougar Town” na stałe wróciło na swój dobry poziom, prezentując humor, za który tak bardzo polubiliśmy serial. Kolejne odcinki przynoszą wiele pozytywnych, humorystycznych i pełnych pozytywnej energii sytuacji, które unaoczniają, czemu dwa sezony temu produkcję Billa Lawrence’a można było ochrzcić „Przyjaciółmi” na Florydzie.

4×09-11

Odcinek dziesiąty rozpoczyna się ponadto ostrzeżeniem na karcie tytułowej: „Ten epizod został napisany przez absolutnie najgorszego członka ekipy scenarzystów”. Na szczęście jest ono napisane zupełnie na wyrost, gdyż dziesiąty odcinek sprawdza się równie dobrze, co jego poprzednicy. Szczególnie zabawny jest pomysł wakacji w Targetcie, sklepie ze wszystkim (coś jak połączenie Reala z Biedronką), do którego Bobby przychodzi, by odpocząć od „trudów” dnia codziennego. Mężczyźnie udaję się nawet doznać wakacyjnego romansu z kobietą, która również znajduje ukojenie w przebywaniu w relaksującym wnętrzu wielkiego sklepu. ”Cougar Town” po raz kolejny stanowi zastrzyk pozytywnej energii. Dzięki temu chętnie wraca się do spotkań z grupą znajomych z Florydy.

4×12-13

Pozytywny wydźwięk serialu został podbity przez kartę tytułową odcinka „This Old Town„, która głosiła: „Zadzwoń do mamy i powiedz jej, że ją kochasz! (Staramy się zrobić coś pozytywnego z tymi tytułami)”. Równie ciepła była pierwsza scena, w której mogliśmy oglądać #EpickieMycieNaczyń, rozgrywane jak mecz sportowy z podbudowującą muzyką w tle. Na wierzch po raz kolejny wyszła pozytywna zażyłość wszystkich członków ekipy, którzy są w stanie robić ze sobą wszystkie, nawet najdziwniejsze rzeczy, bez żadnych zahamowań.

4×14-15

Podwójny odcinek, będący finałem czwartego sezonu „Cougar Town”, nie obfitował w wiele zaskakujących momentów czy trzymających w napięciu scen. Był zwyczajnie przyzwoitym zwieńczeniem dobrego sezonu komediowej produkcji.

W Don’t Fade on Me” oraz „Have Love Will Travel” skrzętnie użyto rozwiązania znanego z wcześniejszych finałów. Wykorzystanie muzyki z „Psychozy” przy (spoiler alert!)… stłuczeniu Dużego Lou, było świetnym pomysłem, urozmaicającym kolejny pogrzeb „kieliszka” do wina. „To jest dziwne tylko za pierwszym razem. To już mój czwarty tego typu pogrzeb”, dopowiada Greyson. Wykorzystanie hitchocowskiego motywu świetnie korespondowało też z wydarzeniami kolejnego odcinka, rozgrywającymi się na ulicach Los Angeles.

#TheVault

Wspólny wyjazd na wakacje, czyli drugie zagranie znane z wcześniejszych finałów, urozmaicił fakt przyjazdu Toma oraz ojca Jules, który dowiedział się niedawno o swojej postępującej chorobie. Ekipa z Cul-de-Sac chciała więc pomóc mężczyźnie i spełnić jedno z jego największych marzeń – zwiedzić Hollywood i przetańczyć całą noc z Tippi Hedren, aktorką, która zasłynęła swoją rolą w „Ptakach” Alfreda Hitchcocka. Przyjaciele musieli jednak nieźle się napracować, by nietypowe marzenie mogło się spełnić.

(…) Najzabawniejsze momenty finału należały do Greysona. Próbki jego umiejętności aktorskich oraz taśma wideo przygotowywana dla wytwórni filmowych pełne były przerysowanego humoru, który sprawił, że nie sposób było się nie zaśmiać. Mąż Jules próbujący grać włoskiego emigranta z Brooklynu, wypowiadający ponadto kilka z najsłynniejszych kwestii filmowych, był tak zabawny w swoim przerysowaniu i nieporadności, że prawdziwie poprawił humor widza.

(…) Miłą atmosferę zapewniła także ostatnia scena – kolejny finał rozgrywający się na plaży. Ostatni nie mógł się jednak równać ze wzruszającą i pokrzepiającą końcówką poprzedniego sezonu, gdy Jules i Greyson pobrali się na piasku. Finał czwartej serii pokazuje po prostu sielankową rodzinną sytuację, która leży u podstaw sukcesu produkcji ABC (teraz TBS). Bohaterowie i ich wzajemne relacje są na tyle sympatyczne, że chce się z nimi spędzać jak najwięcej czasu. Przeprowadzka do nowej stacji telewizyjnej wyostrzyła wprawdzie i mocniej zestereotypizowała zachowania bohaterów (teraz Jules mówi zbyt wiele głupawych, prawdziwie niemądrych zdań, które każą zastanawiać się nad stanem jej inteligencji), jednak podstawowe cechy produkcji zostały na swoim miejscu. „Cougar Town” to wciąż ciepła opowieść o ludziach, którzy są w stanie zrobić dla siebie wszystko, nawet jeśli będą się przy tym dość znacznie przekomarzać.

Finał produkcji Billa Lawrence’a i Kevina Biegela potwierdził tylko fakt, że serial pozostaje przyjemną, luźną produkcją, która potrafi włożyć uśmiech na twarz widza. Mimo kilku wpadek, czwarty sezon był niezwykle udany, a kolejne odcinki oglądało się z chęcią i zainteresowaniem. Wszystko wskazuje na to, że piąta seria, której zamówienie zostało oficjalnie ogłoszone kilkanaście dni temu, będzie równie dobra. Wypijmy za to łyk czerwonego wina z kieliszka wielkości BigTippy! Wasze Zdrowie!

Mówiąc w skrócie: czwarty sezon stanowił niezwykle udany powrót serialu. Seans poszczególnych odcinków znów stanowił niezwykłe źródło humoru. Nie obyło się wprawdzie bez kilku wpadek: dosadniejszych scen, niepasujących do klimatu produkcji, czy  lekkiego aktorskiego zastoju na początku sezonu, jednak wszelkie wady zostały zrekompensowane przez wysoki poziom kolejnych epizodów. „Cougar Town” wciąż ma się dobrze. Szkoda więc, że prawie rok przyjdzie nam czekać na kolejny sezon. Z drugiej strony przeogromne dzięki należą się stacji TBS, która umożliwiła dalszy żywot serialowi, który wypadł przecież z ramówki ABC. Nowa stacja z gracją prowadzi swoją nową komediową produkcję. Oby tak dalej!

 
Brak komentarzy

Napisane w kategorii TV Shows

 

Friends without boundaries.

25 cze

Drugi sezon "Cougar Town" trzyma bardzo wysoki poziom!

Serial wreszcie w pełni wykorzystuje drzemiący w nim potencjał. Teraz nie ma już słabszych odcinków. "Dwójka" jest przez to zabawniejsza od "jedynki".

Wszystko za sprawą większego skupienia na grupie przyjaciół Jules.
Każdy z nich jest przesadzony na swój własny, niepowtarzalny sposób. Ich dziwaczne zachowania i powiedzonka nieustannie zaskakują, i wywołują szeroki uśmiech na twarzy, (a często też gromkie salwy śmiechu). Każda z postaci, pojawiających się na ekranie, jest szalenie zabawna. I choć wydaje się niemożliwe, by tacy ludzie mogli istnieć naprawdę, jako bohaterowie serialu komediowego, sprawdzają się znakomicie. To właśnie dzięki tym nietypowym bohaterom oraz ich niecodziennym interakcjom, ten serial ogląda się tak wyśmienicie.
"Cul-de-Sac Crew" stanowi bowiem bardzo zgraną ekipę, której poczynania ogląda się z uśmiechem na ustach, niezależnie od tego, co akurat robią. Bo cokolwiek by to nie było – jest zabawne!

Twórcy, uwalniając się od pierwotnej koncepcji: "Jules jako "puma/kocica" polująca na młodszych facetów", uwolinili się też od ograniczeń, temperujących ich wyobraźnię. Otworzyli sobie drzwi dla większej kreatywności i realizacji kolejnych zaskakujących pomysłów. Dzięki temu serial utrzymuje naprawdę wysoki poziom.

Choć jest jeszcze za wcześnie, by "Cougar Town" ogłaszać "Friendsami na Florydzie", mam wrażenie, że jeśli twórcy pociągną dobrą passę, którą uzyskali w drugim sezonie, serial w przyszłości będzie mógł zdobyć podobny status. A przynajmniej takie w nim pokładam nadzieje. :) 
"Dwójka" jest bowiem przezabawna, a interakcje między bohaterami czasami mocno przypominają te pomiędzy… "Przyjaciółmi". ;) Także ja to w pełni kupuję!

Warto też wspomnieć, że twórcy nadal świetnie żartują sobie z tytułu produkcji, odnosząc się przez to do pomysłu zmiany nazwy. Sprawia to, że cały odcinek wypełniony jest dobrym humorem, nawet podczas pokazywania kilkusekundowej karty tytułowej. W nowej porcji odcinków najbardziej w pamięć zapadł mi ten kadr tytułowy. Muszę przyznać, że jestem ciekawy co twórcy wymyślą w kolejnych odcinkach, bo plansza z napisem daje im dodatkowe pole do popisu.

Serial w nowej formule podoba mi się tak bardzo, że po pełnym sezonie mogę wystawić "Miastu Kocic", (jak produkcja nazywa się w Polsce) najwyższy znak jakości i wydać werdykt: Jest świetnie!
Także szczerze polecam! Ja bawię się doskonale! :)

 
Komentarze (2)

Napisane w kategorii TV Shows

 

The One With Other Shows #2: Mid-season news

31 sty

(Czyli: kilka słów o rozpoczętych w tym sezonie serialach oraz ich najnowszych odcinkach (do połowy sezonu)). 

Cougar Town (sezon II)
Odkąd serial odnalazł nowy pomysł na swoją fabułę pod koniec "jedynki" i zaczął w większym stopniu skupiać się na interakcjach Jules z rodziną i znajomymi, stał się dużo ciekawszą produkcją. Teraz kolejne odcinki ogląda się znakomkcie, gdyż przysparzają ogromnej dawki humoru. Za każdym razem. :) Poprzednio zależało to od odcinka, a teraz dosłownie każdy epizod wypełniony jest do granic możliwości świetnymi i różnorodnymi dowcipami.
Jakakolwiek dawka "Cougar Town" w nowym formacie, w szybkim tempie poprawia humor. I o to chodzi! :D

Z ciekawostek należy wymienić: pojawienie się jednej z Przyjaciół: Jennifer Anniston, która gra tutaj specyficzną terapeutkę Jules, (dobry występ, ale Kudrow chyba lepsza!); oraz bardzo ciekawy zabieg stylistyczny: na planszy tytułowej każdego odcinka pojawia się inny, zabawny tekst, odnoszący się do pomysłu zmiany nazwy serialu, który pojawił się po zakończeniu pierwszego sezonu. Uznano wtedy, że skoro cała fabuła jest inna niż na początku, to sama nazwa też powinna się zmienić. Ostatecznie pomysł upadł. Dało to jednak przyczynek dla intrygujących plansz tytułowych. Pierwszą z nich jest: "(Still) Cougar Town", a najzabawniejszymi: "(All I want for Christmas is new title for) Cougar Town" oraz "(It’s OK to watch a show called) Cougar Town". Oby tak dalej! :)

Werdykt: Jest bardzo dobrze!

Gossip Girl (sezon IV)
Pierwsze dziesięć odcinków nowego sezonu "Gossip Girl" pokazuje, że serial wrócił do dobrej formy. Jest tu ciekawiej niż w przekombinowanym sezonie trzecim. Widać, że twórcy wyciągnęli wnioski z błędów przeszłości. 
Najlepiej ilustruje to przykład nowej drugoplanowej postaci. Juliet Sharp jest studentką Columbii, która za wszelką cenę chce zrujnować życie Serenie. Z tego powodu podejmie się wszelkich możliwych kroków, by odsunąć od niej najbliższe osoby i nadwyrężyć jej reputację. 
Najciekawsze jest jednak, że do samego końca nieznane są motywacje działania dziewczyny. To powoduje, że jej pomysły wydają się dziwniejsze i bardziej zaskakujące.
Dużym plusem pojawienia się Juliet jest fakt, że ta postać przewija się przez wszystkie odcinki, a nie znika zaledwie po kilku epizodach, jak to bywało w przeszłości.

Pozytywną zmianą jest również to, że Serenie udaje się… z nikim nie przespać. A to, proszę Państwa, nazywa się rozwój! ;)

Plusem jest także brak Jenny w większości odcinków. Jej "spiraling out of control" było dość ekstremalne ostatnimi czasy, więc miło było od niej odpocząć. ;)

Cieszę się również, że twórcy wyciągnęli wnioski z "O.C" i postanowili uratować (czyt. nie uśmiercać) Chucka. Ten serial byłby zdecydowanie inny bez niego, więc dobrze, że ktoś "poszedł po rozum do głowy". Mam wrażenie, że nikt nie traktował tego pomysłu na poważnie, a twórcy chcieli tylko wprowadzić nas w stan: "Czy oni naprawdę to zrobili?!". 

OK – miało być krótko, więc nie wchodzę w większe szczegóły. ;)
Werdykt: Jest dobrze!

Royal Pains (sezon II)
Serial utrzymuje dobrą passę w byciu produkcją "lekką, łatwą i przyjemną".
Sezon drugi jest na tym samym, dobrym poziomie, co "jedynka", dzięki czemu nadal bardzo przyjemnie się go ogląda.

W nowej porcji odcinków poznajemy Eddie R. Lawsona, ojca Hanka i Evena. Choć gra go Henry Winkler, czyli Fonzie z serialu "Happy Days", a fakt wprowadzenia do fabuły nowego członka rodziny, uważany jest za element, przez który seriale "przeskakują rekina", produkcji stacji USA udało się tego uniknąć. Eddie dobrze wkomponowuje się w historię i przysparza odpowiedniej dawki "family drama". Sam Winkler natomiast dobrze wypada na ekranie.

"Dwójka" nie przynosi żadnej rewolucji. Moje uwagi względem "jedynki" idealnie więc pasują także do opisu nowych odcinków. Z tego powodu nie będę się już rozwodzić nad tym serialem.

Werdykt: Jest bardzo dobrze! 

Glee (sezon II)
Drugi sezon ma bardzo nierówny poziom. Obok świetnych odcinków, (chociażby "Britney/Brittany", czy "Rocky Horror Glee Show"), dostajemy te zwyczajnie nudne ("Grilled Cheesus", czy przeciętne "Never Been Kissed"). Wieloodcinkowe wątki znów nie w pełni się ze sobą kleją. Nieco przeszkadza mi także zbyt duże postawienie na Matthew Morrisona, (Mr. Shue), który coraz częściej kradnie "dzieciakom" występ ("Toxic", czy "Umbrella/Singing in the rain"*).

Mimo tych uchybień i słabszych momentów, "Glee" nadal pozostaje bardzo energetycznym, zabawnym i pozytywnym serialem. Dzięki Bogu – bohaterowie nadal świetnie śpiewają!

Na dobór piosenek także nie można narzekać. W dotychczasowych dziesięciu odcinkach pojawiają się bowiem takie ciekawe utwory, jak "LuckyMraza (!! :D), "Billionaire" Traviego McCoya, "River Deep – Mountain High" Ike’a i Tiny Turner (dotąd mi nieznane), "Valerie" The Zutons/Amy Winehouse, największe hity Britney Spears, czy melodie z musicalu "Rocky Horror Picture Show".

Najlepszym i najbardziej zapadającym w pamięć kawałkiem jest natomiast "Umbrella/Signing in the rain", w wykonaniu Matthew Morrisona i Gwyneth Paltrow. *Sam utwór ogromnie mi się podoba, natomiast okoliczności jego pojawienia już nie. Nie miałbym nic przeciwko temu, że Matthew Morrison tu śpiewa, gdyby nie fakt, że a) tuż przed tą sceną Mr. Shue mówi: "znalazłam sposób, żeby przekonać dzieciaki(!) do śpiewania "Singing in the rain"’, b) cały odcinek kręci się wokół tego, że nauczyciel jest chory, a tu nagle wyskakuje i śpiewa w strugach deszczu(!). Denerwuje mnie ta niekonsekwencja twórców. Zwłaszcza, gdy pojawia się na przestrzeni jednego odcinka.

Na plus należy zaliczyć natomiast gościnne występy gwiazd. John Stamos i Gwyneth Paltrow doskonale wypadają na ekranie, i widać jak świetnie bawili się na planie. Ich dobre samopoczucie udziela się widzowi, dzięki czemu ich występ wypada interesująco.

Świetnie sprawdza się także Dot-Marie Jones jako Coach Beiste – żeński odpowiednik Kena Tanaki.
Sue Sylvester i jej doskonałe docinki również nie zawodzą. ;)

Wychodzi na to, że "Glee" znów kuleje na jednym, bardzo ważnym froncie – scenariuszu. Historia jest po prostu niekonsekwentna, nawet w obrębie pojedynczego odcinka. To natomiast odbiera sporo z przyjemności oglądania. Po raz kolejny najlepsze są odcinki tematyczne, skupione na konkretnym artyście, bądź musialu.

Może trochę marudzę, ale mam ogromną nadzieję, że twórcy "Glee" napotkają wreszcie na swojej drodze dobrego scenarzystę. To pozwoli im pełniej wykorzystać potencjał tego serialu!

Werdykt: Jest OK!

(W temacie "Glee" warto też wspomnieć o trzech Złotych Globach, które serial zdobył w tym roku! Nagrody powędrowały do: Jane Lynch (w pełni zrozumiałe!), Chrisa Colfera (Kurt to rzeczywiście dobra postać) oraz najlepszego serialu komediowego(!), (mimo swoich uchybień, "Glee" rzeczywiście bardzo poprawia humor!)).

Tyle w kwestii seriali. Do usłyszenia/napisania pod koniec sezonu. :)

PS. Nie rozpocząłem jeszcze nowych serii: Desperate HousewivesGrey’s AnatomyChucka i How I met your mother. Zbliżam się natomiast do decyzji o rozpoczęciu Being HumanSkinsów (brytyjskich!), bądź Vampire Diaries. Zobaczymy jednak co z tego wyniknie. ;)
PS2. W styczniu oglądałem głównie "Family Guy’a", który nieprzerwanie trzyma wysoki poziom, (obecnie jestem w piątym sezonie). Serial ciągle jest zabawny, kontrowersyjny i szokujący. Dzięki temu wyśmienicie mi się go ogląda. :) (Ostatnio duże wrażenie zrobiła na mnie ta scena). :)

 
1 komentarz

Napisane w kategorii TV Shows

 

The Confession

10 paź

Jakiś czas temu odkryłem stronę internetową MyEpisodes.com. Pozwala ona być na bieżąco ze wszystkimi terminami premier najnowszysch odcinków oglądanych seriali, jak również oferuje bardzo ciekawą funkcję nazwaną: "Time I’ve wasted". System w szybki sposób podlicza wszystkie obejrzane odcinki i mówi człowiekowi jaką część swojego życia spędził przed telewizorem/komputerem, zapatrzony w życie swoich ulubionych serialowych postaci.

W tym wpisie chciałem zaprezentować wszystkie oglądane przeze mnie seriale, których oglądanie zajęło mi łącznie*: 2 miesiące, 3 tygodnie i 20 godzin.
Swoją drogą będzie to też wersja 2.0 wpisu, którym reaktywowałem działalność swojego bloga w listopadzie 2008.

NEW(EST) SHOWS

 

Glee
Objawienie zeszłego serialowego sezonu, choć posiada kilka wad, to dzięki ciekawym aranżacjom znanych hitów, doskonale śpiewającej obsadzie i karykaturalnym postaciom, zdecydowanie daje radę i powala widzów swoją pozytywną energią!
No i ta Jane Lynch jako Sue Sylvester! :)

Cougar Town 
Komediowe spojrzenie na kryzys wieku średniego. "40-tka to nowa 20-tka" i te klimaty. Jules Cobb stara się na nowo przeżyć swoją młodość, co prowadzi do ciekawego zestawienia tego, co wypada jej robić, z tym, co rzeczywiście robi.
Specyficzni, zabawni bohaterowie i powrót Courtney Cox do komediowych korzeni. Choć mogłoby się wydawać, że temat nie jest pierwszej świeżości, to jego intrygujące wykonanie, pokazuje, że jeszcze nie wszystko zostało powiedziane.

Chuck 
Zwyczajny "nerd", pracujący w sklepie elektronicznym, przez przypadek staje się posiadaczem wszystkich rządowych sekretów. Zestawienie jego rutynowego życia z nowymi obowiązkami, rodem ze świata agentów specjalnych, daje bardzo zaskakujące efekty i tworzy intrygującą fabułę. Dodatkowo pełno tu odwołań do science-fiction, gier i komiksów, a także szeroko rozumianej kultury popularnej.

Royal Pains 
Wakacyjny serial, opowiadający o "concierge doctor" – lekarzu, który przyjedzie do domu i na miejscu wykona wszystkie niezbędne zabiegi. Z tego powodu Hank Lawson ma w sobie coś z McGayvera, gdyż niektóre sprzęty ratujące życie potrafi stworzyć ze zwykłych przedmiotów domowych. Oprócz ciekawych przypadków medycznych, intrygują także relacje lekarza z rodziną i znajomymi. Najzabawniejszym elementem tego przyjemnego serialu jest natomiast brat głównego bohatera – człowiek ze smykałką do interesów i burzą niecodziennych pomysłów.

True Blood 
Wampiry są wśród nas! Dzięki syntetycznej krwi, stworzonej przez Japończyków, mogą żyć tak, jak normalni ludzie. Oczywiście niektóre preferują swój stary tryb odżywiania, co z wiadomych względów budzi zastrzeżenia ludzi. W dotychczasowych dwóch sezonach (trzeci jeszcze przede mną) najciekawszym wątkiem w mojej opinii były zmagania wampirzej braci z Kościołem Fanatyków, pod wdzięczną nazwą: Fellowship of the Sun.
Ta produkcja posiada bardzo ciekawy, mroczny klimat oraz intrygujących bohaterów, dzięki czemu wyśmienicie się ją ogląda.

OLD(ER) SHOWS

Heroes 
Zwykli ludzie, którzy odkrywają, że posiadają nadprzyrodzone zdolności, to bardzo ciekawy, choć niekoniecznie innowacyjny, koncept. Pierwszy sezon "Herosów" pokazał jednak, że z takiego tematu można naprawdę wiele wyciągnąć. "Jedynka" jest bowiem doskonale napisana, a kolejne odcinki ogląda się z dużym zaangażowaniem. Niestety później poziom meandruje – obok bardzo dobrych epizodów są te zwyczajnie kiepskie. Choć "czwórka", którą obecnie oglądam, jest już zbliżona do poziomu "jedynki", to jednak nie była to wystarczająca poprawa, by uchronić serial od kasacji.

House 
Cyniczny i denerwujący pacjentów doktor oraz dziwne przypadki medyczne, a także bardzo specyficzne, często niejednoznaczne relacje lekarza z otoczeniem, są tym, co najbardziej przyciąga w tej produkcji. Swoją drogą im dalej, tym lepiej. Za najlepsze sezony uważam bowiem piąty i czwarty (w tej kolejności). Z niewiadomych powodów ciągle nie obejrzałem jeszcze "szóstki", ale już szykuję się, by zacząć nadrabiać te zaległości.

Desperate Housewives 
Mieszkanki Wisteria Lane i ich specyficzne problemy. "Gospodynie domowe" z Fairview rzeczywiście są "Gotowe na wszystko", by dopiąć swego. Nawet, jeśli będą musiały użyć "desperackich" środków, by tego dokonać.
Kolejne sezony, choć stopniowo upadają na poziomie, dalej dają radę i przysparzają wielu sytuacji do szczerego śmiechu.

Gossip Girl 
NYC, Manhattan, Upper East Side. To tam dzieje się akcja serialu, którego głównymi bohaterami są bogate i piękne nastolatki. Fabuła to w zasadzie masa intryg i knowań oraz miłosna rotacja pomiędzy poszczególnymi postaciami. W przeciągu trzech lat twórcom udało się zapełnić większość kombinacji zasady "każdy z każdym".
W skrócie – "totalny guilty pleasure". ;)

Grey’s Anatomy 
Rozterki uczuciowe grupy stażystów z Seattle Grace Hospital, w połączeniu z zaskakującymi, a często też dziwnymi przypadkami medycznymi, stanowią o sile tego serialu. Dostajemy też wiele skłaniających do śmiechu sytuacji oraz doskonały soundtrack. Wszystko to sprawia, że "Chirurgów" ogląda się z dużą przyjemnością.

How I met your mother
Choć przygody Teda i spółki przypominają te, które przeżywali "Przyjaciele", serial posiada własny, odmienny styl i prezentuje nieco inny styl humoru. Mnie ogląda się go doskonale. Sam nie wiem czy to z powodu podobieństw, czy właśnie dzięki różnicom.
Dodatkowo jest to serial, który wspomógł mnie podczas obu sesji zimowych na uczelni i już szykuję się na to, że przy najbliższej będzie podobnie. :)

+ Bonus: ANIMATED SHOWS

Family Guy
Animacja zdecydowanie skierowana do dorosłych. Twórca kreskówki – Seth McFarlane nabija się w niej bowiem dosłownie ze wszystkiego i wszystkich, często przełamując tematy tabu, czy wręcz szokując dla samego efektu szokowania. Panujący tu humor jest jednak szalenie ciekawy i piekielnie zabawny, momentami przekraczając nawet granice absurdu.
(Moja przygoda z tym obrazem zaczęła się przy odcinkach specjalnych, parodiujących "Gwiezdne Wojny". W te wakacje poszedłem o krok dalej. Dzięki darmowemu pilotowi, rozdawanemu na iTunesie, który szalenie mi się spodobał, jestem obecnie po dwóch seriach oraz kilku odcinkach z innych sezonów).

Kim Possible 
Disneyowska opowieść o cheerleaderce ratującej świat pełna jest zabawnych scen, ciekawych odniesień do kultury popularnej oraz zaskakujących zwrotów akcji. Serial ogląda się z dużą przyjemnością, gdyż zwyczajnie relaksuje i przysparza pozywytnych wrażeń.

The Emperor’s New School 
Serialowa wersja przygód cesarza Kuzco, znanego z "Nowych szat króla" ("Emperor’s New Groove"). Wyjątkowo zgrabna i udana, bo korzystająca z doskonałych chwytów, sprawdzonych już w pierwowzorze, (który nota bene zaliczam do swoich ulubionych filmów). :)

C.D.N

 
Komentarze (2)

Napisane w kategorii TV Shows

 

Nothing can stop us from being friends

20 cze

Jestem już po obejrzeniu wszystkich 24 odcinków pierwszej serii "Cougar Town" i muszę powiedzieć, że serial znów jest na dobrym poziomie.

Wprawdzie historia w nim opowiedziana odbiega znacznie od tego, co mogliśmy oglądać w początkowych odcinkach serialu, ale tak naprawdę jest to zmiana bardziej na plus niż na minus. O ile w pierwszych odcinkach Jules rzeczywiście była prawdziwą cougar*/"łowczynią mężczyzn", która umawiała się z dużo młodszymi facetami, tak teraz ten wątek w ogóle nie jest poruszany. Akcja skupiła się bardziej na relacjach Jules z grupą jej nabliższych przyjaciół i na licznych dziwnych sytuacjach, w których razem z nimi się znajduje.
Taka formuła całkiem dobrze się sprawdza, przysparzając bardzo wielu dowcipnych sytuacji, a co za tym idzie – momentów do śmiechu.

Do takich sytuacji można zaliczyć chociażby wyprawę na ryby, podczas której łowi się je nie na wędkę, a na… własnę rękę; cały odcinek spędzony w nowo wyremontowanej łazience; akcję z Jules, która samochodem wpada do basenu sąsiadów, czy muzyczne remiksowanie poważnych słów Greysona na hit elektro.

Wśród tych "dziwnostek" pojawia się też motyw przyjacielksiej interwencji, dobrze znany chociażby** z "How I met your mother". Tam sytuację doprowadzono aż do stanu: "robimy interwencję przeciwko twojemu robieniu interwncji".
W "Cougar Town" twórcy poszli jeszcze w inną stronę, robiąc interwencję, w której przyjaciele namawiają Jules, aby nie przestawała pić wina. ;) 

Jeden element pozostał jednak niezmieniony i niezależny od ogólnego zarysu fabuły. Tym elementem jest epizodyczna postać Barb, która nadal jest prawdziwą "łowczynią" mężczyzn i zachowuje się w taki sam sposób jak poprzednio.
Jej postać jest całkiem zabawna i pokazująca co mogłoby się stać z główną bohaterką, gdyby pozostała na swojej starej drodze życiowej. Także fajnie, że twórcy zostawili ją niezmienioną i przewijającą się od czasu do czasu przez ekran, żeby mogła wypowiedzieć kilka swoich dziwnych uwag.

Nowa formuła tak odmieniła oblicze serialu, że twórcy zastanawiają się nawet nad… zmianą jego nazwy. Posunięcie ryzykowne, aczkolwiek nie pozbawione sensu. Skoro zmieniła się główna oś fabuły, to czemu nie może zmienić się i nazwa?
Mi osobiście zupełnie nie przeszkadza obecny tytuł, jednak pewnie przyzwyczaję się też do tego nowego. Pytanie tylko – jaki miałby on być? "Jules"?, "Jules i przyjaciele"?, "Wariackie życie Jules Cobb"?, czy może coś zupełnie innego?
Odpowiedź na to pytanie poznamy pewnie w niedalekiej przyszłości.

Niezależnie od nazwy, jaką może przybrać, sądzę, że warto oglądać "Cougar Town". Wprawdzie nie wszystkie odcinki są świetne, ale wiele jest bardzo dobrych i szalenie zabawnych. Na dodatek większość jest też niezmiernie relaksujących.
Za najlepsze odcinki uznałbym natomiast: 1, 2, 3, 13, 23 i 24. To one wydały mi się najzabawniejsze i najciekawiej napisane. Reszta jest całkiem niezła. Tylko kilka odcinków jest zwyczajnie słabych. Jednak w ogólnym rozrachunku "Cougar Town" ma więcej plusów niż minusów i przysparza wielu pozytywnych wrażeń. Także ostatecznie – polecam! Nie robię tego wprawdzie z jakąś ogromną werwą, ale jednak z przekonaniem. ;)

PS. *cougar to w zasadzie nazwa gatunkowa pumy florydzkiej :)

PS2. **(Żeby było śmieszniej, również w "Seksie w wielkim mieście 2" pojawia się "interfriendshion". Nazwa mistrz, nie ma co!) ;)
 
Komentarze (3)

Napisane w kategorii TV Shows

 

The one with Other Shows

19 mar

Cougar Town
Sprawa z najnowszym serialem Courtney Cox nie należy do najprostszych. Z początku byłem nim wręcz zachwycony. Śmieszyło mnie wszystko, co działo się na ekranie, a postacie wydawały mi się dość interesujące. Później jednak zaczęła mnie męczyć schematyczność tego, co działo się w serialu oraz fakt, że większość bohaterów zupełnie się nie zmieniała, a aktorzy grali na tę samą nutę. Po zaledwie dziesięciu odcinkach byłem bliski zarzucenia oglądania tej produkcji. Wiedziałem jednak, że w epizodzie 11 pojawić ma się sama Lisa Kudrow, czyli jedna z dawnych "Przyjaciół" Courtney. Postanowiłem więc dać serialowi jeszcze jedną szansę.


Okazało się, że odcinek "Rhino Skin" był całkiem niezły, a ja znów kilkakrotnie się zaśmiałem. Z tego powodu obecnie jestem już po 15 epizodach i muszę przyznać, że poziom znów jest OK. 
Szczególnie odcinek trzynasty "Stop Draging my Heart Around" zrobił na mnie duże wrażenie. Bohaterowie zaczęli się zmieniać, dowcipy prowadzone były nieco inną drogą niż zwykle, wszystkie postacie wylądowały z kimś w łóżku, a Greyson mówił z prześmiewczym tonem: "It’s so girly to talk about your "someday person". If twenty years from now we don’t have anybody else, will marry each other, oh!"

Znów świetnie się bawiłem, oglądając to, co działo się na ekranie. A dzięki odzyskanej wierze, że może być lepiej, odzyskałem też chęć do dalszego podążania za tym, co będzie robić Jules i przyjaciele.
(W temacie "Cougar Town" warto też wspomnieć, że Courtney Cox za swoją rolę była nominowana do Złotego Globu, jako najlepsza aktorka w serialu komediowym. Ostateczne przegrała jednak z Toni Collette za jej dokonania w "United States of Tara").

How I met your mother
W zeszłym roku pisałem o tym serialu po raz pierwszy. Teraz chciałem po prostu zanotować, że po rocznej przerwie ponownie do niego zasiadłem, i znów było to podczas zimowej sesji. "Jak poznałem waszą matkę" to po prostu serial idealny na ten właśnie czas. Krótki, komediowy, bardzo odprężający i podobny do ulubionych "Przyjaciół".

W poprzednim tekście przytaczałem już wiele podobieństw pomiędzy oboma sitcomami, teraz po obejrzeniu kolejnych dwóch sezonów, odkryłem następne.
Okazało się, że w odcinku 4×17 "The Front Porch", dostaliśmy "Friendsowy" pakt dotyczący małżeństwa. Ted i Robin umawiają się, że jeśli do czterdziestki nie będą już po ślubie z kimś innym, to pobiorą się ze sobą. Jak dobrze wiadomo – dokładnie taki pakt wymyślili już Chandler i Monica, w jednej z pierwszych serii "Przyjaciół". Także miło, że pojawia się też tutaj. :)

Ogólnie rzecz ujmując obejrzane niedawno dwa sezony "How I met your mother" były bardzo przyjemne w odbiorze. Liczę, że serial nadal utrzyma dobry poziom, żebym nadal mógł zaśmiewać się z pokazywanych w nim sytuacji, kiedy podczas kolejnej sesji ponownie się za niego zabiorę. ;)


Royal Pains
Serial lekki, łatwy i przyjemny. Na dodatek bardzo wakacyjny. Ponieważ ja oglądałem go niedawno, był dla mnie jak powiew ciepłego letniego powietrza w środku zimy. (Akcja dzieje się bowiem podczas letnich wakacji, w kurorcie Hamptons, w stanie Nowy York; a wszystkie wydarzenia są zupełnie niezobowiązujące i po prostu wywołujące uśmiech na twarzy).

Głównym bohaterem serialu jest młody lekarz, który zostaje wyrzucony z pracy w nowojorskim szpitalu, po tym jak nieumyślnie doprowadza do śmierci jednego z ważniejszych dobroczyńców tejże placówki. Za namową brata udaje się na wakacje do Hamptons. Tam natomiast otrzymuje propozycję nie do odrzucenia – może zostać "concierge doctor" – lekarzem prywatnym, który odwiedza pacjentów w ich własnych domach. Szybko okazuje się, że w miejscowości jest duży popyt na tego rodzaju usługi, ponieważ większość mieszkańców silnie dba o swoją prywatność, a także nie do końca ufa pracownikom pobliskiej kliniki. Także nasz doktor ciągle będzie miał pełne ręce roboty.

Serial ogląda się znakomicie, głównie z powodu zabawnych i dających się lubić postaci (prym wiedzie tutaj brat głównego bohatera, grany przez Paula Costanzo, znanego z "Joeya"), niezliczonych dowcipnych sytuacji, interesujących przypadków medycznych, a także szczególnych zdolności lekarza, rodem z "MacGyvera". To z jakich przedmiotów Hank Lawson potrafi stworzyć sprzęt medyczny, przywodzi na myśl dokonania słynnego detektywa/byłego agenta wywiadu.

Wszystkie dotychczasowe 12 odcinków "Bananowego Doktora" (tak serial nazywa się w Polsce) ;) ogląda się wyśmienicie. Ot, przyjemna rozrywka. Jest jednak na tyle dobra, że z chęcią zaopatrzę się w kolejne epizody, kiedy te już zaczną być emitowane na początku czerwca.

The Beautiful Life
Kiedy dowiedziałem się, że nowy serial Mischy Barton, który został zdjęty z ramówki po zaledwie dwóch odcinkach, dostał drugie życie, coś mnie podkusiło, żeby w wolnej chwili go zobaczyć. Wszedłem więc na oficjalny YouTubowy kanał serialu, aby legalnie obejrzeć pierwsze odcinki tej produkcji.
Szybko zorientowałem się czemu został anulowany. Dziury w scenariuszu, kiepskie aktorstwo, zero dramaturgii oraz dziwne zwroty akcji sprawiły, że "TBL" ostatecznie nie było tym, czym mogło być – dobrym guilty-pleasurowym serialem o życiu "pięknych i bogatych", w stylu "O.C" i "Gossip Girl". Wszystko natomiast wskazywało, że takie bardzo chciałoby być. Szkoda, że pozostało tylko na chęciach.

 
Komentarze (2)

Napisane w kategorii TV Shows

 

The Fresh Shows

25 paź

Podczas mojego ostatniego pobytu w USA dokonałem pewnego odkrycia. Liczba reklam, które pokazują tamtejsze stacje telewizyjne przebija to, co robią TVN i Polsat. Nawet gdyby połączyć czas reklamowy obu tych stacji, i tak trwałyby one krócej niż przerwy w Stanach. Tam w ciągu godziny dostajemy bowiem aż… osiem (!) przerw na reklamy.
Ten fakt uniemożliwił mi oglądanie moich ulubionych seriali w TV, ponieważ zupełnie zabijał jakąkolwiek dramaturgię. Podczas wyjazdu przerzuciłem się zatem na seriale kryminalne, takie jak "CSI Miami", "Cold Case", "Criminal Minds", czy "NCIS" (dzięki Bogu, że mają jednoodcinkowe fabuły, umożliwiające mi oglądać pojedyńcze odcinki bez obawy, że się od razu wciągnę na dłużej). ;)
Zachęciłem się także do obejrzenia kilku debiutujących seriali. A oto moje krótkie uwagi na ich temat.
Enjoy! ;)

Cougar Town
Najnowszy serial Courtney Cox to historia 40-letniej rozwódki z nastoletnim synem, która stara poradzić sobie ze swoją nową sytuacją życiową. Do tego postanawia przeżyć swoją młodość na nowo, jako że za pierwszym razem "siedziała w domu i wychowywała dziecko". Oglądanie czterdziestolatki, próbującej zachowywać się jak 20latka jest zaskakująco zabawne, jak się okazało. Przynajmniej w wykonaniu Courtney Cox. :)

Trzy pierwsze odcinki oglądało mi się naprawdę dobrze i wiele razy głośno się śmiałem.
Dowcipy są tutaj zarówno słowne, sytuacyjne, jak i wynikające z charaketru bohaterów. Opierają się głównie na zestawieniu postaw i charakterów różnych postaci oraz na wyolbrzymieniu pewnych sposobów zachowania ludzi w różnym wieku. To sprawia, że większość scen jest powodem do śmiechu.

Tytuł serialu odnosi się nie tylko do nazwy miasta, w którym dzieje się akcja, ale także do określenia starszej kobiety, która uwodzi młodszych mężczyzn. I rzeczywiście – już w pierwszym odcinku Jules idzie do łóżka z dużo młodszym facetem, ponieważ chce pokazać, że to, co jest przyzwolone 40-letnim rozwodnikom, może być przyzwolone także jej.

Ogólnie rzecz biorąc "Cougar Town" bardzo przyjemnie się ogląda, dlatego cieszy fakt, że ABC zamówiło już pełny sezon. :)

Glee
Glee to serial opowiadający o szkolnym chórze i jego nietypowych uczestnikach.
Momentami jest bardzo przesłodzony, czasami nawet sztuczny i stereotypowy, jednak zdarza mi się na nim naprawdę głośno śmiać i dobrze bawić.
Niektóre rzeczy są bowiem tak przerysowane, że aż nie można się nie zaśmiać.
Za przykład można podać chociażby scenę, w której cała drużyna futbolu amerykańskiego tańczy na boisku układ z "Single Ladies" Beyonce, czy tekst kapitana drużyny, który z dużym zaskoczeniem mówi: "Mam tę książkę z biblioteki. Wiedział pan, że tam można je wypożyczać?!". ;)

Głównym atutem serialu jest jednak jego musicalowość. W każdym odcinku dostajemy kilka pełnych wersji znanych muzycznych hitów, w nowych aranżacjach. Te zaś robią wrażenie i dobrze się ich zarówno słucha, jak ogląda.

Na potwierdzenie moich słów – oto dwa utwory z serialu: "Halo/Walking on sunshine" Beyonce/ Katrina and the Waves oraz "It’s my life/ Confessions" Bon Jovi/ Usher:

     


Jednak to nie tylko muyka wpływa na urok "Glee". Należy dodać do tego ironiczny sposób pokazywania problemów młodzieży; specyficznych, wyrazistych bohaterów, z których każdy się wyróżnia oraz zabawne i sprawnie napisane dialogi. Wszystkie te elementy razem sprawiają, że serial jest bardzo przyjemny w odbiorze.

Ważny jest też fakt, że serial zdobywa same dobre recenzje z wielu różnych stron, włączając w to moje ulubione serwisy i blogi. Okazuje się bowiem, że nie tylko dziewczyny z Popcornera są fankami serialu. 
Także Billie Doux, Jonny Ali z Ali’s Music Blog, czy Quentin są zachwyceni "Glee".

Warto też wspomnieć, że piosenki z tej produkcji tak dobrze sprzedają się na iTunesie, że Fox postanowiło wydać album z piosenkami pojawiającymi się w serialu. Płyta "Glee: The Music vol.1" pojawi się w sklepach już 3 listopada.
Tymczasem nie tylko na iTunesie można odnaleźć najnowsze piosenki śpiewane przez bohaterów. Także Jonny Ali’s co tydzień umieszcza na swoim blogu zbiór utworów, które pojawiły się w ostatnim odcinku. :)
Ja jak na razie nie skusiłem się jeszcze na zaopatrzenie w żadną z piosenek, aczkolwiek dzięki serialowi odkryłem na nowo magię wersji oryginalnych, które już posiadam w swojej kolekcji. ;) (Muszę jednak przyznać, że mash-up piosenek "It’s my life/Confessions" z klipu powyżej bardzo mnie kusi) ;)

Ogólnie rzecz ujmując "Glee" ogląda się naprawdę przyjemnie. Z ciekawością zobaczę jak rozwinie się opowiadana w nim historia, która także rozrośnie się do pełego sezonu, jak ostatnio poinformował Fox. :)

The Beautiful Life
Myślałem także nad zobaczeniem pierwszego odcinka The Beautiful Life, czyli nowego serialu z Mischą Barton. Jednak, kiedy okazało się, że stacja CW zdejmuje go z ramówki po zaledwie dwóch odcinkach, stwierdziłem, że jednak nie będę tego robił.
Tym samym TBL podzieliło los innego serialu dla nastolatków, któremu miałem ochotę dać szansę.
Poprzednim była produkcja "Hidden Palms", która emitowana była na tej samej stacji podczas wakacji po zakończeniu The O.C i tuż przed rozpoczęciem Gossip Girl. Serial zapowiadał się na połączenie O.C i Desperate Housewives (poprzez uczestnictwo dwóch postaci drugoplanowych z tego pierwszego oraz motywu niewyjaśnionego samobójstwa jednego z bohaterów, tak jak w drugim), jednak The CW zdjęło go z anteny po wyemitowaniu zaledwie kilku odcinków.

 
1 komentarz

Napisane w kategorii TV Shows

 
 

  • RSS