RSS
 

Notki z tagiem ‘david-fincher’

In space no one can hear you scream!

03 kwi
O serii "Alien" napisano już chyba wszystko, co możliwe. Ten wpis będzie zatem bardziej zapisem kronikarskim niż owocem jakichś nowych, odkrywczych myśli. No, ale skoro napisałem parę słów o "Gwiezdnych Wojnach", o których też powiedziano już wszystko, to czemu miałbym się teraz powstrzymywać? ;) 
Z góry jednak przepraszam za pewną wtórność i lakoniczność tego wpisu. ;) 

Alien (1979, reż. Ridley Scott) 
Intrygujący klimat. Niepewność. Odosobnienie. Sytuacja bez wyjścia. Samotna walka. Film trzyma w napięciu i momentami mocno zaskakuje. Wszystko zresztą idealnie określa sam tagline produkcji: "W kosmosie nikt nie usłyszy twojego krzyku". 
Bardzo przyzwoita rozrywka, przykuwająca uwagę i każąca zastanawiać się co będzie dalej. 

Aliens (1986, reż. James Cameron) 
Przejmujący klimat utrzymany, choć sam film, jak to przystało na sequel jest szybszy, większy i bardziej nastawiony na akcję. Cameron potrafił jednak z tych elementów ustanowić duży atut swojego obrazu. Tę historię ogląda się z dużym zaangażowaniem, kibicując bohaterom. To zadanie jest zresztą ułatwione, gdyż zestaw postaci, pojawiających się w części drugiej, jest najciekawszym w całej serii. 

Alien³ (1992, reż. David Fincher) 
Słabszy, ale jednak trzymający w wielu momentach w napięciu. Udało się zresztą utrzymać klimat odosobnienia i nieuchronności tragicznych wydarzeń, które mają nastąpić. Chwilami czuć też Fincherowską rękę. Widać to chociażby w sposobie prowadzenia niektórych scen, przy użyciu specyficznie przybrudzonych scenografii, innym rodzaju oświetlenia, czy wreszcie bardzo dobrym doborze muzyki. "Trójka" ma najbardziej wychwytywalną i dopasowaną muzykę ze wszystkich części. Świetnie oddającą charakter i napięcie danych scen. (Nie wliczam oczywiście tematu przewodniego serii, bo ten sprawdzał się dobrze w każdym "epizodzie"). 

Alien: Resurrection (1997, reż. Jean-Pierre Jaunet) 
Najsłabsza ze wszystkich części. Wręcz doklejona do serii na siłę. Klimat zupełnie gdzieś zniknął. Napięcie też. Niektóre sekwencje wrzucone zupełnie bez sensu – nie niosą żadnej ważnej treści dla rozwoju opowieści, po prostu ‚są’. (Np. "Ripley" grająca w koszykówkę). Do tego przekroczony próg obrzydliwości. "Czwórka" ma chyba więcej niesmacznych scen niż pierwsze trzy filmy razem wzięte. Zupełnie mnie to nie przekonało. Nie lubię takiego epatowania szkaradnością. Mam wrażenie, że to taki tani chwyt – wywołać strach przez obrzydzenie. 

Plusem trzech pierwszych części jest też fakt, że idealnie się ze sobą zazębiają. Kontynuacje zaczynają się dokładnie w tym samym miejscu, (choć nie czasie), w którym kończył się poprzedni "odcinek". Ten zabieg sprawdza się znakomicie. Mamy wrażenie, że nic ze znaczącej akcji nas nie ominęło. (Co jest o tyle ciekawe, że pomiędzy poszczególnymi częściami mijają przecież dekady). "Czwórka" już tak ładnego powiązania z resztą nie ma, co dodatkowo każe myśleć, że chyba byłoby lepiej, gdyby seria została trylogią. Zwłaszcza, że mimo zmian na stołku reżyserskim, tryptyk opowieści o Obcym jest bardzo spójny. "Czwórka" ten obraz niestety zaburza. 

Pora na oceny: Alien – mocne 8/10, Aliens – mocne 8/10, Alien³ – naciągnięte 7/10, Alien: Resurrection – naciągnięte 5/10. 

Cieszę się niezmiernie, że wreszcie zmobilizowałem się, żeby obejrzeć serię w odpowiedniej kolejności, od początku do końca. Zabawa była przednia, zwłaszcza na początku. No i jestem już w pełni gotowy na zbliżającego się "Prometeusza". ;) Aż idę obejrzeć wreszcie sławetny już trailer! :) 

Tyle. Dziękuję za uwagę! :) 

PS. Po bardziej lakoniczne uwagi, pisane od razu po seansie zapraszam tutaj! ;) 
PS2. W ramach przykładów na to, że "napisano już wszystko": cztery teksty na temat dwóch pierwszych części: autorstwa Toma Braidera (AlienAliens) i Billie Doux (AlienAliens). 
PS3. Błyskotliwy minimalizm plakatów – courtesy of Mierzwiak (of Plakaty.blox.pl fame). (Pozdrawiam i dziękuję za możliwość wykorzystania grafiki). :)

 
1 komentarz

Napisane w kategorii Movies

 

Investigation?!

07 lut

"The Girl with the Dragon Tatoo" Davida Finchera, czyli amerykańska adaptacja szwedzkiego bestselleru "Millenium. Mężczyźni, którzy nienawidzą kobiet", rozpoczyna się świetną i wyjątkowo intrygującą sekwencją napisów początkowych. W takt "Immigrant Song", w aranżacji Trenta Reznora i wykonaniu Karen O., oglądamy porywającą wizualizację. Klimat, który posiada czołówka, jest wyjątkowo mroczny, drapieżny, "chory" i szaleńczo wciągający. Dokładnie taki, jaki powinien być cały film. Niestety, obietnica złożona w ciągu pierwszych minut, nie zostaje nigdy spełniona. 

Temat nierozwiązanej zagadki z przed lat, w połączeniu z tropem serii brutalnych morderstw, wydawał się idealnym tematem dla amerykańskiego reżysera. Fincher lubuje się przecież w thrillerach, opowiadających o mrocznej stronie ludzkiej natury. Historiach, które ściskają człowieka za gardło i wciągają go bezgranicznie do swojego świata. 

Niestety, jego wersja szwedzkiej opowieści, nie niesie ze sobą tak wielkich emocji, na jakie zasługuje. Można wręcz powiedzieć, że jest zbyt stonowana, zbyt wyciszona. Za mało tu momentów przyspieszających bicie serca. Za mało gęstej atmosfery i umiejętnego budowania napięcia, tak charakterystycznego dla wcześniejszych obrazów reżysera. Jego najnowszy film mie porwał mnie w stopniu, jakiego oczekiwałem. Nie sprawił, że siedziałem na krawędzi siedzenia, czy obgryzałem paznokcie. 
Jest to dla mnie ogromnie zaskakujące, gdyż oglądając szwedzką adaptację, często myślałem sobie, jak to Fincherowi uda się wycisnąć dużo więcej z oglądanych przeze mnie scen. Jakież było moje zdziwienie, gdy okazało się, że w "Dziewczynie z Tatuażem", momenty, na które najbardziej czekałem, zostały przedstawione pobieżnie (w formie zdjęć), lub zwyczajnie pominięte. Moje nadzieje o podkręceniu emocji do granic możliwości, okazały się więc (zaskakująco) zbyt wygórowane. 

Momentami miałem wrażenie, że historia u Finchera jest za mało "skupiona". Zbyt rozwlekła, rozczłonkowana. Za dużo w niej pobocznych wątków. Nie wiem, jak było w książce, ale u Opleva obyło się na przykład bez wątku córki. Jej obecność w filmie jest zresztą ważna tylko z jednego powodu – przez jej wkład w naprowadzenie Mikaela na właściwy trop śledztwa. Jednak jej uwaga, rzucona mimochodem, jest zdecydowanie mniej ciekawym rozwiązaniem, niż Lisbeth, która konktaktuje się z Mikaelem, by przekazać mu informacje. (A właśnie takie rozwiązanie zastosowali Szwedzi). Być może te elementy zbliżyły fincherowską wizję do oryginału, jednak nie mogę przestać myśleć o tym, że Szwedzi sobie bez nich poradzili. (Przynajmniej w wersji filmowej). Niestety, przez te dodatkowe elementy, momentami gubi się gdzieś główny wątek tej historii – zagadka do rozwiązania.* 

"Dziewczynie z Tatuażem" nie można zarzucić jednak jednej rzeczy – poziomu aktorstwa. To jest naprawdę dobre.

Daniel Craig wypadł wyjątkowo ciekawie w swojej roli. Nawet lepiej niż jego szwedzki "odpowiednik", w osobie Michaela Nyqusta. Bo choć obaj panowie stworzyli podobną postać, Daniel wydaje się bardziej empatyczny. Z jego roli mocniej wypływa też postawa: nie mam nic do stracenia. 
Rooney Mara również zaprezentowała się z bardzo dobrej strony. Jej Lisbeth nie jest jednoznaczna, składa się z przeciwieństw. Z jednej strony jest zadziorna, nieco wycofana, nie słucha innych i nie cenzuruje swoich myśli. Z drugiej – poszukuje bliskości, akceptacji, normalnego konktaktu z drugim człowiekiem. Choć jej kreacja "broni się" od strony aktorskiej, nie przykuwa uwagi, jak ta, którą uraczyła nas Noomi Rapace. Lisbeth w szwedzkiej adaptacji, choć bardziej jednoznaczna, była bardziej "drapieżna", waleczna, chłodna i stawiająca na swoim, niezależnie od sytuacji. Była przez to również bardziej nieobliczalna. 
Reszta obsady radzi sobie zwyczajnie przyzwoicie. Dzięki temu nie odciąga naszej uwagi od głównych bohaterów opowieści, czyli Lisbeth i Mikaela. 

Zaskoczyła mnie muzyka*. Niestety nie pozytywnie. Poza pojedynczymi utworami, ścieżka dźwiękowa jest zwyczajnie za spokojna. Nie podbudowuje napięcia. Nie podkręca go do granic możlwości, tak jak powinna. Po prostu ‚jest’. Po tym, jak Trent Reznor i Atticus Ross uraczyli nas świetnym soundtrackiem do "Social Network", nie spodziewałem się zwyczajnej "muzyki ilustracyjnej", tylko czegoś, co sprawi, że emocje aż ugrzęzną mi w gardle. Że zachłysnę się doskonałymi dźwiękami, płynącymi z ekranu. Niestety tym razem duet kompozytorski nie spisał się na medal. I choć muzyka jest lepsza niż w szwedzkiej adaptacji, (gdzie utwory były w ogóle niezauważalne), to liczyłem na dużo więcej. 

Mimo wszystko, "The Girl with the Dragon Tatoo" nie jest filmem złym. Jest jednak filmem niewykorzystanych możliwości. Po skończonym seansie, nie mogłem się opędzić od wrażenia, że ten obraz mógłby być o wiele, wiele lepszy. W zaprezentowanej formie "Dziewczyna z Tatuażem" jest zwyczajnie dobra. Ostatecznie przyznaję więc ocenę 7,5/10. Tę samą, którą otrzymała szwedzka adaptacja. Fincherowska wizja nie jest bowiem lepsza od szwedzkiej. Wielka szkoda, bo szczerze na to liczyłem. 

PS. * Możliwe jednak, że taki jest właśnie styl skandynawskich kryminałów. Pamiętam, jak czytając "Pancerne Serce" Jo Nesbo, byłem zaskoczony, że tyle czasu poświęca się tam pobocznym wątkom, dotyczącym życia bohaterów. Dodajmy – wątkom nie mającym żadnego związku z rozwiązaniem sprawy. Tu było podobnie.

 
Komentarze (5)

Napisane w kategorii Movies

 

Expect the Unexpected!

15 mar

"The Game" Davida Finchera to intrygujący thriller, który każe widzowi nieustannie oczekiwać rzeczy nieoczekiwanych oraz zastanawiać się "o co tutaj chodzi?".
Widz zostaje bowiem postawiony w pozycji samego bohatera, który zupełnie nie rozumie co się wokół niego dzieje.

Cała historia rozpoczyna się w momencie, gdy brat głównego bohatera daje mu w prezencie urodzinowym karnet na usługi tajemniczej firmy CRS (Consumer Recreation Services (Serwis Rozrywki Konsumenckiej)). Korporacja zajmuje się tworzeniem szczególnych "gier", które "otwierają oczy" i "zapewniają człowiekowi to, czego mu w życiu brakuje".

Z chwilą, gdy Nicholas van Ort decyduje się wziąć udział w proponowanym przez firmę przedsięwzięciu, jego życie ulega diametralnej zmianie. W jego ułożone, wręcz rutynowe życie bankiera inwestycyjnego wkrada się chaos i szaleństwo.

Z każdą kolejną chwilą wokół bohatera zaczynają dziać się coraz dziwniejsze rzeczy. Każe mu to podważać otaczającą rzeczywistość i doszukiwać się ukrytych motywów działań spotykanych ludzi. Nicholas, znajdując się w stanie ciągłej niepewności, zaczyna mieć objawy paranoi. Najlepsze jest jednak to, że widz razem z nim odczuwa niepokój, oglądając zwyczajne sceny.
Dzieje się tak dlatego, że widz posiada taką samą wiedzę na temat "Gry" i jej zasad, jak główny bohater. Zaskakujące wydarzenia, (jak rozmawiający z Nicholasem prezenter telewizyjny, który odzywa się wprost do niego w czasie transmisji programu), każą nam sądzić, że wszystko może się zdarzyć. Nakazują doszukiwać się drugiego dna; zastanawiać co za chwilę nastąpi; oczekiwać nieoczekiwanego.

Ogromną zasługę w rozbudzeniu takiego sposobu myślenia, mają: specyficzny sposób kadrowania, szczególne jazdy kamery oraz szybki montaż niektórych scen. Umiejętne użycie tych narządzi sprawia, że zaczyamy snuć domysły na temat tego, co za chwilę się wydarzy i pobudzamy naszą wyobraźnię.
Doskonale widać to w scenie, w której Nicholas zamyka samochód po kłótni z bratem. Scena ukazana jest w sposób, który każe nam myśleć, że auto zaraz eksploduje. I choć nic takiego się nie dzieje, pozostaje w nas napięcie, wynikające z samego oczekiwania.
Jest to szalenie interesujący sposób oddziaływania filmu. Tak poprowadzić historię, by wprawić widza w stan ciągłej niepewności i dać mu przyczynek do dopowiadania własnej wersji wydarzeń. 

W zasadzie to uczucie towarzyszy nam przez cały film. Spowodowane jest aurą tajemniczości, która otacza przedstawione wydarzenia. Kto za tym wszystkim stoi? Dlaczego to robi? Komu można zaufać? Wszystkie te pytania rodzą się w bohaterze, ale intrygują również nas. My, jako widzowie, nie wiemy bowiem więcej od bohatera, dlatego klimat tajemnicy udziela się również nam.

Atmosferę niepewności budują także: minimalistyczna muzyka (jednym z motywów jest melodia wygrywana pięcioma klawiszami pianina) oraz wstrzemięźliwa gra aktorów. Główny bohater nie epatuje bowiem szeroką gamą emocji. A jednak, dzięki interesującej grze Michaela Douglasa, wyraźnie widać, że jego Nicholas jest mocno rozstrzęsiony i niepewny tego, co mu się może przytrafić. Aktor stworzył niejednoznacznego bohatera, któremu jednak kibicujemy i który wraz z rozwojem akcji staje nam się coraz bliższy.

Dobrze wypadł także Sean Penn jako brat głównego bohatera. Conrad jest zupełnym odwróceniem Nicolasa, przez co pakuje go w nie lada kłopoty. I choć Penn pojawia się na ekranie jedynie kilkakrotnie, to sposób jego zachowania pozostaje nam w pamięci.
Pozostali członkowie obsady to postaci dalszoplanowe, które jedynie poprawnie wykonują swoje filmowe zadanie. Są jedynie środkiem napędzania akcji i nie przykuwają do siebie zbyt dużej uwagi.

Film Finchera warto obejrzeć dla szczególnej atmosfery, jaka w nim panuje. Przejażdżka, jaką zafunduje nam reżyser, obfitować będzie bowiem w dużą ilość zaskakujących momentów, a seans zakończy się rozwiązaniem przewrotnym, niespodziewanym i dziwnym.

"The Game" uświadamia (przypomina), że David Fincher to reżyser, który potrafi oczarować widza i bez reszty wciągnąć go w swoją historię. Pobudzić w nim wiele emocji i kazać mu, chociaż przez chwilę, spojrzeć na świat z zupełnie innej perspektywy. Należą mu się za to brawa, a filmowi nota 8,5/10. (Bo choć film jest bardzo dobry, to jednak wiele mu brakuje do poziomu genialnego "Siedem", czy mojego ulubionego "Fight Clubu").

 
Komentarze (4)

Napisane w kategorii Movies

 

Are you safe?!

12 lis
Co byś zrobił, gdyby do twojego domu włamało się trzech groźnych bandytów?Gdybyś tylko miał się gdzie przed nimi ukryć.

Właśnie w takiej sytuacji znajdą się bohaterki thrillera "Panic Room" (a.k.a "Azyl"), w reżyserii Davida Finchera.

Meg Altman wraz z córką wprowadza się do nowego domu. Lokum jest bardzo przestrzenne i zaopatrzone w wiele udogodnień. Jednym z nich jest tytułowy "panic room" – sekretny "bezpieczny pokój", mający chronić mieszkańców od jakiejkolwiek napaści z zewnątrz. Bohaterki nawet nie przypuszczają, że już pierwszej nocy będą musiały skorzystać z tego pomieszczenia.
Do domu włamie się trzech opryszków, którzy będą chcieli obrobić sejf, znajdujący się… w centrum Azylu, w którym kryją się kobiety.
W taki sposób rozpocznie się emocjonująca gra między napastnikami, a ich ofiarami.

Napięcie i atmosfera zagrożenia budowane są prostymi środkami – kontrastującymi kadrami, ukazującymi bohaterki w zamknięciu, a bandytów w otwartych przestrzeniach dużego domu. Ciekawa praca kamery potęguje atmosferę niepokoju. Dzięki kadrom, przenikającym ściany budynku, możemy oglądać co dzieje się w poszczególnych częściach domu. Efekt jest prosty, robi wrażenie i zapada w pamięć. Panowie Khondij i W.Hall, spisali się znakomicie, tworząc te intrygujące kadry.

Nie mogę powiedzieć tego samego o Howardzie Shaw, odpowiedzialnym za ścieżkę dźwiękową. Muzyka* jest właściwie niezauważalna i w zasadzie nie ma wpływu na tworzenie gęstej atmosfery, panującej w filmie. Oceniam ją chłodno.

Dobra jest obsada. 
Jodie Foster jako Meg Altman wypada najlepiej. Jej bohaterka wydaje się być bezradną kobietą, która jednak pokaże pazur i wolę walki, gdy przyjdzie ratować chorą na cukrzycę córkę. 
Forest Whitaker, Jared Leto i Dwight Yoakam, czyli banda opryszków, także wypadają interesująco. Ich bohaterowie są groźni i nieobliczalni, ale mają skrupuły co do stosowanych przez siebie metod. Widać dwoistość ich charakteru i wewnętrzny spór dotyczący tego, czy ich działnia są odpowiednie. Interesujące są w szczególności ich spory słowne, mające na celu stwierdzenie kto ma rację.
Młoda Kirstin Stewart wypada przekonująco w roli chorej na cukrzycę dziewczynki, która dostaje ataku drgawek podczas oblężenia azylu.

"Panic Room" to przyzwoity thriller, który trzyma w napięciu, tworząc interesującą atmosferę osaczenia. Pokazuje, że nie zawsze zaawansowana technologia jest w stanie wygrać z ludzkim uporem i pomysłowością.
Kiedy kilka lat temu widziałem ten film po raz pierwszy, wywarł na mnie duże wrażenie. Teraz już mniejsze. Zasługuje jednak na ocenę 7/10, gdyż jest poprawny. Szkoda, że nie tak rewelacyjny, jak go zapamiętałem.

 
Komentarze (2)

Napisane w kategorii Movies

 

Tyler Durden says Use Soap.

08 lis

"Fight Club" w reżyserii Davida Finchera to doskonała adaptacja świetnej książki Chucka Palahniuka.

Nie ma sensu, bym wspominał o czym jest ten film, nie tylko dlatego, że "Pierwsza zasada Klubu Walki to nie rozmawiać o Klubie Walki". Jest to bowiem jeden z tych obrazów, których nie daje się streścić w kilku zdaniach. On wyrasta poza wszelkie proste klasyfikacje.

Mogę powiedzieć tyle: jest to film, który zwyczajnie trzeba zobaczyć!
Chociażby dla doskonałych tekstów, które możnaby cytować bez końca. Każde zdanie który tutaj pada, jest bowiem doskonałe i zawiera ciekawą życiową prawdę.
Na zachętę przytoczę kwestię, która nakieruje Was przy okazji na ogólną tematykę obrazu: "Dopiero gdy stracimy wszystko, jesteśmy wolni, by móc zrobić cokolwiek".

Wyśmienite dialogi to jedna z wielu zalet doskonałego scenariusza. Sama fabuła jest skomplikowana i przewrotna. Roi się w niej od zaskakujących zwrotów akcji i momentów, które przyspieszają tętno. Ogromna w tym zasługa świetnego materiału źródłowego, będącego kanwą dla powstania scenariusza.
Warto zauważyć, że adaptacja jest bardzo wierna oryginałowi. Sam autor powierdział o niej wręcz: "It’s an improvement of my novel" ("To lepsza wersja mojej powieści").
Polecając film, serdecznie polecam także książkę*. Dość powiedzieć, że rozpoczyna ją jedno z najciekawszych zdań, jakie kiedykolwiek otwierały utwór literacki: "Tyler załatwia mi pracę kelnera, a potem wpycha mi do ust lufę pistoletu i mówi, że aby osiągnąć życie wieczne, po pierwsze, trzeba umrzeć". I jak tu nie wciągnąć się w taką opowieść?!

Intrygujący scenariusz to jednak nie wszystko, co ma do zaoferowania Fincherowska wizja świata stworzonego przez Palahniuka. Aktorstwo to również najwyższa półka. Edward Norton i Brad Pitt tworzą doskonały duet, który świetnie się uzupełnia, grając na mocnych stronach partnera. Ich relacja jest siłą napędową całego filmu. Aż dziw bierze, że nie nagrodzono ich prestiżowymi nagrodami. Role są po prostu mistrzowskie.
Genialnemu duetowi wtórują inni artyści przewijający się przez drugi plan – Helena Bohnam Carter, Meat Loaf, Zach Grenier. Choć grają jedynie "drugie skrzypce" dla głównych bohaterów, są niesamowicie wyraźiści, charakterystyczni i zapadający w pamięć.

Muzyka* skomponowana przez Dust Brothers jest niezwykle interesująca. Już od napisów początkowych, ekran wypełniają pełne energii rockowe utwory, które tworzą ciężką, dramatyczną atmosferę, doskonale pasującą do treści filmu. Ścieżka dźwiękowa*, zawierająca także utwory innych artystów, sprawdza się wyśmienicie.

"Fight Club" w wersji filmowej, to jeden z najciekawszych obrazów, jakie dane mi było oglądać. Jest bezkompromisowy i inny. Skłaniający do myślenia i zadający trafne pytania. Takie jak: dlaczego "chodzimy do pracy, której nienawidzimy, żeby kupować rzeczy, których nie potrzebujemy"?
Oglądanie tego filmu to genialna przygoda. Przejażdżka najszybszym rollercoasterem, z rękami wysoko uniesionymi ku górze. Dzieło idealne! Aż brakuje skali na jego ocenę, gdyż 10/10 to zdecydowanie za mało, by określić mistrzowski poziom tego obrazu. Szczerze i serdecznie polecam!

 
Komentarze (4)

Napisane w kategorii Movies

 

„I’m CEO, bitch!”

22 paź

"The Social Network", w reżyserii Davida Finchera, jest filmem opowiadającym o początkach portalu Facebook oraz dwóch procesach, prowadzonych przeciwko jego założycielowi – Markowi Zuckerbergowi.

Tytuł tego wpisu: "I’m CEO, bitch!", odnosi się bezpośrednio do jednej ze scen filmu. Wybrałem ten cytat nie tylko dlatego, że to bardzo zabawny pomysł, by takim tekstem udekorować swoją wizytówkę firmową. Zrobiłem to również dlatego, że stwierdziłem, że gdyby dodać do niego dalszą część wypowiedzi, mogącą brzmieć tak: "So I can do whatever the hell I want!", dostaniemy krótkie streszczenie osi dramatycznej całego filmu.
Opowieść scenarzysty Aarona Sorkina skupia się bowiem na działaniach Zuckerberga, które nie tylko przybliżą go do wielkiej fortuny, ale także oddalą od bliskich mu ludzi.

Mimo takiego ujęcia tematu, znajdziemy tu również wiele elementów humorystycznych, związanych nie tylko z żartem słownym, czy sytuacyjnym, ale wynikających także ze sposobu zachowania poszczególnych bohaterów. Sprawia to, że historia zyskuje na realności i wydaje się niewymuszona, i bliska prawdzie.

Choć twórcy "The Social Network" nie ukrywają, że nie jest to film biograficzny, nie sposób nie zastanawiać się nad tym, ile z pokazanych na ekranie wydarzeń rzeczywiście miało miejsce, a ile z nich jest jedynie fikcją literacko-filmową.
Odpowiedź może kryć się w fakcie, że obraz jest adaptacją książki Bena Mezricha ("The Accidental Billionaires"), która powstała na podstawie zwierzeń Eduardo Saverina, współpracownika Zuckerberga.

Doskonała gra aktorska nie ułatwia oddzielenia prawdziwych wydarzeń od tych dodanych dla potrzeb dramaturgicznych.
Wywarła na mnie duże wrażenie. Cała obsada jest znakomita, tworzy niewymuszone, rzeczywiste postaci, które wydają się być żywcem wzięte z prawdziwego świata.
Każdy z aktorów w tym filmie, stanął na wysokości zadania i stworzył interesującą, realistyczną kreację, dzięki której opowieść nabiera rumieńców.
Na szczególną uwagę zasługują: Jesse Eisenberg, Andrew Garfield oraz Justin Timberlake.
Jesse za styl mówienia, zachowania, a nawet ubioru. Andrew, ponieważ razem z Eisenbergiem urzeczywistnił specyficzną relację obu bohaterów, która jest jednym z motorów napędowych całej opowieści. Justin, bo udowodnił, że potrafi nie tylko dobrze śpiewać, ale również ciekawie grać.
Nie mogę jednak odmówić profesjonalizmu i zaangażowania reszcie obsady. Armie Hammer, Rooney Mara, Brenda Song i Max Minghella także wypadają znakomicie i doskonale uzupełniają wymienioną wyżej trójkę.


Podobała mi się również muzyka*, skomponowana przez Trenta Reznora i Atticusa Rossa. Pozytywne wrażenie wywarł na mnie w szczególności motyw przewodni, przewijający się w filmie kilkakrotnie. Podobnie jak dynamiczna aranżacja* utworu Edvarda Griega "W grocie króla gór", będącego jednym z moich ulubionych utworów muzyki klasycznej. Muzyka stanowi w filmie nie tylko ciekawe tło opowieści, ale nadaje jej rytmu i tempa.

"The Social Network" to bardzo ciekawy obraz, starający się przybliżyć historię twórcy jednego z najbardziej rozpoznawalnych portali internetowych. Przy okazji pokazuje ciekawą stroną jego osobowości oraz specyficzne relacje, łączące go ze światem.
Doskonale bawiłem się podczas seansu. Dlatego w ostatecznej ocenie wystawiam filmowi Finchera notę 9/10. Gorąco polecam!

 
Komentarze (4)

Napisane w kategorii Movies

 
 

  • RSS