RSS
 

Notki z tagiem ‘edgar-wright’

Let’s Get Anihilated!

22 gru

Co robi kulturoznawca po nieprzespaniu 30 godzin? Oczywiscie idzie do kina! ;)

Czyli o tym jak widziałem piewszy film Edgara Wrighta w kinie, tym samym mogąc powiedzieć: Mission Accomplished!

The World’s End

Historia Garry’ego Kinga, 40-latka, który nie może zapomnieć pewnego upojnego popołudnia  (i wieczoru) sprzed kilkunastu lat, to opowieść o próbie odzyskania dawnej chwały, jak i odparciu niespodziewanego zagrożenia.

„The World’s End”, czyli trzecia część Trylogii Krwii i Lodów (w której skład wchodzą filmy „Wysyp Żywych Trupów”, „Hot Fuzz – Ostre Psy” oraz opisywany właśnie „TWE”), dotyka nieznanej dotąd strefy w filmach Wrighta – połączenia dramatu z komedią. Oczywiście z bonusowym dodatkiem nadprzyrodzonych elementów, które dodają specjalnego zielonego (bądź niebieskiego) sosu, który wyróżnia jego dzieła na tle innych. Gdyby nie pewien specyficzny plot twist, zastosowany już pod koniec aktu pierwszego, „The World’s End” mógłby być filmem o smutkach nieudanego powrotu do wspaniałych lat młodzieńczych. Jednak własnie dzięki przedstawionemu wtedy pomysłowi, potrafi dostarczyć szerszej dawki treści oraz wywołanych przez nie emocji. To zagranie sprawia bowiem, że film nie jest już tylko opowieścią o powrocie do dni chwały, ale również historią o nietypowej walce o przetrwanie w obliczu zagrożenia.

Podobała mi się kreacja Simona Pegga, a zwłaszcza charakterologiczna różnica między jego wcześniejszymi bohaterami u Wrighta. Aktor wciela się tym razem w Garry’ego Kinga, antypatycznego bohatera, którego jest nam jednak żal, gdyż jest trochę jak upadła gwiazda rocka – próbuje powróci myślami do swoich dni chwały, niestety z dość opłakanym skutkiem. W prosty sposób pokazuje jak ten człowiek chce na nowo zapisać te same karty historii, powtarzając wyczyny z przed wielu lat.

Fajnym bonusem jest także rola Pierce’a Brosnana, czyli kolejnego Agenta 007, który pojawia się u Wrighta. Dostajemy nawet Martina Freemana, który radośnie się ostatnio rozpanoszył po filmowym światku. Wykorzystanie stałych współpracowników również zaliczam na plus. Zobaczenie „doroślejszych” wersji gwiazd zabawnego serialu „Spaced”, którym Edgar rozpoczynał karierę – bezcenne.

Co dziwne – mniej tutaj tego magicznego montażu reżysera, który sprawiał, że nawet najzwyklejsze czynności oglądało się jak najbardziej porywające sceny akcji. Smarowanie kromki chleba dżemem, czy spuszczanie wody w „Wysypie Żywych Trupów” oraz 3-sekundowy pościg samochodowy z „Hot Fuzz” wciąż powracają w moich myślach. „The World’s End” nie oferuje jednak podobnych zagrań. Może dlatego, że tym razem reżyser postawił na większą dawką rzeczywistej akcji. Bitwa w łazience jest dynamiczna, ciekawie schoreagrafowana oraz dziwna, stanowiąc preludium do wszystkich nietypowych walk przedstawionych w filmie.

Jak na Wrighta, jest mniej zabawnie niż zwykle, co jednak nie oznacza, że nie jest ciekawie. Niektóre sceny zapadają w pamięć, niektóre zaskakują pomysłowością (spoiler? nogi zamiast rąk), a scena, na której ubawiłem się najbardziej (będąc jedynym na sali kinowej, który nie mógł powstrzymać śmiechu, była: „jest do Ciebie telefon od Supervisora”. Ale to pewnie dlatego, że przez moją supervisorkę, przez 30 godzin nie spałem poprzedniego dnia/nocy). Ogólnie rzecz biorąc „The World’s End” dało radę, aczkolwiek po Mistrzu Wrightcie oczekiwałem czegoś więcej. Niemniej Trylogia została zwieńczona ładnie i na poziomie. Dlatego ostatecznie moja ocena to 7/10.

 
Brak komentarzy

Napisane w kategorii Movies

 

Spaced

20 wrz

Daisy zrywa ze swoim chłopakiem. Tim zostaje rzucony przez dziewczynę. W wyniku tych wydarzeń oboje potrzebują znaleźć dla siebie nowe lokum. Kiedy przypadkiem spotykają się w londyńskiej kawiarnii, postanawiają sobie pomóc i… zamieszkać razem.

Tak rozpoczyna się brytyjski serial komediowy „Spaced“. W tym wpisie chciałem go Wam nieco przybliżyć. Po raz kolejny w kooperacji z Tomem Braiderem, autorem Filmstock.blog.pl, gdyż obaj bardzo szybko wkręciliśmy się w tę produkcję. Teraz postanowiliśmy przedstawić Wam 10 powodów dla których warto w wolnej chwili sięgnąć po „Spaced“.

1. Żeby zobaczyć początki współpracy tria: Simon Pegg – Edgar Wright – Nick Frost, czyli ekipy, która dała światu doskonałe komedie „Wysyp Żywych Trupów“ i „Ostre Psy“.

2. Żeby zobaczyć jak tworzyć interesującą historię, nawet jeśli dotyczy ona czegoś tak trywialnego, jak wspólne mieszkanie dwójki ludzi. Z odcinkami dotyczącymi tak codziennych rzeczy, jak: niemoc twórcza, niechęć zabrania się do pracy, czy wypad na imprezę.

3. Dla dynamicznego montażu niedynamicznych scen i licznych przebitek w głąb myśli bohatera. Montaż kontrastujący z tempem wydarzeń jest niemalże znakiem firmowym Wrighta i już tutaj widać czemu reżyser zyskał szerokie grono fanów, którzy uwielbiają takie zagrania w jego produkcjach.

4. Gdyż serial opowiada o przeciętnym życiu przeciętnych ludzi, przez co łatwo można się odnaleźć w towarzystwie bohaterów. Bo każdy był, aktualnie jest, bądź będzie w punkcie, w którym nie wie dokąd zmierza jego życie i jest jakby „zawieszony w próżni”

5. Dla popkulturalnych smaczków. To nimi stoi serial i to one stanowią dużą część jego uroku. Cytuje się tu wiele produkcji. Bohaterowie uwielbiają komiksy i science-fiction. Do tego Tim ma w swoim pokoju plakat „Buffy”, do którego się modli, prosząc o radę. Także – jak można nie polubić tego bohatera?

6. Bo jest na tyle brytyjski aby wiedzieć, że nie oglądasz kolejnego wytworu Hollywood, a na tyle amerykański, aby nie zarzucać zbytnim absurdem, który zdarza się w niektórych wyspiarskich produkcjach.

7. Bo jakimś cudem, mimo iż większość postaci to kompletne dziwaki, to lubisz wszystkich; (a Brian to już bije wszelkie rekordy pod względem proporcji: szleństwo/sympatia).

8. Warto sięgnąć po serial, dla scen, takich jak ta:

9. Bo od razu, gdy obejrzycie wszystkie odcinki, w normalnym życiu znajdą się okazje, by zacytować sytuacje z serialu. (Ja miałem tak ze sceną, w której Tyres tańczy na środku ulicy, gdyż jest tak nabuzowany, że muzykę słyszy wszędzie – w światłach drogowych, klaksonach samochodów, pisku opon, itd., więc stoi na przejściu i bouncuje).

10. To tylko czternaście 25-minutowych odcinków, także: co macie do stracenia? :)

Bonus: Ulubiony odcinek: Kaczy: „Art”, Tom: „…”

To tyle! Generalny przekaz jest taki: sięgnijcie, nie pożałujecie! :)

 
Komentarze (2)

Napisane w kategorii TV Shows

 

„You’re so dead!”

13 wrz

Shaun of the Dead„, czyli pierwszy pełnometrażowy film Edgara Wrighta, zrealizowany pod skrzydłami dużej wytwórni filmowej, to opowieść o przyjaźni, miłości i… ataku zombie.

Życie Shauna wydaje nie układać się po jego myśli. Mężczyzna zbliża się do trzydziestki, a wciąż pracuje w niewymagającej pracy bez perspektyw, (tzw. „dead-end job”), mieszka ze swoim najlepszym przyjacielem, nie dogaduje się z ojczymem i ciągle sprawia zawód swojej dziewczynie. Wydaje się, że w jego życiu już nic się nie zmieni, kiedy nagle Anglię dopada… zaraza zombie. To wydarzenie pozwoli wykazać się Shaunowi i pokazać najbliższym, że gdy przyjdzie co, do czego, będzie w stanie stanąć na wysokości zadania, i wszystkich uratować. Ale czy na pewno?!

Obraz Wrighta to komediowe spojrzenie nie tylko na gatunek filmów o żywych trupach, ale także ciekawy wgląd w relacje międzyludzkie. Dynamika związków między bohaterami, stanowi bardzo interesujący temat. Szczególnie ciekawie ogląda się sprzeczki między protagonistami, ponieważ te nie ustępują nawet, gdy światu grozi zagłada.
Wszystko za sprawą niezłej gry aktorskiej. Simon Pegg, Nick Frost, Kate Ashfield, czy Dylan Moran portretują swoich bohaterów z dużą dozą luzu i swobody, dzięki czemu łatwo uwierzyć w ich „bezstresowy” styl życia. Ich relacje, choć specyficzne, są wiarygodne i ogląda się je z zaangażowaniem.

Choć widać w tym filmie elementy szczególnego stylu reżysera, (dynamiczny montaż sekwencji, ukazujących codzienne czynności, czy pełne krwii wstawki), to filmowe tempo wydarzeń jest już odmienne od tego, które poznaliśmy w kolejnych obrazach Wrighta. Tempo akcji w „Wysypie” przypomina bowiem powolny sposób chodzenia zombie. Nieco mi to przeszkadzało, gdyż kolejne filmy przyzwyczaiły mnie do rozpędzonego, jak szybki samochód policyjny z „Hot Fuzz”, tempa wydarzeń.

Wydaje mi się też, że późniejsze obrazy były przepłnione większą dawką humoru. A przynajmniej takiego jego rodzaju, który byłem w stanie wychwycić. Tutaj, ze względu na sporą niechęć do horrorów o zombie, nie znałem dobrze materiału źródłowego, który został sparodiowany. Być może dlatego nie udało mi się docenić wszystkich smaczków, skierowanych do fanów gatunku. Przez to, w moim odczuciu, zabawnych momentów było zdecydowanie mniej niż w póżniejszych obrazach reżysera.

Muszę też przyznać, że dużo lepiej bawiłem się na innej „komedii o zombie”, która kilka lat temu pojawiła się na ekranach. Mowa o obrazie „Zombieland„, który posiadał bardziej wyrazistych bohaterów i bardziej dynamiczne tempo wydarzeń.

„Wysypu Żywych Trupów” nie oglądało mi się jednak źle. Mimo nakreślenia bohaterów „grubą kreską”, łatwo było mi się z nimi zżyć i zadrżeć o ich los. Byłem też niezmiernie ciekawy, jak zakończy się ich historia. Zasady fabularne filmów o zombie były tu bowiem parodiowane, więc żadne rozwiązanie nie było pewne.

Muszę przyznać, że seans „Wysypu” był dla mnie ciekawym przeżyciem. Choć towarzyszące mi emocje były słabsze niż przy świetnych „Ostrych Psach” i „Scottcie Pilgrimie„, to kilkukrotnie uśmiech i/lub trwoga zawitały na mej twarzy. Jestem więc gotowy przyznać filmowi Wrighta notę 6,5/10. Jak na oficjalny debiut, jest to wynik całkiem przyzwoity. Cieszę się jednak, że później reżyser jeszcze mocniej zaznaczył swój specyficzny styl, dzięki czemu jego kolejne filmy są nieocenionym źródłem dobrego humoru, i zostają w naszej pamięci na dłużej. „Shaun” ostoi się w niej zdecydowanie krócej.

PS. Po seansie, warto zainteresować się projektem „Plot Holes„, wyjaśniającym kilka niedomówień filmu. ;)
PS2. Obraz Wrighta był oglądany przez bohaterki najnowszego „Krzyku„. ;)
PS3. Wiem już czym jest projekt „Blood and Ice Cream Trylogy”, o którym (tutaj) wspominała ratyzbona. To filmy „Shaun of the Dead”, „Hot Fuzz” oraz „The End of The World” (working title), w którym głównych bohaterów grają Simon Pegg i Nick Frost. Tytuł wziął się zaś stąd, że bohaterowie tych produkcji chętnie zajadają się… lodami Cornetto. ;) Trzeba przyznać, że pomysł trylogii, bazującej na takim koncepie, jest bardzo niecodzienny, ale przez to także niezmiernie zabawny. :) Jestem bardzo ciekawy, co reżyser zaserwuje nam w odsłonie trzeciej. Z filmu na film poziom jego produkcji jest coraz wyższy, więc dobrze wróży to następnemu obrazowi.

 
Komentarze (4)

Napisane w kategorii Movies

 

„Policemen Officers” in Action!

29 lip

Hot Fuzz” Edgara Wrighta to zabawna komedia akcji, opowiadająca historię oddanego służbie policjanta, który wbrew własnej woli zostaje przeniesiony z gęsto zaludnionego Londynu, do małego miasteczka, gdzieś na prowincji.

Początkowe sceny aklimatyzacji bohatera w nowym miejscu zamieszkania, przypominają więc te z przezabawnej francuskiej komedii „Jeszcze dalej niż północ”. W filmie Dany’ego Boona również dostaliśmy zestawienie miejskiego przybysza z obrazem „wsi spokojnej, wsi wesołej”. Tym jednak, co odróżnia dwa filmowe miasteczka od siebie, jest to, że angielskie Sanford bynajmniej nie jest oazą spokoju. Wręcz przeciwnie.
Wkrótce po przybyciu Sierżanta Angela, lokalną społecznością wstrząśnie seria krwawych morderstw, (czy raczej „niefortunnych wypadków”), a nowo-przybyły policjant nie spocznie, póki nie rozwikła ich zagadki.

Fabuła stanowi jeden z najważniejszych atutów produkcji Wrighta. Opowieść jest tak dobrze skonstruowana, że im dalej, tym lepiej. Akcja nabiera rumieńców z każdą kolejną sceną, a od momentu rozwiązania zagadki kryminalnej, (które jest zaskakujące i nietypowe), tempo znacznie przyspiesza, oferując nam sekwencje czystej, niczym nieskrępowanej akcji. Te sceny to prawdziwa jazda bez trzymanki, przynosząca feerię wrażeń.
Dzięki temu film Brytyjczyka ogląda się z dużym uśmiechem na ustach i z zainteresowaniem chłonie każdą scenę.

Dużą rolę w sukcesie produkcji odgrywają też świetni brytyjscy aktorzy. Simon Pegg, Nick Frost, Jim Broadbent, czy Timothy Dalton wypadają naprawdę ciekawie, tworząc niejednoznaczne, intrygujące postaci. W tym filmie nie ma zresztą ani jednej złej roli. Każdy bohater pojawiający się na ekranie, dostaje swoje „pięć minut” i przyczynia się do jakiegoś humorystycznego momentu. Atutem są też żywe i zabawne interakcje między protagonstami, a otoczeniem.

Dodatkowym plusem jest dynamiczny montaż niektórych sekwencji, kontrastujący z tempem wydarzeń. Dobrym przykładem jest chociażby scena 3-sekundowej „pogoni” za przekraczającym prędkość samochodem, czy sposób pokazywania zamaskowej „Śmierci”, skradającej się do ofiary.
Na plus należy zaliczyć także nienachalny soundtrack*, przepełniony szybką rockową muzyką, podkreślającą dynamiczne tempo wydarzeń. Moją uwagę przykuł w szczególności utwór „Solid Gold Easy Action„, pojawiający się podczas napisów końcowych. (Głównie dlatego, że jest to dotąd mi nieznana piosenka interesującego brytyjskiego zespołu The Fratellis. (A „nieznanego”, pewnie dlatego, że to cover T.Rexa, czego się dopiero przed chwilą dowiedziałem)).


„Hot Fuzz” to zwyczajnie świetna zabawa! Seans upłynął mi w doskonałej atmosferze, a uśmiech oraz zaskoczenie nie schodziły z mojej twarzy aż do finału napisów końcowych, (ba, utrzymały się nawet dłużej!).
„Ostre Psy”, (jak film nazwano w Polsce), to bardzo dobra rozrywka, która zasługuje na ocenę 8/10 i uwagę osób poszukujących nietypowego filmu akcji, o silnych komediowych akcentach. Dzieło Wrighta oferuje bowiem niezapomniane przeżycia. Właśnie dlatego warto poświęcić mu chwilę uwagi. Także – polecam!

 
Komentarze (5)

Napisane w kategorii Movies

 

Epic.

11 mar

Scott Pilgrim vs. the World” to fabularny komiks, gra komputerowa i opowieść o miłości w jednym. To adaptacja powieści rysunkowej, która wiernie trzyma się pierwowzoru. Komiksowe korzenie sprawiają, że w obrębie świata przedstawionego niemal wszystko jest możliwe. Totalny brak zasad świetnie wpływa na akcję i sprawia, że film emanuje pozytywną energią.

Obraz Edgara Wrighta jest przesadzony i podkoloryzowany. Jest to jednak zabieg celowy, umiejętnie wprowadzony w życie. Dzięki temu film świetnie się ogląda. Wykorzystane efekty sprawiają, że produkcja wygląda jak live-action-comics, (komiks z żywymi aktorami). Takie ukazanie świata sprawia, że bez problemu kupujemy nadprzyrodzone moce bohaterów, czy ich przemianę w garść monet (sic!). Stylistyka filmu odwołuje się bowiem także do uniwersum gier komputerowych.

Sama opowieść prowadzona jest zresztą w ramach schematu takiej gry. Pokonaj wrogów, by dojśc do bossa. Wygraj w walce z szefem wszystkich szefów i uwolnij księżniczkę.
Sam zarys fabuły uwidacznia takie rozwiązanie. Treść filmu świetnie zaś strzeszcza jeden z plakatowych tagline’ów: „Get the hot girl. Defeat her evil exes. Hit love where it hurts”.

„Scott Pilgrim” posiada zawrotne tempo akcji, zwłaszcza na początku. Można wręcz powiedzieć, że jest to „film teledyskowy”: z szybkim montażem, dużą ilością kolorów i różnorodnych efektów. Wśród nich odnajdziemy: komiksowe napisy, rysunkowe wybuchy, prawdziwe wybuchy, animowane stwory, sekwencje marzeń sennych, ikonki mocy oraz wiele innych intrygujących dodatków. To wszystko w towarzystwie szybkiej (alt)rockowej muzyki, interesującej scenerii i ciekawych bohaterów.

Można wręcz powiedzieć, że w tym filmie występuje przewaga formy nad treścią. Najlepsze jest jednak, że w pełni kupujemy tę koncepcję i czerpiemy z niej ogromną radość.
„Scott Pilgrim” to eskapizm w czystej formie. Film, który przyciąga przede wszystkim swoją intrygującą stylistyką. Powinna ona przypaść do gustu każdemu, kto choć raz grał w jakąkolwiek przygodową grę komputerową.

Reżyser Edgar Wright zebrał ciekawy zespół aktorski. Poza Michaelem Cerą i Mary Elizabeth Winstead możemy tutaj oglądać także Chrisa Evansa, Brandona Rougha, Jasona Schwartzmana, Kierana Culkina, czy Annę Kendrick. Aktorzy posiadają „chemię”, dzięki czemu ich poczynania ogląda się z dużą przyjemnością. Grane przez nich postaci są natomiast dziwne, zabawne i przerysowane. Niektóre z nich nawet nieco autoparodystyczne. (W obsadzie odnajdziemy aż trzech superherosów z innych komiksowych produkcji: Supermana, Kapitana Amerykę i Thorcha z „Fantastycznej Czwórki”. Jeden z nich gra tutaj superbohatera, którego moc bierze się z tego, że jest… weganem (sic!)). ;)

Muzyka* i efekty dźwiękowe wypadają świetnie. Szczególnie dobrze słucha się odgłosów rodem z gry komputerowej, które towarzyszą scenom akcji. Rockowa muzyka fikcyjnych zespołów bohaterów również prezentuje się przyzwoicie i wpada w ucho.

Na pochwałę zasługuje także montaż. Nie dość, że sceny zmieniają się w zawrotnym tempie, to na dodatek ekran wypełniają przeróżne efekty, które świetnie komponują się z obrazem. Tworzą kadry żywcem wyjęte ze świata komiksu.
W ogromnej mierze właśnie na tych efektach opiera się sukces filmu. Dlatego sądzę, że montażystom Jonathanowi Amosowi i Paulowi Machlissowi należą się duże brawa.

„Scott Pilgrim vs. the World” to rozrywka w najczystszej postaci. Film, który przyciąga swoją niecodzienną formą, nieskomplikowaną fabułą oraz barwnymi bohaterami. Ja w pełni kupiłem panującą tu stylistykę, przez co uśmiech nie schodził z moich ust przez cały czas trwania filmu.
Czuję, że będę powracał do tego obrazu. Jest on bowiem tak pozytywnie zakręcony i emanujący dobrą energią, że z wielką przyjemnością się go ogląda.
Podczas seansu świetnie się bawiłem. Tak świetnie, że w ostatecznej ocenie przyznaję filmowi Wrighta notę 8,5/10.
Polecam seans „Scotta Pilgrima” wszystkim. W szczególności zaś fanom starych gier wideo. Panująca tu stylistyka przypomina bowiem „złote czasy” tej technologii. :)

PS. Od niedawna ulubiony napój Scotta jest też moim ulubionym napojem! :) Ha! To chyba idę zgarnąć trochę grosza zmieniając ludzi w garść monet! ;)

 
Komentarze (2)

Napisane w kategorii Movies

 
 

  • RSS