RSS
 

Notki z tagiem ‘fastfurious’

Szybcy i Wściekli 7

29 kwi

Furious 7

Film Jamesa Wana z 2015 roku

Szybcy i Wściekli 7” James Wana, czyli odcinek pod tytułem: „Samochody nie latają (uśmieszek)”, to obraz, który zaburza wszelkie prawa prawdopodobieństwa i fizyki, popuszczając wodze fantazji, jeśli chodzi o ukazywanie szalonej akcji na ekranie. Większość spektakularnie przegiętych momentów ukazano już wielokrotnie w zwiastunach, dlatego moment, który przynosi największe emocje, pojawia się pod sam koniec obrazu.

Fabuła, jak to zwykle w obrazach z tej serii bywa, jest bardzo pretekstowa i pozwala bohaterom przenosić się jedynie z miejsca na miejsce, aby w nowych okolicznościach przyrody mogli pokazywać swoje rozpędzone umiejętności w coraz bardziej wymyślnych sekwencjach akcji. Główny zrąb fabuły to ucieczka naszych bohaterów przed żądnym zemsty Deckardem Shawem (Jason Statham), bratem Owena, głównego przeciwnika Ekipy Doma w poprzednim odcinku serii. Reszta historii to jedynie efektowne przejścia między scenami kolejnych rozrób. Jak bardzo pretekstowa jest fabuła, widać doskonale w kuriozalnych momentach, w których Shaw z nienacka pojawia się wszędzie tam, gdzie są nasi bohaterowie. Taki jest jednak już urok tej serii – na wiele rzeczy trzeba zawierzyć niewiarę (suspend disbelief). Jest to jednak świadoma umowa z widzem, który doskonale wie, na co się pisze, idąc na film z cyferką „siedem” w tytule.

Tym razem powodem takiego stanu rzeczy, była nie tylko scenariuszowa przesada, ale i tragiczne wypadki losowe, które otaczały proces kręcenia obrazu. W trakcie zdjęć, w wypadku samochodowym zginął bowiem odtwórca jednej z głównych ról – Paul Walker. Aktor, siedzący na fotelu pasażera, wraz z kierowcą samochodu – Rogerem Rodasem, zmarli na miejscu. Ten cios zatrząsnął rodziną „Szybkich i Wściekłych”, która nie potrafiła pozbierać się po tych wydarzeniach. Prace nad filmem wstrzymano. Po kilku tygodniach wytwórnia i scenarzyści wpadli jednak na pomysł, jak ukończyć film, oddając tym samym hołd dla zmarłego. Dopisując kilka scen, postanowili poprosić braci Paula Walkera, aby zastąpili go na planie, a z pomocą grafiki komputerowej w kilku sekwencjach nanieśli jego twarz na wspomnianych stunt-doubles. W ten sposób film został ukończony.

Końcowy efekt jest tyleż satysfakcjonujący, co chwilami pełen melancholii. Wiedząc co przydarzyło się aktorowi, jego obecność na ekranie nabiera pewnego dodatkowego, smutnego znaczenia. Odczuwalne jest to zwłaszcza w momentach, które wyglądają, jak dopisane specjalnie, by wycisnąć emocje widza. Taka jest rozmowa telefoniczna Briana z Mią, w której bohaterowie na wszelki wypadek żegnają się ze sobą przed kolejną szaloną misją Doma i ekipy. Nie odczuwa się tego jak tanie granie na emocjach, gdyż, po tylu latach historii, naprawdę zżyliśmy się z bohaterami. Moment ten stanowi też zupełną zmianę klimatu i tempa, w rozpędzonej i nie posiadającej hamulców bezpieczeństwa akcji, gnającej od lokalizacji do lokalizacji.

Odkąd akcja wraca do Los Angeles, a dokładniej od momentu walki ulicznej Doma i Shawa, film nabiera jeszcze większych rumieńców. Może dlatego, że inne atrakcje, czyli latające samochody i latające samochody, część II: Abu Dhabi Jump, twórcy zdradzili już w każdym zwiastunie. Wspomniane sekwencje są oczywiście bardzo emocjonujące, jednak dopiero akcja w Los Angeles prawdziwie porywa, gdyż nie zdążyła się jeszcze widzowi opatrzeć. Satysfakcjonujące jest w szczególności to, że LA obfituje w ciekawe choreografie walk wręcz. Bitwa miejska Doma i Shawa przy użyciu narzędzi samochodowych jest świetna. Doskonała jest też akcja na schodach, w której Brian walczy z przeciwnikiem na pędzących po stromych schodach drzwiach wejściowych. Natomiast udział „The Rocka” w ostatecznym sukcesie grupy, dodaje tylko kolorytu rozpędzonym scenom, poprzedzającym wybuchowy finał.

Sekwencje miejskie to też ten moment, kiedy film zaczyna brać przykład z innych filmów akcji. Sceny, które przypominają rozwiązania zastosowane w kolejnych częściach „Terminatora„, „Szklanej Pułapki„, czy „Transformers”, przeplatają się tu z oryginalnymi pomysłami scenarzystów i choreografów, dając mieszankę wybuchową rozpędzonej wysokooktanowej akcji.

Wartym wynotowania jest także ładne, choć nieco za krótkie, połączenie z „Tokyo Drift”, wyjaśniające udział Vin Diesela w trzecim filmie serii i popychające akcję do przodu. W tej jednej scenie widać też ile lat minęło od tamtego filmu. O ile Vin Diesel zanadto się nie zmienił, o tyle na twarzy Lucasa Blacka widać było upływ lat.

Znak firmowy serii, czyli głośna, dynamiczna muzyka, znów stoi na niezłym poziomie. W ucho w szczególności wpada słyszane już w zwiastunach „Get Low” Dillona Francisa i DJ Snake’a. Utwór ten zostaje z widzem na dłużej, samoistnie snując się gdzieś z tyłu głowy w wiele godzin po seansie.  Niezłym jest też kawałek „See You Again” Wizza Kalify i Charliego Putha, wieńczący obraz. Stanowi on jednocześnie hołd dla Paula Walkera, przypominający jego najważniejsze momenty w serii „Fast and Furious”. W temacie muzyki warto także wspomnieć o malutkim cameo gwiazdy muzyki, stałym elemencie serii. Tym razem maleńką rolę otrzymała raperka Iggy Azaela.

Szybcy i Wściekli” swój najlepszy odcinek mają już za sobą (część 5), jednak seria cały czas nie zwalnia tempa, coraz mocniej naginając fizyczne prawa otaczającej nas rzeczywistości. Jak zauważył recenzent „Total Film”, Jamie Graham: „wkroczyliśmy już na terytorium superbohaterów”, z bohaterami, którzy sami zdają sobie sprawę z własnej nieśmiertelności/niezwyciężoności. Ba!, celowo wykorzystującymi ją do pokonania przeciwnika. Ciekawie jest też oglądać, jak film o nielegalnych wyścigach samochodowych na ulicach Los Angeles, ewoluował do dzieła dotykającego takich kwestii, jak globalny terroryzm, czy cyber-ataki hakerów. Tematów, które tak naprawdę stanowią jedynie pretekst dla pokazania nowej serii niecodziennej akcji w odpicowanych autach bohaterów.

Furious 7” to film satysfakcjonujący dla każdego fana, ładnie ukazujący ewolucję serii. A jednocześnie taki, który ogląda się z pewną dozą goryczy. Końcówka filmu stanowi zaś bardzo wyważony i ładny hołd dla Paula Walkera. Niemniej sądzę, że potrzebny mi ponowny seans, abym mógł w pełni wypowiedzieć się o tym odcinku jednej z ulubionych serii.

Ocena: 7,5/10

 
Komentarze (11)

Napisane w kategorii Movies

 

Fast & Furious 6

02 lip

Film Justin Lina z 2013 roku

„Furious 6“ (a.k.a „Szybcy i Wściekli 6“), czyli szósta część rozpędzonej serii o kierowcach, ich dziewczynach i samochodach, zaczyna się tam, gdzie skończył się odcinek poprzedni. Dom i Brian wiodą sobie spokojne życie na Wyspach Kanaryjskich. Gdy w Moskwie ma miejsce nietypowe włamanie, Agent Hobbs stwierdza, że jest tylko jedna ekipa, która może zrozumieć działania szajki stojącej za nim i pomóc w uchwyceniu złoczyńców. Ekipa Doma. Hobbs przyjeżdża więc na Kanary, by prosić Dominica o pomoc, kusząc go informacją o tym, że… Letty żyje! Tak rozpoczyna się najnowszy odcinek wysokooktanowej rozrywki, która po raz kolejny udowadnia, że logika gra drugorzędną rolę w rozbuchanych i niewiarygodnych scenach akcji.

Nowy odcinek przysparza wielu pozytywnych wrażeń, dając widzowi nie tylko efektowne wyścigi po ulicach miast, ale także klasyczne mordobicie z interesującą choreografią oraz kilka momentów tak nierealnych, że aż świetnie wyglądających na ekranie. Sceny na moście na autostradzie czy łamiące prawa fizyki rozwiązania zastosowane w efektownym finale na pasie startowym lotniska, pozwalają człowiekowi wyłączyć komórki mózgowe i zwyczajnie chłonąć przesadzoną akcję. A choć próg niewiarygodności w kilku momentach zostaje przekroczony, niezobowiązująca konwencja serii pozwala przymkąć oko na te chwile i dać się ponieść rozpędzonej wyobraźni twórców. W interesujący sposób wybrnięto także z pomysłu finałowej sceny poprzedniego odcinka, z niezastąpioną Evą Mendes. Zapowiadany wtedy powrót Letty wypadł na ekranie w naturalny, choć lekko naciągany sposób, przysparzając widzowi pozytywnych wrażeń, pozwolając na nowo oglądać „początki“ związku Torretto i Ortiz. Do tego każdy członek załogi znany z poprzednich części dostał swoje zadanie do wykonania, co obfitowało w wiele rozpędzonych scen z każdym z bohaterów.

Świetna jest już sama czołówka, która przypomina widzowi najważniejsze wydarzenia poprzednich epizodów, wrzucając go w sam środek akcji. Bardzo zgrabnie wykorzystano także fragmenty fabuł poprzednich odcinków, by upleść z ich elementów nową historię, tworząc większą spójną całość. Na plus należy zaliczyć także piękne zapętlenie całej opowieści, dzięki któremu „szóstka“ spokojnie mogłoby stanowić ostatni rozdział historii. Twórcy jednak w sprytny sposób zostawiają sobie otwartą furtkę dla kontynuacji, wykorzystując do tego pewne wydarzenie z najmniej lubianej trzeciej części cyklu. Domykają tym samym fabularną lukę, która wisiała nad serią od tegoż odcinka.

Obsada poradziła sobie równie dobrze, co wcześniej, z lekkością portretując swoich bohaterów. Każdy członek „starej brygady“ miał szansę zaprezentować najlepsze cechy swojego charakteru, dając możliwość cieszenia się z ponownego przebywania w towarzystwie starych znajomych. Ciekawym dodatkiem byli także Carla Carano oraz Luke Evans, którzy prostymi środkami stworzyli wiarygoną dwójkę bohaterów, idealnie pasujących do świata „Szybkich i Wściekłych“. Agentka Hobbsa oraz główny bad-guy nowego odcinka w kilku momentach dają popis „bad-assowatości“ swojego charakteru, dając widzowi powód do radości. Plusem są sceny z udziałem drugoplanowych bohaterów wcześniejszych odcinków, którzy popychają akcję do przodu. Nawet obligatoryjny epizod gwiazdy rapu na drugim planie zostaje spełniony, dzięki rólce Rity Ory, która otwiera wyścig ulicami Londynu. Fajnym jest też fakt, że castingowcom udało się znaleźć większego Herkulesa, kogoś większego i bardziej umięśnionego od Dwayne‘a „Somoan Thora“* Johnsona i Vin Diesela razem wziętych, by wzbudzał w bohaterach poczucie zagrożenia i mógł być dla nich równym przeciwnikiem.

Muzyka jak zwykle stoi na niezłym poziomie, przypominając dokonania z poprzedniej części cyklu. Piosenki różnych arytstów oraz utwory instrumentalne Briana Tylera łatwo wpadają w ucho, choć tym razem nie zostają w głowie na dużo dłużej. A choć „We Own It“ brzmi nieźle na ekranie, tej piosence brakuje czegoś do zostania kolejnym hitem na miarę wszechobecnego „Danza Kuduro“, czy znakomitego „Pump It Up“ wcześniejszych odsłon. Nie ma jednak na co narzekać, gdyż w tym momencie seria „Fast and Furious“ jest już radosnym samograjem, także pod względem muzycznym. Dobrane utwory idealnie oddają klimat panujący w serii, podbijając tempo zdarzeń.

„Furious 6“ to rozbuchana zabawa na całego, którą ogląda się z radością i zaangażowaniem, a która jednak nie rozwala systemu tak mocno, jak poprzednia odłona cyklu, która wyniosła go na wyżyny rozrywkowego blockbustera. „Szóstka“ to bardzo przyjemna, niezobowiązująca rzecz, która może spodobać się nie tylko fanom serii, ale i nowym widzom (przetestowane w praktyce). A jednak taka, która nie porywa tak mocno, jak poprzednik, mimo że stawka, o którą prowadzona jest gra, teoretycznie jest wyższa. Dlatego #6 zalicza spadek ocenowy i plasuje się na… trzeciej pozycji całej serii, zaraz po #5 i #2. „Ride or Die“.

Ocena: 7+/10

PS. *Jak Agenta Hobbsa ma zapisany w telefonie Tej. ;)

 
Komentarze (3)

Napisane w kategorii Movies

 

Fast Five

07 maj

Film Justina Lina z 2011 roku.

Najnowsza odsłona Szybkich i Wściekłych, czyli film „Fast Five„, jest wisienką na torcie doskonałej sensacyjnej serii, która jeździ na najwyższych obrotach.

Historia rozpoczyna się tam, gdzie ją poprzednio skończyliśmy. Brian i Mia uwolnili Dominica z konwoju policyjnego, odwożącego go do więzienia, a teraz wszycy ukrywają się przed amerykańską policją.
Para zakochanych trafia do Rio de Janeiro, gdzie odwiedza starego znajomego. Dominic ma do nich dołączyć, w samą porę na kolejne wysokopłatne zlecenie. Kiedy misja idzie nie po ich myśli, a drużyna wpada w sam środek afery na „najwyższym szczeblu”, bohaterowie zamiast się wycofać, postanawiają sami „coś na tym ugrać”.
Nie zdradzam więcej, gdyż intryga jest naprawdę zgrabnie uknuta i warto ją zobaczyć na własne oczy! Powiem jedynie, że „Fast Five” przepełnione jest scenami zawrotnej akcji, walki wręcz oraz świetnie napisanymi dialogami.

Strzałem w dziesiątkę było też zebranie ekipy, składającej się ze wszystkich kluczowych bohaterów poprzednich części. Dzięki przyjazdom starych znajomych, piąta odsłona zakręconego cyklu, jest jak długo oczekiwany zjazd rodzinny. Któż się tu nie pojawia?!
Roman (Tyrese Gibson) i Tej (Ludacris) z „dwójki”, Han (Sung Kang) z „trójki” oraz Gisele (Gal Gadot), Leo (Tego Calderon) i Santos (Don Omar) z odsłony czwartej. Nie zapominajmy też o naszych głównych bohaterach: Brianie (Paul Walker), Mii (Jordana Brewster) i Dominicu (Vin Diesel).

Najlepsze jest natomiast to, że pojawia się także Vince (Matt Schulze), znany z części pierwszej. Wspominam o tym, gdyż w swoim tekście o „Fast&Furious” piałem, że „ostatecznie okazało sie, że niewyjaśnione zostało także czy epizodyczni bohaterowie z „jedynki” przeżyli, po tym, co ich wtedy spotkało.” Wyszło na to, że twórcy jednak świetnie wiedzą co robią i udało im się załatać scenograficzną lukę.

Wszyscy aktorzy doskonale odnaleźli się w swoich rolach. Widać, że już mocno zżyli się ze swoimi bohaterami, a ich odgrywanie przychodzi im łatwo i sprawia ogromną radość.

Nowe twarze serii, czyli Dwayne Johnson i Elsa Pataky, też świetnie wypadają na ekranie, i doskonale pasują do zgranej ekipy, znanej z porzednich części.
(Warto też zwrócić uwagę na scenę po napisach(!), gdyż pojawia się tam kolejna znana twarz (:D). A na dodatek dostajemy zapowiedź niezłej jazdy w kolejnej odsłonie(!) serii).

Warto wspomnieć też o muzyce, która zawsze była bardzo ważnym elementem tej historii.
Tym razem postawiono na muzykę filmową/instrumentalną, a nie na hitowe utwory muzyki popularnej. Ścieżka dżwiękowa*, która wyszła z pod ręki Brian Tylera, jest bardzo dynamiczna i przebojowa. Dzięki temu dodała tempa do i tak już mocno rozpędzonej akcji. Muszę przyznać, że takie rozwiązanie sprawdziło się znakomicie. (Choć odbiega od standardów serii, która mogła poszczycić się świetnymi soundtrackami, z muzyką różnorodnych artystów. Taki album* z „piątki” jest już przeciętny).

„Fast Five” to tak wysokooktanowa rozrywka, że przez cały seans nie mogłem przestać się uśmiechać. Ważnym elementem serii, który zostaje tu podkręcony do granic możliwości, jest dowcip słowny i luźna atmosfera rozmów. Liczba świetnych i szalenie zabawnych dialogów, przekracza chyba dopuszczalną dla filmu sensacyjnego normę.
Nie zabrakło też kluczowych dla serii scen wyścigów. Choć te pojawiają się w trochę innej formie niż zwykle, trzeba przyznać, że ich rozmach oraz chwilami przesadzony styl aż wgniatają w fotel.

W największym skrócie – seans „Fast Five” to rozrywka gwarantowana! Film, którego niezobowiązujący charakter jest jego największym atutem. Zabawa jest po prostu przednia!! Z tego powodu, z całą świadomością wystawiam filmowi Justina Lina ocenę 9/10.

Pozycja obowiązkowa dla każdego fana serii! „Laikom” też może się podobać, jednak sądzę, że warto znać poprzednie części, gdyż wtedy radość z powrotu „starych, dobrych znajomych” będzie jeszcze większa.

„Fast Five” postawiłbym na równi (jeśli nie wyżej!) mojego ulubionego „2 Fast 2 Furious„. Miejsce trzecie trafia do odsłony pierwszej – „The Fast and the Furious„. Czwarte dla bardzo przyzwoitej „czwórki„. Ranking zamyka najsłabszy „Tokio Drift„, trochę na siłę doklejony do serii, ale wprowadzający bardzo fajnego bohatera, który w najnowszej odsłonie ma interesującą rolę do odegrania.

Wiadomo już, że twórcy planują kolejną część przygód Szybkich i Wściekłych. Jeśli seria utrzyma poziom, (a wszystko na to wskazuje), to jak dla mnie – niech kręcą na potęgę!

PS. Podziękowania należą się Q, za to, że jego wpis wpłynął na zmianę polskiego tytułu produkcji – z „Szybkiej Piątki” (sic!) na „Szybcy i Wściekli 5″. ;) :P
PS2. Podziękowania należą się też Ż, za doborowe towarzystwo oraz świetne kinowe „wtyki”. :)

 
Komentarze (8)

Napisane w kategorii Movies

 

Fast & Furious

05 kwi

Film Justina Lina z 2009 roku.

Najnowsza odsłona „Szybkich i Wściekłych” jest najbardziej hollywoodzka ze wszystkich części. Nie chodzi tutaj tylko o to, że sposób kręcenia zupełnie się zmienił od czasów „jedynki”, (która wyglądała trochę jak robiona domowymi metodami, co jednak mogło zwiększać jej autentyzm), i jest teraz jak wyjęty prosto z jakiejś hollywoodzkiej superprodukcji. Chodzi też o to, że tym razem mamy do czynienia z akcją FBI (bo Brian został agentem Federalnego Biura Śledczego ;) ), a film ociera się o „większe”, głębsze tematy, gdyż w pewnym stopniu jest to opowieść o… zemście.

Innym elementem owej „hollywoodzkości” może być fakt, że… obsada nam wyładniała. ;) Szczególnie zaś panna Brewster. Ale to akurat może bardziej sprawka czasu niż celowego założenia twórców. Choć image Briana na pewno był przemyślany. Teraz bowiem nasz bohater lata w krótko przystrzyżonych włosach i garniturze. (W końcu praca w FBI zobowiązuje) ;)

Akcja dzieje się w 5 lat po wydarzeniach z „jedynki”, ponownie w Los Angeles (choć dostajemy też epizody dziejące się w innych miastach).
Brian pracuje teraz w FBI i znów ma za zadanie rozbić mafijne interesy, tym razem przemyt narkotyków. Oczywiście, żeby móc to zrobić musi wykazać się, że jest doskonałym kierowcą i wygrać wyścig, odbywający się na… otwartych ulicach miasta, czyli w trakcie normalnego ruchu ulicznego. :)
Więcej fabuły nie opisuję, bo można się łatwo domyślić, co będzie dalej.
Powiem jedynie, że pierwsza scena z ciężarówką wiozącą benzynę była mega! Zajebiste wprowadzenie w nastrój. :D:D

Postać Tyrese’a z „dwójki” jednak nie się pojawiła, mimo, że plotki mówiły co innego. Dostaliśmy natomiast obiecany epizod z Hanem, (współpracuje z Dominikiem na… Dominikanie). ;)
Ostatecznie okazało sie, że niewyjaśnione zostało także czy epizodyczni bohaterowie z „jedynki” przeżyli, po tym, co ich wtedy spotkało. Z drugiej strony ich wątek był poboczny, więc nie było to aż tak ważne. Fajnie byłoby jednak zobaczyć jak twórcy układają wszystkie elementy razem. Choć tak naprawdę, to fakt, że nic o tym nie powiedzieli, nie miał żadnego znaczenia w ogólnym pozytywnym odbiorze całego filmu.

Muzycznie OK, ale bez jakichś zachwytów. Nie było w filmie piosenki, która by mi utkwiła w pamięci, choć „Krazy” PitBulla & Lil Jona, usłyszane na soundtracku na iTunesie, jest całkiem niezłe. Ogólnie to, (co trochę zaskakujące), mamy tutaj do czynienia głównie z… hiszpańskim rapem i muzyką reggaeton.

Z ciekawostek, to w filmie mamy krypto-reklame napoju… „NOS”. Jest ona bardzo „krypto”, bowiem produkt ten nie istnieje naprawdę, ale za to nazwa, to ta sama, której używali w „jedynce”, kiedy mówili o napędzie „nitro”. Także bardzo fajny sposób na nawiązanie do swoich początków. :)
Tak, jak w poprzednich filmach, tak i tutaj występują znani raperzy. Tym razem są to (dla mnie szczerze mówiąc mało znani) Don Omar i Tego Calderon.

Kończąc moją „szybką i wściekłą” wypowiedź, powiem, że film bardzo mi się podobał, i że sprostał moim oczekiwaniom.
Choć chyba jednak nie jest tak dobry jak „dwójka”, mimo że nie do końca potrafię określić dlaczego. Te filmy zachowane są w innych stylach po prostu i trudno jest je porównać. Oba są natomiast bardzo dobrymi sequelami pierwszego filmu i bardzo mi się podobały. :)

Na sam koniec zaś zdjęcie obsady, zeby zobaczyc jak się zmienili po ośmiu latach od momentu, kiedy widzieliśmy ich po raz pierwszy. ;)

 
Brak komentarzy

Napisane w kategorii Movies

 

In preparation for: Fast & Furious

01 kwi

W oczekiwaniu na najnowszą odsłonę „Szybkich i Wściekłych”, odświeżyłem sobie poprzednie części. I umieszczam kilka uwag, w związku z tym. :)



 

The Fast and the Furious
Film Roba Cohena, z 2001 roku.
Historia grupy ludzi, związanych z nielegalnymi wyścigami samochodów i posiadającymi dość nieciekawą przeszłość.
Generalnie rzecz biorąc – film prosty. Wszystko w nim kręci się wokół wyścigów samochodowych, a fabułka jest tylko po to, żeby móc pokazać kolejne auta w akcji. To jednak zupełnie mu nie przeszkadza w byciu wyśmienitą rozrywką i dawaniu widzowi wielu radości z oglądania :)
Pewnie dlatego film okazał się tak wielkim, nieoczekiwanym sukcesem (pięciokrotne zyski).

W filmie grają Paul Walker, Vin Diesel, Michelle Rodriguez, Jordana Brewster i kilkoro innych aktorów. Całą czwórkę zobaczymy ponownie w „Fast & Furious” :D:D

Dopiero, gdy oglądełm ostatnim razem, zauważyłem, że do samego końca nie dowiadujemy się właściwie czy dwójka epizodycznych bohaterów, w ogóle przeżyła po tym co ich spotkało. To znaczy możemy się oczywiście domyślać, co się z nimi stało, ale wprost nie zostało to powiedziane. Mam jednak nadzieję, że w odsłonie czwartej jakaś informacja na ten temat się pojawi. Jeśli nie, to nie będę jakoś bardzo narzekał, (jako, że dopiero ostatnim razem w ogóle dostrzegłem tę nieścisłość), ale ucieszyłoby mnie, gdyby ktoś coś wspomniał. ;)

2 Fast 2 Furious
Film Johnna Singletona z 2003 roku.
Akcja „dwójki” dzieje się w Miami, (a nie, jak poprzednio, w L.A).
Film opowiada dalsze losy (eks-) policjanta Briana, który ma do wykonania kolejne zadanie, związane oczywiście z szaleńczą jazdą samochodem. I o to chodzi! ;)
„Dwójka”, dzięki innemu niż w „jedynce”, sposobowi montażu i pracy kamery, osiąga dużo lepsze tempo akcji, a przez to sceny wyścigów są jeszcze bardziej ekscytujące i ogląda się je znakomicie. ;)
Poza tym film ma naprawdę zajebistą muzykę (więcej w dziale Music).

W części drugiej możemy oglądać jedynie jednego aktora znanego z poprzedniego filmu - Paula Walkera. (przepraszam, pojawia się też (epizodyczny) policjant, grany przez Thoma Barry’ego)
Widzimy tutaj natomiast nowe twarze: Tyrese’a Gibsona, Devon Aoki (znanej z „Sin City”), no i oczywiście Evę Mendes. :)

The Fast and the Furious: Tokyo Drift
Film Justina Lina z 2006 roku.
„Trójka” nie ma nic wspólnego z poprzednimi częściami, (poza nazwą oczywiście).
Mamy tu bowiem do czynienia z zupełnie innymi postaciami, nijak niezwiązanymi z bohaterami dwóch poprzednich filmów. A losy licealisty z problemami (i południowo-amerykańskim akcentem), są już dużo mniej interesujące niż to, co działo się z „naszymi” bohaterami w poprzednich częściach. Wyścigi samochodowe też są tutaj „jakieś inne”. :(

Uważam, że ten film powinien nazywać się po prostu „Tokyo Drift”, a nie „doklejać” się do opowieści o „Szybkich i wściekłych”. (Teorię o „doklejaniu” potwierdza nawet sam… tytuł filmu. No, bo powiedzcie sami – czy to nie wygląda na chamską doklejkę? Nawet styl czcionki im się nie pokrył. ech!) Wg mnie te filmy nie mają ze sobą nic wspólnego, a pojawienie się Dominica w końcowej scenie, sugerujące, że może jednak mają, też jest nachalne i bardzo na siłę.
W ogóle to mam wrażenie, że dodanie do nazwy słów „the fast and the furious” dało twórcom pewność, że ktoś ich film w ogóle obejrzy (bo poprzednie części okazały się sukcesem). Dodatkowo „zamknięto” ludziom usta przed porównaniami do tych filmów, które na pewno by się pojawiły. Na takich porównaniach, film na pewno by stracił, a tak, zawczasu, twórcy powiedzieli: „Hej, ale my przecież też należymy do serii filmów „The Fast and the Furious”.

Moje negatywne podejście do tego filmu wynika także z tego, że w momencie, kiedy pojawia się się prawdziwy film o „szybkich i wściekłych”, (czyli taki, który opowiada historię bohaterów poznanych w pierwszym filmie), musi on dostać numerek „4″, zamiast należytej „trójki”, bo ta była już „zmarnowana” na film zupełnie z serią niezwiązany. Ech! ;)
Chociaż z drugiej strony, tylko „Za szybcy, za wściekli” w ogóle mieli numerek przy tytule, więc czym ja się tak przejmuję? Mogę po prostu o tych filmach myśleć w odwrotnej kolejności i traktować „Tokyo Drift” jako takie „uzupełnienie” pełnoprawnej trylogii, i „problem” z głowy. ;)
Takie myślenie może mi ułatwić fakt, że czytałem o tym, że czwarta część ma rozgrywać się przed wydarzeniami z „trójki” (a przez to pokazać też koneksję Dominica z Hanem, o której słyszeliśmy w końcówce tego filmu).

W filmie występują Lucas Black, Sung Kang i Nathalie Kelley (no i epizodycznie Vin Diesel)

Music
W „jedynce” muzyka nie jest najlepszych lotów. To znaczy, nie jest zła, ale zdecydowanie nie zapada w pamięć na długo, jak utwory z kolejnych filmów.
Chociaż w trakcie oglądania, takiego „Watch your back” słuchało się całkiem dobrze. :)

Muzyka z „Za szybkich…” to już jednak zupełnie inna historia. :)
Soundtrack z „2 Fast 2 Furious” musiałem sobie kupić od razu po obejrzeniu filmu, gdyż muzyka z niego jest naprawdę genialna. Głównie za sprawą bardzo dynamicznego i żywiołowego utworu Joe Buddena – “Pump it up”, ale inne utwory z “dwójki”, jak chociażby „Oye” Pit Bulla, czy „Represent” Trick Daddy’ego, też są bardzo dobre, także z chęcią powracam do tej płyty. :)

Muzyka z „Tokyo Drift” też jest niezła. Zdecydowanie inny klimat niż w „dwójce”, jednak także bardzo ciekawy i miły dla ucha. Z części trzeciej, w pamięci zdecydowanie zostaje utwór „tytułowy”, czyli „Tokyo Drift (Fast and Furious)”, by Teriyaki Boys, ale pozostałe piosenki, jak chociażby „Six Days (Remix)” DJ Sadow’a i Mos Defa, czy „Round Round” Far East Movement feat. Storm, też mają swój urok i dobrze się ich słucha. :)

Ogólnie chciałem podkreślić, że muzyka jest mocna stroną serii. Zatem z niecierpliwością czekam też na to, co twórcy zaserwują i w tym aspekcie. :)

Na koniec kilka dodatkowych informacji:
-> W filmach z serii zawsze pojawiają się jacyś znani raperzy. W pierwszej był to Ja Rule, w drugiej Ludacris, w trzeciej natomiast… Bow Wow. Ciekawe kto pojawi się w części czwartej?
-> W „dwójce” przez chwilę przewija się przez ekran Amaury Nolasco, czyli Sucre z „Prison Breaka” ;)
-> W „trójce” natomiast epizodzik ma jedna z wielu guest-star O.C – Nikki Griffin (dziewczyna Treya)
-> Na wikipedii wyczytałem, że powstał 20 minutowy filmik, streszczający co się działo z naszymi bohaterami od kiedy ostatni raz ich widzieliśmy. Zastanawiam się jednak – kiedy go gdzieś uda się zobaczyć? Czy będzie przed samym filmem, czy tak jak to było
poprzednio - znajdzie się na płycie DVD?
-> Na DVD z „dwójką”, odkryłem bowiem krótkometraóżwkę, łączącą część pierwszą z drugą. Nazywa się ona „Turbo-charged prelude” i pokazuje co działo się z Brianem, po wydarzeniach z „jedynki”, zanim trafił do Miami. :)

I to by było na tyle tego, co chciałem powiedzieć (tym razem) o „Szybkich i Wściekłych”. Z niecierpliwością oczekuję najnowszej odsłony i liczę na to, że twórcy mnie nie zawiodą.
O wrażeniach z „czwórki” opowiem, jak ją zobaczę.
(A premiera już pojutrze! :D :D)

 
Brak komentarzy

Napisane w kategorii Movies

 
 

  • RSS