RSS
 

Notki z tagiem ‘favourite’

Siegfried & Hildi

18 sty

Django Unchained“ jest filmem, który dobitnie pokazuje dlaczego Quentin Tarantno jest Mistrzem Kina, posiadającym oddaną rzeszę fanów. Jego najnowsze dzieło to wspaniała jazda bez trzymanki, która kupi każdego prawdziwego kinomaniaka. Seans zaskakuje, bawi, chwilami wprawia w osłupienie, a w innych podsuwa myśl, że takie rozwiązanie mógł wymyśleć tylko i wyłącznie Tarantino. Nikt inny.

Opowieść o niewolniku, który zostaje oswobodzony przez „dentystę“, by pomagać mu w nietypowej pracy, pełna jest niespodziewanych rozwiązań, nietypowych pomysłów oraz cudownie surrealistycznego humoru, który sprawia, że raz po raz zaśmiewamy się w głos. Ponadto nie brak krwi oraz przesadzonych scen przemocy, które są umiejętnie osadzone w całej historii, silnie oddziałując na widza.

Scenariusz napisany został wyśmienicie, po raz kolejny udowadniając, że Tarantino jest mistrzem ciętego i pełnego humoru języka oraz kreatorem niezwykłych sytuacji. Dialogi, wymyślne sceny, łączenie dzisiejszego stylu myślenia z tym znanym z przeszłości, znakomite granie różnymi językami – wszystkie te elementy robią piorunujące wrażenie. Najlepszym przykładem cudowna scena, w której uczestnicy „nalotu“ konnego na naszych bohaterów, dywagują o sensie zakładania białych masek na twarz. Scena komiczna i rozbrajająca przez kontrast wyglądu bohaterów ze sposobem, w jaki wypowiadają się na temat swojego stroju. Oglądając tę wymianę zdań, nie sposób przestać się szeroko uśmiechać. Zresztą cała formuła „Django Unchained“ stanowi najlepszą, niczym nieskrępowaną zabawę kinem, intrygującą mieszankę: gatunków, form prowadzenia opowieści oraz licznych nawiązań.

Wolty scenariuszowe pod koniec filmu są tak wspaniałe, że aż nie do opisania. Trzeba je zobaczyć na własne oczy, by móc pojąć ich doskonałość. Dać się ponieść specyficznej wyobraźni Quentina i popłynąć z tokiem jego myśli. Zupełnie nie dziwi Złoty Glob za scenariusz. Należał się w pełni, gdyż został napisany przez Prawdziwego Kinomana dla podobnych mu Miłośników X Muzy. Znalazły się w nim nawet nawiązania do orygialnego „Django“, z którym obraz fabularnie ma niewiele wspólnego. Podobne są: główny motyw muzyczny, krój czcionki tytułowej, pojawienie się na ekranie Franka Nero (oryginalnego Django) oraz cudowna wymiana zdań między nim, a Jamiem Foxxem, o sposobie wymawiania imienia głównego bohatera. Wszystkie wymienione oraz niewspomniane smaczki wypadły znakomicie i z pewnością przypadną do gustu każdemu, kto widział dzieło Sergia Corbucciego.

Aktorzy znakomici. Christoph Waltz, który za swoją rolę otrzymał już Złotego Globa, prezentuje się tutaj z równą elegancją i urokiem, jak w „Bękartach Wojny“. Gra tak dobrze, że z przyjemnością spija się każde jego słowo padające z ekranu. Austriak jest tak doskonały, że nie możemy przestać się uśmiechać na jego widok. Dobry jest Jamie Foxx, który z każdą kolejną sceną bardziej się rozkręca, coraz mocniej przykuwając naszą uwagę i zaskakując swoim stylem bycia. Świetny jest Leonardo DiCaprio, który z wdziękiem i charyzmą gra swojego bohatera, wyraźnie bawiąc się rolą. Bardzo dobrze wypadł Samuel L. Jackson, jako podstarzały opiekun plantacji. Jego cięty język oraz bezpośredni sposób bycia, mocno nawiązuje do wcześniejszych ról aktora, również tych znanych ze świata Tarantino. Jest to celowe zagranie, które podkreśla jak dużą rolę pełni Jackson w świecie popkultury. Zaskakuje kilka wyborów castingowych pomniejszych ról. Niektórzy z przewijających się w kilku scenach aktorów wydają się być osobnikami z zupełnie innej bajki, którzy w żaden sposób nie przystają do świata przedstawionego. Taki zabieg jest jednak zamierzony i wywołuje pozytywne emocje.

Na pochwałę zasługują zdjęcia Roberta Richardsona. Piękne plenery, gra światłem i cieniem, czy nagłe zbliżenia twarzy budują intrygującą atmosferę, która szybko udziela się widzowi. Jest to sprzężone ze świetnym montażem, który buduje humor, bądź drugie dno wielu sekwencji, sprawiając, że cały obraz ogląda się z niegasnącym zainteresowaniem.

Wyśmienita jest muzyka. Różnorodność gatunkowa oraz brzmieniowa wykorzystanych utworów jest powalająca. Szczególnie zapada w pamięć chwila, gdy widzimy podróżników, poruszających się w rytm… hip-hopowego kawałka („100 Black Coffins“ Ricka Rossa). Nietypowe połączenie nieprzystających do siebie elementów (obrazu i dźwięku) jest tak zaskakujące, że aż odświeżające, budujące humor, a ponadto sprawiające wrażenie połączenia idealnego. Scena-miód, która jako jedna z wielu, kazała mi myśleć po seansie, że jak najszybciej muszę się zaopatrzeć w oficjalną ścieżkę dźwiękową. Świetne jest również wykorzystanie motywu muzycznego, znanego z oryginalnego „Django“. Piosenka „Django“ napisana przez Luisa Bacalova błyskawicznie wpada w ucho i nie daje o sobie zapomnieć. Zupełnie nie dziwi chęć podzielenia się nią z nową rzeszą widzów.

Najnowszy film Quentina Tarantino jest tak dobry, że aż trudno wymienić wszystkie jego najmocniejsze strony w jednym tekście. Każdy aspekt dzieła zasługuje na pochwałę, ponieważ został dopieszczony przez swojego twórcę. Trudno jest wybrać element, który zrobił największe wrażenie, gdyż wszystkie idealnie ze sobą współgrają, dając nam prawdziwą filmową ucztę. I choć jest moment, gdy seans się nieco dłuży, to potem następuje tak znaczący zwrot akcji, że można go porównać tylko do detonacji bomby. Jest tak dobry, że człowiek zupełnie zapomina o chwilowym momencie zbyt wydłużonej akcji i pod koniec projekcji raduje się jak małe dziecko, które dostało nową, wspaniałą zabawkę.

„Django Unchained“ jest produkcją, której seans kończy się z szerokim uśmiechem na ustach, łzą szczęścia w oku oraz okrzykiem kołaczącym się w głowie „Ja chcę jeszcze raz!“. Drugą myślą, która przechodzi przez głowę jest: „Muszę mieć ten soundtrack!“. Z czystym sercem wystawiam najnowszemu obrazowi Tarantino mocne 9/10, przy którym stawiam serduszko (ulubione), dodając przy tym, że poważnie zastanawiam się, czy w przyszłości nie podwyższę tej oceny. Tak mnie kupił i przypadł do gustu ten obraz. Serdecznie polecam!

PS. „I like the way you die boy!“ & „The D is silent!“ <3

 
Brak komentarzy

Napisane w kategorii Movies

 

Młody człowiek i morze.

08 sty

Life of Pi“ Anga Lee, czyli adaptacja książki Yanna Martela o tym samym tytule, jest opowieścią o hinduskim chłopcu Pi. Chłopcu, który przetrwał katastrofę statku transpacyficznego i znalazł się w nietypowym położeniu. Na łodzi ratunkowej, którą przyszło mu dzielić z tygrysem bengalskim.

„Life of Pi“ to  jednak nie tylko historia chłopca na łódce. To także opowieść o przyrodzie, naturze ludzkiej, instynkcie przetrwania i sile woli. Opowieść piękna i przejmująca. Wrażenia, które rodzi są tak silne, że aż nie do opisania słowami. Stan uniesienia, w którym zostaje się po seansie, jest aż niemożliwy do przeniesienia na papier. Trudny do zwerbalizowania, do przybliżenia drugiemu człowiekowi w formie znaków zapisanych na kartce. Ten obraz trzeba zwyczajnie przeżyć samemu. Dać się unieść fali emocji, wylewającej się z ekranu, wypełniającej człowieka. Koniecznie na dużym kinowym ekranie, gdyż tylko wtedy piękno obrazu uderzy nas z pełną mocą.

Tym, co tak mocno przyciąga, unosi widza i działa na jego zmysły, jest bliskość natury, w całej jej okazałości. W pięknie, które sobą prezentuje. W bezlitosnych prawach. W sile instynktu przetrwania, która drzemie w każdej żywej istocie. Natura jest tu tak cudownie, pięknie i magicznie oddana, że nie sposób oderwać wzroku od ekranu i nie chłonąć kolejnych scen. Napawać się nimi całym sobą. Cała opowieść posiada ponadto urokliwy, nierealny klimat, który przybliża obrazy do wizji z najpiękniejszych marzeń sennych.

Zdjęcia robią piorunujące wrażenie. Ogromne, ogromne brawa należą się Claudio Mirandzie, który idealnie zapanował nad każdym kadrem, tak doskonale i z niezwykłą pieczołowitością zostały skonstruowane. Niemal każdy kadr z właściwej części opowieści możnaby wyciąć z filmu, zawiesić na ścianie jak obraz i wpatrywać się w niego godzinami. Niektóre pomysły ukazania natury w nietypowy sposób, są subtelne, proste, a jednocześnie tak piękne, że aż brak słów, by opisać zachwyt, w jaki mogą wprawić widza. (Piorunujące wrażenie robi na przykład kształt wyspy. Zamysł cudowny w swojej prostocie, nawiązujący do niezwykłej perspektywy malarskiej). Jeśli operatorowi Claudio Mirandzie nie posypie się pod nogi grad prestiżowych nagród, będę wielce niepocieszony. Zdjęcia robią przeszywające wrażenie. Aż trudno powstrzymać łzy wzruszenia nad ich pięknem. Nad pięknem świata.

Nawet trójwymiar zasługuje na pochwałę. Tym razem to nie tylko znak na plakacie, ale prawdziwe przybliżenie obrazu. Zwierząt, które wychylają się z ekranu, czy lecą  w stronę widza, jest bez liku. Trójwymiar jeszcze mocniej zbliża oglądającego do naturalnego piękna, które ukazane jest niemal w każdej scenie, w każdej sekwencji. Sprawia, że czujemy niezwykłą bliskość z bohaterem; znajdujemy się w jego sytuacji, odczuwamy jego osamotnienie, walkę z naturą.

„Life of Pi“ przekonuje także warstwą fabularną. Prostą, a jednocześnie skomplikowaną. Oddającą naturę człowieka, sens jego przemyśleń. Siłę ludzkiego ducha, instynkt przetrwania, zachwyt nad otaczającym środowiskiem.

Pokłony trzeba oddać aktorom. Młody Suraj Sharma stanął na wysokości zadania i podźwignął całą produkcję na swoich barkach. Mimo, że przez większość filmu oglądamy go samego na ekranie, otoczonego jedynie zwierzętami, jego obecność jest czymś naturalnym. Pi staje się nam bliski, dobrze czujemy się w jego towarzystwie, współodczuwamy jego emocje.

Wyśmienitym pomysłem było poprowadzenie opowieści w pierwszej osobie. W formie historii opowiadanej przez głównego bohatera pisarzowi, który przyjechał do Kanady, by z pierwszej ręki usłyszeć niezwykłą przygodę hinduskiego chłopca. Pisarz (Rafe Spall) znajduje się więc w tej samej sytuacji, co widz. To właśnie jemu, tak jak nam zostaje przedstawiona cała historia. Jego reakcje idealnie oddają przy tym emocje widza. Widać, że słowa, wypowiedziane przez Pi oddziałują na niego w ten sam sposób, jak na publiczność, zgromadzoną w sali kinowej. Kiedy więc mówi: „I’m speechless“ („Nie wiem co powiedzieć. Brak mi słów“), widz czuje dokładnie to samo. Irrfan Khan, wcielający się w głównego bohatera, był wyśmienitym wyborem castingowym. Stanowi narratora idealnego. Jego miękkiego, przyjemnego głosu, wydobywajego się z głośników, słucha się z niezwykłym zaangażowaniem.

„Life of Pi“ wdarło się w moje serce i przysporzyło niezapomnianych wrażeń. Chyba jeszcze nigdy tak nie spłakałem się w kinie ze wzruszenia. Ta bliskość natury w pełnym jej majestacie aż zwala z nóg, zapiera dech, oszałamia i nie pozwala oderwać wzroku od ekranu. Mam już przemocnego kandydata do Najlepszego Obrazu Roku. Piękny film. Koniecznie. Koniecznie w kinie!

Ocena: 9/10 <3

 
Komentarze (4)

Napisane w kategorii Movies

 

Puppeteers

25 kwi

Zastanawialiście się kiedyś dlaczego istnieje tak wiele schematycznych horrorów, w których para ginie, bo oddaliła się od grupy, a ktoś zawsze uważa, że rozdzielenie się od innych, jest najlepszym pomysłem, gdy wokół grasuje seryjny morderca?

Cabin in the woods” odpowiada na te pytania z nawiązką i w doskonałym stylu.
Produkcja, wyreżyserowana przez Drew Goddarda i napisana przez duet Goddard – Joss Whedon(!), to obraz, który wychodząc od klasycznej horrorowej sytuacji (grupa młodych ludzi jedzie do opuszczonego domku nad jeziorem, gdzie na ich oczach rozpętuje się piekło), pokazuje ją w zupełnie innym świetle. Umieszczając prawidła gatunku w nowym kontekście, odkrywa genezę schematu. By nie zdradzać za wiele ze świetnie skonstruowanej intrygi, powiem jedynie, że „Dom w głębi lasu” jest pierwszorzędną grą ze schematem. Na dodatek rozkręcającą się z każdą sceną. Od chwili, gdy zadzwoni czerwony telefon, nabiera zaś zawrotnego tempa, pobudzając szeroką gamę emocji. Od strachu, skakania na fotelu, po szeroki uśmiech i oklaski w sali kinowej, (tak, tak – zdarzyły się kilkakrotnie i były w pełni uzasadnione!).

Porównanie z doskonałę serią „Krzyk” Wesa Cravena, narzuca się samo. Mistrz horroru, tak jak twórcy „Cabin in the woods”, potrafił bardzo umiejętnie bawić się konwencją. Tak dobrze, że mimo umieszczania w swoich filmach wielu momentów humorystycznych, parodiujących prawidła horrorowego świata, wciąż umiał zaskakiwać i przysparzać widzowi mocnych wrażeń. W filmie Goddarda jest podobnie. Reżyser operuje napięciem z chirurgiczną precyzją, umiejętnie je podbijając, bądź rozbijając. Nigdy jednocześnie nie tracąc z oczu kierunku, w którym zmierza historia. Dość powiedzieć, że zakończenie jest iście „whedonowskie” i stawia pytanie: Ile jesteś w stanie dać za finał, który chciałbyś zobaczyć? Przewrotne.

Aktorstwo jest przyzwoite. Bohaterowie, choć stereotypowi, są sympatyczni i przyciągający uwagę. Jest komu kibicować. To okaże się zresztą kluczowe dla rozwoju fabuły i jej zaskakującego pomysłu. Dodatkowym smaczkiem jest pojawienie się kilkorga z serialowych współpracowników Whedona.

Muzyka Davida Julyana* świetnie oddaje i buduje nastrój. Choć nie jest innowacyjna, czy niespotykana dotąd w horrorach, sprawdza się doskonale. To zwyczajnie umiejętne wykorzystanie znanych motywów.

Dzieło Goddarda wciąga, przykuwa do ekranu i nie daje o sobie zapomnieć. To ten typ filmu, który określa się mianem Instant Classic (Natychmiastowy Klasyk). Serdecznie polecam! Szczególnie tym, którzy lubią horrory oraz dzieła Whedona. Hasło reklamowe dobrze oddaje klimat i sens tej opowieści: „Może myślisz, że znasz tę historię. Zrozumiesz, że nie wiesz nic”, bo w takiej wersji na pewno jej nie widziałeś!
Daję mocne 8/10, bo bawiłem się świetnie! A przecież nie przepadam za horrorami. Ten jednak trzeba zobaczyć!

PS. Tekst pojawił się także na łamach serwisu Hatak.pl

 
Komentarze (9)

Napisane w kategorii Movies

 

Fast Five

07 maj

Film Justina Lina z 2011 roku.

Najnowsza odsłona Szybkich i Wściekłych, czyli film „Fast Five„, jest wisienką na torcie doskonałej sensacyjnej serii, która jeździ na najwyższych obrotach.

Historia rozpoczyna się tam, gdzie ją poprzednio skończyliśmy. Brian i Mia uwolnili Dominica z konwoju policyjnego, odwożącego go do więzienia, a teraz wszycy ukrywają się przed amerykańską policją.
Para zakochanych trafia do Rio de Janeiro, gdzie odwiedza starego znajomego. Dominic ma do nich dołączyć, w samą porę na kolejne wysokopłatne zlecenie. Kiedy misja idzie nie po ich myśli, a drużyna wpada w sam środek afery na „najwyższym szczeblu”, bohaterowie zamiast się wycofać, postanawiają sami „coś na tym ugrać”.
Nie zdradzam więcej, gdyż intryga jest naprawdę zgrabnie uknuta i warto ją zobaczyć na własne oczy! Powiem jedynie, że „Fast Five” przepełnione jest scenami zawrotnej akcji, walki wręcz oraz świetnie napisanymi dialogami.

Strzałem w dziesiątkę było też zebranie ekipy, składającej się ze wszystkich kluczowych bohaterów poprzednich części. Dzięki przyjazdom starych znajomych, piąta odsłona zakręconego cyklu, jest jak długo oczekiwany zjazd rodzinny. Któż się tu nie pojawia?!
Roman (Tyrese Gibson) i Tej (Ludacris) z „dwójki”, Han (Sung Kang) z „trójki” oraz Gisele (Gal Gadot), Leo (Tego Calderon) i Santos (Don Omar) z odsłony czwartej. Nie zapominajmy też o naszych głównych bohaterach: Brianie (Paul Walker), Mii (Jordana Brewster) i Dominicu (Vin Diesel).

Najlepsze jest natomiast to, że pojawia się także Vince (Matt Schulze), znany z części pierwszej. Wspominam o tym, gdyż w swoim tekście o „Fast&Furious” piałem, że „ostatecznie okazało sie, że niewyjaśnione zostało także czy epizodyczni bohaterowie z „jedynki” przeżyli, po tym, co ich wtedy spotkało.” Wyszło na to, że twórcy jednak świetnie wiedzą co robią i udało im się załatać scenograficzną lukę.

Wszyscy aktorzy doskonale odnaleźli się w swoich rolach. Widać, że już mocno zżyli się ze swoimi bohaterami, a ich odgrywanie przychodzi im łatwo i sprawia ogromną radość.

Nowe twarze serii, czyli Dwayne Johnson i Elsa Pataky, też świetnie wypadają na ekranie, i doskonale pasują do zgranej ekipy, znanej z porzednich części.
(Warto też zwrócić uwagę na scenę po napisach(!), gdyż pojawia się tam kolejna znana twarz (:D). A na dodatek dostajemy zapowiedź niezłej jazdy w kolejnej odsłonie(!) serii).

Warto wspomnieć też o muzyce, która zawsze była bardzo ważnym elementem tej historii.
Tym razem postawiono na muzykę filmową/instrumentalną, a nie na hitowe utwory muzyki popularnej. Ścieżka dżwiękowa*, która wyszła z pod ręki Brian Tylera, jest bardzo dynamiczna i przebojowa. Dzięki temu dodała tempa do i tak już mocno rozpędzonej akcji. Muszę przyznać, że takie rozwiązanie sprawdziło się znakomicie. (Choć odbiega od standardów serii, która mogła poszczycić się świetnymi soundtrackami, z muzyką różnorodnych artystów. Taki album* z „piątki” jest już przeciętny).

„Fast Five” to tak wysokooktanowa rozrywka, że przez cały seans nie mogłem przestać się uśmiechać. Ważnym elementem serii, który zostaje tu podkręcony do granic możliwości, jest dowcip słowny i luźna atmosfera rozmów. Liczba świetnych i szalenie zabawnych dialogów, przekracza chyba dopuszczalną dla filmu sensacyjnego normę.
Nie zabrakło też kluczowych dla serii scen wyścigów. Choć te pojawiają się w trochę innej formie niż zwykle, trzeba przyznać, że ich rozmach oraz chwilami przesadzony styl aż wgniatają w fotel.

W największym skrócie – seans „Fast Five” to rozrywka gwarantowana! Film, którego niezobowiązujący charakter jest jego największym atutem. Zabawa jest po prostu przednia!! Z tego powodu, z całą świadomością wystawiam filmowi Justina Lina ocenę 9/10.

Pozycja obowiązkowa dla każdego fana serii! „Laikom” też może się podobać, jednak sądzę, że warto znać poprzednie części, gdyż wtedy radość z powrotu „starych, dobrych znajomych” będzie jeszcze większa.

„Fast Five” postawiłbym na równi (jeśli nie wyżej!) mojego ulubionego „2 Fast 2 Furious„. Miejsce trzecie trafia do odsłony pierwszej – „The Fast and the Furious„. Czwarte dla bardzo przyzwoitej „czwórki„. Ranking zamyka najsłabszy „Tokio Drift„, trochę na siłę doklejony do serii, ale wprowadzający bardzo fajnego bohatera, który w najnowszej odsłonie ma interesującą rolę do odegrania.

Wiadomo już, że twórcy planują kolejną część przygód Szybkich i Wściekłych. Jeśli seria utrzyma poziom, (a wszystko na to wskazuje), to jak dla mnie – niech kręcą na potęgę!

PS. Podziękowania należą się Q, za to, że jego wpis wpłynął na zmianę polskiego tytułu produkcji – z „Szybkiej Piątki” (sic!) na „Szybcy i Wściekli 5″. ;) :P
PS2. Podziękowania należą się też Ż, za doborowe towarzystwo oraz świetne kinowe „wtyki”. :)

 
Komentarze (8)

Napisane w kategorii Movies

 

Tyler Durden says Use Soap.

08 lis

"Fight Club" w reżyserii Davida Finchera to doskonała adaptacja świetnej książki Chucka Palahniuka.

Nie ma sensu, bym wspominał o czym jest ten film, nie tylko dlatego, że "Pierwsza zasada Klubu Walki to nie rozmawiać o Klubie Walki". Jest to bowiem jeden z tych obrazów, których nie daje się streścić w kilku zdaniach. On wyrasta poza wszelkie proste klasyfikacje.

Mogę powiedzieć tyle: jest to film, który zwyczajnie trzeba zobaczyć!
Chociażby dla doskonałych tekstów, które możnaby cytować bez końca. Każde zdanie który tutaj pada, jest bowiem doskonałe i zawiera ciekawą życiową prawdę.
Na zachętę przytoczę kwestię, która nakieruje Was przy okazji na ogólną tematykę obrazu: "Dopiero gdy stracimy wszystko, jesteśmy wolni, by móc zrobić cokolwiek".

Wyśmienite dialogi to jedna z wielu zalet doskonałego scenariusza. Sama fabuła jest skomplikowana i przewrotna. Roi się w niej od zaskakujących zwrotów akcji i momentów, które przyspieszają tętno. Ogromna w tym zasługa świetnego materiału źródłowego, będącego kanwą dla powstania scenariusza.
Warto zauważyć, że adaptacja jest bardzo wierna oryginałowi. Sam autor powierdział o niej wręcz: "It’s an improvement of my novel" ("To lepsza wersja mojej powieści").
Polecając film, serdecznie polecam także książkę*. Dość powiedzieć, że rozpoczyna ją jedno z najciekawszych zdań, jakie kiedykolwiek otwierały utwór literacki: "Tyler załatwia mi pracę kelnera, a potem wpycha mi do ust lufę pistoletu i mówi, że aby osiągnąć życie wieczne, po pierwsze, trzeba umrzeć". I jak tu nie wciągnąć się w taką opowieść?!

Intrygujący scenariusz to jednak nie wszystko, co ma do zaoferowania Fincherowska wizja świata stworzonego przez Palahniuka. Aktorstwo to również najwyższa półka. Edward Norton i Brad Pitt tworzą doskonały duet, który świetnie się uzupełnia, grając na mocnych stronach partnera. Ich relacja jest siłą napędową całego filmu. Aż dziw bierze, że nie nagrodzono ich prestiżowymi nagrodami. Role są po prostu mistrzowskie.
Genialnemu duetowi wtórują inni artyści przewijający się przez drugi plan – Helena Bohnam Carter, Meat Loaf, Zach Grenier. Choć grają jedynie "drugie skrzypce" dla głównych bohaterów, są niesamowicie wyraźiści, charakterystyczni i zapadający w pamięć.

Muzyka* skomponowana przez Dust Brothers jest niezwykle interesująca. Już od napisów początkowych, ekran wypełniają pełne energii rockowe utwory, które tworzą ciężką, dramatyczną atmosferę, doskonale pasującą do treści filmu. Ścieżka dźwiękowa*, zawierająca także utwory innych artystów, sprawdza się wyśmienicie.

"Fight Club" w wersji filmowej, to jeden z najciekawszych obrazów, jakie dane mi było oglądać. Jest bezkompromisowy i inny. Skłaniający do myślenia i zadający trafne pytania. Takie jak: dlaczego "chodzimy do pracy, której nienawidzimy, żeby kupować rzeczy, których nie potrzebujemy"?
Oglądanie tego filmu to genialna przygoda. Przejażdżka najszybszym rollercoasterem, z rękami wysoko uniesionymi ku górze. Dzieło idealne! Aż brakuje skali na jego ocenę, gdyż 10/10 to zdecydowanie za mało, by określić mistrzowski poziom tego obrazu. Szczerze i serdecznie polecam!

 
Komentarze (4)

Napisane w kategorii Movies

 

Pure perfection

04 paź

Udało mi się wreszcie obejrzeć "Incepcję" Christophera Nolana.
Będę szczerze zawiedziony, jeśli ten film nie dostanie choć jednego Oscara, czy Złotego Globu. Ten obraz to najlepszy film roku!

Fabuła kręci się wokół zdolności zwanej incepcją – umiejętności zaszczepienia w czyimś umyśle idei, która może później rozrastać się w większe pomysły, żyjące już własnym życiem. Kluczowym elementen jest także zdolność świadomego śnienia, która umożliwia bohaterom podejmowanie świadomych działań w obrębie sennych marzeń.

Akcja toczy się na wielu poziomach, gdyż bohaterowie posiadają możliwość wniknięcia do (pod)świadomości śpiącego i wyciągania z niej przydatnych informacji. Większość wydarzeń toczy się właśnie w mózgu osoby śpiącej, dzięki czemu w obrębie świata przedstawionego właściwie wszystko jest możliwe.

Muszę przyznać, że scenariusz napisany jest doskonale. Intryga jest wielopoziomowa, a fabuła pełna ciekawych zwrotów akcji. Tempo wydarzeń jest bardzo dynamiczne. Rozmach filmu uwypukla świetna realizacja.

Na uwagę zasługuje bardzo ciekawa strona wizualna. Sceny, w których oglądamy jak bohaterowie tworzą w swoim umyśle wygląd miasta, wręcz zapierają dech w piersiach. Także sekwencje, w których nie działają siły grawitacji, wypadają znakomicie. Zresztą większość scen jest tak dobrze dopracowanych, że nie można oderwać wzroku od ekranu.

Od strony gry aktorskiej "Incepcja" również osiąga wyżyny. Każdy z aktorów, którzy pojawiają się w tym filmie może poszczycić się genialną i przyciągającą uwagę kreacją.
Leonardo DiCaprio, Joseph Gordon-Lewitt, Ellen Page, Marion Cotillard, Tom Hardy, Ken Watanabe, Cillian Murphy, Tom Berenger i Michael Caine. Ich bohaterowie są intrygujący, niejednoznaczni, a czasami także skrywający mroczną tajemnicę.
DiCaprio należy się jakaś prestiżowa nagroda za rolę agenta Doma Cobba. Zresztą wszyscy zasługują na najwyższe honory.

Muzyka: Patetyczne utwory instrumentalne tworzą intrygujący, czasami niepokojący nastrój i idealnie współgrają z akcją. Ścieżka dźwiękowa*, która wyszła z pod ręki Hansa Zimmera jest niezwykła.

"Incepcja" to najwyższa filmowa półka. Film, do którego będzie chciało się wracać wielokrotnie. Przynoszący ogromne emocje i wspaniałą rozrywkę, ale też skłaniający do myślenia. Wszyscy, którzy są odpowiedzialni za powstanie tego dzieła nie tylko stanęli na wysokości zadania, ale też ustanowili nowe standardy w tworzeniu pasjonującego kina. Z tych wszystkich powodów, z czystym sumieniem wystawiam temu obrazowi ocenę 10/10. Szczerze się cieszę, że udało mi się go zobaczyć. Pierwszy i nie ostatni raz.

PS. Bardzo ciekawy artykuł dotyczący świadomego snu.
PS2. Wszystkie świetne 
plakaty.

 
Komentarze (5)

Napisane w kategorii Bez kategorii

 

Pure perfection

04 paź

Udało mi się wreszcie obejrzeć "Incepcję" Christophera Nolana.
Będę szczerze zawiedziony, jeśli ten film nie dostanie choć jednego Oscara, czy Złotego Globu. Ten obraz to najlepszy film roku!

Fabuła kręci się wokół zdolności zwanej incepcją – umiejętności zaszczepienia w czyimś umyśle idei, która może później rozrastać się w większe pomysły, żyjące już własnym życiem. Kluczowym elementen jest także zdolność świadomego śnienia, która umożliwia bohaterom podejmowanie świadomych działań w obrębie sennych marzeń.

Akcja toczy się na wielu poziomach, gdyż bohaterowie posiadają możliwość wniknięcia do (pod)świadomości śpiącego i wyciągania z niej przydatnych informacji. Większość wydarzeń toczy się właśnie w mózgu osoby śpiącej, dzięki czemu w obrębie świata przedstawionego właściwie wszystko jest możliwe.

Muszę przyznać, że scenariusz napisany jest doskonale. Intryga jest wielopoziomowa, a fabuła pełna ciekawych zwrotów akcji. Tempo wydarzeń jest bardzo dynamiczne. Rozmach filmu uwypukla świetna realizacja.

Na uwagę zasługuje bardzo ciekawa strona wizualna. Sceny, w których oglądamy jak bohaterowie tworzą w swoim umyśle wygląd miasta, wręcz zapierają dech w piersiach. Także sekwencje, w których nie działają siły grawitacji, wypadają znakomicie. Zresztą większość scen jest tak dobrze dopracowanych, że nie można oderwać wzroku od ekranu.

Od strony gry aktorskiej "Incepcja" również osiąga wyżyny. Każdy z aktorów, którzy pojawiają się w tym filmie może poszczycić się genialną i przyciągającą uwagę kreacją.
Leonardo DiCaprio, Joseph Gordon-Lewitt, Ellen Page, Marion Cotillard, Tom Hardy, Ken Watanabe, Cillian Murphy, Tom Berenger i Michael Caine. Ich bohaterowie są intrygujący, niejednoznaczni, a czasami także skrywający mroczną tajemnicę.
DiCaprio należy się jakaś prestiżowa nagroda za rolę agenta Doma Cobba. Zresztą wszyscy zasługują na najwyższe honory.

Muzyka: Patetyczne utwory instrumentalne tworzą intrygujący, czasami niepokojący nastrój i idealnie współgrają z akcją. Ścieżka dźwiękowa*, która wyszła z pod ręki Hansa Zimmera jest niezwykła.

"Incepcja" to najwyższa filmowa półka. Film, do którego będzie chciało się wracać wielokrotnie. Przynoszący ogromne emocje i wspaniałą rozrywkę, ale też skłaniający do myślenia. Wszyscy, którzy są odpowiedzialni za powstanie tego dzieła nie tylko stanęli na wysokości zadania, ale też ustanowili nowe standardy w tworzeniu pasjonującego kina. Z tych wszystkich powodów, z czystym sumieniem wystawiam temu obrazowi ocenę 10/10. Szczerze się cieszę, że udało mi się go zobaczyć. Pierwszy i nie ostatni raz.

PS. Bardzo ciekawy artykuł dotyczący świadomego snu.
PS2. Wszystkie świetne 
plakaty.

 
Komentarze (6)

Napisane w kategorii Movies

 

(Different) Team Life

27 lip

Kilka dni przed tym jak obejrzałem kinową wersję "Drużyny A", po raz kolejny przypomniałem sobie inną adaptację serialu z lat 80-tych (właściwie to z przełomu 70-tych i 80-tych).
"Charlie’s Angels", bo o tym filmie mowa, podobały mi się jednak o niebo bardziej niż "The A-Team".

Czemu tak się stało? Z kilku powodów:
Po pierwsze – "Aniołki Charliego" przede wszystkim stawiają na humor, dopiero potem na akcję.

Takie podejście sprawia, że zaczynamy dobrze się bawić na filmie, nawet zanim dostaniemy sekwencje czystej akcji. Pomaga to również w zżyciu się z bohaterami.
Przy okazji taki sposób opowiadania historii pokazuje, że twórcy zdają sobie sprawę z zupełnej nierealności oglądanych wydarzeń, ale mówią nam tym samym: "Doskonale wiemy jak to wygląda. I tak własnie miało być".
Choć "A-Team" też miało takie przesadzone momenty, to jednak twórcy traktowali swój film zdecydowanie poważniej, często stawiając na patetyczną nutę i każąc aktorom wypowiadać "bardzo poważne zdania" zupełnie serio, bez cienia uśmiechu.

Po drugie – kwestia backstory. Choć w "Aniołkach" jest ona bardzo krótka, to jednak się pojawia i pokazuje jak to się stało, że grupa w ogóle powstała i zaczęła ze sobą współpracować.
W "Drużynie A" brakuje takiej "opowieści o początkach". Akcja pod tytułem: zatrzymałem twoje auto na środku pustyni, jest zupełnie nierealna, nie dająca zbyt wielu informacji i nie podchodzi pod prawdziwą "backstory".

Po trzecie – sekwencje akcji. Mimo, że "Aniołki Charliego" powstały w 2000 roku, to efekty specjalne i sekwencje akcji są w tym filmie dużo ciekawsze i lepiej zrobione niż w "Drużynie A", A.D 2010. Widać w nich ogromny wpływ "Matrixa", co trzeba zaliczyć na plus, gdyż wygląda to naprawdę dobrze i z dużą przyjemnością się ogląda.

Po czwarte – kwestia muzyki. Soundtrack* "Aniołków" jest po prostu doskonały. W zasadzie każdy utwór się tutaj wyróżnia, zostaje zauważony i buduje atmosferę, odpowiednią do każdej sceny. Doskonale widoczne jest to w scenach akcji, gdzie muzyka nie tylko buduje napięcie, ale i wpływa na sposób montażu, czy choreografię samej walki.
Do tego ścieżka dźwiękowa jest bardzo różnorodna. Możemy tu bowiem odnaleźć zarówno Prodigy, Fatboy Slim’a, Aerosmith, Heart, Marvine’a Gaye’a, Blink 182, jak i Destiny’s Child, Sir Mix-A-Lot’a, czy Michaela Jacksona. A to jeszcze nie wszystko! (Pełna lista utworów do odnalezienia tutaj).
Od strony muzycznej jest więc naprawdę znakomicie.

Po piąte – obsada. Cameron Diaz, Lucy Liu, Drew Barrymore, Bill Murray, Sam Rockwell, Crispin Glover, Luke Wilson, Matt LeBlanc oraz kilkoro innych. Wszyscy aktorzy występujący w "Aniołkach" sprawdzają się znakomicie. Widać też, że ogromną frajdę sprawiała im obecność na planie. Mimo, że bohaterowie są dość przerysowani, to jednak doskonale się to sprawdza w ogólnie przyjętej koncepcji.
Do tego dochodzi sam wygląd głównych bohaterek, który jest kolejnym elementem, który należy zaliczyć na plus. :)

Ogólnie rzecz biorąc twórcom "Aniołków Charliego" udało się stworzyć idealny obraz "lekki, łatwy i przyjemny", który z faktu, że sam nie traktuje się zbyt serio, uczynił swój największy atut.
Z wymienionych wyżej powodów z ogromną radością powracam do tego obrazu, mogę go szczerze polecić i wystawić ocenę 8/10. :)

 
Komentarze (4)

Napisane w kategorii Movies

 

Life Happens.

20 lut

W końcu obejrzalem "(500) Days of Summer". Słowa, które przychodzą mi teraz do głowy i przychodziły już podczas samego seansu to: "sympatyczny", "miły", "niewymuszony"(!), czy "urzekający”. 
W zasadzie już od pierwszej minuty, kiedy na ekranie pojawia się napis: "NOTE from the author: The following is a work of fiction. Any resemblance to people living or dead is purely accidental. … Especially you Jenny Beckman. … Bitch.", wiedziałem, że ten film mi się spodoba.

Wszystko, co dzieje się na ekranie jest właśnie takie niewymuszone, proste, "realne". Duża w tym zasługa nie tylko reżysera Marca Webba, który potrafił umiejętnie poprowadzić historię, ale także aktorów – Zooey Deschanel i Josepha Gordona-Levitta, którzy doskonale odnajdują się w tym filmie i sprawiają, że bohaterowie przez nich grani, są nam naprawdę bliscy. Bardzo łatwo jest się też z nimi utożsamić.

Nielinearny sposób prowadzenia historii, z przeskokami czasowymi do konkretnych momentów z życia bohaterów, także przypadł mi do gustu, a dodaktowo sprawił, że opowiadana historia ma taki nieco kronikarski zapis, co także wpływa na urealnienie opowieści.
Drugim zabiegiem, który wywarł na mnie duże wrażenie, był moment podziału ekranu na dwie części: „Oczekiwania/Rzeczywistość”. Bardzo miło oglądało się różnice pomiędzy oboma "światami", zwłaszcza, że całość kończy się pewną bardzo szokującą informacją z "rzeczywistości".

Nastrój opowieści podkreśla też dobór wykorzystanych utworów muzycznych. Są one zupełnie nienachalne, pozostają w tle; wpadają w ucho, ale nie na tyle, by skupiać na sobie całą uwagę. Doskonale tym samym uzupełniają się z obrazem. Wspaniale słucha się ich też na soundtracku (via iTunes), także szczerze zastanawiam się nad zaopatrzeniem się w oryginalną ścieżkę dźwiękową.


Nie sposób mi zawrzeć tych pozytywnych wrażeń, emocji, które zrodziły się we mnie podczas seansu, w pojedynczych zdaniach. Tutaj bardziej narzucają się pojedyncze słowa, pojedyncze sceny, obrazy. W tym filmie po prostu można się zakochać! A takie uniesienie emocjonalne nierzadko idzie w parze z mniej racjonalnym myśleniem, stąd trudność w przekuciu wrażeń w bardziej złożone zdania.
Zresztą – słowa nie zastąpią samego seansu filmowego. Ten film lepiej jest zobaczyć niż o nim czytać. Gorąco do niego zachęcam! Zwłaszcza, że sam czuję, że długo o nim nie zapomnę.

PS. Swoją drogą byłem pozytywnie nastawiony do tego dzieła już w momencie, kiedy pierwszy raz zobaczyłem reklamujący go plakat filmowy. Już plakat jest bowiem taki "prosty", "sympatyczny" i zapadający w pamięć. Zresztą obie jego wersje takie są. Wielkie brawa dla grafika/pomysłodawcy/twórcy (ze studia Empire Design i Mojo) za stworzenie takich projektów, gdyż doskonale oddają klimat tego dzieła. Są zwiastunami tych pozytywnych emocji, które przyniesie sam film.

 
Brak komentarzy

Napisane w kategorii Movies

 

The List

10 sty
Zainspirowany podobnymi listami przygotowanymi przez autorów czytanych przeze mnie blogów, postanowiłem stworzyć własną listę ulubionych filmów ostatniego dziesięciolecia.
Kino głównie traktuję jako moment na zrelaksowanie się, więc do ulubionych filmów zaliczyłem te typowo rozrywkowe. Ostetecznie zdecydowałem się na 10-tkę, żeby rzeczywiście wybrać dzieła ulubione. Wybór nie był prosty, ale ostateczna kompilacja prezentuje się tak:



Ocean’s 11 (reż. Steven Sorderbergh, 2001)
Opowieść o grupie złodziei, którzy chcą okraść trzy największe kasyna Las Vegas, jest naprawdę zabawna. Scenariusz jest świetnie i lekko napisany, a w obsadzie plejada gwiazd: Brad Pitt, George Clooney, Matt Damon, Andy Garcia, Don Cheadle i Julia Roberts. Do tego dostajemy tutaj doskonałe motywy muzyczne w tle. Soundtrack był dla mnie pozycją obowiązkową po seansie. Czego zatem chcieć więcej? :)
"Dwójka" i "trójka" też są niezłe, ale nie dorównują poziomem pierwowzorowi, (który btw. jest remakiem filmu z 1960 roku, czego niedawno się dowiedziałem).
X-Men 2 (reż. Bryan Singer, 2003)
"Dwójkę" uważam za najlepszą część trylogii opowieści o mutantach. Pozostałe dwie też bardzo lubię (z większym wskazaniem "jedynki"), jednak to właśnie "X-Men United" niesie najwięcej akcji i najciekawsze rozwiązania scenariuszowe, i właśnie dlatego urzeka mnie najbardziej. :)
Ratatouille (reż. Brad Bird, 2007)
Rysunkowa opowieść o tym, że można spełniać swoje marzenia, niezależnie od tego kim się jest i skąd się pochodzi, przybliża nam historię szczurka Remy’ego, który postanawia zostać kucharzem (sic!). Humor jest dość wyrafinowany, a animowane potrawy wyglądają naprawdę apetycznie. Ostatecznie film trafił na listę, dlatego że mam z nim niezmiernie ciepłe wspomnienia. Pierwszy raz podczas kinowego seansu zdarzyło mi się, że ludzi klaskali w trakcie filmu oraz, że nikt nie wyszedł z saii przed końcem napisów końcowych(!!).
August Rush (reż. Kirsten Sheridan, 2007)
Prosta historia chłopca, który poszukuje swoich rodziców, urzekała mnie swoją niewinnością oraz doskonałą ścieżką dźwiękową. To film, który mogę oglądać bez końca i zasłuchiwać się w jego dźwiękach. Zwłaszcza, że kilka utworów wychodzi z pod rąk (i gardeł) samych aktorów, wśród których znajdują się Jonathan Rhys-Meyers, Freddie Highmore i Keri Russel.
(dłuższy tekst tutaj)
She’s the man (reż. Andy Fickman, 2006)
Komediowa opowieść o zamianie ról, z moją ulubioną Amandą Bynes w roli głównej. Filmy z nią zawsze przypadają mi do gustu, a "Ona to on" to wg mnie jej najlepszy film. Zawsze kiedy go oglądam, nie mogę przestać się śmiać. :)
Nowe szaty króla (The Emperor’s new Groove) (reż. Mark Dindal, 2001)
Jedna z najzabawniejszych kreskówek, jakie widziałem. Nagromadzenie komicznych elementów jest tutaj przeogromne i w zasadzie każda scena przyczynia się do poprawienia humoru.
"Dwójka" jest już taka sobie, natomiast serial animowany daje radę! :)
Piraci z Karaibów (Klątwa Czarnej Perły) (reż. Gore Verbinski, 2003)
Za powód na wybranie tego filmu wystarczą trzy słowa: kapitan Jack Sparrow. Johnny Depp jest tutaj w najwyższej formie i stworzył jedną z najbardziej wyrazistych postaci ostatnich lat. I naprawdę szkoda, że nie udało mu się dostać za swoją rolę Oscara, mimo że był do niej nominowany. Sam film to wspaniałe połączenie akcji, humoru, realizacyjnego rozmachu i doskonałego aktorstwa. Po prostu pierwszorzędna rozrywka!
"Dwójka" i "Trójka" też są dobre, jednak to "jedynka" pozostaje najlepszą, najciekawiej napisaną częścią całej serii. Z lekkim niepokojem przyjąłem informację na temat części czwartej, gdyż obawiam się, że twórcy mogą zwyczajnie "przedobrzyć".
2 Fast 2 Furious (reż. John Singleton , 2003)
Najlepsza część serii o "Szybkich i Wściekłych". Tempo akcji jest tutaj jeszcze większe niż w "jedynce", a do obsady dołączyła Eva Mendes, co zdecydowanie wpłynęło na korzyść tej produkcji. Do tego świetna imprezowa muzyka i piękne Miami w tle. Po prostu czysta rozrywka! :)
(dłuższy tekst tutaj)
Sin City (reż. Robert Rodriguez, Frank Miller, Quentin Tarantino, 2005)
Dosłowne przeniesienie komiksowego pierwowzoru na ekran, kadr w kadr, co zaowocowało powalającą wręcz wizualnością. Czarno-białe kadry, wśród których pojawiają się plamy innego koloru, robią naprawdę piorunujące wrażenie. Opowiadana historia też jest niezmiernie ciekawa i wciągająca. Wśród obsady natomiast plejada gwiazd: Bruce Willis, Clive Owen, Benicio del Toro, Mickey Rourke, Jessica Alba, Rosario Dawson, Brittany Murphy[*] oraz wielu innych.
Z niecierpliwością oczekują na część drugą, opartą na kolejnych tomach opowieści z "Miasta Grzechu" Franka Millera. Produkcja podobno ma ruszyć już pod koniec tego roku. :)
Mroczny Rycerz (reż. Christopher Nolan, 2008)
Najciekawsza adaptacja komiksu, jaką widziałem. Poprzednie filmy z Batmanowej serii średnio mnie do siebie przekonywały, natomiast w wersji Nolana wręcz się zakochałem. Świetnie poprowadzona historia, koncepcja pójścia w stronę realizmu i pogłębienia psychologicznego bohatera oraz bardzo dobre aktorstwo sprawiły, że "Batman Begins" i "The Dark Knight" to po prostu jedne z najlepszych filmów ostatnich lat.
Uhonorowałem "część drugą", dlatego że tutaj akcja toczy się w zawrotniejszym tempie niż w "jedynce", jest też nieco mroczniej niż poprzednio, no i głównie dlatego, że dostajemy tutaj wybitną rolę aktorską – Heatha Ledgera jako Jokera. Oskar był w pełni zasłużony! Ogromna szkoda, że pośmiertny! [*]
(dłuższy tekst tutaj)
No i dotarliśmy już do końca listy. Z powodu formalnego założenia zamknięcia jej w dziesięciu filmach, nie znalazło się tutaj wiele dzieł, które niezmiernie lubię i cenię. Uznałem jednak, że liczba dziesięć to dobra liczba na podsumowanie dekady, i może warto spróbować właśnie w takiej ilości się zmieścić. Wprawdzie niełatwo było wybrać produkcje najbardziej ulubione i ostatecznie zadecydował "wybór serca", i zasada, że "miłość nie wybiera". ;)

 
Komentarze (2)

Napisane w kategorii Movies

 
 

  • RSS