RSS
 

Notki z tagiem ‘festival’

Berlinale ’15 #1

06 lut

Dziś oficjalnie rozpoczął się Festiwal Filmowy Berlinale. Impreza potrwa 10 kolejnych dni, podczas których 19 filmów zmierzy się w Konkursie Głównym, a na ekranach przewinie się aż 450 produkcji. Większość z nich będzie miało swoją światową premierę właśnie podczas tego corocznego Święta Kina.

Dzień 1

Czwartek, 5 lutego rozpoczął się od konferencji prasowej z Międzynarodowym Jury Festiwalu, w którego skład wchodzą: Przewodniczący Darren Aronofsky, producenci Matthew Weiner i Martha de Laurentiis, reżyserzy Claudia Llosa Bong Joon-Ho oraz aktorzy: Audrey Tatou i Daniel Bruhl.

Konferencja z udziałem jury obfitowała w wiele ciekawych uwag, dlatego pozwolę sobie przytoczyć najciekawsze fragmenty:

Darren Aronofsky: „Konkursy są bardzo subiektywne”, „tak naprawdę przyznanie nagrody konkretnemu dziełu świadczy tak samo o jury, jak i filmie”. „Festiwale i konkursy dają jednak doskonałą przestrzeń do rozmów o kinie”.

„Oceniając dzieło, staram się po prostu być jak najbardziej otwarty i uczciwy wobec niego. Gdy film jest dobry, zapominam o stronie technicznej, chłonę po prostu historię. To, co nas łączy z dziełem, to przede wszystkim ludzkie emocje, samo człowieczeństwo. Wtedy nie ma znaczenia z jakiego kraju obraz pochodzi. W końcu opowiadanie historii to jedna z najstarszych tradycji ludzkości.”

Matthew Weiner: „Będziemy oceniać tu filmy jako filmy, bez względu na ich otoczkę”, (Aronofsky) „będziemy obiektywni w naszej subiektywnej rzeczywistości”, jeśli chodzi o styl dyskusji między członkami jury – „im brutalniej i mroczniej tym lepiej”. Audrey Tatou: „Mogę wam na pewno powiedzieć, że będziemy głosować ZA filmami, nie przeciwko nim”.

Darren Anorofsky: „Nie wiem w zasadzie jakie filmy biorą udział w konkursie. Dzięki temu każdego dnia będę mieć Gwiazdkę”.

Matthew Weiner: „To mój pierwszy raz w Berlinie. A zasiadając w jury wydaje mi się, jakbym osądzał kryminalistów” (jury po angielsku nie tylko jury, ale i ława przysięgłych).

Weiner, zapytany o wzrastającą pozycję form telewizyjnych: „Nigdy nie widziałem rozrywki w kategoriach hierarchii. (Jeśli dobrze wykonane) wszystko może mnie poruszyć. Nawet reklama”. „Model telewizyjny jest ekonomicznie lepszy dla twórców”.

„Go Watch Movies”//„Idźcie oglądać filmy” – najlepszy z możliwych tekstów, padających na rozpoczęcie festiwalu filmowego.

To też uczyniłem. Po konferencji prasowej płynnie przemieściłem się do kina Cinemaxx, gdzie rozpoczynał się właśnie pokaz filmu otwarcia.

Nobody wants the night” Isabel Coixet to obraz inspirowany życiem i książkami Josephine Peary (Juliete Binoche).

„Ciekawiło mnie, aby pokazać historię wypraw na Biegun Północny z perspektywy kobiety”, powiedziała reżyserka. Dlatego rozgrywająca się w 1908 roku historia wyprawy Roberta Peary’ego opowiedziana jest właśnie oczami jego żony. Kobieta, wiedząc, że będzie to ostatnia wyprawa męża, postanowiła pojechać za nim, by znaleźć się jak najbliżej, gdy nastąpi ta wiekopomna chwila. Zdając sobie sprawę z niebezpieczeństwa wyprawy, Mrs. Perry wyruszy wbrew zdrowemu rozsądkowi.

Podczas wyprawy dochodzi do kilku wypadków, co ostatecznie kończy się tym, że kobieta zostaje samotnie w ostatnim obozowisku, które odwiedził jej mąż, gdzie postanawia na niego zaczekać. Szybko okaże się jednak, że nie jest w tym miejscu sama – towarzyszy jej Eskimoska Allaka (Rinko Kikuchi), która również oczekuje na „swojego mężczyznę”. Relacja z dziewczyną z początku okaże się dla Perry bardzo trudna, jednak ciężkie warunki wszechotaczającej dzikiej natury, sprawią, że kobiety zaczną, nomen omen, przełamywać lody. Bardzo powoli i z ogromną dozą rezerwy i dystansu, jednak splot zdarzeń zacznie rzucać coraz to nowe barwy na skomplikowaną relację obu kobiet.

Piękne zdjęcia Jean-Claude’a Larrieu ukazują dziką i nieokiełznaną naturę, doskonale kontrastując z wysublimowanym,  aż przesadnie eleganckim stylem kobiety, która w pięknych futrach i z bujną fryzurą przemierza kolejne wyboje trasy i stawia czoła przeciwnościom losu.

Opowieść o Josephine i jej relacji z innymi członkami wyprawy, jak i, a może przede wszystkim, Innuitką Alaką, ogląda się dobrze. Filmowi brakuje jednej rzeczy – poczucia zagrożenia z prawdziwego zdarzenia. Natura jest silna, nieokiełznana, jednak jej moc i przerażające możliwości ukazane są jedynie sporadycznie, chwilami. Większości sekwencji brakuje jednak tego podskórnego poczucia zagrożenia, która kazałoby mocno przejąć się losami bohaterki.

Mimo wszystko jednak „Nobody wants a night” jest interesującym studium charakterologicznej zmiany, jaka nastąpi w głównej bohaterce, i jako taki, warty jest uwagi. Mimo swoich kilku uchybień.

Ocena: 7/10

Zaraz po seansie odbyła się konferencja prasowa z udziałem gwiazd filmu, która upłynęła w szczególnej, bardzo luźnej atmosferze. Nie szczędząc słów i energii, reżyserka oraz zgromadzone gwiazdy ochoczo odpowiadały na pytania, dopytując kokieteryjnie: „chcecie poznać całą najprawdziwszą prawdę?”. I tak – dostało się Norwegom, którzy byli jednymi z gospodarzy filmowej ekipy, która kręciła film w kilku różnych miejscach, w tym w Bułgarii i właśnie Norwegii. Warto wynotować, że Norwegia była gospodarzem, a nie koproducentem filmu, gdyż o to właśnie największy żal miała reżyserka – że mimo usilnych prób, nie udało jej się namówić strony norweskiej na pomoc finansową dla jej produkcji. A na dodatek naród z Północy miał czelność nie zaserwować ekipie kawy na śniadanie. Śniadania również nie. Co ją, jako temperamentną Hiszpankę trochę wytrącało z równowagi. Jej wybuchowy charakter było zresztą widać w sytuacjach, gdy padały pytanie z kategorii „gender” – o roli kobiety w swoim filmie. „Przecież to nuda. Naprawdę mam odpowiadać na takie pytania?”. Poprzez takie podejście, jej odpowiedzią na pytanie o to jak się czuje jako jedna z pierwszych kobiet, których film otwiera Berlinale – od razu przeszła do niezaprzeczalnego argumentu: „mam cycki, nie fiuta, więc trudno abym zostawiała swoją płeć w domu, gdy idę do pracy”, pogódźcie się z tym. Jeśli jednak naprawdę mamy rozmawiać o tych kwestiach to chciałabym wyższej płacy dla kobiet. Nie takiej samej jak ta mężczyzn – wyższej!

Bardzo ciekawie wypadły też odpowiedzi dotyczące doskonałego sposobu gry aktorskiej. „Jak wam się pracowało w tak ciężkich i zimnych warunkach, jakie widać na ekranie?” „Chcecie znać prawdę? No cóż – w zasadzie w ciężkich zimowych warunkach Norwegii pracowaliśmy 10 dni, z czego trzy dni były naprawdę mroźne. Resztę zdjęć nakręciliśmy na Teneryfie, w studio. (Jak więc widzicie  – tyle wystarczy – trzy dni, aby zrobić naprawdę dobrą i wiarygodną kreację opartą na walce z żywiołem, dodała Coixet)

Konferencja prasowa upłynęła w specyficznej, luźnej atmosferze, zapewniając chwile do śmiechu, czy nawet nieśmiałych oklasków na poszczegóne zdania wypowiadane przez ekipę. Trwała krócej niż poranna, ale zapewniła ciekawy wgląd w kulisy powstania produkcji.

Festiwalowy dzień zakończyłem wywiadem z Anyą Wątrobą, scenarzystką filmu „Elixir” w reżyserii Brodiego Higgsa, rozgrywającego się w centrum Berlina i opowiadającego o grupie artystów, którzy zmagają się z wyzwaniami dzisiejszej rzeczywistości. Wywiad oraz sama opinia o filmie – już wkrótce.

Wieczorem zaś odbyła się Ceremonia Otwarcia, podczas której powtórzyło się wyśmienite „Go Watch Movies”. I to zamierzam zrobić. Jutro planuję już trzy seanse.

 
1 komentarz

Napisane w kategorii Movies

 

CLMF’13 – aneks

18 sie

Notka-aneks do właściwej relacji z Coke Live Music Festival 2013, czyli miejsce, w którym mogę podzilić się dodatkowymi wideo, na które nie starczyło miejsca we właściwej notce oraz podzielić się wrażeniami jednego ze współtowarzyszy krakowskiej imprezy.

Koncert Florence + The Machine słowami Milczącego Krytyka, autora bloga Reviews.blox.pl:

„Brak słów, brak słów z zachwytu po koncercie Florence towarzyszy mi od kilku dni. Bo jak tu ująć w słowa to jak magiczny był wieczór 10 sierpnia, gdy brytyjska wokalistka przyciągnęła na krakowskie lotnisko niespotykane tłumy i przez półtorej godziny czarowała swoim głosem? Nie da się, to trzeba było przeżyć na własnej skórze. Zobaczyć unoszący się w powietrzu brokat, tysiące wianków na głowach fanów, które w czasie występu wokalistka porwała na scenę, usłyszeć nieprawdopodobnie silny głos Florence, która już po drugiej piosence, wzruszona reakcją polskiej publiczności, wykrzykiwała urokliwe „dziekuje”. Niezwykły koncert, pełen energii, wzruszeń i radości, który minął zdecydowanie za szybko i strasznie szkoda, że bez bisów. Być może wtedy łatwiej byłoby zaakceptować, że przepiękna noc z Florence, na którą czekało się od miesięcy jednak się kończy. I choć przed festiwalem, dopiero co podnosząc się z przeziębienia, które całkiem zabrało mi głos na kilka wcześniejszych dni, mówiłem sobie, że sama obecność na tej imprezie i podrygiwanie w takt piosenek mi wystarczą, nie było innej możliwości – wszystkie piosenki prześpiewałem razem z wokalistką, podobnie jak i tysiące fanów tego wieczoru. Nieprawdopodobna energia, niezapomniany koncert. Miejmy nadzieję, że na kolejny nie będziemy musieli czekać zbyt długo.

Kaczy (i spółka), dziękuję za przygarnięcie! :)”

Bonusowe hand-made wideo:

Magnificent  Muttley

Franz Ferdinand

PS. Plus bonus – relacja Coke’a z zaprzyjaźnionego bloga Wynurzenia z Kinowego Fotela

 
Brak komentarzy

Napisane w kategorii Music

 

Florence skradła mi wianek, czyli o Coke Live Music Festival 2013

15 sie

Tegoroczne festiwale pozytywnie zaskakują dobrą pogodą. Miało lać w oba dni, skończyło się na kilkugodzinnym deszczu i tyle. Pod tym względem mamy naprawdę dużo szczęścia, co cieszyło mnie niezmiernie. :) Ale dość o pogodzie – muzyka, Panie!

Dzień 1 („I am Alex Kapranos and this band is called…Franz Ferdinand”)

Coke Live Music Festival rozpoczęliśmy od występu grupy Magnificent Muttley, czyli zespołu, który porwał mnie swoją bezkompromisową rockową energią miesiąc temu w Openerowym Tentcie. Na Coke’u zaprezentowali równie silny pazur i już od pierwszego utworu grali na wysokim poziomie. Ponownie największe wrażenie zrobiły wyczyny perkusisty Aleksandra Orłowskiego, skwitowane w Tentcie trafnym „Zajebisty perkusista”. Na Coke’u również się nie ograniczał, dając popis rockowego szaleństwa. Wokalnie znów na fajnym poziomie, a najlepiej słuchało mi się „Riot” i „No Stress” (z najfajniejszym fragmentem „Hey There Loner…”), które z całej płyty (tak, tak – na Openerze zakupiwszy sobie płytę, tak mnie MM porwało wtedy), ruszyły najbardziej. Także Magnificent Muttley dało świetny koncert otwarcia, który oglądało się z nieskrywaną radością, którą udało się publice zarazić uśmiechnięty zespół. Warszawskie trio zaprezentowało też nowe utwory spoza debiutanckiej płyty, z których jeden przywodził mi na myśl dokonania mało znanych StraightMinds, których szczerze uwielbiam. (Tak jak teraz MM). Fajnym bonusem był więc fakt, iż panowie potwierdzili, że wydają nowy krążek, który trafi na sklepowe półki jeszcze w tym roku. Can’t wait (mimo, że płyta jest tylko w 1/10 tak energetyczna jak występ live).

Brodka nie ma szczęścia do pogody, gdyż to właśnie tuż przed jej występem (i w jego trakcie) deszcz padał na tłum zgromadzony pod sceną. Monika przypomniała nawet wydarzenia sprzed kilku lat, kiedy na Openerze pogoda skutecznie przegoniła ją ze sceny, wyłączając prąd intrumentom. (Wtedy poradziła sobie znakomicie śpiewając acapella, a zanim to nastąpiło nasza grupa wytańczyła się za wszystkie czasy). Na szczęście deszcz szybko ustał, parasole przestały zasłaniać innym i rozpoczęła się właściwa energetyczna część występu. Utwory z „Grandy” zyskały nowe aranżacje, bardziej rockowe, mniej wygładzone, co sprawiło, że wybrzmiały ze sceny z nową siłą. „Saute”, „Krzyżowka Dnia”, „Varsovie”, „W Pięciu Smakach” i „Granda” zabrzmiały najenergetyczniej, najciekawiej, bawiąc publikę najbardziej. W szczególności dwa ostatnie utwory, skrzętnie dobrane jako wieńczące koncert zyskały przychylność zgromadzonej publiczności, która chętnie porwała się do tańca. (A SMS w moim telefonie z entuzjastycznym okrzykiem „FUCK YEAH!!!! :D” niech będzie potwierdzeniem tych słów). Wartym wynotowania są także stroje muzyków towarzyszących artystce, gdyż większość z nich, podobnie do samej Brodki zdecydowała się na mały hołd dla kolorów flagi USA, przywdziewając stroje w tychże barwach. Najzabawniejszy był jednak gitarzysta, hasający po scenie w… pidżamie typu onesie, co jak się potem okazało, nie było odosobnionym przypadkiem (co widać na tym zdjęciu). Fajny, nietypowy pomysł, co by nie mówić. Crowdsurfing Moniki również na duży plus! Niezły koncert. Po prostu.

Biffy Clyro pokazali rockowego pazura krakowskiej publicznosci, dopieszczając gospodarzy frazami takimi jak „Kochamy Polske” (wypowiedziane w jęz. polskim) oraz entuzjastycznie odpowiadając na entuzjazm samego tłumu. Grali głównie utwory z nowego wydawnictwa, które ostatnimi czasy pojawia się w stacjach radiowych, a które w wersji live zabrzmiały jeszcze korzystniej. Szczególnie dobrze wybrzmiały kawałki, jak spokojne, bardzo emocjonalne „Opposite”, czy dynamicznie „Sounds like Baloons”. Nie wspominając już o radości tłumu, gdy padły pierwsze nuty „Biblical”, najlepiej znanego utworu w dorobku Szkotów, dzięki umieszczeniu go w reklamówce całego festiwalu. Uśmiechnięty tłum chętnie wtedy tańczył i nucił wspólnie z muzykami słowa festiwalowego szlagieru. Najlepszym momentem było dla mnie natomiast usłyszenie świetnego kawałka „Black Chandelier”, który słyszałem raz podczas oglądania teledysków na kanałach muzycznych. W wersji live zabrzmiał jednak tak świetnie, że przy mojej krótkiej koncertowej notatce przy jego tytule widnieje znaczek  „<3”, tak mocno mnie do siebie przekonał. Szkoci zagrali go z taką werwą i przekonaniem, że nie sposób było się szeroko nie uśmiechać. Koncert zespołu był tak przyjemnym wydarzeniem, że chętnie bym je powtórzył. Muzycy też musieli znakomicie bawić się na scenie, gdyż już zapowiedzieli powrót na polską ziemię – w listopadzie zagrają w warszawskiej Stodole. Szedłbym. :)

fot. P.Tarasiewicz 1&2

Regina Spektor niestety była błędem w tegorocznym line-upie. I nie mówię tu wcale o samym jej pojawieniu się na krakowskiej imprezie. Co to to nie. W końcu nie zdobywa się tytułu Najlepszego Koncertu Openera 2010 bez przyczyny. Straszliwie cieszyłem się na powtórkę z magicznego, pełnego emocji koncertu artystki, jednak umieszczenie jej między występami Biffy Clyro i Franza Ferdinanda, na dodatek wcale nie na głównej scenie, skutecznie uniemożliwiło mi zobaczenie całości jej występu. W zasadzie słyszałem tylko 4 czy 5 kawałków, bo potem pognałem już pod scenę na Franza. Szkoda, że artystka spóźniła się 20 minut, bo gdyby to nie nastąpiło mógłbym posłuchać jej dłużej. Zwłaszcza, że początkowe kawałki były naprawdę przyjemne, budzące radość w sercu, a Regina urzekła swoim urokliwym i słodkim sposobem bycia. Powinna była grać na głównej scenie tuż przed Florence. Tam było jej miejsce! Wychodząc słyszałem żwawsze nuty „nowego utworu”, który przypadł mi do gustu, a wcześniej jeszcze wynotowałem sobie fajny cytat: „Everyone’s so nice-nice”. Szkoda, że nie mogłem być na całości.

Szybko jednak zapomniałem o całym świecie, gdy znalazłem się pod sceną na koncercie czwórki Brytyjczyków, których kochałem już od dawna, ba – od których zaczęła się moja przygoda z alternatywnym rockiem. W zeszłym roku naładowali moje energetyczne akumulatory na wiele miesięcy, teraz było podobnie. Franz Ferdinand, bo o tej grupie mowa, dali najlepszy koncert na jakim byłem od czasu… poprzedniego koncertu grupy w zeszłym roku. (Oczywiście po drodze zaliczyłem bardzo wiele uniesień muzycznych, o których tu skrzętnie pisałem, nie zmieniam to jednak faktu, że FF ląduje na podium z lekkością kolibra, dzięki swojej ociekającej zajebistością muzyce). Sceniczne zwierzęta o niegasnącej energii, którą zarażają wszystkich stojących pod sceną. Znów sprawili,  że energetyczny ogień rozpalony przez ich muzykę wymknął się spod kontroli. Na krakowskiej scenie zagrali ciekawe, niemal akustyczne wersje kilku hitów, na czele z interesującym, choć nieco mniej energetycznym niż oryginał „Can’t stop feeling”. Strzałem w dziesiątkę było także zagranie na początku nowych utworów, które wojują ostatnimi czasy rozgłośnie radiowe i przemieszanie ich z dynamicznymi kawałkami z pierwszej płyty. Stare z nowym pokazało muzyczną drogę, którą przeszedł zespół, zachowując przy tym swoją spójność stylistyczną. I tak grane obok siebie „Tell Her Tonight” i nowiutkie „Evil Eye” kupiły publikę w tym samym stopniu, choć na tym drugim ludzie nie mogli jeszcze wtórować wokalnym poczynaniom Alexa. Genialnie zabrzmiało także „Love Illumination”, które zostało zresztą zadedykowane grupie Biffy Clyro, z którą Franz Ferdinand pozostają w przyjacielskich stosunkch. Tańcom, skakaniu i darciu wniebogłosy nie było końca, gdy zabrzmiały pierwsze nuty najnowszego singla grupy. Równie entuzjastycznie przyjęto „Michaela” i „This Fire” (będący high-pointem zeszłorocznego koncertu) oraz perkusyjny grand-finale podczas którego cała czwórka okupowała bębny i talerze. Na bis czekały nas jeszcze cztery różnorodne kawałki – od spokojnego „jacqueline”, dynamicznego „The Fallen”, świeżutkiego (choć granego już w Gdyni) „Treason! Animals”, a na szybkim, wyproszonym przez publikę „Ullyssesie” kończąć. Koncert był tak cudowny, że pod koniec aż spłakałem się ze szczęscia, z przeogromnym uśmiechem na ustach. Najzabawniejszy był jednak moment owego przesytu emocji – w chwili gdy Alex przedstawiał czlonkow zespolu. Niby nic szczególnego, a jednak wzruszenie samo pomknęło do moich oczu  z nadmiaru zajebistości sączącego się ze sceny. Cudowne! A już zakończenie, z tekstem „I am Alex Kapranos and this band is called… Franz Ferdinand” zupełnie mnie rozwaliło. Magia!

Dawid Podsiadło zapewnił nam za to chilloutowe, wręcz wyciszające zakończenie dnia. Muzycznie przyjemne, choć jednak zbyt jednolite. Do stopnia, w którym kawałki trochę się ze sobą zlewały. Poza bardziej dynamicznymi „Trójkątami i Kwadratami”, które słyszeliśmy jeszcze z oddali, reszta utworów jakaś taka spokojna, melancholijna wręcz. Dawid ma niezły głos, mógłby mieć jeszcze lepszą muzykę. Na dodatek rzucał sucharami na prawo i lewo, jak ciekawostkami w stylu: „Jerzy to patron rycerzy”. Mogło być, ale bez jakiegokolwiek szaleństwa czy nawet szerszego uśmiechu.

fot. Michał K. & Karolina Lewandowska (of MusicIs.pl)

Dzień 2 (Florence skradła mi wianek)

Drugi dzień tak bardzo należał do Florence + The Machine, że aż z szaleństwa wyczekiwania na artystkę byliśmy na… tylko trzech koncertach. Nie tyle z powodu niechęci do innych artystów, co trudności w przemieszczeniu się gdziekolwiek. Takich tłumów nigdy nie widziałem na terenie (a jest to moja trzecia edycja krakowskiej imprezy), a skomasowana ilość fanów skutecznie utrudniała dotarcie gdziekolwiek. Niemniej w sobotnie popołudnie udało mi się dotrzeć na występ…

The Cribs, którzy grali na Scenie Głównej o godzinie 19.00. Brytyjczycy, grający indie-rocka zaprezentowali się z niezłej strony, choć niczym szczególnym nie wyróżniali się na tle innych grup grających podobną muzykę. Co więcej – większość ich kawałków brzmiało podobnie do siebie, także trudno mi nawet przypomnieć sobie jakiś ciekawszy moment ich występu. Z braku konkurentów mogą nimi zostać piosenka w akompaniamencie twarzy nagranej na wideo (mężczyzny wyglądającego jak młodsza wersja Slavoja Zizka), która recytowała jakiś tekst (wśród którego znalazł się cytat: „Ok, let’s do that!”, należący do jednej z powtarzanych przeze mnie fraz (Yup, #IDoThat) oraz mały hołd dla Freddiego Mercury’ego i grupy Queen w postaci okrzyku „Elo!”. Swoją drogą nieudany hołd, jeśli mam być szczery, bo kto się w ogóle podejmuje śpiewania Freddiego, zwłaszcza z takim głosem?! Wokalista co najwyżej wydarł się do mikrofonu niż pozytywnie zaskoczył widzów. Muzyczna strona koncertu, choć miła, była tak niepowalająca, że w pewnym momenciem naszą uwagę przyciągnęła kosmiczna grzywka perkusisty, która przesłaniała mu oczy, nos i brodę, tak była długa. The Cribs więc nie zapisało się zbytnio w mojej pamięci, choć nie mogę powiedzieć też, bym szczególnie wynudził się podczas ich setu. Ot, nic szczególnego.

Florence + The Machine, czyli gwóźdź programu drugiego dnia imprezy, dla bardzo wielu ludzi jedyny powód przyjechania na krakowską impezę, zaprezentowała się za to z niezwykle pozytywnej strony, przekonując do siebie publiczność już pierwszymi utworami. Szczere wzruszenie artystki już po pierwszej piosence zyskało niezwykłą przychylność widowni, która od tego momentu była już w pełni kupiona dokonaniami wokalistki. Zwłaszcza, że chwilę póżniej Florence posłodziła jeszcze (w pełni szczerze i bez sztucznego zadęcia) polskiej publicznosci, wspominając, że doskonale pamięta swój wystep w małym warszawskim klubie kilka lat temu. Polska publiczność zaskoczyła ją wtedy swoim szalonym entuzjazmem, który sprawia, że to właśnie nasz naród stanowi jedną z najlepszych grup fanów na całym świecie. Przypomnienie tamtych wydarzeń sprawiło, że padające ze sceny stwierdzenie „Kochamy Was” (wypowiedziane po polsku) zabrzmiało wyjątkowo szczerze i prawdziwie. Zwłaszcza, gdy później dopowiedziane zostało: „You’re such huge supporters of „Lungs” and „Ceremonials”, thank you so much!”. Do tego wszystkiego Florence to słodka, miła dziewczyna, która połowę koncertu spędziła biegając z torebkę brokatu i obsypując nim członkow zespołu i samą siebie. Należy wspomnieć takze o kilku integracjach z publicznością, a w szczególności moment, gdy artystka zbiegła w tłum, by „skraść wianek” widowni – zgarnąć kwieciste nakrycia głowy noszone przez niemal połowę zebranych pod sceną ludzi. Artystka wróciła na scenę z naręczem kwiecistych obręczy, którymi przyozdobiła scenę, głowę fortepianistki oraz swoją własną. Jeśli chodzi o muzykę, najlepiej wybrzmialy najbardziej znane utwory: „No Light, No Light”(!!), „Cosmic Love”, „You’ve got the love”, „Rabbit Heart”, czy „Spectrum” zagrane pod koniec. Nieco spokojniejsza aranżacja tych utworów umożliwiła jeszcze większe skupienie na samym wokalu, który brzmiał na żywo z równą werwą co na nagraniach płytowych. Szczególnie dobrze w chwilach, w których Florence wyciągała pojedyncze nuty w górę, pokazując skalę swojego głosu. Choć do pełni szczęścia i prawdziwego uniesienia w kosmos zabrakło najwspanialszego kawałka w karierze – „Breath of Life”, małym pocieszeniem mógł być fakt, że Brytyjka nigdy nie gra tego utworu na koncertach. W ramach „rekompensaty” dostaliśmy za to ciekawą aranżację „Sweet Nothing” pozbawioną elektronicznego beatu Calvina Harrisa, za to jeszcze silniej skupioną na wibrującym wokalu. Czyste polskie „Dziękuję”, które kilkukrotnie padło ze sceny, przerodziło się pod koniec koncertu w ponglishowe: „Thankuje”, jednak w ferworze emocji jest to sprawa zupełnie wybaczalna, a nawet pozytywnie zaskakującą. Świetny, porywający występ! Doczekaliśmy się! :D

fot. Monika S.

Wu-Tang Clan, czyli legenda hip-hopu zostali przeniesieni ze swojego time-slota na 01.00 z powodu opóźnień drogowych. Sprawiło to, że panowie grali już po przeepickim koncercie, na który wszyscy czekali. Emocje były więc w zenicie i trudno było komukolwiek przebić ich wysokie stężenie. Wu-Tangowi to zadanie więc nie do końca się udało, choć trzeba przyznać, że ja pewnie nie jestem pełnoprawnym targetem dokonań grupy. Rap lecący ze sceny brzmiał przyjemnie i zabawnie (no, bo jak tu się nie śmiać, jak z każdego utworu padają takie zwroty, jak „It’s WU Mothafocka!”, czy „Say Polish Power” (polecam przeczytać to fonetycznie)), momentami nawet porwał nas do tańca, jednak do pełni szczęścia było daleko. Mimo niezłej zabawy wyszliśmy więc przed końcem, co by uniknąć dzikich kolejek do wyjścia. A choć bawiliśmy się nieźle, Wu-Tang Clan nie zapisał się w mojej pamięci tak bardzo, jak zeszłoroczny występ Snoop Dogga, czy pełne przepychu show Kanye’go Westa. Mimo, że Amerykanie nawijali z równą werwą do wspomnianych przed chwilą panów, nie zyskali mojej aprobaty tak bardzo jak poprzednicy. Sądzę jednak, że ich występ należy zaliczyć do udanych. Bo w sumie czemu nie?! :)

To chyba tyle. Szybką przebieżkę po tegorocznych występach pisało mi się wyjątkowo przyjemnie, mam nadzieję, że równie przyjemnie się ją wam czytało. :) Na zakończenie chciałem podziękować przeserdecznie tonie znajomych spotkanych w Krakowie: mojej ekipie wyjazdowej, OBFowi, znajomym z różnych stron, o których przybyciu wiedziałem, jak i tych spotkanych na ulicach Krakowa spontanicznie. Dzięki Wam ten wyjazd był wyjątkowo udany i pełen pozytywnych emocji. Serdecznie Was pozdrawiam! Dobrze wiecie kim jesteście! :)

PS. Bonus – pełny zapis dwóch najlepszych koncertów: Franza Ferdinanda i Florence + The Machine

http://youtu.be/XxT7K-uiiSc

http://youtu.be/1TxpjkSm2hI

 
Komentarze (4)

Napisane w kategorii Music

 

#SieDziałoSię, czyli o Openerze 2013

06 sie

Na początek warto wynotować, że tegoroczną edycję gdyńskiego festiwalu cechowało piękne słońce. Deszcz padał jedynie raz, przez kilka godzin, a tak koncertowym wojażom i uniesieniom towarzyszyły promyki gorącego słońca. Ciepło, wolność i muzyka – widać, że wakacje w pełni. Innymi słowy – #SięDziałoSię :)

Dzień 1

Tegoroczną edycję festiwalu rozpoczęliśmy już od Sceny Dworzec, najnowszego pomysłu Alter Artu na jeszcze większą aktywizację Gdyni podczas corocznego święta muzyki. Scena Dworzec stoi tuż przy dworcu głównym Gdyni i idealnie komponuje się ze znajdującą się tam architekturą. Tak idealnie, że gdy po festiwalu jej już zabrakło, odczuliśmy dziwną pustkę, jak gdyby ktoś zabrał naturalny element przestrzeni miejskiej.

Spokojne dźwięki grupy Sorry Boys, podczas ich akustycznego koncertu na Scenie Dworzec umiliły nam słoneczne popołudnie. Chilloutowe dźwięki zespołu świetnie sprawdziły się pierwszego dnia, stanowiąc miłe rozpoczęcie tegorocznej edycji festiwalu – jak chwaliłem inicjatywę w mini-wywiadzie udzielonym Onetowi. ;)

Na koncert Dawida Podsiadło niestety spóżniliśmy się dość znacząco, gdyż dane nam było usłyszeć jedynie jeden utwór. Znajomi, którzy trafili wcześniej powiedzieli nam jednak, że było przednio i żebyśmy żałowali, że nie trafiliśmy do Tenta wcześniej. Jako, że następne dni wypełniały nam tysiące dźwięków, niedługo żałowaliśmy opóźnienia.

Muzyka Mikromusic zupełnie nie przypadła mi do gustu. Zarówno od strony tekstowej, muzycznej, jak i głosowej miałem poczucie, że to zdecydowanie nie moja bajka i że nudzę/męczę się stojąc pod sceną. Dlatego, gdy podczas refrenu „Jakoś przeżyje” pomyślałem sobie „ja chyba nie”, oddaliliśmy się z Tenta w stronę bardziej przystępnej muzyki.

Editorsi zaprezentowali się z wyjątkowo korzystnej strony, grając dynamicznie i z werwą. Zespół Toma Smitha ma zresztą niezwykle ciepły stosunek do polskich fanów, odwiedzając nasz kraj wyjątkowo często, nie dziwne więc, że ich gdyński koncert również należał do udanych. Najfajniejszym momentem był ten z „Raw Meat=Blood Drool”, jednak również nowe kawałki wypadły wyjątkowo korzystnie. Dlatego też uśmiech nie schodził mi z ust podczas koncertu.

Koncert Blur, czyli pierwsze przybycie jakiegokolwiek zespołu Damona Albarna na polską ziemię, było niezłym przeżyciem. Muzycy zgromadzili sporą publiczność pod sceną, która bawiła się znakomicie w takt większości utworów. Mnie poruszyło umiarkowanie i poza „Girls and Boys” oraz najbardziej dynamicznym (i najbardziej znanym) „Song 2”, które porwało tłumy jako ostatni numer wieczoru, nie pamiętam już zbyt wiele z występu Brytyjczyków.

Na telefonie znalazłem nagranie audio utworu „Taro” z koncertu Alt-J, które brzmi znakomicie. Sądzę więc, że naprawdę nieźle bawiliśmy się na tym koncercie. Zaczynam dostrzegać, że pierwszy dzień przykryty jest jakąś mgłą zapomnieia, bo jedyne co pamiętam z namiotowego występu artysty to fakt, że bardzo zaskoczyło nas pojawienie się kawałka, brzmiącego identycznie jak „Harlem Shake”, który zespół zagrał pod koniec swojego setu. Audio brzmi jednak tak dobrze, że musiało być super! ;)

Koncert Kendricka Lemara to kolejny przykład postępującej sklezory, bo wiem tylko, że „był niezły, jednak nie zapisał się na dłużej w mojej pamięci”. Jako jedyne utkwiły mi w pamięci częste wstawki rapera, który zachęcał publiczność by klaskała dla samych siebie, bo jest tak znakomitą publicznością. Poza tym miło słuchało się jego kawałków, jednak nic ponad to.

Crystal Castles stanowiło miłe taneczne zwieńczenie dnia, które do kawałka „Crimewave” kupiło nas hurtem. Tańczyliśmy, skakaliśmy i bawiliśmy się przednio. Potem wydarzyło się coś dziwnego i dźwięki grupy zaczęły nas już jedynie nużyć i wyczekiwaliśmy końca koncertu. Zbyt wiele udziwnień, zły dobór utworów? Nie wiem w czym leżał problem, ale druga połowa była zwyczajnie męcząca. Zaczęło się świetnie, skończyło odrobinę za późno.

Dzień 1 & 4: EDITORS & MAGNIFICENT MUTTLEY

Dzień 2

Drugi dzień to również akustyczny koncert na scenie Dworzec. Tym razem udaliśmy się na występ Darka Dąbrowskiego z Bobby The Unicorn. Gitarzysta StraightMinds z własnym projektem solowym zaprezentował kilkanaście akustycznych utworów, które prezentują się odmienne od dokonań wspomnianego zepołu. Utwory są spokojniejsze, bardziej… „liryczne”? No, inne po prostu. Arystę znamy od jakiegoś czasu i zawsze miło słucha nam się jego dokonań. Znane utwory zabrzmiały ciekawie, za to nowe kawałki wywarły na publiczności niezwykle pozytywne wrażenie. Najfajniej prezentuje się utwór „Ghost”, który wraz z trzema innymi możecie obejrzeć na tych hand-made video. ;)

Grupa Kim Nowak po raz kolejny na gdyńskim festiwalu zaprezentowała się z niezłej strony, aczkolwiek ich występowi zabrakło tego czegoś, bym wspominał go do dziś. Ot, niezłe rockowe granie, które dobrze sprawdza się na żywo.

Tame Impala, przeniesieni z występu namiotowego na główną scenę festiwalową, wypadli przyzwoicie, zbierając całkiem sporą publiczność, mimo grania podczas mżawki (jedynego momentu, gdy na tegorocznym Openerze padało). Artyści zaprezentowali się z niezłej strony, jednak ich melodyjna muzyka nie w pełni do mnie przemówiła. Świetnie wypadł najbardziej znany kawałek grupy – „Elephant”, promujący tegoroczną edycję festiwalu, pozostałe kawałki też prezentowały się nieźle, choć zabrakło im tego czegoś, by zostały w głowie na dłużej. Nieospodziewanie to jednak koncert, z którego mam najwięcej plików wideo, które nakręciłem z myślą o dwójce znajomych, którzy niezmiernie lubią Australijczyków, jednak nie mogli pojawić się pod sceną na ich pierwszym polskim koncercie.

Arctic Monkeys jak zwykle* zaczęli z grubej rury, już na początku serwując swoje najlepsze kawałki: najnowszy „pharellowy” singiel „Do I Wanna Know?” oraz przecudowne, energetyczne i rozpędzone do granic „Brianstorm”, którymi ustawili widownię na całą resztę koncertu. Bardzo ucieszyłem się też z faktu, że Brytyjczycy zagrali kawałek „Pretty Visitors”, gdyż ostatnimi czasy ponownie zapałałem do niego miłością. W wersji live, śpiewanej wraz z tłumem, utwór wypadł wyjątkowo korzystnie. Małpy zdecydowanie dały radę! A choć Alex niewiele mówił do publiczności, widać było, że zespół zadowolony jest z powrotu w polskie strony. Okazało się jednak, że ich dobry występ był jedynie preludium do właściwej niezapomnianej części wieczoru i najlepszego koncertu całego festiwalu.

Występ grupy Nicka Cave’a w dwóch słowach to: Magia i Uniesienie. Jeden z najlepszych koncertów ostatnich lat, coś niesamowitego i aż nie do opisania słowami. Stara rockowa szkoła sprawiła, że zmesmerysowani staliśmy chłonąc każdy dźwięk padający ze sceny. Świetny kontakt z publicznością, niezwykła gracja, humor i energia Nicka zaraziła całą publiczność, która bawiła się znakomicie pod sceną. Najlepszym momentem był chyba „The Weeping Song”, podczas którego powietrze wypełniło się zbiorowym wstrzymaniem oddechu i spijaniem każdego słowa z ust artysty. Nagrane wideo niestety nie oddają pełni tego, co przeżywaliśmy podczas koncertu. Zbiorowe uniesienie, transowe chłonięcie dźwięków chyba trudno przenosi się na taśmę celuidową. Niech wystarczy Wam zapewnienie, że wystpęp Nicka Cave’a to było: Coś niesamowitego!


Dzień 2: ARCTIC MONKEYS & NICK CAVE and THE BAD SEEDS

Dzień 3

Bobby The Unicorn miał szansę zaprezentować się podwójnie podczas tej edycji festiwalu. Oba koncerty wypadły interesująco, prezentując nieco inne brzmienie. Występ na scenie World (czy Alter Stage wedle nowej nomenklatury) był koncertem z dodatkowym uczestnictwem mini-perkusji i drugiej gitary. Dzięki nowym instrumentom, muzyka prezentowała się nieco inaczej, choć równie ciekawie co solo. Najzabawniejszym i najbardziej komentowanym pod sceną utworem było polskie „Duże Drzewa” o dość prostym i zabawnym tekście.

Koncert grupy Kaliber 44 w dwóch słowach to: fajny oldschool! Te dwa słowa idealnie oddają powrót do czasów młodości, który zapewniła nam grupa, więc zamiast zbędnych słów, po prostu zaprezentuje Wam to wideo:

Skin ze Skunk Anansie znów pokazała polskej publiczności, że ma głos nie do zdarcia, dając wokalny popis umiejętności. Fajny koncert – energetyczny i z werwą, niestety nie zostałem na nim do końca, pognawszy na…

These New Puritan

Kiedy widziałem ich po raz pierwszy, Brytyjczycy zrobili na mnie większe wrażenie. Na tegorocznej edycji czegoś mi zabrakło do pełni szczęścia. Czy to przez zbyt częstą „zmianę klimatu/nastroju”, poprzez nietypowe ułożenie setlisty, o ktorym mowiło się pod sceną? Trudno mi stwierdzić. Na pewno jednak, gdy widziałem ich po raz pierwszy porwali mnie swoją muzyką nieporównywalnie bardziej niż teraz. Problemem mógł być także zbyt cichy wokal, zagłuszany przez instrumenty, co doskonale słychać na koncertowych wideo, które udało mi się nagrać, stojąc pod sceną.

Queens of The Stone Age, czyli gwóźdź programu tego dnia festiwalu zaprezentowali się z naprawdę mocnej strony, gromadząc jedną z najliczniejszych widowni tegorocznej edycji. Na dodatek publiczności potrafiącej się tak dobrze zachować, że mimo młyna dwa rzędy przede mną, mogłem sobie spokojnie stać i chłonąć dźwięki lecące ze sceny. A potem przenieść się do trzeciego rzędu, idealnie na środku, co sprawiło, że to właśnie na QUOTSA byłem chyba najbliżej muzyków na jakimkolwiek z koncertów tegorocznej edycji. Najbardziej do głowy wpadł mi spokojniejszy kawałek „Smooth Sailing”, wprost z nowego albumu grupy, ale wszystkie żwawsze utwory sprawdziły się równie dobrze.

Zaczynam mieć wrażenie, że o koncertach grupy The National pisze się najtrudniej. Dwa lata temu moja relacja z ich koncertu zmieściła się w prostym zdaniu: „Melodyjne utwory ciekawie brzmiały na żywo, umilając czas spędzony pod gołym niebem”. Teraz – nic lepszego nie przychodzi mi do głowy. Dźwięki wygrywane przez zespół umilały atmosferę i brzmiały dobrze, jednak nie posiadały w sobie porywającej siły, która sprawiłaby, że stalibyśmy nimi oczarowani i zmesmeryzowani. Ot, porządne przyjemne granie, które jednak nie zostaje w głowie na dłużej, ginąc w natłoku innych koncertowych wrażeń. Ogromnym plusem tego koncertu był jednak fakt, iż wokalista Matt Berninger wybiegł w tłum, poza barierki, w sam środek ludzkiej masy, by w ten sposób zaśpiewać cały utwór. Świetna, niespotykana rzecz, dzięki której na dłużej zapamiętam (ten fragment) koncertu.

Disclousure, czyli: Fajne zwieńczenie dnia, imprezowa atmosfera i gorąco bijące z wnętrza Tenta, sprawiły, że całkiem przyzwoicie bawiliśmy się na DJ-skim secie dwóch Brytyjczyków. Bujające kawałki oraz imprezowa bomba w postaci najsłynniejszych kawałków grupy sprawiły, że z uśmiechem na ustach przetańcowaliśmy końcówkę dnia, rozgrzewając się w nieco chłodniejszy wieczór. Największym zaskoczeniem koncertu było jednak odkrycie wieku dwójki DJ-ów. Rocznik 91 i 94 to przecież tak pierwszorzędne dzieciaki, że jedyne o czym myśleliśmy po ich występie, to: „Co ja robię ze swoim życiem?” ;)

Dzień 3: THESE NEW PURITANS & QUEENS OF THE STONE AGE

Dzień 4

Muzycy z polskiej grupy Magnificent Muttley wzięli mnie z zaskoczenia. Ich koncert ociekał rockową zajebistością, zarażał nieposkromioną energią, sączącą się ze sceny w każdej sekundzie występu. Bezkompromisowe mocne rockowe granie przekonało wszystkich zgromadzonych pod sceną, a ja już po kilku kawałkach wiedziałem, że odnalazłem mój nowy ulubiony polski zespół. Zajebioza po maksie, koncertowa czołówka tego roku, super rockowa energia, świetna perkusja. No magia normalnie! (Już się nie mogę doczekać powtórki podczas CLMF’a!).

Muzycy z Everything Everything zagrali koncert w pełnym słońcu, rozpalając publiczność swoimi kawałkami, których główny wyznacznik to nietypowy, piskliwy głos Jonathana Higgsa, do którego trzeba się przyzwyczaić. Ja od czasu Coke’a przestawiłem się w pełni, a kawałek „Cough Cough” lecący na moim odtwarzaczu na instant-repeatcie na początku tego roku tylko utwierdził mnie w „fajności” tego zespołu. Na głównej scenie Openera wypadli ciekawiej niż na Coke’u, ale to może dlatego, że znałem ich już lepiej.

Fajnym momentem koncertu Hot Cassandra było to, że duet zaprosił na scenę jedną osobę z publiczności, by pomogła DJom grać na scenie. Wprawdzie dziewczyna nie miała ostatecznie za dużo do roboty, tańcząc jedynie z muzykami, trzeba jednak przyznać, że sama jej obecność na scenie to coś niezwykłego i niezwykle pozytywnego. Punkty za kreatywność należą się zespołowi, którego muzyka była jedynie przyjemna, nie pozostawiając po sobie niezapomnianego wrażenia.

Crystal Fighters umieją porwać tłum, co udowodnili już swoimi poprzednimi koncertami w Polsce. I choć tegoroczny koncert na Openerze porwał mnie w mniejszym stopniu niż ich majowy występ w Palladium, muszę przyznać, że muzycy znów stanęli na wysokości zadania i zaprezentowali energetyczny miks swoich utworów. Tłum szalał pod sceną na prawie każdym utworze, a największe szaleństwo niespodziewanie rozpętał kawałek „I love London”. Imprezowy klimat w promieniach zachodzącego słońca wśród tłumu rozentuzjazmowanych ludzi – dobra sprawa. Crystal Fighters potrafią zarazić pozytywną energią niezależnie od wielkości sceny na jakiej występują.

Kings of Leon zagrali niezły koncert, choć złożony raczej ze spokojniejszych kawałków w swoim dorobku. Zaczęło się od świetnego „Crawl”, by potem płynnie przejść do najbardziej znanych utworów. Amerykanie zaprezentowali zresztą tylko jeden kawałek z nowej płyty, przez resztę czasu racząc widzów swoimi największymi hitami, na deser pozostawiając utwór, który otworzył im drzwi na firnament gwiazd współczesnego rocka. „Sex on Fire” wybrzmiało na bis, porywając tłum oraz telefony komórkowe publiczności, które skrzętnie rejestrowały każdy dźwięk padający ze sceny. Kingsi naprawdę przypadli mi do gustu, choć do zupełnego szaleństwa trochę im brakowało. A najlepszym momentem był ten gdy zagrali moje ukochane „Pyro”.

Koncert grupy Lao Che miło mnie zaskoczył. Polscy artyści zaprezentowali ciekawą mieszankę dźwiękową, która szybko przekonała mnie do siebie, a w niektórych momentach nawet porządnie bujała. Najlepszym momentem występu było wykonanie świetnego utworu „Govindam” (dzięki swojemu refrenowi „Arktyka i Antarktyka…”), który na długo pozostał mi w głowie. Warto wspomnieć też o hicie „Jestem Psem”, który później był przeze mnie kilkukrotnie cytowany, ku zdziwieniu znajomych, którzy nie towarzyszyli mi/nam podczas koncertu.

Finałowy koncert grupy Animal Collective nie wywarł na mnie szczególnego wrażenia. Bardziej intrygował mnie nietypowy wystrój sceny (która została przyozdobiona w ten sposób, że wyglądała jak wnętrze paszczy dzikiego stwora), niż sama muzyka. Choć przyjemna, to jednak zupełnie nie zostająca w głowie, nie posiadająca „tego czegoś”, co sprawiłoby, żeby porwała. A choć nieźle słuchało się dźwięków stojąc pod sceną, już niewiele pamiętam z występu Amerykanów.

Bonus: Dzień 5

Dizzee Rascall przekonał mnie do siebie swoimi imprezowymi kawałkiami, które porywały tłum zebrany pod sceną. Brytyjczyk przekonuje przede wszystkim swoim nietypowym tembrem głosu, który brzmiał równie dobrze lecąc przez gdyńskie niebo, co w swoich kawałkach, które zdarza mi się usłyszeć w radiu.

Rihanna

Koncert, na który warto spuścić zasłonę milczenia. Godzinne spóżnienie, chamski playback oraz dziwne ruchy artystki nie były czymś, czego spodziewała się gdyńska publiczność. Artystka nie miała zbyt dobrego kontaktu z ludźmi zgromadzonymi pod sceną, wykrzykując jedynie kilkukrotnie „Poland”. Ogólne wrażenia po koncercie: Co to było?! Najlepszym opisem wrażeń z występu Barbadoski w Polsce niech będzie fakt, że moja znajoma, zagorzała fanka artystki stojąc pod sceną bardziej czekała na otrzymanie kolejnego SMSa niż na następny utwór Riri. Słabo, nawet bardzo. Wielka szkoda, bo gdy dziewczyna daje z siebie wszystko, potrafi dać prawdziwe show (czego dowodem jej pierwszy koncert w Polsce, na warszawskim Torwarze). O występie w Gdyni najlepiej jest zapmnieć!

Dzień 4: CRYSTAL FIGHTERS & KINGS OF LEON

Najlepsze Koncerty: Nick Cave, Arctic Monkeys, Magnificent Muttley, Queens of The Stone Age

To chyba tyle! Sorry za większą niż zwykle grafomanię i dość znaczny poślizg w relacji, ale jakoś temperatura i inne zobowiązania nie skłaniały do przyspieszenia procesu pisania. Obiecuję poprawę. ;)

Na zakończenie chciałem serdecznie podziękować mojej ekipie wyjazdowej za… za wszystko w zasadzie! :) Czujcie się pozdrowieni! :D

PS. Wszystkie koncertowe wideo nagrane dłońmi mymi można odnaleźć tutaj! ;) ENJOY! :)

PS2. BONUS: Pełne wersje koncertów: QUOTSA,

Zdjęcia i wideo: ©Michał K.

 
Komentarze (3)

Napisane w kategorii Music

 

Krótka relacja z Free Form Festival

12 maj

W piątek i sobotę byłem na Free Form Festival, więc zgodnie ze świecką tradycją tego bloga, postanowiłem podzielić się kilkoma wrażeniami z koncertów. ;) (Postaram się krótko, bo czas goni, a ja powinienem pisać już coś zupełnie innego). ;)

#1 Woodkid

Zaczęło się od instumentalnego intro i wyznania „Jestem w połowie Polakiem“, by potem zwalić rozentuzjazmowaną publiczność z nóg perfekcjonizmem, znanym z płyty oraz rozszerzonymi, bardziej skocznymi i tanecznymi wersjami najsłynniejszych utworów, które rozsławiły Lemoine’a i zyskały mu rzeszę wyznawców. Woodkid potrafi śpiewać na żywo z równą gracją i przejęciem, co w studiu, a jego niewymuszony kontakt z publicznością godny jest pozazdroszczenia. Przeżycie muzyki artysty na żywo – bezcenne, a  usłyszenie wyśmienitego „Conquest of Spaces“, które z całej płyty urzekło mnie chyba najbardziej – cudowne. Mały Wielki Koncert, który chce się od razu powtórzyć. A jako, że artysta (za)powiedział „Do zobaczenia“ to i okazja może się jeszcze nadarzyć. Trzymam kciuki!

[Oczami/słowami Milczącego Krytyka (of reviews.blox.pl)

„Kilka miesięcy oczekiwania, kciuki trzymane by koncert odbył się w sobotę, a nie piątek, bilety kupione na samym początku i wreszcie nadszedł ten dzień – Woodkid na żywo w Warszawie. Szkoda tylko trochę, że jedynie przez godzinę, bez bisów – mógłby śpiewać jeszcze długo, długo. Koncert jednym słowem – boski. Potężny, monumentalny, ale jednocześnie kameralny i bliski w wolniejszych kawałkach. Wzbogacony o ciekawe czarno-białe wizualizacje, obrazy wnętrz katedr, niesamowitych islandzkich krajobrazów. Woodkid zagrał prawie wszystkie utwory ze swojej pierwszej płyty, oraz dwie piosenki z EPki. Mam wrażenie, że był nawet trochę zaskoczony niesamowicie żywiołową reakcją publiki oraz tym, że spora jej część znała słowa piosenek i refreny śpiewała razem z nim. Genialny koncert, długo będę go wspominać. Zryczałem się na „Where I live”, zdarłem sobie gardło śpiewając „I love You” oraz finałowe „Run Boy Run” i do teraz nie czuje rąk od klaskania. Dzięki wielkie Kaczy za info o festiwalu i za towarzystwo, bo znając siebie, sam bym się pewnie na ten koncert nie wybrał. A teraz bym żałował ogromnie.”]

 
Fot. Marcin Bąkiewicz/WP

#Bonusowe koncerty

Polskie Fair Weather Friends, które poznałem podczas zeszłorocznego Coke’a znów zaprezentowało się z dobrej strony, przykuwając ciekawym wokalem i niezłymi aranżacjami muzycznymi, mieszając rock z popem, stawiając również na lżejsze brzmienia, jak w kawałkach „Indecision“, czy „Cloud“, które poza sławetnym już „Fortune Player“ (gdzie brzmią niczym odrzut z płyty Kings of Leon), kupiły mnie najbardziej.

Kate Boy i jej show pełne dźwięków wygrywanych na bębnach było całkiem przyzwoite i dynamiczne, oferując interesujące rozwiązania, które potrafiły rozbudzić publiczność i sprawić, że zacznie podrygiwać w takt muzyki. Niezła zabawa, aczkolwiek nie pozostająca ze słuchaczem (a przynajmniej ze mną) na dłużej.

Duet Parachute Youth był pełen energii, którą zaraził zgromadzoną pod sceną publiczność. Ich styl nazwałbym muzyką dyskotekowę, która potrafi zapewnić chwilowe uniesienia odbiorcy, a najbardziej zapadającym w pamięć utworem było finałowe „It can’t get better than this“. Pomijając fakt, że sądzę, że jednak z łatwością mogło być lepiej, artyści zapunktowali u mnie także tym, że wyszli przybić piąteczki z publicznością, co sprawiło, że wychodząc z hali, słyszałem głosy, że to „najlepszy koncert, na jakim byłam“.

Grupa Apparat zaserwowała natomiast najdziwniejszy koncert całego festiwalu, stanowiący eksperymentalno-industrialny miszmasz dźwiękowy, który od kakofonii dzieliła jedynie rytmiczność powtarzanych fraz. Przez połowę występu wynudziłem się niemiłosiernie, jednak druga zaskakująco się rozkręciła, stanowiąc przeżycie niemal transowe. Sytuacji dopełniały nietypowe wizualizacje, czynione na żywo z rzutnika, na którym dwóch członków zespołu rzucało węglem, czy drewnem, tworząc mieszankę dziwnych kształtów. Przedziwny koncert, który trudno mi nawet ubrać w słowa.

[EDIT Dźwiękowa dziwność oraz zastanowienie: Kto słucha w domu takiej muzyki? zyskały odpowiedź, gdy zorientowałem się, że jest to ścieźka dźwiękowa do nietypowej  teatralnej adaptacji "Wojny i Pokoju", do której prezentowany materiał był soundtrackiem.]

Równie transowy, choć nieco z innych powodów był występ DJa Hudsona Mohawke’a, który zaserwował elektroniczny miks dźwięków podszytych „tłustym bitem“ i mocnym bassem, które potrafiły jednak rozruszać widownię do dzikich podrygów, będąc swoistym „mózgotrzepem“, kompletnie zerującym mózg. Innymi slowy – muzyka idealnie wpisująca się w klimat „Spring Breakers“.

Finałowy koncert Tricky’ego zaskakująco wypadł blado w porównaniu z elektronicznymi zagrywkami poprzedników i poza niezwykłym i niespotykanym faktem zaproszenia ogromnej rzeszy ludzi na scenę podczas dwóch utworów oraz serdecznymi uściskami złożonymi tejże grupie szczęśliwców, nie zapisał się w mojej pamięci na dłużej. Jak na tę porę i długie oczekiwania był dla mnie zbyt spokojny i mało różnorodny.


Fot. Marcin Bąkiewicz/WP

Drugi dzień umilił mi natomiast koncert Foxa wraz z gośćmi, który miał meandrujący poziom, gdyż obok kawałków wyjątkowo udanych (jak wyśmienite „Mind goes blank“ feat. Organek, które nuciłem jeszcze po przebudzeniu), posiadał również te, które nie grzeszyły oryginalnością (dwa kawałki z Pauliną Przybysz i Tomkiem Organkiem brzmiały identycznie. Myśłałem nawet, że replay po prostu zrobili czy coś). Bardzo zabawna była też „ballada“ w wykonaniu Natalii …, która od razu skojarzyła mi się z tym kawałkiem z niezłej komedii „Forgetting Sarah Marshall“.

Na całej linii zawiodła (mnie) natomiast Novika, która zaserwowała jeden z najnudniejszych koncertów, na jakich dane było mi być. Powtarzalność dźwięków w każdym utworze, brak głosu i słaby kontakt z publiką sprawiły, że zdarzylo mi się kilka razy ziewnąć podczas występu. Nie wiem czy to kwestia słabej formy artystki tego dnia czy nieoryginalności jej utworów, ale zupełnie mnie to nie kupiło.

Podobnie było zresztą z koncertem Azealii Banks, który zmęczył mnie już po 15 minutach, stanowiąc zbyt dużą dawkę za głośnej, „in your face“ „chamskiej łupanki“, w którą nie mogłem się wciągnąć, nawet po przejściach dnia poprzedniego. Także jestem na nie, aczkolwiek tłum szalał z radości, więc nie skreślam tej artystki zupełnie. To chyba po prostu nie za bardzo moje klimaty albo nie mój dzień na wkręcanie się w taką stylówę.

I to by było na tyle. Szybka przebieżka po koncertowych wrażeniach w ramach spełnienia tradycji, stworzenia pamiątki oraz wpisu „dla potomności“. :P

Dziękuję za uwagę! ;)

PS. Fotki pochodzą stąd, gdyż moje prywatne dość ostro niewyraźne są, więc postanowiłem skorzystać z bieżącej bazy profesjonalnych. ;) 

 
Komentarze (2)

Napisane w kategorii Music

 

Champion Sound(s), czyli Cool Times at CLMF ‘12

22 sie

W tym roku znów udało mi się odwiedzić Kraków podczas Coke Live Music Festival. I ponownie bardzo dobrze się bawiłem. Chętnie podzielę się swoimi wrażeniami, dlatego zapraszam na relację z tegorocznej edycji festiwalu.

Dzień 1

Pierwszy dzień rozpoczęliśmy wpadnięciem na kawałek koncertu grupy Kim Nowak, czyli kolejnego projektu braci Waglewskich, który oglądaliśmy w tym roku na żywo. Rockowe, żwawsze granie sprawdziło się dobrze, jako otwarcie imprezy. Również spokojniejsze kawałki prezentowały się przyzwoicie, choć wciągały nieco mniej. W skrócie – było OK.

Na drugi ogień poszedł występ grupy Fair Weather Friends. Ten polski zespół zaskoczył mnie bardzo pozytywnie. Wrażenie zrobiła na mnie różnorodna stylistyka utworów oraz interesujący tembr głosu wokalisty. Momentami brzmiał bowiem dokładnie jak Caleb Followill, by w innych utworach przywodzić na myśl specyficzny głos wokalisty Everything Everything. Za każdym razem brzmiał jednak dobrze i razem z muzyką mocno wpadał w ucho.
W zasadzie cały występ przypadł mi do gustu. Nie obszedł mnie jedynie jeden kawałek, w którym wykonawcy postanowili zsamplować utwory Blur i Florence + The Machine. Brzmiało to dziwnie i było zupełnie zbyteczne. Sam utwór miał wystarczająco dobry podkład muzyczny, by nie musieć podpierać go kawałkami innych artystów. Poza tym jednym utworem, rockowe, popowe, nieco hip-hopowe, czy wpadające w r&b kawałki grupy brzmiały już ciekawie. A wykorzystanie „Fortune Player” w niezłej reklamówce festiwalu uważam za strzał w dziesiątkę.

Koncert Mystery Jets był natomiast przeżyciem niemal detektywistycznym. Rozwiązywanie różnorodnych tajemnic zespołu zajęło nam znaczną część występu. Poszukiwaliśmy odpowiedzi na piętrzace się pytania: Czemu wokalista pryszedł o kulach? Gitarzysta jest jego ojcem? Co?! Jak to?! Czy Blaine ma flagę polską na kamizelce? Odkrywanie tych „tajemnic” umilała nam przyjemna popowo-rockowa muzyka zespołu. W głowie najbardziej zostało „Two Doors Down„, jednak wszystkie utwory szybko zdobyły naszą przychylność, dzięki swojemu interesującemu brzmieniu.
Ciekawymi były też podejmowane przez wokalistę próby mówienia po polsku, na czele z (niecodziennym) „Bóg z Wami”. Mystery Jets wywarli na nas na tyle pozytywne wrażenie, że byliśmy szczerze zawiedzeni, że grali jedynie godzinę.

Zwłaszcza, że muzycy z The Roots rozkręcali się powoli. Przez pierwsze pół godziny byli jedynie nieźli, ale nie przykuwający pełnej uwagi. Jak gdyby robili sobie rozgrzewkę przed właściwą cześcią występu. Ta nastąpiła, gdy perkusista z bębniarzem zrobili małą „bitwę na dźwięki”. Po tym „preludium” muzycy dostali energetycznego kopa i zaprezentowali się z dużo lepszej strony. Zaczęli grać bardziej „zadziorne”, rockujące utwory, zapętlajac muzykę tak, by dany utwór nie kończył się jak najdłużej. Wypadło to dobrze, gdyż publiczność rownież nie chciała końca co lepszych kawałków.
Rootsi oprócz swoich najbardziej znanych utworow (z „The Seed” na czele), zaprezentowali również dwa z repertuaru innych artystów. Konkretniej – Guns & Roses i Led Zeppelin. Ich wersje „Sweet Child o’ Mine” i „Immigrant Song” brzmiały przyzwoicie, choć nie umywały się do oryginałów.
Fajnymi momentami były również zastygnięcia muzyków jak w stopklatce. Najlepiej wypadł w tym gitarzysta, który w jednej pozycji wytrzymał trzy metry od barierki, znajdując się idealnie poza zasięgiem rąk fanek. Muzyk był nieubłagany i nie przysunął się ani o milimetr, pozostawiając fanki z niedosytem. Wyglądało to nad wyraz dobrze, choć fanki musiały być zawiedzione. ;)
Było dobrze, co tu dużo mówić.

The Killers zaczęli natomiast z grubej rury, już na samym początku grając „Somebody Told Me”, dzięki czemu już od pierwszych chwil zyskali przychylność publiczności i uruchomili w nich pokłady energii i tanecznych ruchów.
Póżniej było równie dobrze. Brandon ma bardzo dobry wokal na żywo, łapie niezły kontakt z publiką, także zabawa była przednia. Killersi zagrali dużo hitów, na czele z „Mr.Brightside„, „Read My Mind”, czy „Spacemenem”, a także uraczyli nas kilkoma nowymi kompozycjami, z czego najlepiej wypadł utwór „From Here On Out”, zagrany podczas bisów. Natomiast świetne i chóralne/tłumne wykonanie „All These Things That I’ve Done” sprawiło, że fraza „I’ve got soul, but I’m not a soldier” stała się niejako hymnem naszego wyjazdu, najczęściej śpiewaną piosenką.

Warto wspomnieć też o niezłym wystroju sceny, z konturem góry oraz postawioną na niej literką K. Uwagę przykuwał też Piorun, ustawiony (prawie) na środku sceny, skrywający keyboard Brandona. Zresztą w pewnym momencie w górę poleciala chmura konfetti, przyciętego w te dwa kształty, także każdy mógł zaopatrzyć się w swój prywatny zestaw symboli zespołu.
Na uwagę zasługuje też fakt, że podczas bisów, Brandon wyszedł na scenę w czerwonej koszulce z polskim godłem, co stanowilo bardzo mily akcent.

Killersi dali energetyczny, bardzo dobry występ, który jednak nie umywał się do tego, co na Openerze zaprezentował Franz Ferdinand. To chwilowo mój koncertowy #1 i chyba sporo czasu minie zanim jakiś zespół ich przebije.

Wpadliśmy też na kilka utworów polskiego tria Kamp!. Panowie grali wporządku elektronikę, której miło się słuchało, choć nie porwała nas do tańca. Niemniej dokonania kapeli prezentowały się na tyle dobrze, że koncert stanowił dobre zwieńczenie udanego dnia.

Pierwszy dzień skończylismy jednak tak naprawdę dopiero wypadem do Silent Disco. W końcu udało nam się dotrzeć na tę imprezę w słuchawkach. Od lat próbowaliśmy się na nią dostać, ale dopiero teraz dopięliśmy swego. Muszę przyznać, że było to całkiem zabawne doświadczenie. Dwa, a potem trzy kanały muzyczne – dwa klubowe i jeden pełen starych hitów, głównie z lat 80-tych, zapewniały nam dobrą rozrywkę. Szybko dało się zorientować, że większość osób wybrała właśnie trzeci kanał. Refreny piosenek śpiewane chóralnie wypełniały bowiem co chwila namiot Silent Disco. Wystarczyło na chwilę zdjąć słuchawki, by przekonać się, że brzmi to nad wyraz ciekawie. Zabawa była więc udana i dobrze przygotowała nas na emocje drugiego dnia.

Dzień 2

Niedzielę rozpoczęliśmy występem Crystal Fighters, którzy zaprezentowali się z najlepszej strony. Już od początku zaskoczyli dawką pozytywnej energii i muzyką, przywodzącą na myśl cygańskie granie. Tłum był zachwycony i chętnie podrygiwał w rytm kolejnych utworów. Mi też bardzo się podobało, wkręciłem się w większość kawałków, a największe wrażenie zrobiły na mnie: „Champion Sound” i „Xtatic Truth„. Zresztą te dwa utwory tak mocno zapadły mi w pamięci, że stanowiły też podkład pod pisanie tego tekstu. Bardzo ciekawe, wpadajace w ucho kompozycje, które automatycznie chce się puszczać na instant-repeatcie. Zresztą cały koncert wywarł na mnie wrażenie – swoim klimatem, energetycznymi bombami, zdetonowanymi przez żywą muzykę oraz kilkoma spokojniejszymi utworami, które rownież dobrze bujały publiczność. Szkoda, że muzycy grali tylko godzinę.

Występ Snoop Dogga też był przyzwoity. Artysta wyszedł na scenę przy dźwiękach jednego z najstarszych hitow – „Still Dre” i szybko zahaczył o swoje najbardziej znane dokonania. Włączając w to utwory, w których wystepuje gościnnie. Plusem było to, że odwrotnie niż Kanye w zeszłym roku, Snoop śpiewał całe kawałki, nie tylko swoje fragmenty tekstu. Tym sposobem usłyszeliśmy nawet jak nawija w takich utworach, jak „California Girls”, czy „Signs”. Wypadło to lepiej i naturalniej niż puszczanie samego podkładu, jak to zrobił West. Snoop zaprezentował też kilka utworów z nadchodzącego krążka, czyli owoc prac pod pseudonimem Snoop Lion (born in Zion). Reggujące kawałki wypadły nieźle, choć nie przykuły takiej uwagi, jak rapowe utwory artysty. Świetnie wypadł w szczególności kawałek „Young Wild and Free„, śpiewany wraz z tłumem na zakończenie występu.

Warto wspomnieć też o zaskakującej oprawie koncertu. O ile flaga w kolory rastafariańskie z podobizną Snoopa była jeszcze zrozumiała, o tyle obecność faceta w stroju psa już nieco dziwiła. Zwłaszcza, że oprócz podpalania ogromnego jointa, pies wymachiwał też ogromnym penisem. WTF?! Snoop wykazał się też bardziej wyszukanym poczuciem humoru, gdy podczas jednego z pierwszych utworów zachęcił publikę do wyciągnięcia telefonów, a następnie przybrał odpowiednią pozę i rzucił: „A teraz zróbcie zdjęcie”. Szczwany! ;) Ogólnie rzecz biorąc – było nieźle!

Koncert Placebo też należy zaliczyć do udanych. Mimo, że jedynie kilka utworów mocno mnie porwało, całość była na tyle melodyjna, przemyślana i dobrze dobrana, że nie sposób było się nudzić. Wielką radość sprawiło mi, że muzycy zagrali także mój ulubiony utwór w ich dorobku, który de facto jest coverem kogoś innego (Kate Bush). Mowa o utworze „Running Up That Hill”, który urzekł mnie swoim spokojnym brzmieniem i ogromnymi pokładami klimatu już za pierszym razem, gdy go usłyszałem kilka lat temu (w pierwszym odcinku czwartej serii „O.C”), a w wersji koncertowej wypadł równie dobrze. Sprawdziły się też utwory z nowej płyty, na czele z „Battle For The Sun”.

Muzycy utrzymywali też fajny kontakt z publicznością. Szczególnie gitarzysta, który nie dość, że schodził ze sceny, by przywitać się z fanami, to jeszcze zachęcał ich do działania podczas konkursu o głośne krzyczenie. Nawet Brianowi zdarzyło się rzucić kilka uwag w stronę publiczności, a to ponoć nie zdarza się często na koncertach jego zespołu. Ten musiał być więc wyjątkowy. :) Dla mnie był zwyczajnie udany!

Dzień zakończyliśmy występem grupy Azari & III. Było to przyjemne klubowe granie, które wyciągnęło z nas jeszcze kilka nieskrępowanych, tanecznych ruchów. Szczególnie dynamicznie było podczas takich kawałków, jak „Manic”, czy „Reckless with your love”. I mimo, że poznałem te kawałki dopiero podczas koncertu, bawiłem się tak dobrze, jakbym znał je od dawna. :) Także, jak dla mnie – idealne  zakończenie udanej dwudniowej imprezy.

 

I to by było tyle, jeśli chodzi o tegoroczną relację. Na zakończenie chciałem serdecznie pozdrowić moją festiwalową ekipę, podziękować za świetną zabawę, a jednocześnie przeprosić Was za grafomański styl tego wpisu. Po raz kolejny przekonuję się, że pisanie o muzyce to nie taka prosta sprawa. Może czas zrozumieć Pana Gouldę i jego teksty najeżone dziwnymi nazwami? ;P

PS. Sorry za brak wszystkich wideo do wersji live wymienianych piosenek, ale nie zawsze dało się znaleźć coś sensownego.

PS2. W bonusie dorzucam krótką przebieżkę po kilku koncertach, dzięki uprzejmości InteriaTV: The Killers, Crystal Fighters, Mystery Jets.

(Zdjęcia pochodzą z oficjalnego FanPage’a Coke’a: 1,2)

 
Komentarze (4)

Napisane w kategorii Music

 

Mleko i Papaja*, czyli: My Awesome Days at Open’er Festival 2012

14 lip
Po raz czwarty wybrałem się na gdyński festiwal, by chłonąć feerię dźwięków i przeżywać wiele muzycznych uniesień. Do tegorocznego Open’era starałem się nawet przygotować bardziej niż w latach poprzednich, sprawdzając większą liczbę artystów niż zwykle. (Co zresztą można było śledzić na Facebookowym FanPage‚u). To działanie się opłaciło, gdyż nowo-poznane utwory automatem brzmiały dużo ciekawiej w wersji live. 

Nowa ekipa też dopisała (pozdrawiam serdecznie!) i było tak dobrze, że pobyt zleciał wyjątkowo szybko i nim się obejrzeliśmy, czas było wracać. Teraz nie pozostaje więc nic innego, jak zgodnie z tradycją spisać wrażenia po konkretnych koncertach, dla utrwalenia wpomnień i pozostawienia pamiątki dla przyszłych pokoleń. :P
Także, bez dalszych słów wstępu, oto tegoroczna, lekko grafomańska relacja z Open’er Festival.

Dzień 1
Pierwszym koncertem, na jaki się w tym roku udaliśmy, był występ tria:Fisz Emade Tworzywo. Panowie wypadli nieźle, choć trudno było tu dosłuchać się poziomu, jaki Fisz prezentuje w swoich materiałach solo, na czele z hitami: „Czerwona Sukienka”* i „Warszafka Płonie”*. Niemniej „Huragan” na tyle przypadł mi do gustu, że przez następne dni zdarzało mi się słyszeć jego refren, kołaczący się po głowie, a usłyszany mimochodem tekst: „Na kolorowym ksero kseruję swoją krew” ubawił mnie tak mocno, że musiałem go zapisać i się nim podzielić. Występ był zwyczajnie dobry, ale nie pozostawiający za sobą niezapomnianego wrażenia.

The Kills zaprezentowali zaś bardzo dobre, gitarowe granie, które przypadło mi do gustu, mimo że nie porwało i nie zawładnęło moim umysłem i ciałem. Być może jednak, gdyby koncert trwał dłużej niż godzina dziesięć minut, wkręciłbym się w tę muzykę bardziej. A tak – występ Killsów był zwyczajnie przyzwoity i zaostrzył jedynie apetyt na artystów występujących później. Najlepiej wypadły zaś hity: „Fuck The People” i „Sour Cherry„, które miały werwę podobną do swoich płytowych odpowiedników.

Po tym jak dwa lata temu Yeasayer nie przypadł mi do gustu, w tym postanowiłem dać zespołowi drugą szansę, bo na płycie prezentują się naprawdę dobrze. I opłaciło się! Tym razem panowie zdecydowanie nie zawiedli i słuchało się ich wyjątkowo dobrze. Drugi wolalista nauczył się śpiewać/wyleczył się z choroby, więc od razu słuchało się go 100 razy lepiej. Piosenki były żwawe i żywiołowe, więc takie, jak lubię najardziej. Nie było wprawdzie (albo ja przyszedłem za późno) mojego ukochanego „Rome”, ale „O.N.E” wyszło im bardzo dobrze, także radość jednak była. :)
(Tylko moglyby być dlłuższe te koncerty. Bo co to jest – 1h10min? A i Killsi i Yeasayer tyle właśnie grali).

Björk mam do powiedzenia tylko, że jej muzyka była dla mnie za spokojna i za malo w moim stylu. Także pobyłem pod sceną tylko przez kilka utworów i w moim odczuciu ten koncert był jedynie OK. A w zasadzie to w ogóle mnie nie obszedł.

W przeciwieństwie do występu Gogol Bordello! To była energia w najczystszej postaci i świetny sposób na naładowanie akumulatorów. Muzycy wiedzieli jak porwać publiczność i w 110% przekonać ich do swojej muzyki. Ten koncert miał wyśmienity klimat i rozpędzone tempo, co przełożyło się na ogólnę radość i uniesienie. Moc zdecydowanie była! Najlepszym momentem był ten, gdy muzycy zaprezentowali utwór „Break The Spell”, którym porwali nas tak mocno, że stał się on najczęściej przypominanym kawałkiem podczas wyjazdu! Zwyczajnie najlepszy koncert pierwszego dnia, co automatem zagwarantowało mu miejsce w Topie całego festiwalu. :) Świetna robota!

Niestety trafiłem tylko na ostatni utwór koncertu The Ting-Tings, więc nie wiem jak spisał się duet podczas całego występu. Jeśli jednak ostatni kawałek był wyznacznikiem ogólnego poziomu tego wydarzenia, powiedziałbym, że artyści wypadli świetnie. „That’s Not My Name„, które grali na końcu było bowiem naprawdę fajne, żwawe i wpadające w ucho. Może Ting-Tings pojawią się jeszcze kiedyś w Polsce, to będę mógł ocenić całość ich dokonań na żywo.

New Order zaprezentowali dobre, gitarowe, rockowo-popowe granie w brytyjskim stylu. Koncert rozkręcał się powoli, ale odkąd artyści zagrali najlepszą piosenkę swojej koncertowej setlisty, czyli „586″, złapali temat i zaprezentowali naprawdę wysoki poziom. Słuchało się ich z uśmiechem na ustach, patrząc jak tłum podryguje w rytm kolejnych utworów.

+ Słyszane przelotem:
Tres.B – jedyne, co zapisałem w notatkach pisanych na świeżo, to „fajne, gitarowe brzmenie”. Teraz jednak zupełnie nie pamiętam ich koncertu (no, poza gitarą w kształcie motyla), więc chyba jednak nie było aż tak dobre, skoro wyparłem je z pamięci. Sorry.
Dva – z początku spoko, później powtarzające się w utworach dźwięki zaczęły być nieco denerwujące. Nic więc dziwnego, że poza tymi uwagami, z koncertu tych Młodych Talentów nie pamiętam nic.

Dzień 2
Drugi dzień przywitał nas wszechogarniającą, gęstą, lepką i mokrą mgłą, która osiadła na całym terenie festiwalowego miasteczka. Widoczność była niewielka, ale trzeba przyznać, że ta mleczna otoczka dodawała pewnego uroku. Najlepszym jednak jest to, że w mieście tego dnia była piękna pogoda, dopiero nad Babimi Dołami rozciągało się to pogodowe kuriozum. ;)

Dzień rozpoczęliśmy spóźnieniem się na koncert Dry The River, który ominął nas w całości, gdyż w momencie, w którym weszliśmy do namiotu, padła właśnie ostatnia nuta. Nie usłyszeliśmy nawet fragmentu końcowego utworu, bo całość porządnie zagłuszała nam scena Młodych Talentów, której głośniki ustawione były wyjątkowo głośno. No nic – aż tak nam nie zależało!

Na pocieszenie powiem, że Młode Talenty, które grały tak głośno, były naprawdę dobre. Pipes and Pints, bo to właśnie ten zespół grał wtedy na scenie, to porządne rockowe granie, z przytupem i w akompaniamencie dud i ostrej perkusji. Naprawdę przyzwoite!

Niewiele mam do powiedzenia o projekcie Penderecki/Greenwood, poza tym, że dziwna muzyka wraz z wzszechogarniającą mgłą, tworzyła lekko „schizowy” klimat. Jeśli mam być w pełni szczery to nie podeszła mi ta mieszanina muzyki klasycznej z elektroniką. Słyszałem ciekawsze zestawienia tych gatunków.

Pablopavo i Praczas byli tylko OK. Pamiętając chilloutowy występ Pablopavo i Ludzików w słonecznym Krakowie oraz świetną energetyczną bombę w postaci zeszłorocznego koncertu Vavamuffin na tej samej scenie, tegoroczny występ prezentował się wręcz przeciętnie. Kawałki były nieco za spokojne, choć broniły się niezłymi tekstami. Najlepszy i tak pozostał kawałek z repertuaru Vava, a reszta przeszła przez tłum bez większego echa. NicTo! Pablo już pokazał co potrafi, teraz może grać w nowych projektach, jeśli ma na to ochotę. Dobrze, że wraca jednak do zgranej ekipy, bo wtedy wypada najlepiej.

Cieszę się niezmiernie, że dałem szansę grupie Bon Iver. O ile próby słuchania ich nagrań, skończyły się nieoczekiwanym fiaskiem*, o tyle koncertowo mnie do siebie przekonali. Na ich występie dobrze się bawiłem, wokal mi się (wreszcie) podobał, a spokojna muzyka dobrze współgrała z mglistą aurą wokół. Na dodatek klimatu dodawały stojące na scenie świece, a muzyka sączyła się miło z głośników, otaczając nas z każdej strony i ogrzewając nasze serca i umysły. Naprawdę mi się podobało! :)

Energetyczny występ Major Lazer był wyjątkowo dobrym wstępem do koncertu Justice. Dynamiczne połączenie różnych stylów muzycznych: dobrej elektroniki, dupstepu i dancehallu, doprawionych serią różnorodnych remiksów sprawił, że pod sceną była naprawdę porządna zabawa. Kontakt z publicznością zachowany, a jeden śmiałek z tłumu(?) nawet rozebrany na scenie. Takie rzeczy tylko na World Stage!

Justice, czyli tegoroczne elektroniczne „pierdolnięcie” nie zawiodlo! :D Zabawa na poziomie 100%, rozpoczęła się już od świetnego „Genesis” (od czego by innego?) i trwała do samego końca. Wprawdzie trochę żałuję, że Francuzi zagrali tylko 30sek mojego ulubionego „On’N'On”, szybko przechodząc do nastepnego utworu, ale cóź – najwyraźniej nie można mieć wszystkiego. Na szczęście pozostałe kawałki wypadły wyjątkowo dobrze, także było do czego skakać i tańczyć razem z tłumem. Zresztą szaleliśmy tak mocno, że aż zgubiłem okulary! Na szczęście szybko udało się je znaleźć i dziękować Bogu, że były nierozdeptane. Także ogólnie rzecz biorąc: dużo emocji, jestem zdecydowanie na tak, a występ Justice najlepiej podsumuje słowo: czad!, bądź gromki okrzyk: TAK!!!! :)

Dzień 3
Bloc Party wypadli przyzwoicie i dobrze bawiłem się na ich koncercie. Kele zdecydowanie dał radę na wokalu, za to muzyka momentami brzmiała bardzo nietypowo. (Np. o tym, że usłyszałem kawałek „Flux” dowiedziałem się z setlisty (sic!), tak inaczej był on zagrany). Mimo wszystko – zabawa była, a sam występ oceniam jako dobry, choć nie świetny. Wybaczam jednak, bo bardzo ich kiedyś lubiłem i nadal dobrze się ich słucha.
Dostaliśmy zresztą sporo kawałków z trzeciej płyty (której akurat nie znam) oraz kilka nowych utworów. Te najnowsze brzmiały zresztą na tyle ciekawie, że chyba skuszę się na krążek „Four”, gdy pojawi się już na sklepowych półkach pod koniec sierpnia. W bonusie i zupełnie nieoczekiwanie dostaliśmy też mini-cover „We Found Love” Rihanny i Calvina Harrisa, który Kele zaśpiewał przed jedną z piosenek. Nie ma to jak nietypowy wybór. ;)

Występ Franza Ferdinanda to bez dwóch zdań najlepszy koncert tegorocznej edycji! Na dodatek najbardziej tłoczny! :) To, co działo się pod sceną jest aż nie do opisania słowami. Tam zwyczajnie trzeba było być! Eksplozja emocji, energii i euforii aż zwalała z nóg. Prawdziwe szaleństwo! Wszystkie piosenki zyskały takiego pazura, że aż nie dało się ich potem słuchać w wersji z płyty, bo bladły w porównaniu z koncertowym wykonaniem. Panowie zaprezentowali też kilka nowych utworów, na czele z niezłym i całkiem zabawnym: „King of the Earth/King Of The Trees and Animals”. Najlepszym momentem był natomiast ten, gdy wszyscy członkowie zespołu zaczęli wspólnie „nachrzaniać” na perkusji*. Miód dla uszu, energia dla ciała i szeroki uśmiech na twarzy. Co tu dużo mówić – Franz jest stworzony dla takich scen! Ich koncert w Stodole z przed kilku lat, choć dobry, nie zrobił na mnie aż takiego wrażenia, jak to, co panowie zaprezentowali w Gdyni. Klasa sama w sobie! Koncertowe zwierzęta, ot co!

Na występ M83 trafiłem pod koniec, przez co słyszałem jakieś cztery utwory. A, że wśród nich znalazło się też świeżo odkryte „Midnight City„, to nie narzekam. Końcówka była OK, ale nie wciągnął mnie ten koncert. Jedynie nieźle mi się go słuchało, choć może gdybym wpadł od początku wciągnąłbym się bardziej.

O ile na Franzu był dziki tłum, o tyle podczas występu The Cardigans pod sceną wiało pustkami. Luzy były tak duże, że bez najmniejszego problemu znaleźliśmy się tuż pod sceną. Dzięki temu z bliska mogliśmy zobaczyć, że Nina Persson nie wygląda na wokalistkę zespołu z dwudziestoletnim stażem. Muzycznie było natomiast przyjemnie, gdyż kawałki zespołu były w większości spokojne i chilloutowe, gdzieś pomiędzy popem, a lekkim rockiem, a takie brzmienie dobrze wypadło w ten ciepły lipcowy wieczór.

Ostatecznie nie dotarłem na występ Public Enemy, czego nieco żałuję, gdyż słyszałem, że był wyjątkowo udany. Na dodatek muzykom z Franza udało się na nim być, a nawet bawić na scenie. Ekipa z Bloc Party też gdzieś była w tłumie, bo Kele miał podczas swojego koncertu koszulkę z ich logo, a na swojej stronie zamieślili nawet to zdjęcie.

+ Słyszane Przelotem:
Panowie z Klezmafour, słyszani przelotem wypadli naprawdę nieźle, prezentując utwory z ciekawym akompaniamentem bębnów i skrzypiec, które szybko wpadły mi w ucho.
Przez chwilę byłem też na występie Julii Marcell, którą przywitały tłumy. Grane przez zespół utwory były przyzwoite, ale nie pozostały mi na dłużej w pamięci, dlatego nie mam o nich nic konkretnego do napisania.

Dzień 4
O ostatnim dniu można w skrócie powiedzieć, że w ogóle nie dało się odczuć, że to już finał. Jak na dzień zamykający, był on zwyczajnie za spokojny, zbyt melancholijny i nie robiący takiego wrażenia, jak powinien, pamiętając emocje z poprzednich lat. Na dodatek dzień rozpoczął się godzinnym seansem deszczu, który zmienił ziemię w błotnistą krainę. Trzeba przyznać, że takich warunków na Openerze jeszcze nie uświadczyłem. ;)

Tego dnia najlepiej wypadli chyba muzycy z Mumford and Sons, którzy zaprezentowali się z bardzo przyzwoitej strony, grając swoją mieszanką rocka i folku. W ucho w szczególności wpadł mi jeden z nowych utworów grupy oraz hit „Little Lion Man„, który na żywo brzmiał równie dobrze, jak na nagraniu. Artyści zrobili na mnie pozytywne wrażenie także tym, że nie tylko dziękowali widzom po polsku, ale odważyli się powiedzieć kilka słów więcej w naszym języku, serdecznie nas witając i ciesząc się z przyjazdu do naszego kraju. Miło z ich strony! ;) Ogólnie zrobili na mnie pozytywne wrażenie, także koncert oceniam na plus.

Występ The Mars Volta był za to nietypowym przeżyciem. Niby dobrze słuchało mi się dokonań grupy, ale zupełnie mnie one nie porwały. Nie wprawiły mojego ciała w ruch, choć pewne próby podgrygiwania do melodii były. To chyba przez brak chwytliwej linii melodycznej, która ustąpiła dźwiękom urywanym, ciągle zmienianym i nierozrkęcającym się w pełni. Jak gdyby muzycy nie mogli zdecydować, jaki fragment utworu chcą teraz grać, co chwila przeskakując do nowych nut, nowych zalążków melodii. Taka jest jednak chyba przypadłość rocka progresywnego, więc może nie powinienem się dziwić.
Wokalistę natomiast możnaby określić chyba tylko jako „dziwaka”. Dziwaka, który miał nietypowy i bardzo żywy kontakt z publicznością. Po odebraniu bukietu słoneczników od fanów, rozwalił je na perkusji, po czym cisnął pod scenę. Od innych pożyczył maskę koguta i zaśpiewał w niej cały utwór. Ogólnie rzecz biorąc starał się jak mógł, by urozmaicić ten występ i nawet nieźle mu to wyszło. Szkoda tylko, że mnie nie wciągnęło w pełni.

Na występie Janelle Monae byłem jedynie przez kilka utworów, w drodze z Maina do Tentu. Być może zostałbym nieco dłużej, gdyby nie kiepskie nagłośnienie tego koncertu, które sprawiło, że słabo było słychać wokalistkę. W związku z czym nawet te kilka utworów nie przykuło mojej uwagi na dłużej. Szkoda, bo singlowe „Tightrope” musiało brzmieć wyjątkowo ciekawie.

Na koncert Friendly Fires przyszliśmy lekko spóźnieni. Trafiliśmy na sam środek Tenta, w tłum ludzi. W ciągu 15 minut znaleźliśmy się jednak tuż pod sceną, tak łatwo było się tam przedostać. W trzecim rzędzie od barierki natrafiliśmy na lajtowe pogo, a co chwilę podnosiliśmy także kolejne osoby do stage-divingu. ;) Pod tym względem było więc wyjątkowo fajnie. Muzycznie też dopisało, choć trochę nie mogę odżałować, że nie usłyszałem na żywo ani „True Love”, ani „Photobooth”, ani nawet „Jump in the Pool„, czyli kawałków, które lubię chyba najbardziej z dorobku Brytyjczyków. Na szczęście było „Hawaian Air”, które utkwiło mi po tym koncercie w pamięci. W pełni wakacyjny klimat i przyjemne dźwięki sprawiły, że występ grupy Eda MacFalane’a bardzo mi się podobał.

Z koncertem The XX mam natomiast pewien problem. Sam nie do końca wiem co o nim myślę. Z jednej strony był udany i artyści zaprezentowali się z przyzwoitej strony. Z drugiej – był chyba nieco za spokojny, jak na Maina i tak dużą publikę. I czegoś mi w nim zwyczajnie zabrakło. Niby wszystko było na swoim miejscu, ale brakowało jakiegoś elementu, który przyciągnąłby moją uwagę i nie odpuścił. Może to jednak aura wszechogarniającego błota, nieprzerwanego tłumu i stania w nim samodzielnie? (Rozdzieliłem się wtedy z grupą, żeby znaleźć się jak najbliżej sceny). Nie mogę się pozbyć wrażenia, że ten koncert wypadłby lepiej, gdyby artyści grali w namiocie, bądź jakieś scenie klubowej. Być może ten występ wypadłby też inaczej, gdyby „był(a) możliwość odbioru w pozycji leżącej, na trawie, z gwiazdami nad głowami”, jak sugerowali autorzy strony Brotherhood of Opener. A tak – pełna ambiwalencja!
(Choć moje ulubione „Heart Skipped A Beat” wypadło dobrze!)

Ostatnim koncertem tegorocznej edycji był występ Brygady Kryzys, czyli jednego ze starych zespołów polskiej punk-rockowej sceny muzycznej. I cóż mogę o nim powiedzieć? Mógł być, choć niestety trochę bez polotu i szaleństwa. Widać, że panowie byli już nieco zmęczeni, a wiek też robił swoje. (Przepraszam). Na szczęście nie wypadli źle, tylko nie tak dobrze, jak mogilby, gdyby byli w pełni formy. Na koniec zagrali chyba najbardziej znaną „Centralę”, na bisa dorzucili „Gandzię” i ta próbka chyba wystarczy za opowieść, jak wyglądał cały koncert.

+ Koncert Cool Kids of Death był „bez szału”, jak mówią mi szybkie uwagi z telefonu. ;)
A słyszany przelotem występ grupy Volume w Alter Space był zwyczajnie masakryczny. „Rzępolenie” do potęgi czwartej, bez żadnego ładu, pomysłu, czy nawet linii melodycznej. Już wiem o co chodzi Tomowi B., gdy używa określenia: „bleeding ears” (krwawiące uszy). Tak – było aż tak źle! (Choć i tak pod sceną była garstka słuchaczy. Może przegrali jakiś zakład? :P)

Podsumowując: Najlepsze występy tegorocznej edycji to: Franz Ferdinand(!), Gogol Bordello, Justice i… (New Order?).

+ Kronikarska uwaga: Nie dotarliśmy na Silent Disco, choć byliśmy już trzy metry od wejscia :( Także zasada: „tak blisko, a tak daleko” w natarciu.

I to by było na tyle! Trochę się w tym roku rozszalałem z długością relacji, mam nadzieję, że dało się to czytać i że dotrwaliście do końca. ;) Na zakończenie dodam jeszcze, że bardzo serdecznie pozdrawiam moją wyjazdową ekipę, dzięki której bawiłem się wyśmienicie. :) Jeszcze raz: dzięki! :)
Podpisano: Kaczy, kurczę!* ;)

PS. * – Oh, the Inside Jokes! :P
PS2. Przepraszam za słabą jakość niektórych materiałów wideo, ale nie zawsze dało się znaleźć takie, które odpowiadałyby standardom. Na pocieszenie dorzucam odnaleziony zapis PEŁNYCH KONCERTÓW: The KillsPublic EnemyThe Mars Volta oraz Bloc Party, a jak w przyszłości znajdę zapis pozostałych wymienionych we wpisie utworów, to je tu dorzucę.
(PS3. Zdjęcia pochodzą z oficjalnego FanPage’a Openera, a konkretniej stąd: 1234).

 
Komentarze (4)

Napisane w kategorii Music

 

Cool Times at Coke Live Music Festival

31 sie
Skoro udało mi się napisać kilka słów o Openerze*, a w tym roku dane mi było pojechać także na inny festiwal muzyczny (po raz pierwszy), postanowiłem o nim też napisać parę akapitów. Także, oto przed Państwem – krótka relacja z pobytu na Coke’u.

Dzień 1

You Me At Six, czyli zespół o stylu, przypominającym Fall Out Boya, z nieco słabszą energią, zaprezentował się przyzwoicie, jako pierwszy artysta tegorocznej edycji krakowskiej impezy. Fani bawili się dobrze, ja poznałem ich dopiero na koncercie i nie zapałałem do nich wielką miłością. Byli nieźli. Tylko tyle i aż tyle.

Koncert grupy White Lies był natomiast nieco monotonny, gdyż wszystkie utwory były zachowane w tym samym spokojnym stylu. Do pewnego momentu brzmiało to naprawdę nieźle, jednak później muzycy trochę nas zmęczyli, więc nie zostaliśmy na ich występie do końca. ;)

W przeciwieństwie do koncertu grupy The Kooks, który oglądaliśmy z dużym zainteresowniem. Zespół zaprezentował się bowiem z bardzo dobrej strony. Chłopaki zdecydowanie dali radę, będąc w dobrej formie i mocno rozruszając tłum, który skandował razem z nimi teksty największych przebojów, na czele z "Naive"(*), "Ooh La", czy "Do You Wanna". Co innego, że niektóre utwory zaprezentowali w skróconej wersji, ale na szczęście esencja, dzięki której niezmierie je lubię, pozostała.
Bawiłem się naprawdę dobrze, dlatego cieszę się, że wreszcie zobaczyłem ten zespół na żywo.

Monotonnia White Lies’ów okazała się preludium do tego, co zaserwował nam Interpol. Szczerze mówiąc – zupełnie odpłynąłem na ich koncercie. Dla mnie, jako laika, jeśli chodzi o ich muzykę, (dobrze znam (i lubię) jedynie utwór "Specialist"), dobór piosenek zupełnie nie wypalił. Wszystkie brzmiały dla mnie zbyt podobnie, a na dodatek wszystkie były spokojne i melodyjne. Normalnie – idealne do słuchania w łóżku przed snem. Szczerze mówiąc udało mi się niemalże przysnąć, będąc na koncercie(!), wśród tłumu ludzi, tak spokojne były to utwory. A to już o czymś świadczy! (Głównie o tym, że raczej nie zapałam miłością do dokonań zespołu). ;)

(Przez moment byłem też na występie Kida Cudiego, ale trafiłem chyba w złym momencie, bo akurat grał monotonny i trochę "smęciarski" utwór, który mogę określić tylko jako "nic szczególnego". Trudno mi więc wyrokować o całości występu; zdaję tylko relację z moich wrażeń).

Pierwszy dzień wypadł więc średnio. Poza dobrym koncertem Kooksów, pozostali artyści mnie do siebie nie przekonali. Na szczęście drugi był już zdecydowanie bardziej energetyczny.

Dzień 2

Sobota rozpoczęła się od bardzo przyjemnego koncertu Pablopavo i ludzików. Występ grupy drugiego frontmana Vavamuffin, był idealny do słuchania, podczas leżenia na trawie pod sceną, w pełnym słońcu. ;) Niezłe teksty, przyzwoite melodie, czego chcieć więcej w upalne popołudnie? Dwa utwory spodobały mi się w szczególności: "Warszawa Wschodnia" i "Jurek Mech". Oba miały interesujący podkład muzyczny i rozbudzały pozytywną energię. ;)
Mimo, że występ nie porywał tak, jak dokonania grupy Vavanuffin na Openerze, to i tak Pablo z ekipą, spisali się naprawdę przyzwoicie.

Pozytywnie zaskoczyli mnie też muzycy z grupy Everything Everything. Ich utwory, oscylujące między indie-rockiem, a popem, to niby nic specjalnego, ale jednak wyjątkowo dobrze słuchało mi się takich kawałków, jak "My Kr Ur BF", "Photoshop Handsome", czy "Come Alive Diana". Łatwo też udało mi się przystosować do piskliwego głosu wokalisty, choć początki były trudne. ;) W ogóle sam byłem zaskoczony, jak dobrze się bawię na tym koncercie. :)

Największe wrażenie zrobili na mnie jednak muzycy z polskiego zespołu Fonovel. Grupa zaprezentowała się z najlepszej strony, w żywiołowy sposów prezentując swoje dokonania. Utwory były różnorodne, świetnie zaaranżowane i odpowiadające mojemu gustowi muzycznemu. Szczególnie wpadły mi w ucho utwory: "Silence", "Ty i ja"(?), "Niemiec". Koncert tak bardzo mi się spodobał, że w najbliższym czasie zamierzam zapoznać się z nagraniami grupy.

(+ szybka zbitka większości utworów)

Bardzo dobrze wypadli też Editorsi, grający alternatywnego rocka w dobrym wydaniu. Niby ich utwory też były zachowane w podobnej stylistyce, co dokonania Interpolu, ale setlista zespołu była bardziej zróżnicowana. Po skokojniejszym utworze, dostawaliśmy żwawszy, i tak na zmianę. Muzycy wchodzili też w więcej interakcji z tłumem, niż ich koledzy po fachu, także atmosfera i zaangażowanie widowni, były dużo większe. Ogólnie rzecz ujmując – dobrze wspominam ten występ!
(+ przyzwoite "Eat Raw Meat", znane z imprez karaoke, ze znajomymi) ;)

Najdłuższy koncert zaserwował nam Kanye West, który występował nieprzerwanie przez 2,5 godziny. Raper nie męczył się jednak tak, jak pozostali artyści, stąd bez problemu udźwignął ciężar tak długiego występu. (W wielu utworach wspomagały go bowiem nagrania z innymi muzykami, z którymi współpracował).

Oprawa koncertu była iście epicka (nad sceną gurowała ogromna płaskorzeźba z aniołami, na scenie biegało około trzydziestu tancerek, raper pierwszy raz pojawił się na wysokim podnośniku, a później tańczył w deszczu fajerwerków), ale sam występ był już bez większego szaleństwa. A przynajmniej mnie nie porwał bezgranicznie. 
Choć niektore fragmenty były bardzo dobre, inne już męczyły. Do tych drugich zaliczyłbym 10-minutową wersję utworu "Runaway", ktora ciągnęła się nieco za długo, jak na mój gust. Może, gdybym znał ją wczesniej, to by mi to nie przeszkadzalo, a tak – trochę mnie zmęczylo. 

Poza tym było już nieźle. Na pewno można powiedzieć, że tłum dobrze sie bawił. :) W wielu momentach ja też bawiłem się przyzwoicie. Zwłaszcza, że doczekalem się większości znanych i lubianych piosenek rapera, na czele z "Good Life", "Stronger", "Flashing Lights", czy tych które są jedynie "featuring Kanye", (jak "E.T" Katy Perry, czy "American Boy" Estelle).

Żałuję wprawdzie, że Amerykanin nie zagrał pierwszej piosenki, dzięki ktorej w ogóle o nim uslyszalem i która podoba mi się najbardziej w jego wieloletnim dorobku – "The New Workout Plan". (Nie można jednak mieć wszystkiego!) ;)

I to by było na tyle, jeśli chodzi o moje szybkie refleksje z krakowskiego festiwalu. Chciałbym jeszcze serdecznie podziękować mojej openerowo-coke’owej ekipie za wspaniałą zabawę na obu festiwalach! Gorąco Was pozdrawiam! :)

 
Komentarze (3)

Napisane w kategorii Music

 

My Days at Open’er Festival

30 sie
W tym roku na Open’era jechałem bardziej dla towarzystwa i zachowania świeckiej tradycji, niż z głębokiej potrzeby usłyszenia ulubionych artystów. Bo tych w tym roku było wyjątkowo mało. Jak na jubileuszową, dziesiatą edycję festiwalu, to tegoroczny line-up nie powalił.
Mimo to, podczas czterodniowej imprezy bawiłem się przyzwoicie, a nawet poznałem kilku intrygujących artystów. :)

W tym roku będzie bardziej ogólnikowo niż poprzednio*, bo z różnych powodów tegoroczna edycja nie utknęła w mojej pamięci. ;) (Nie miałem czasu ugruntować swoich wspomnień, bo musiałem pozostawić w głowie sporo miejsca na wiedzę, którą chłonąłem do zaliczenia licencjatu). ;) (Coś jednak udało mi się przelać na papier. Także – zaczynamy!)

Dzień 1
Pierwszym koncertem tegorocznej edycji, na jaki się wybraliśmy, był namiotowy występ polskiej wokalistki Marceliny. Młoda dziewczyna z zespołem wypadła interesująco, grając różnorodne popowe kawałki.
Najlepszym i najciekawszym z nich, było żwawe "Shake It Mama", w którym wokalistce towarzyszył gitarzysta, o tembrze głosu Mike’a Posnera. Utwór posiadał przyzwoite energetyczne brzmienie, dlatego z chęcią wynotowałem sobie jego tytuł.

Drugim koncertem był występ zespołu Pustki. Cóż mogę o nim powiedzieć? Chyba tyle, ża nazwa jest idealna, bo występ wypadł bardzo słabo. Zespół grał jakieś "smęty", które nie przekonały chyba nawet ich zagorzałych fanów, bo na podwójną prośbę "Zaśpiewajcie z Nami", odpowiedzią była głucha cisza ze strony widowni.
Pustki więc się nie popisały!

Zupełnie inaczej niż muzycy z The Twilight Singers. Amerykański zespół zaprezentował się z tak dobrej strony, że mimo, że wcześniej ich nie znałem, z chęcią zapoznam się z ich dyskografią. W moich krótkich uwagach, pisanych na bieżąco na miejscu, wynotowałem nawet, że grupa należy do "alternatywnej pierwszej klasy", a "zabawa na ich koncercie jest przednia". Niektóre utwory przypominały mi dokonania Hivesów, a jeden skojarzył mi się z "The Wall" Pink Floydów. Także pierwszoligowe brzmienie. :)

Przyzwoicie zaprezentował się też zespół The National, który przyciągnął tłumy na swój występ na głównej scenie. Melodyjne utwory ciekawie brzmiały na żywo, umilając czas spędzony pod gołym niebem. Nie były jednak na tyle porywające, by zostać na dłużej w mojej głowie i bym zaczął poszukiwać ich po powrocie. 

Główną atrakcją pierwszego wieczoru miał być koncert grupy Coldplay. I rzeczywiście – ekipa Chrisa Martina nie zawiodła. Artyści zagrali większość swoich najlepszych utworów, a także zaprezentowali kilka świeżych kawałków. Opłaciły się karaokowe wysiłki śpiewania "Viva la Vida" (*), gdyż umożliwiły dobre wtórowanie zespołowi podczas dynamicznego zaprezentowania tego utworu live. Ten moment był chyba najbardziej energicznym momentem koncertu, wypełnionego raczej spokojnymi utworami, których pełno wśród dokonań zespołu.
Atutem występu była też nietypowa oprawa, wraz z kolorowymi balonami, confetti i małym pokazem fajerwerków. Naprawdę fajnie zrobione! Widać było, że artyści cieszą się z przyjazdu do Polski, obiecując, że "widzimy się za rok", a następnie umieszczając na swojej stronie mini-fotorelację z pobytu w nadwiślańskim kraju. :)


Z koncertu Coldplay udałem się na (końcówkę) występu Paula Nuttiniego. Jako, że dotarłem jedynie na ostatnie trzy utwory, (z czego dwa były coverami innych artystów), nie wyrobiłem sobie zdania o zdolnościach tegoż muzyka. ;)

Koniec wieczoru to występ Simian Mobile Disco, z którego, szczerze mówiąc, niewiele pamiętam. Z późniejszych opowieści dowiedziałem się jednak, że "bardzo nam się podobało" i "świetnie się bawiliśmy", także koncert musiał być co najmniej przyzwoity. ;)

+ Słyszane przelotem: Futuristen ("Elektroniczny utwór, który słyszałem fajny". :P) i Enej (z ich największym przebojem (i jedyną piosenkę, którą znam, bo kilkakrotnie słyszałem ją w radiu) "Radio Hello").

Dzień 2
Szczerze mówiąc – drugi dzień pamiętam najbardziej dlatego, że cały czas padało! :P "Jakieś" koncerty też się odbywały:

Brodka
Co tu dużo mówić – fajny koncert. Mimo deszczu, Brodka dawała z siebie wszystko, nawet gdy woda tak zmoczyła sprzęt, że odcięto prąd od sceny. Wtedy Monika zaśpiewała jeszcze jeden utwór acapella. A co! Szczególnie dobrze wspominam nasz taniec z parasolami do "Grandy" (*) i cykanie nam fotek przez fotografa. Trochę liczyliśmy, że trafimy na okładkę gazetki festiwalowej, ale jednak się nie udało! ;P

British Sea Power również dali radę. Koncert cechowała dobra energia i przyjemny klimat. W szczególności podobał mi się fragment skandowania "Easy Easy", do jednego z utworów. ;)

Pulp
Nieźli, ale nie porywający. Dobrze się ich słuchało i oglądało, ale jednak zabrakło "tego czegoś", by występ Brytyjczyków oszołomił. Choć trzeba przyznać, że scena wyglądała świetnie, spowita w gęstym deszczu, który tworzył dodatkowy efekt dramatyczny, co zresztą zostało ładnie określone przez frontmana zespołu: "(To) najbardziej mokry koncert, jaki gralismy" ;)

Muzycy z Foals również dali dobry koncert. Ich dokonania przypominały mi nieco muzykę Bloc Party, co automatycznie pozytywnie mnie do nich nastawiło. Przyzwoicie słuchało się wszystkich utworów, ale na wynotowanie zasługiwały w szczególości dynamiczne "Cassius" i "Two Step Twice".

+ Nieźli, ale bez większego szaleństwa: Polacy z Twilite z ich spokojną muzyką oraz D4D z ich disco/techno/elektro, którzy także grali przyzwoicie. No i mieli zabawne teksty, na czele z: "Another Dick is coming. Another Dick to make you feel alright" ;)
+ Słyszane przelotem: Cut Copy – jedyne, co wynotowałem, to: "Było OK :)". Także tego się trzymam! ;)


Dzień 3
Koncertowa reaktywacja zespołu Sistars wypadła nieźle, ale bez większej mocy. Ot, przyzwoity występ. Warto jednak zauważyć, że Siostry nie musiały sie nawet zbytnio wysilać, by porwać tłum, bo widownia i tak sama z siebie śpiewała wszystkie hity, jak jeden mąż, czasami nawet zagłuszając artystów. ;) Lubię ich piosenki, szczególnie te z drugiej płyty, także całkiem dobrze bawiłem się na ich występie live.

Zespół, który ma na swoim koncie przyjemną piosenkę z zabawnej reklamy Heinekena* (sic!), czyli The Asteroids Galaxy Tour, zaprezentował się przed polską publicznością przeciętnie. 
Wokalistka zespołu, (nota bene – wyglądająca jak Taylor Momsen, czyli Little J. z "Gossip Girl") posiada bowiem nieco monotonny i lekko męczący głos, przez co koncert nie był porywający. Być moze była to jedynie kwestia chwilowej słabej formy wokalnej artystki. Mam jednak wrażenie, że The Asteroid Galaxy Tour nie okaże się w tym względzie drugim Yeasayerem. Zwłaszcza, że większość piosenek, to raczej utwory jednorazowego użytku. (Choć ich główny hit, czyli "The Golden Age", znany ze wspomnianej reklamy, rzeczywiście wpada w ucho).
[Bonus – artyści zagrali cover "Safety Dance"*, ale nie wyszło im to tak dobrze, jak Kevinovi McHaleowi z "Glee"].

Zupełnie nie trafił do mnie zespół Primus. Jakbym miał go określić w dwóch słowach, wybrałbym: nieporozumienie i kakofonię, ewentualnie: "Nuda, panie!". Niestety!

Dobrze zaprezentowała się za to Kate Nash, której koncert posiadał fajną rockową energię. Artyska dobrze czuła się na scenie, często wchodząc w żywe interakcje z publicznością, (kilkukrotnie wybiegała w tłum, by przejść się wśród fanów). Jej utwory wyzwalały energię, a szczególnie ciekawie wypadł moment ze stroboskopową sesją świetlną, gdy w tle przygrywała szybka partia perkusji i gitary. Największe hity artystki (m.in "Foundations", "Merry Happy", czy żwawe "Pumpkin Soup") brzmiały naprawdę dobrze. Koncert Kate zaliczam więc do jednego z ciekawszych tegorocznej edycji.

Występ Prince’a, będący zdecydowanie najliczniejszym koncertem, przyciągającym największą rzeszę fanów, także wypadł przyzwoicie, choć przez większość czasu scenę spowijały ciemności, z których wyłaniał się jedynie odblask brokatowego stroju Księcia. (Jak gdyby ów strój pochłaniał cały sceniczny prąd :P). Artysta zaśpiewał swoje największe hity, a nawet złożył hołd Michaelowi. Dobrze się go słuchało, choć wokalista nieco przesadzał z liczbą bisów. Zażyczył sobie podwójnego czasu w line-upie, więc po co się bawić w to, że "wychodzę na bis" po raz piąty, zamiast po prostu nieprzerwanie grać?

Z moich szybkich notatek wynika, że Chapel Club, byli "sympatyczni", (jak to określiła moja koleżanka) i grali przyjemne spokojne utwory. Wierzę na słowo! :P

+ Słyszane przelotem: Nerwowe Wakacje i ich "Warszawa, Katowice" zupełnie mi się nie podobały!

Dzień 4
These New Puritans spodobali mi się za to niezmiernie. Zespół posiadał bardzo dobry podkład w postaci perkusji, bębnów i instrumentów dętych, który sprawił, że koncert był energiczny i trafił idealnie w moje gusta "ostrego bitu" w tle. ;)
Brzmiało to co najmniej nietypowo, ale dzięki temu występ grupy zapamiętałem na dłużej. (Ba!, nawet zaopatrzyłem się w ich utwór "Three Thousand" (nie-openerowa wersja live), a podczas koncertu bardzo podobały mi się także: "We Want War" i "Vibes")


Grupa The Wombats również dała bardzo przyzwoity koncert. Widać było, że Brytyjczycy dobrze bawią się na scenie, wśród polskiej publiczności. Nie dość, że często używali zwrotów, jak: "cześć" i "dziękuję", to jeszcze pochwalili się znajomością zwrotu "luźne szelki", cokolwiek miałoby to znaczyć. ;) Polska widownia przyjęła ich tak dobrze, że artyści obiecali, że wkrótce wrócą. I jak się ostatnio dowiedziałem – słowa dotrzymują, bo zaplanowali koncert w Polsce już w listopadzie. :D
Wombatom łatwo udało się rozruszać tłum, który najbardziej szalał oczywiście przy hicie "Let’s Dance to Joy Division", ale tak naprawdę każdy utwór napakowany był dużą dawką pozytywnej energii.
+ "Can I get a Fuck Yeah?" było jakby specjalnie dla mnie. ;P
+ Moment of Glory technicznego, który został przedstawiony trzykrotnie, a jego imię było skandowane przez tłum. :)
Zapis całego koncertu! :D

Koncert The Strokes uważam za jeden z najlepszych występów tego roku. Pewnie dlatego, że ich styl muzyki niezmiernie przypadł mi do gustu. W końcu Strokesi reprezentują mój ulubiony gatunek – gitarowego alternatywnego rocka. Na dodatek mocno przypominają jeden z moich ulubionych zespołów – Artcic Monkeys. (Małpy wydają się świadomie korzystać z dorobku Strokesów w swoich poczynaniach).

Dzięki temu, mimo, że nie znałem żadnego utworu, każdego słuchało mi się tak, jakbym doskonale go znał. To nie zarzut, a komplement, oznaczający, że ich muzyka od samego początku ogromnie mi się podobała. Najlepiej wspominam wykonanie "Reptilia" i "Last Nite", pewnie dlatego na te dwa kawałki już ostrzę sobie zęby.

Muzycy z Hurts również wywarli na mnie pozytywne wrażenie. Porwali tłum, nawet w najbardziej spokojnych piosenkach; machali polską flagą, a do tego rzucali różami w rozentuzjazmowany tłum. Muzycy z klasą, chciałoby się rzec. Trudno jednak wyrokować jak rozwinie się ich kariera. Na razie ewidentnie korzystają ze swojej ogromnej popularności w Polsce. I dobrze, bo na żywo brzmią naprawdę interesująco!

Świetnie bawiłem się także na występie grupy Vavamuffin. Frontmeni zespołu, jak nikt potrafili rozruszać tłum i zaszczepić w nim dużą dawkę pozytywnej energii. Nadal pamiętam moment, w którym musieliśmy robić przysiady i podskakiwać w górę, gdyż tego zażyczył sobie Reggenerator. Trzeba przyznać – zabawa była przednia! :)

Jeśli miałbym w jednym słowie opisać ostatni koncert tegorocznej edycji, czyli występ Dedmau5a, użyłbym słowa: "schizowy". Głównie dlatego, że kawałki, które ten DJ łączył ze sobą oraz "chory" bit, który przygrywał, były wyjątkowo nietypowe, zaskakujące i na pierwszy rzut oka niepasujące do siebie. Co nie zmienia faktu, że parę kawałków świetnie nadawało się do tańczenia! Szkoda tylko, że końcówka występu była już za bardzo monotona, czy wręcz "smęciarska". Ale poza tym – koncert z "pierdolnięciem"! Nie tak dobrym, jak zeszłoroczny Fatboy Slim, ale zawsze! ;)

+ Polacy z The Black Tapes i grupy Baaba Kulka byli OK, tak samo jak pojedynczy utwór zespołu Fonovel, który słyszałem "po drodze". (Nota bene – ten pojedynczy utwór spodobał mi się tak bardzo, że kiedy nadarzyła się ku temu okazja, wybrałem się na ich koncert. Podczas którego zaprezentowali się ze świetnej strony!)



Podsumowując: najbardziej podobały mi się występy grup: Coldplay, The Twilight Singers, Kate Nash, These New Puritans, The Strokes i The Wombats. Wychodzi więc, że doceniłem więcej artystów niż w zeszłym roku. Z tymże ilość nie przechodzi w jakość, bo zeszłoroczna czwórka zaprezentowała się jednak dużo lepiej!

Ogólnie rzecz ujmując – tegoroczny Open’er był niezły, ale nie zapadający na długo w pamięci. Na pewno jednak przyczynił się do tego, że zacząłem wyszukiwać informacji o niektórych zespołach.
Mam jednak nadzieję, że w przyszłym roku headlinerzy powalą mnie swoimi nazwami! Nie bez kozery aktywnie uzupełniam ankietę na oficjalnej stronie festiwalu, wpisując "kto zagra na Heineken Open’er Festival 2012". Was też do tego serdecznie zachęcam! Jeśli nie wiecie na kogo głosować, z chęcią pomogę! ;)

I to by było na tyle! Nawet nie wiecie, jak się cieszę, że wreszcie udało mi się dokończyć ten wpis! ;) (Jednocześnie przepraszam za pewną jego nieporadność). ;)

(Źródła zdjęć: 1, 234)
 
Komentarze (4)

Napisane w kategorii Music

 

My Awesome Days at Open’er Festival

24 lip

Fuck Yeah! :D – W tym roku udało mi się ogarnąć dużo wcześniej, dzięki czemu dane mi było pojechać na całość Gdyńskiego festiwalu. I jestem z tego powodu przeogromnie zadowolony.

Chciałem się też podzielić swoimi spostrzeżeniami dotyczącymi tych czterech wspaniałych festiwalowych dni, wypełnionych pięknym słońcem, zajebistymi ludźmi (pozdrawiam!), super atmosferą oraz oczywiście genialnymi koncertami. :)
Mam nadzieję, że dzięki temu uda mi się na dłużej zachować świeżość moich wspomnień. :)

Dzień 1
Pierwszy dzień można zaliczyć do tzw. "rozgrzewkowych", gdyż dziwnym trafem 1 lipca trafiliśmy na najmniej koncertów. Za to jakie to były koncerty! :)

Szczególnie w pamięci pozostał mi koncert Pearl Jamu, który mogę śmiało zaliczyć do najlepszych tego festiwalu. Energia, klimat, piosenki – wszystko to złożyło się w piękną całość. Nazwałbym to "koncertem z klasą". Klimatyczne, proste, pobudzające do życia. Idealne na dobry początek czterech dni muzycznego szaleństwa. Po koncercie zrozumiałem czemu K.S tak bardzo lubi ten zespół. :)

Na uwagę zasługują także Nowojorczycy z zespołu The Phenomenal Handclap Band, których oglądaliśmy na samiusieńkim początku na scenie World. Zaprezentowali oni swoje bardzo żywiołowe i optymistyczne popowo-funkowe utwory, które bardzo przypadły nam do gustu.

Chciałbym wspomnieć też o artystach z zespołu Yeasayer. Na ich koncercie byłem tylko przez kilka utworów, podczas których zespół dość średnio przypadł mi do gustu. Co jednak ciekawe, już po festiwalu zapoznałem się z ich utworami na iPodzie kolegi i niemal natychmiast maksymalnie się w nie wkręciłem. Sądzę, że zespół zwyczajnie nie zaprezentował się na koncercie ze swojej najlepszej strony. A szoda, bo naprawdę ma potencjał. :)

O Groove Armadzie, Trickym, ani o Lao Che, czyli trzech innych koncertach, na których przez chwilę byłem, nie mam natomiast nic konkretnego do powiedzenia. Ot, nie zrobiły na mnie jakiegoś bardzo pozytywnego wrażenia.

Dzień pierwszy pokazał nam natomiast to, co znamienne było potem dla każdego kolejnego festiwalowego dnia – ciągłe bieganie pomiędzy scenami Main i Tent. Uniemożliwiało to niestety bytność na pełnych koncertach, bez tracenia czegoś z innego ciekawego występu live, ale sprawiło natomiast, że w ogóle nie staliśmy bezczynnie czekając na rozpoczęcie koncertu. Są więc też jakieś plusy tej sytuacji. :)

Dzień 2
Najlepszym koncertem drugiego dnia, był koncert tego zespołu, na który najbardziej się w tym roku cieszyłem – Klaxons. Brytyjczycy zaprezentowali się z najlepszej strony, wyzwalając w widowni niespożyte pokłady energii. Zagrali wszystkie swoje największe hity, na czele z "Golden Skanks", "Magick" i "Atlantis to Interzone"(!)(:D), które brzmiały naprawdę "imponująco" w wersji live. Doczekaliśmy się też kilku utworów z nowej płyty, które okazały się naprawdę żywiołowe, taneczne i równie czadowe, co dotychczasowe utwory zespołu. Zaostrzyły więc apetyt na nowy krążek, a podczas koncertu sprawiły, że czułem się naprawdę pobudzony do życia i tryskający energią. :)

Z drugiej strony Empire of the Sun, grające na głównej scenie nie wypadło już tak super. Może dlatego, że był to bardziej spektakl niż koncert sensu stricto. I choć wizualizacje, wydumane stroje i speczyficzne układy taneczne były całkiem niezłe, to jednak muzyka nie była jakoś szalenie porywająca. To znaczy była niezła, a ja dość dobrze bawiłem się pod sceną, ale chyba oczekiwałem czegoś więcej.
Choć z drugiej strony – skoro z ich debiutanckiego albumu moją uwagę na dłużej przykuł tylko jeden utwór ("Swordfish Hotkiss Night"), to może za dużo wymagałem sądząć, że na koncercie mnie porwą?!

Zaskoczeniem był natomiast bardzo udany koncert szwedzkiego zespołu Mando Diao. To znaczy dla mnie był zaskoczeniem, bo właściwie wcześniej nic nie słyszałem o tym zespole. A tu zaprezentowali się naprawdę znakomicie, nawet dla mnie, totalnego laika, jeśli chodzi o ich muzykę. A jako, że grali utwory, które można zakwalifikować do alt-rocka, który to rodzaj muzyki bardzo lubię, nic dziwnego, że przypadli mi do gustu. ;)

Drugim miłym zaskoczeniem był występ polskich artystów współpacujących z producentem Foxem. Maria Peszek, Novika, Tomek Organek, Natalia Lubrano i inni, wraz z samym producentem Foxem, byli naprawdę nieźli i grali na przyzwoitym, wręcz światowym poziomie. Ich popowe kawałki z domieszką r’n’b i funku były naprawdę niezłe, i na ich koncercie bardzo dobrze się bawiłem.

Do gustu nie przypadli mi natomiast Die Antwoord. Być może to kwestia tego, że mieli źle(?) ustawione mikrofony, przez co ich krzykliwy głos wydawał się być jeszcze bardziej krzykliwy niż powinien. Być może to kwestia tego, że ze sceny prawie non-stop krzyczeli "kurwa", czasami nawet bez ładu i składu. To znaczy ja wiem, że to niby miał być taki ukłon w stronę polskiej publiczności, itd., ale zwyczajnie trochę przesadzali z ilością użycia tego sformułowania. Choć podawany przez Dja bit był czasami naprawdę niezły, to jednak ogólne wrażenie nie było najlepsze. Ale jako ciekawostka, wynikająca z chęci zobaczenia zespołu, który sam mówi, że gra "obleśną, debilną muzykę", było OK. Zwłaszcza, że można było zrozumieć czemu tak o sobie mówią. :P

O ostatnim koncercie tego dnia – amerykańskiego zespołu Pavement nie mam zbyt wiele do powiedzenia. Panowie grali nieźle i miło się ich słuchało, gdyż lubię alternatywnego rocka, którego grali, aczkolwiek nie czułem się jakoś porwany czy "uniesiony" tym, co słyszałem podczas tego koncertu. Możliwe, że byłem już wtedy zwyczajnie zmęczony, ale sądzę, że raczej nie wkręciłbym się na dłużej w ten konkretny zespół.


Na koncertach Massive Attack, Grace Jones i Cypress Hill byłem tylko przez chwilę, także nie za bardzo mam coś konkretnego do powiedzenia na ich temat.


Dzień 3
Najlepszym koncertem trzeciego dnia, który trafił też do mojej listy najlepszych całego festiwalu, był namiotowy występ Reginy Spektor. Był on bowiem szalenie klimatyczny, artystce udało się po prostu porwać tłum i wzbudzić masowe uniesienie.
Rudowłosa Amerykanka i pianino okazało się być kombinacją wybuchową, od której nie można było oderwać wzroku, ani uszu.
Regina pokazała jak pięknie potrafi śpiewać, pochwaliła się także umiejętnością wybijania ciekawego rytmu nie tylko na pianinie, ale i na… drewnianym krześle(!). ;)
Atmosfera panująca na tym koncercie była po prostu znakomita, a swoje apogeum osiągnęła wg. mnie przy utworze "Us", znanym z soundtracku "(500) Days of Summer".
Było naprawdę cudownie i szczerze żałowałem, że po półtorej godziny koncert musi już dobiec końca. Na szczęście artystka obiecała, że jeszcze powróci, więc nie mam się czym martwić. ;)

Bardzo dobrze wspominam też ostatni koncert wieczoru – Brytyjczyków z Hot Chip, którzy grali na głównej scenie o północy.
Było to bowiem wydarzenie bardzo rytmiczne i bardzo taneczne, jak również wyzwalające zgromadzoną wewnątrz energię. Naprawdę dobrze się bawiłem słuchając ich danceowo-popowo-elektronicznych kawałków, które z wielką werwą i zaangażowaniem grali na scenie. Nogi same rwały się do tańca, co tu dużo mówić. ;)

Pozytywne wrażenie wywarli na mnie także muzycy z Kasabian. Nie dane mi było niestety widzieć całego ich koncertu, gdyż kolidował on z występen Reginy Spektor, jednak to, co zobaczyłem całkiem mi się podobało. Może jakoś szczególnie mnie nie porwali, ale jednak bardzo dobrze mi się ich słuchało, a czasami i tańczyło do ich muzyki, także jestem zadowolony. Nie usłyszałem niestety moich dwóch ulubionych kawałków ("Shot the Runner" i "Reason is Treason"), ale przyzwoicie wykonana reszta utworów zapewniła mi dobrą rozrywkę.

Skunk Anansie natomiast podobało mi się umiarkowanie. Nie mogę jednak zaprzeczyć, że wokalistka zespołu była szalenie żywiołowa i energetyczna. Skakała ze sceny, wbiegała między ludzi, zagadywała widownię. Widać, że lubi to, co robi. ;)

Polscy artyści także dali radę i godnie się zaprezentowali.
Julia Marcell rzeczywiście okazała się "polską Reginą Spektor", zgodnie z obietnicami wyczytanymi w jakimś artykule przed koncertem. Polska artystka miała podobny styl do Amerykanki, aczkolwiek nie udało jej się porwać widowni w podobny sposób. Poziom był jednak naprawdę dobry i porównanie, choć będące nieco na wyrost, można uznać za całkiem stosowne.

Letters from Silence – Dwóch facetów z gitarami, przyjemne glosy, proste melodie. Było spokojnie, relaksacyjnie, odprążająco i lekko melancholijnie. Naprawde spoko. Bez szaleństw ale dobre.

L.U.C, który grał na dużej scenie, też zaprezentował się z najlepszej strony i bardzo dobrze słuchało się jego utworów.

We Call It A Sound, których obejrzałem, żeby przekonać się co to takiego muzyka "indie-soul-popowa", nie przekonali mnie do swojej muzyki. Choć grali poprawnie, to jakoś to, co grali nie do końca do mnie przemówiło. Podobało mi się natomiast ich bardzo normalne podejście – "Ale Was dużo! (…) Zwykle wymieniamy imiennie uczestników naszych koncertów." ;)

Dzień 4
Dzień czwarty należał do The Hives. Szwedzi grali tylko przez godzinę, ale robili to z taką werwą, zaangażowaniem i pasją, że ta energia mogła udzielić się widowni na znacznie dłuższy czas. Do tego frontman zespołu – Pelle Almqvist był najbardziej gadatliwą i porywającą do działania osobą, która zaprezentowała się w tym roku. Przynajmniej 1/4 koncertu polegała na tym, że Almqvist zagadywał nas, rzucał dowcipami, wybiegał w tłum, wspinał się na rusztowanie sceny, skakał, tańczył, próbując tym wszystkim jeszcze bardziej rozruszać widownię stojącą pod sceną. I choć wszystko to było super, i koncert można zaliczyć do jednych z najlepszych tegorocznej edycji, to jednak mam poczucie, że gdyby odbył się dzień lub dwa wcześniej, byłby dużo, dużo lepszy. I dłuższy. Sądzę tak, dlatego że publika choś dawała się porwać do działania, to jednak działo się to z lekkim opóźnieniem i z lekko "wypalonym" zaangażowaniem. Sęk tkwi w tym, że był to już czwarty dzień festiwalu i powoli zaczynało do nas docierać zmęczenie. Choć bardzo chcieliśmy szaleć na maksa, organizm pozwalał na nieco mniej niż w poprzednie dni. Dlatego uważam, że, gdyby koncert odbył się innego dnia, byłby jeszcze lepszy.

Nie zmienia to jednak faktu, że i tak było super, i naprawdę dobrze wspominam ten koncert.

Drugim koncertem tego dnia, który przez wielu uważany jest nawet za najlepszych z najlepszych tegorocznej edycji, był występ zespołu Jacka White’a – The Dead Weather. Ja trafiłem jedynie na ostatni utwór i bisy, muszę jednak przyznać, że zrobiły one na mnie spore wrażenie. Ogólna atmosfera koncertu, czarno-biały obraz na telebimach, ogromne oko wiszące nad całą sceną i nieco "mroczniejsza", trochę "old-schoolowa" rockowa muzyka dały naprawdę ciekawy, przykuwający uwagę, efekt. Podobało mi się! :)

Ostatnim koncertem na jaki się udałem, był występ Fatboy Slim’a. W ogromnym skrócie nazwałbym to "koncertem z pierdolnięciem": przez ilość mocnego elektronicznego bitu, przeróbek znanych utworów na utwory właśnie tego typu, czy wysyłanie ogromnych wiązek laserów/"szperaczy" w niebo, a tak naprawdę w "kosmos". Na dodatek koncert trwał dwie godziny, co uczyniło go najdłuższym koncertem tegorocznej imprezy. Ja bawiłem się naprawdę dobrze, co chwilę tańcząc i krzycząc: "To jest hit", mimo że nie zawsze rzeczywiście tak było. Słowa te kierowałem do dziewczyny, która miała zadzwonić do swojego brata, by dać mu posłuchać "największych hitów Fatboya". A ponieważ co utwór wydawało nam się, że to coś znanego i hitowego, to co chwila tak krzyczeliśmy. Przy okazji, dzięki takiemu podejściu nieustannie dobrze się bawiliśmy, gdyż w zasadzie każdy utwór nam się podobał.

O innych koncertach tego dnia, czyli o Archive, Wild Beasts, Kings of Convienience, Nas & Damien Marley, L.Stadt, czy Muchach*, w zasadzie nie mam zbyt dużo do powiedzenia. Wszystkie mi się podobały, choć nie na tyle, by wywrzeć na mnie ogromne pozytywne wrażenie. Przy okazji dłużej siedziałem w zasadzie jedynie na ostatnich dwóch zespołach, resztę oglądałem tylko przez chwilę.


Podsumowując: do najlepszych koncertów zaliczyłbym występy Reginy Spektor, Klaxonsów, Pearl Jamu i The Hives.

Tym samym dobrnęliśmy do końca mojego openerowego wpisu. Okazuje się, że pisanie o muzyce rzeczywiście nie należy do najłatwiejszych rzeczy; trudno jest zupełnie uciec od pewnych klasyfikacji, czy specyficznych porównań. Piszę o tym, gdyż jednym z żartów naszego wyjazdu było używanie nie do końca rozumianych słów określająych różne typy muzyki, (jak shoegaze, czy trip-hop), które to nagminnie używane były przez recenzenta Gazety Wyborczej, w Open’erowych dodatkach, które otrzymywaliśmy każdego dnia na terenie festiwalu.

Starałem się jak najlepiej oddać swoje różnorodne wspomnienia i spostrzeżenia z tegorocznej imprezy, aby jak najdłużej utrzymać w pamięci świeżość moich wsomnień. Mam nadzieję, że czytanie tego wpisu nie było jakąś ogromną "drogą przez mękę", ale jeśli tak, to przepraszam. ;)

Na koniec trochę linków:
Oficjalna stronaBrotherhood of Opener, kanał YouTube’owy z filmikami live 1 & 2 (więcej do odnalezienia po wpisaniu Open’er Festival 2010 w wyszukiwarkę YouTube’a)

(Zdjęcia pochodzą natomiast z tej strony i zostały wykonane przez Łukasza Untescguetza)

I to już wszystko!
Dziękuję! (w tym raz jeszcze moim towarzyszom tej muzycznej wyprawy, dzięki którym mogłem się na niej w ogóle znaleźć).
Dziękuwa! ;)
PS. (* Inside joke – mieliśmy totalny shoegaze na Muchach! :D)
PS2. Cieszę się, że wreszcie udało mi się umieścić ten tekst :)
 
Komentarze (4)

Napisane w kategorii Music

 
 

  • RSS