RSS
 

Notki z tagiem ‘glee’

New season has begun!

28 wrz
Nowy serialowy sezon uważam za rozpoczęty! Premierę miało już większość znaczących się dla mnie produkcji, a ja chętnie podzielę się moimi uwagami po obejrzeniu kilku z nich. :)

"Glee(sezon III)
Serial powrócił na bardzo przyzwoitym poziomie. Choć zabrakło BUM!, pierwszy odcinek oglądało się z nieskrywaną przyjemnością.
Dostaliśmy bowiem idealny miks "dramatycznej" treści i przebojowych piosenek, przypominający dobre dni tej produkcji.

Większość bohaterów nie zmieniła się po wakacjach, jednak jedna osoba przeszła diametralną metamorfozę. Mowa o Quinn, która z grzecznej dziewczynki przeobraziła się w punkówę. Zrezygnowała z Chóru, nie chce wracać do Cheerleaderek i reprezentuje obecnie postawę: "Mam to gdzieś". Ciekawe co z tego wyniknie w przyszłości.

Pierwsze sceny przyniosły też wyjaśnienie dla zmian obsadowych. Chord Overstreet (Sam) i Ashley Fink (Lauren) nie przedłużyli swoich kontraktów, dlatego "wypadli" z serialu. Nieobecność Sama wyjaśniono ofertą pracy ojca w "w innym stanie", a Lauren po prostu… zrezygnowała z chóru. No i tyle ich widzieliśmy!
Nowym stałym członkiem obsady oraz samych New Directions został natomiast Darren Criss (Blaine), dzięki czemu będziemy oglądać go dużo częściej niż poprzednio.

Na uwagę zasługuje też fakt, że Will i Emma mieszkają razem, a nawet sypiają w jednym łóżku. Kto by pomyślał? ;) :P

Fabuła pozostaje jednak taka, jak zawsze: Sue próbuje zniszczyć Willa i Glee. Zmienia się jedynie sposób walki. Tym razem kandydadka do Parlamentu Sue Sylvester wytoczyła wojnę z Programem Sztuk Wszelakich we wszystkich ogólniakach. Czyli to, co zwykle, tylko na nieco wyższym szczeblu (państwowym). ;)
Pod względem wydarzeń, "The Purple Piano Project" podkłada więc fundamenty pod interesujące rozwinięcie poszczególnych wątków w przyszłości.

Cieszy dobór muzyki. "We got the Beat" jest tak w stylu dokonań New Directions, że miałem wrażenie, że Chór już wcześniej śpiewał tę piosenkę. Utwór zdecydowanie wyzwala pozytywną energię! Tak trzymać! :D

Dobrze brzmi też evergreenowa piosenka "It’s Not Unusual", w wykonaniu Darrena, czy "You can’t stop the beat", pochodzące z musicalu "Hairspray".

Ogólnie rzecz biorąc – w premierowym odcinku działo się sporo, a historia została poprowadzona w ciekawy sposób. Dzięki temu znów jestem w pełni na tak! Mam nadzieję, że podobny poziom utrzyma się na dłużej. 
Glee is back! :D

"Gossip Girl(sezon V)
Jeśli miałbym określić premierowy odcinek nowego sezonu "Gossip Girl" jednym słowem, byłoby to "nietypowy".
Serial podążył bowiem w nieco innym kierunku, niż ten do którego przyzwyczaiły nas poprzednie sezony.

Po pierwsze – akcja przeniosła się chwilowo na Zachodnie Wybrzeże, wprost do słonecznej Kalifornii i pełnego Gwiazd Hollywood. To tam Serena rozpoczęła pracę na planie filmowym, a Chuck i Nate odpoczywają, odreagowując stresy poprzedniego roku.

Chuck jest w fazie "Yes Mana", (nota bene – bardzo przyjemna komedia. Taka na 7/10;) ), co oznacza, że zgadza się na wszelkie propozycje, które pojawią się na jego drodze. Odreagowuje tym samym "letting go" Blair, i na razie nieźle na tym wychodzi. A przynajmniej sam tak twierdzi. ;)

Nate wraca natomiast do starych zwyczajów sypiania ze starszymi kobietami. Tym jednak razem to kobieta uwiodła jego, a nie na odwrót. Nota bene – uwodzicielkę gra Elizabeth Hurley, co jest ciekawym zagraniem castingowym. Dodatkowo wszystko wskazuje na to, że bohaterka ma jakiś "większy powód" dla znajomości z Archibaldem. Ciekawe o jaką intrygę chodzi tym razem?

Po drugie – ślub Blair. Szczerze mówiąc – ten wątek nadal mnie zaskakuje, gdyż nie mogę w pełni uwierzyć, żeby B. naprawdę już chciała wychodzić za mąż, na dodatek za ‚jakiegoś’ Księcia Monako. Coś czuję, że rewelacja z końca odcinka dość szybko to zmieni. ;)

Po trzecie – najbardziej zaskakuje mnie jednak, że uczucie pomiędzy Danem i Blair było na serio! Miałem bowiem wrażenie, że scenarzyści powoli zamykali ten pomysł w zeszłym sezonie, po chwilowej wzajemnej fascynacji tych dwojga. Najwyraźniej jednak brną dalej w swoją koncepcję "każdego z każdym", pomijając fakt, iż jest to zupełnie "out of character" dla Dana. No nic – pożyjemy, zobaczymy, co im z tego wyniknie!

Odcinek jest więc "nietypowy", bo takie właśnie są zachowania niektórych bohaterów – nie do końca pasują do tego, czego się o nich wcześniej dowiedzieliśmy. 
Pozostaje jednak mieć nadzieję, że scenarzyści wiedzą, co robią i że rozsądnie rozwiną wątki naszych ulubionych postaci. Wydaje się, że tym odcinkiem chcieli po prostu zaznaczyć, że "ludzie się zmieniają".

Premierowy epizod mimo wszystko dobrze mi się oglądało, choć wydarzenia nie porywały już tak mocno, jak kiedyś. Jestem jednak ciekawy, jak rozwinie się ten sezon. Na razie jest zwyczajnie OK. Nie na poziomie pierwszych dwóch serii, ale lepiej niż w męczącej drugiej połowie "trójki", do której dotąd się nie przekonałem.
Na pewno jest też dużo ciekawiej niż w przeciętnym "90210", co teraz widać tym wyraźniej, że akcja rozgrywa się w "the same zip code". ;)

+ "New Girl"
Muszę przyznać, że w nowym sezonie, najbardziej cieszyłem się na powrót mojego nowego ulubionego serialu komediowego, czyli "Cougar Town". Jakież było moje zdziwienie, kiedy okazało się, że nie wraca on do ramówki ani we wrześniu, ani w październiku, a dopiero w połowie listopada. 
Produkcja Billa Lawrence’a epatuje doskonałym humorem i zawsze przysparza wielu przyczynków do uśmiechu, dlatego tak cieszyłem się z jej powrotu. A tu okazuje się, że trzeba czekać. :(

W poszukiwaniu podobnych wrażeń, dałem więc szansę debiutanckiemu sitcomowi stacji Fox, z Zooey Deschannel, gwiazdą doskonałego "(500) Days of Summer", w roli głównej. W serwisie iTunes można było bowiem ściągnąć pilotażwy odcinek "New Girl" za darmo. Skusiłem się więc na tę ofertę. (W końcu w podobny sposób w zeszłym roku poznałem świetnego "Family Guya").
Moje wrażenia po pilocie prezentują się następująco:

"New Girl" jest jak typowy sitcom, pozbawiony jedynie śmiechu z offu.
W pierwszych scenach poznajemy Jess – miłą dziewczynę, która chcąc sprawić niespodziankę swojemu chłopakowi, przyjeźdza do wspólnego mieszkania całkiem nago. Problem w tym, że on już jest tam całkiem nago… z kim innym. Jess nie pozostaje więc nic innego, jak z nim zerwać. I poszukać własnego lokum. Traf chce, że odpowiada na ogłoszenie trzech facetów, którzy na wieść, że jej koleżanki są modelkami, z ogromną chęcią przyjmują ją pod swoje progi. Tak zaczyna się ich wspólna, "nietypowa" koegzystencja.
Słowo "nietypowa" celowo zapisałem w cudzysłowiu, gdyż pilot nie pokazał nic, czego nie widzielibyśmy już wcześniej, na dodatek przedstawionego sprawniej i ciekawiej. Wszystko już kiedyś było.

Żródłem humoru są więc różnice między płciami, ograne już z każdej strony w innych sitcomach. Oczywiście ukazane są w wyjątkowo stereotypowy i uproszczony sposób. Ona będzie więc płakać w niebogłosy, oglądając "Dirty Dancing", a oni (nieumiejętnie) podrywać "wszystko, co się rusza", czy po prostu nie kontrolować swojej wrogości wobec słów kobiet.
Dowcipy o podtekście seksualnym, których przecież pełno w serialach komediowych podobnej treści, brzmiały tu wyjątkowo dosadnie i zupełnie nieśmiesznie. Możliwe, że to przez sztuczny sposób, w jaki zostały wypowiedziane.

Aktorzy wypadają bowiem nienaturalnie. Brakuje im lekkości, zachowują się w ‚wyuczony’, nieprawdziwy sposób. Nie dość, że ich bohaterowie nie posiadają głębi, to na dodatek są sztywni i niebudzący sympatii. 
Jest to zaskakujące, gdyż niektórzy członkowie obsady sprawdzili się przecież świetnie w innych produkcjach. Zooey Deschanel wypadła wyjątkowo ciekawie w "(500) Days of Summer", a Max Greenfield sprawdził się jako Deputy Leo w "Veronice Mars". Tam jednak pomagał im świetny scenariusz oraz pełen profesjonalizm obsady i ekipy filmowej, tutaj natomiast otacza ich przeciętność.

W trakcie trwania pilota nie uśmiałem się ani razu, a lekki uśmiech zawitał na mojej twarzy może w jednym momencie. Przez większość czasu byłem raczej zaskoczony niskim poziomem produkcji. 
Jeśli darmowa próbka miała mnie przekonać, bym na dłużej zasiadł przed telewizorem, to niestety nie spełniła swojego zadania. 
Ciekawe, jak serial poradził sobie w prawdziwej emisji. Oceniając po pilocie, nie dotrwa do końca sezonu.



Tym razem tyle! W najbliższej przyszłości planuję opisać też premiery pozostałych oglądanych przeze mnie seriali, także Stay Tuned! ;)
 
Brak komentarzy

Napisane w kategorii TV Shows

 

Show must go all over the place!

20 cze

Po dwóch latach emisji "Glee" pozostaje przyjemnym serialem, który wciąż kuleje na tle scenariuszowych pomysłów.

W tym serialu za dużo jest "pierwiastka chaosu". Twórcy, zamiast skupić się na bieżących problemach bohaterów, niepotrzebnie ciągle wprowadzają nowe elementy, przez co często zapominając o poprzednich wątkach.

Na plus można zaliczyć w miarę spójne historie Kurta i Santany. 
Na minus natomiast: przekombinowany wątek trójkąta miłosnego: Rachel, Finna i Quinn, czy zupełne zapomnienie o Tinie. W drugim przypadku nie byłoby to nic złego, (bo Azjatka nie należała nigdy do najciekawszych postaci serialu), gdyby nie fakt, że twórcy czasami jednak sobie o niej przypominają, a wtedy każę Tinie… wybuchać płaczem! Ot tak – zupełnie bez przyczyny i jakiegokolwiek rozsądnego wyjaśnienia.
Historia Sue Sylvester znajduje się natomiast gdzieś pośrodku tej skali. Jej wątek zaczął schodzić na bardziej sentymentalne wody, częściej pokazując ludzką twarz tej nietypowej trenerki sportowej. Na szczęście bohaterka ma też swoje niecodzienne pomysły, dzięki którym uśmiech na pewno pojawi się na naszej twarzy, (chociażby: ślub z samą sobą!, czy "ludzka wyrzutnia rakiet").

Dobrze sprawdzają się nowi bohaterowie: Blaine(!) (Darren Criss), Coach Beiste (Dot Marie Jones), Dentysta Karl (John Stamos), czy Holy Holiday (Gwyneth Paltrow).
Szkoda tylko, że scenarzyści mieli przemyślany pomysł tylko na tę pierwszą postać. Reszta natomiast, choć pojawia się często w początkowych odcinkach, później zostaje zupełnie pominięta.

Na szczęście historia Blaine’a – chórzysty z konkurencyjnej szkoły, do której trafia Kurt, jest już dobrze poprowadzona. Ten bohater jest naprawdę ciekawy, potrafi świetnie śpiewać!, a jego pojawienie się sprawia, że sezon drugi, to tak naprawdę sezon należący do Kurta. Blaine bowiem staje się chłopakiem młodego geja i szybko wyciąga z niego wszystkie najlepsze cechy. Ich relację ogląda się naprawdę dobrze, gdyż ten wątek jest akurat jednym z najciekawiej i najbardziej spójnie opowiedzianych. W pozostałych panuje już za wiele chaosu.
W kwestii "Nowych Twarzy", warto wspomnieć też o nowym członku zespołu – Samie Evansie (Chard Overstreet), który dobrze odnajdzie się w "starej ekipie" oraz o niespodziewanym powrocie Jessiego(!) (Jonathan Groff). Z jego ponownym pojawieniem się w McKinley wiąże się zresztą dostrzeżenie (i to explicit verbis), że wątek z jego udziałem był naprawdę źle zakończony.

Ogólnie rzecz biorąc – nie jest tragicznie, ale mogło być dużo lepiej! 
Wydaje się, że twócy za bardzo skupili się na wydarzeniach okołoserialowych, (książki, płyty, reality-show, trasa koncertowa, film 3D(sic!)), a za mało na samym serialu. Nie ogląda się tego źle, ale to już zdecydowanie mniej porywająca opowieść niż na początku.

Na szczęście muzyka nadal wypada przyzwoicie! 

Sezon drugi to albumy: vol. 4vol. 5vol. 6The Rocky Horror Glee Show, (The Christmas Album) oraz Glee presents: The Warblers.
Na szczególną uwagę zasługuje ostatni album, w pełni wypełniony piosenkami Warblersów, czyli grupy Blaine’a. Darren Criss ma głos, a jego piosenki, w stylistyce acapella, wypadają świetnie.
Zresztą jego wykonanie "Raise Your Glass" (Pink) uważam za najlepszą piosenkę tego sezonu! Na drugim miejscu plasuje się mash-up Thriller/Heads Will Roll (Michael Jackson/Yeah Yeah Yeahs), zaś lokata trzecia do (wspomnianej już wcześniej) kompilacji Umbrella/Singing in the Rain (Rihanna/Gene Kelley).
Reszta utworów też jest niezła, ale to te trzy spodobały mi się najbardziej i znajdują się w najczęściej odtwarzanych.

Warto wspomnieć też, że sezon drugi przyniósł jedną nowość – oryginalne piosenki! W dwóch odcinkach Chór śpiewa własne utwory, napisane specjalnie na potrzeby serialu. Z kilku "świeżych" piosenek, najlepiej wypadają: "Loser like me", (choć według mnie mocno przypomina wymieniony wcześniej hit Pink) i "Hell to the No". "Light Up the World" też jest niezłe, choć takich utworów akurat pełno ostatnio w radiu.


Mój werdykt względem sezonu drugiego, pozostaje taki, jak poprzednio: Jest OK!
Mam nadzieję, że odcinki nowego sezonu powrócą wreszcie do świetnego poziomu z początków serialu. :)

PS. Darren Criss to chłopak odpowiedzialny za "A Very Potter Musical". Już jakiś czas temu słyszałem o tym projekcie, ale teraz chyba wreszcie się za niego zabiorę. :)

 
Komentarze (3)

Napisane w kategorii TV Shows

 

The One With Other Shows #2: Mid-season news

31 sty

(Czyli: kilka słów o rozpoczętych w tym sezonie serialach oraz ich najnowszych odcinkach (do połowy sezonu)). 

Cougar Town (sezon II)
Odkąd serial odnalazł nowy pomysł na swoją fabułę pod koniec "jedynki" i zaczął w większym stopniu skupiać się na interakcjach Jules z rodziną i znajomymi, stał się dużo ciekawszą produkcją. Teraz kolejne odcinki ogląda się znakomkcie, gdyż przysparzają ogromnej dawki humoru. Za każdym razem. :) Poprzednio zależało to od odcinka, a teraz dosłownie każdy epizod wypełniony jest do granic możliwości świetnymi i różnorodnymi dowcipami.
Jakakolwiek dawka "Cougar Town" w nowym formacie, w szybkim tempie poprawia humor. I o to chodzi! :D

Z ciekawostek należy wymienić: pojawienie się jednej z Przyjaciół: Jennifer Anniston, która gra tutaj specyficzną terapeutkę Jules, (dobry występ, ale Kudrow chyba lepsza!); oraz bardzo ciekawy zabieg stylistyczny: na planszy tytułowej każdego odcinka pojawia się inny, zabawny tekst, odnoszący się do pomysłu zmiany nazwy serialu, który pojawił się po zakończeniu pierwszego sezonu. Uznano wtedy, że skoro cała fabuła jest inna niż na początku, to sama nazwa też powinna się zmienić. Ostatecznie pomysł upadł. Dało to jednak przyczynek dla intrygujących plansz tytułowych. Pierwszą z nich jest: "(Still) Cougar Town", a najzabawniejszymi: "(All I want for Christmas is new title for) Cougar Town" oraz "(It’s OK to watch a show called) Cougar Town". Oby tak dalej! :)

Werdykt: Jest bardzo dobrze!

Gossip Girl (sezon IV)
Pierwsze dziesięć odcinków nowego sezonu "Gossip Girl" pokazuje, że serial wrócił do dobrej formy. Jest tu ciekawiej niż w przekombinowanym sezonie trzecim. Widać, że twórcy wyciągnęli wnioski z błędów przeszłości. 
Najlepiej ilustruje to przykład nowej drugoplanowej postaci. Juliet Sharp jest studentką Columbii, która za wszelką cenę chce zrujnować życie Serenie. Z tego powodu podejmie się wszelkich możliwych kroków, by odsunąć od niej najbliższe osoby i nadwyrężyć jej reputację. 
Najciekawsze jest jednak, że do samego końca nieznane są motywacje działania dziewczyny. To powoduje, że jej pomysły wydają się dziwniejsze i bardziej zaskakujące.
Dużym plusem pojawienia się Juliet jest fakt, że ta postać przewija się przez wszystkie odcinki, a nie znika zaledwie po kilku epizodach, jak to bywało w przeszłości.

Pozytywną zmianą jest również to, że Serenie udaje się… z nikim nie przespać. A to, proszę Państwa, nazywa się rozwój! ;)

Plusem jest także brak Jenny w większości odcinków. Jej "spiraling out of control" było dość ekstremalne ostatnimi czasy, więc miło było od niej odpocząć. ;)

Cieszę się również, że twórcy wyciągnęli wnioski z "O.C" i postanowili uratować (czyt. nie uśmiercać) Chucka. Ten serial byłby zdecydowanie inny bez niego, więc dobrze, że ktoś "poszedł po rozum do głowy". Mam wrażenie, że nikt nie traktował tego pomysłu na poważnie, a twórcy chcieli tylko wprowadzić nas w stan: "Czy oni naprawdę to zrobili?!". 

OK – miało być krótko, więc nie wchodzę w większe szczegóły. ;)
Werdykt: Jest dobrze!

Royal Pains (sezon II)
Serial utrzymuje dobrą passę w byciu produkcją "lekką, łatwą i przyjemną".
Sezon drugi jest na tym samym, dobrym poziomie, co "jedynka", dzięki czemu nadal bardzo przyjemnie się go ogląda.

W nowej porcji odcinków poznajemy Eddie R. Lawsona, ojca Hanka i Evena. Choć gra go Henry Winkler, czyli Fonzie z serialu "Happy Days", a fakt wprowadzenia do fabuły nowego członka rodziny, uważany jest za element, przez który seriale "przeskakują rekina", produkcji stacji USA udało się tego uniknąć. Eddie dobrze wkomponowuje się w historię i przysparza odpowiedniej dawki "family drama". Sam Winkler natomiast dobrze wypada na ekranie.

"Dwójka" nie przynosi żadnej rewolucji. Moje uwagi względem "jedynki" idealnie więc pasują także do opisu nowych odcinków. Z tego powodu nie będę się już rozwodzić nad tym serialem.

Werdykt: Jest bardzo dobrze! 

Glee (sezon II)
Drugi sezon ma bardzo nierówny poziom. Obok świetnych odcinków, (chociażby "Britney/Brittany", czy "Rocky Horror Glee Show"), dostajemy te zwyczajnie nudne ("Grilled Cheesus", czy przeciętne "Never Been Kissed"). Wieloodcinkowe wątki znów nie w pełni się ze sobą kleją. Nieco przeszkadza mi także zbyt duże postawienie na Matthew Morrisona, (Mr. Shue), który coraz częściej kradnie "dzieciakom" występ ("Toxic", czy "Umbrella/Singing in the rain"*).

Mimo tych uchybień i słabszych momentów, "Glee" nadal pozostaje bardzo energetycznym, zabawnym i pozytywnym serialem. Dzięki Bogu – bohaterowie nadal świetnie śpiewają!

Na dobór piosenek także nie można narzekać. W dotychczasowych dziesięciu odcinkach pojawiają się bowiem takie ciekawe utwory, jak "LuckyMraza (!! :D), "Billionaire" Traviego McCoya, "River Deep – Mountain High" Ike’a i Tiny Turner (dotąd mi nieznane), "Valerie" The Zutons/Amy Winehouse, największe hity Britney Spears, czy melodie z musicalu "Rocky Horror Picture Show".

Najlepszym i najbardziej zapadającym w pamięć kawałkiem jest natomiast "Umbrella/Signing in the rain", w wykonaniu Matthew Morrisona i Gwyneth Paltrow. *Sam utwór ogromnie mi się podoba, natomiast okoliczności jego pojawienia już nie. Nie miałbym nic przeciwko temu, że Matthew Morrison tu śpiewa, gdyby nie fakt, że a) tuż przed tą sceną Mr. Shue mówi: "znalazłam sposób, żeby przekonać dzieciaki(!) do śpiewania "Singing in the rain"’, b) cały odcinek kręci się wokół tego, że nauczyciel jest chory, a tu nagle wyskakuje i śpiewa w strugach deszczu(!). Denerwuje mnie ta niekonsekwencja twórców. Zwłaszcza, gdy pojawia się na przestrzeni jednego odcinka.

Na plus należy zaliczyć natomiast gościnne występy gwiazd. John Stamos i Gwyneth Paltrow doskonale wypadają na ekranie, i widać jak świetnie bawili się na planie. Ich dobre samopoczucie udziela się widzowi, dzięki czemu ich występ wypada interesująco.

Świetnie sprawdza się także Dot-Marie Jones jako Coach Beiste – żeński odpowiednik Kena Tanaki.
Sue Sylvester i jej doskonałe docinki również nie zawodzą. ;)

Wychodzi na to, że "Glee" znów kuleje na jednym, bardzo ważnym froncie – scenariuszu. Historia jest po prostu niekonsekwentna, nawet w obrębie pojedynczego odcinka. To natomiast odbiera sporo z przyjemności oglądania. Po raz kolejny najlepsze są odcinki tematyczne, skupione na konkretnym artyście, bądź musialu.

Może trochę marudzę, ale mam ogromną nadzieję, że twórcy "Glee" napotkają wreszcie na swojej drodze dobrego scenarzystę. To pozwoli im pełniej wykorzystać potencjał tego serialu!

Werdykt: Jest OK!

(W temacie "Glee" warto też wspomnieć o trzech Złotych Globach, które serial zdobył w tym roku! Nagrody powędrowały do: Jane Lynch (w pełni zrozumiałe!), Chrisa Colfera (Kurt to rzeczywiście dobra postać) oraz najlepszego serialu komediowego(!), (mimo swoich uchybień, "Glee" rzeczywiście bardzo poprawia humor!)).

Tyle w kwestii seriali. Do usłyszenia/napisania pod koniec sezonu. :)

PS. Nie rozpocząłem jeszcze nowych serii: Desperate HousewivesGrey’s AnatomyChucka i How I met your mother. Zbliżam się natomiast do decyzji o rozpoczęciu Being HumanSkinsów (brytyjskich!), bądź Vampire Diaries. Zobaczymy jednak co z tego wyniknie. ;)
PS2. W styczniu oglądałem głównie "Family Guy’a", który nieprzerwanie trzyma wysoki poziom, (obecnie jestem w piątym sezonie). Serial ciągle jest zabawny, kontrowersyjny i szokujący. Dzięki temu wyśmienicie mi się go ogląda. :) (Ostatnio duże wrażenie zrobiła na mnie ta scena). :)

 
1 komentarz

Napisane w kategorii TV Shows

 

The Confession

10 paź

Jakiś czas temu odkryłem stronę internetową MyEpisodes.com. Pozwala ona być na bieżąco ze wszystkimi terminami premier najnowszysch odcinków oglądanych seriali, jak również oferuje bardzo ciekawą funkcję nazwaną: "Time I’ve wasted". System w szybki sposób podlicza wszystkie obejrzane odcinki i mówi człowiekowi jaką część swojego życia spędził przed telewizorem/komputerem, zapatrzony w życie swoich ulubionych serialowych postaci.

W tym wpisie chciałem zaprezentować wszystkie oglądane przeze mnie seriale, których oglądanie zajęło mi łącznie*: 2 miesiące, 3 tygodnie i 20 godzin.
Swoją drogą będzie to też wersja 2.0 wpisu, którym reaktywowałem działalność swojego bloga w listopadzie 2008.

NEW(EST) SHOWS

 

Glee
Objawienie zeszłego serialowego sezonu, choć posiada kilka wad, to dzięki ciekawym aranżacjom znanych hitów, doskonale śpiewającej obsadzie i karykaturalnym postaciom, zdecydowanie daje radę i powala widzów swoją pozytywną energią!
No i ta Jane Lynch jako Sue Sylvester! :)

Cougar Town 
Komediowe spojrzenie na kryzys wieku średniego. "40-tka to nowa 20-tka" i te klimaty. Jules Cobb stara się na nowo przeżyć swoją młodość, co prowadzi do ciekawego zestawienia tego, co wypada jej robić, z tym, co rzeczywiście robi.
Specyficzni, zabawni bohaterowie i powrót Courtney Cox do komediowych korzeni. Choć mogłoby się wydawać, że temat nie jest pierwszej świeżości, to jego intrygujące wykonanie, pokazuje, że jeszcze nie wszystko zostało powiedziane.

Chuck 
Zwyczajny "nerd", pracujący w sklepie elektronicznym, przez przypadek staje się posiadaczem wszystkich rządowych sekretów. Zestawienie jego rutynowego życia z nowymi obowiązkami, rodem ze świata agentów specjalnych, daje bardzo zaskakujące efekty i tworzy intrygującą fabułę. Dodatkowo pełno tu odwołań do science-fiction, gier i komiksów, a także szeroko rozumianej kultury popularnej.

Royal Pains 
Wakacyjny serial, opowiadający o "concierge doctor" – lekarzu, który przyjedzie do domu i na miejscu wykona wszystkie niezbędne zabiegi. Z tego powodu Hank Lawson ma w sobie coś z McGayvera, gdyż niektóre sprzęty ratujące życie potrafi stworzyć ze zwykłych przedmiotów domowych. Oprócz ciekawych przypadków medycznych, intrygują także relacje lekarza z rodziną i znajomymi. Najzabawniejszym elementem tego przyjemnego serialu jest natomiast brat głównego bohatera – człowiek ze smykałką do interesów i burzą niecodziennych pomysłów.

True Blood 
Wampiry są wśród nas! Dzięki syntetycznej krwi, stworzonej przez Japończyków, mogą żyć tak, jak normalni ludzie. Oczywiście niektóre preferują swój stary tryb odżywiania, co z wiadomych względów budzi zastrzeżenia ludzi. W dotychczasowych dwóch sezonach (trzeci jeszcze przede mną) najciekawszym wątkiem w mojej opinii były zmagania wampirzej braci z Kościołem Fanatyków, pod wdzięczną nazwą: Fellowship of the Sun.
Ta produkcja posiada bardzo ciekawy, mroczny klimat oraz intrygujących bohaterów, dzięki czemu wyśmienicie się ją ogląda.

OLD(ER) SHOWS

Heroes 
Zwykli ludzie, którzy odkrywają, że posiadają nadprzyrodzone zdolności, to bardzo ciekawy, choć niekoniecznie innowacyjny, koncept. Pierwszy sezon "Herosów" pokazał jednak, że z takiego tematu można naprawdę wiele wyciągnąć. "Jedynka" jest bowiem doskonale napisana, a kolejne odcinki ogląda się z dużym zaangażowaniem. Niestety później poziom meandruje – obok bardzo dobrych epizodów są te zwyczajnie kiepskie. Choć "czwórka", którą obecnie oglądam, jest już zbliżona do poziomu "jedynki", to jednak nie była to wystarczająca poprawa, by uchronić serial od kasacji.

House 
Cyniczny i denerwujący pacjentów doktor oraz dziwne przypadki medyczne, a także bardzo specyficzne, często niejednoznaczne relacje lekarza z otoczeniem, są tym, co najbardziej przyciąga w tej produkcji. Swoją drogą im dalej, tym lepiej. Za najlepsze sezony uważam bowiem piąty i czwarty (w tej kolejności). Z niewiadomych powodów ciągle nie obejrzałem jeszcze "szóstki", ale już szykuję się, by zacząć nadrabiać te zaległości.

Desperate Housewives 
Mieszkanki Wisteria Lane i ich specyficzne problemy. "Gospodynie domowe" z Fairview rzeczywiście są "Gotowe na wszystko", by dopiąć swego. Nawet, jeśli będą musiały użyć "desperackich" środków, by tego dokonać.
Kolejne sezony, choć stopniowo upadają na poziomie, dalej dają radę i przysparzają wielu sytuacji do szczerego śmiechu.

Gossip Girl 
NYC, Manhattan, Upper East Side. To tam dzieje się akcja serialu, którego głównymi bohaterami są bogate i piękne nastolatki. Fabuła to w zasadzie masa intryg i knowań oraz miłosna rotacja pomiędzy poszczególnymi postaciami. W przeciągu trzech lat twórcom udało się zapełnić większość kombinacji zasady "każdy z każdym".
W skrócie – "totalny guilty pleasure". ;)

Grey’s Anatomy 
Rozterki uczuciowe grupy stażystów z Seattle Grace Hospital, w połączeniu z zaskakującymi, a często też dziwnymi przypadkami medycznymi, stanowią o sile tego serialu. Dostajemy też wiele skłaniających do śmiechu sytuacji oraz doskonały soundtrack. Wszystko to sprawia, że "Chirurgów" ogląda się z dużą przyjemnością.

How I met your mother
Choć przygody Teda i spółki przypominają te, które przeżywali "Przyjaciele", serial posiada własny, odmienny styl i prezentuje nieco inny styl humoru. Mnie ogląda się go doskonale. Sam nie wiem czy to z powodu podobieństw, czy właśnie dzięki różnicom.
Dodatkowo jest to serial, który wspomógł mnie podczas obu sesji zimowych na uczelni i już szykuję się na to, że przy najbliższej będzie podobnie. :)

+ Bonus: ANIMATED SHOWS

Family Guy
Animacja zdecydowanie skierowana do dorosłych. Twórca kreskówki – Seth McFarlane nabija się w niej bowiem dosłownie ze wszystkiego i wszystkich, często przełamując tematy tabu, czy wręcz szokując dla samego efektu szokowania. Panujący tu humor jest jednak szalenie ciekawy i piekielnie zabawny, momentami przekraczając nawet granice absurdu.
(Moja przygoda z tym obrazem zaczęła się przy odcinkach specjalnych, parodiujących "Gwiezdne Wojny". W te wakacje poszedłem o krok dalej. Dzięki darmowemu pilotowi, rozdawanemu na iTunesie, który szalenie mi się spodobał, jestem obecnie po dwóch seriach oraz kilku odcinkach z innych sezonów).

Kim Possible 
Disneyowska opowieść o cheerleaderce ratującej świat pełna jest zabawnych scen, ciekawych odniesień do kultury popularnej oraz zaskakujących zwrotów akcji. Serial ogląda się z dużą przyjemnością, gdyż zwyczajnie relaksuje i przysparza pozywytnych wrażeń.

The Emperor’s New School 
Serialowa wersja przygód cesarza Kuzco, znanego z "Nowych szat króla" ("Emperor’s New Groove"). Wyjątkowo zgrabna i udana, bo korzystająca z doskonałych chwytów, sprawdzonych już w pierwowzorze, (który nota bene zaliczam do swoich ulubionych filmów). :)

C.D.N

 
Komentarze (2)

Napisane w kategorii TV Shows

 

Showmance continues

06 wrz


Notka przedstawiająca serial "Glee" i wszystkie jego atuty, pojawiła się już tutaj. Teraz przyszedł czas na moje refleksje dotyczące drugiej połowy sezonu pierwszego.

Gdy "Glee" powróciło na antenę i całkiem dosłownie przywitało się z widzami w odcinku "Hell-O" byłem szalenie podekscytowany. Znów miałem możliwość oglądania jednego z najśmnieszniejszych i najbardziej pozytywnych seriali, jakie ostatnio pojawiły się w amerykańskiej telewizji.

Zanim jednak przejdę do dalszego zachwalania tej produkcji, chciałem zwrócić uwagę na jeden powstały problem.
Muszę przyznać, że choć "Glee" nie zawiodło na froncie humorystyczno-muzycznym, który jest jego największym atutem, to niestety trochę pozostawiło do życzenia, jeśli chodzi o wątki dramatyczne.


W największym stopniu mowa tu o ogromnie chaotycznym prowadzeniu wątku Jessiego. Jessie jest noweym członkiem chóru, który przeniósł się do niego z rywalizującej drużyny – Vocal Adrenaline. Problem z tym wątkiem jest taki, że wiele jego elementów wydaje się dziać poza ekranem i poza naszą wiedzą, gdyż bohaterowie odwołują się do wydarzeń, które w ogóle nie miały miejsca w serialu.

Drugim poważnym uchybieniem tego wątku, jest sposób w jaki zostaje on zakończony. W pewnym momencie wydarzenia są bowiem pokazane w tak chaotyczny i jakby niechronologiczny sposób, że właściwie nie wiadomo dlaczego coś dzieje się na ekranie. Kuleje związek przyczynowo-skutkowy, na co duży wpływ ma odwoływanie się do wydarzeń pozaekranowych, wymienione jako błąd numer 1.
To natomiast dość mocno zaburza dramaturgię całej tej historii, która ma dość spore znaczenie w tej części sezonu.
(Co jednak ciekawe – sądzę, że dałoby się uniknąć tego efektu, gdyby tylko zmienić kolejność emitowanych odcinków. Wystarczyłoby puścić "Bad Raputation" (1×17) po "Dream On" (1×19), a otrzymalibyśmy związek przyczynowo-skutkowy i wyjaśnienie tego, co dzieje się także w kolejnych odcinkach. A tak, w oryginalnej kolejności, dostajemy tylko chaos i niezrozumienie).

To w zasadzie mój największy zarzut wobec nowej porcji odcinków "Glee". Reszta elementów sprawdza się już całkiem dobrze, czy nawet znakomicie, tak jak wcześniej.
Chociaż serdecznie liczę, że twórcy popracują nad tworzeniem dobrych wątków wieloodcinkowych, gdyż niektóre z nich też nie do końca im wychodziły, to jednak w ogólnym rozrachunku nadal jestem bardzo pozytywnie nastawiony do tego serialu i z ogromną przyjemnością oglądało mi się jego kolejne odcinki.

Dzieje się tak dlatego, że elementy humorystyczne oraz muzyczne nadal są na doskonałym poziomie, a to właśnie one są najbardziej pociągające w tej produkcji.

Najlepszym przykładem na to, że nadal świetnie się one sprawdzają, jest odcinek 15-sty, bodaj najlepszy całego pierwszego sezonu. "The Power of Madonna", bo taki nosi on tytuł, jest odcinkiem w pełni poświęconym tej wielkiej artystce, dlatego pojawia się w nim nie tylko bardzo wiele jej utworów, ale również wiele lekcji płynących z jej muzyki.
Dostajemy w nim zarówno doskonały montaż wydarzeń w rytm utworu "Like A Virgin", mash-upy znanych piosenek, stroje żywcem wzięte z teledysków artystki, jak i historię dzieciństwa Sue czy nawet… muzyczne wideo z jej udziałem(!).
"Vogue" w wykonaniu Sue Sylvester jest po prostu tak zabawną rzeczą, że nie sposób oglądać go bez ogromnego uśmiechu na twarzy.
Ten odcinek chyba najlepiej pokazuje dlaczego tak wiele ludzi zwyczajnie oszalało na pukncie "Glee".

Oczywiście w innych odcinkach też działo się bardzo wiele. Tym razem jednak nie chciałem wchodzić w większe szczegóły fabularne. Polecam po prostu samemu zobaczyć cały pierwszy sezon, gdyż jest to naprawdę przyjemna rozrywka. :)

W drugiej połowie sezonu, wśród aktorów gościnnych pojawili się: Neil Patrick Harris (nagrodzony za swój występ Emmy), Olivia Newton-John, czy Idina Menzel i Jonathan Groff, którzy pojawiają się jako wieloodcinkowe, ważniejsze postaci.
Do tego gościnnym reżyserem jednego z odcinków ("Dream On") był one and only Joss Wheedon (twórca doskonałych: "Buffy" i "Angela").

Warto też wspomnieć, że serial był faworytem tegorocznych nagród Emmy. Ostatecznie wygrał w czterech kategoriach (najlepsza reżyseria, Jane Lynch za rolę Sue Sylvester(!), NPH za gościnny występ oraz w ktegorii technicznej: edycji dźwięku). Chociażby to pokazuje jaką renomę serial uzyskał w świecie telewizji. Zwłaszcza, że na jego koncie odnaleźć można także Złoty Glob dla "Najlepszego serialu komediowego".

Muzyka.
Podczas emisji odcinków 14-22, na rynku ukazały się aż trzy płyty z muzyką z serialu. Można je odnaleźć tutaj: "The Power of Madonna", "Glee Music vol. 3" i "Journey to Regionals". Ja tymczasem przejdę do kwestii moich ulubionych utworów, które pojawiły się w tej porcji odcinków.


Choć wszystkie utwory zaprezentowane w odcinku Madonno-centrycznym zrobiły na mnie duże wrażenie, najbardziej przekonał mnie do siebie utwór, który ostatecznie nie trafił do samego odcinka, a pojawił się jedynie jako bonus na płycie z muzyką. Mowa o utworze "Burning Up" w wykonaniu Jonathana Groffa (Jessiego), którego znakomicie mi się słucha.
Bardzo podobały mi się także: "Hello, I love you", "Jessie’s Girl", spokojna wersja "Poker Face", "Safety Dance", czy "Somewhere over the rainbow".
W zasadzie wszystkie utwory zrobiły na mnie duże wrażenie, jednak to właśnie te porwały mnie chyba najbardziej.

Sezon pierwszy to była prawdziwa przezabawna przygoda, więc już nie mogę doczekać się nowych odcinków, które zawitają na ekranach już 21 września.

Na zakończenie jeszcze stały punkt programu notek o "Glee", czyli muzyczne wideo. Tym razem wybór padł na "Gives you hell" i "Any way you want it/Lovin’, Touchin’, Squeezin’".

Enjoy!

   

PS. Jako ciekawostkę mogę jeszcze dodać, że w jednym z odcinków dowiadujemy się, że Rachel nazywa się właśnie tak, gdyż jej ojcowie byli wielkimi fanami "Przyjaciół". ;)
Bardzo mi się to spodobało, więc postanowiłem wynotować. :)

 
Brak komentarzy

Napisane w kategorii TV Shows

 

Bonus Material

31 sie

Odnalazłem dzisiaj kilka fajnych materiałów wideo, które doskonale uzupełniają moje dwa ostatnie wpisy. Także bez zbędnych słów, oto przed państwem:

1. Otwarcie Ceremonii Emmy:
Podczas mojego nocnego oglądania, spóżniłem się na rozpoczęcie ceremonii, więc nie widziałem tego fragmentu. Ale od czego jest Internet? :)
Filmik jest naprawdę niezły i przepełniony serialowymi aktorami (w tym tymi z ulubionego "Glee", czy "Losta"), więc umieszczam i życzę miłego oglądania. :)
2. Promo szóstego i siódmego sezonu "Desperate Housewives".
Wcześniej umieściłem tutaj wszystkie poprzednie klipy promujące powroty gospodyń domowych, także teraz nadszedł czas na najświeższy dodatek w tej kolekcji.
Enjoy!

season 6                                                                                 season 7
   
PS. Czy wiedzieliście, że istnieje coś takiego jak "Międzynarodowy Dzień Bloga"? Ja też nie. ;)
Wedle jego zasady trzeba podać adresy pięciu czytanych i lubianych blogów. Moja lista jest znana na co dzień, gdyż widnieje w dziale linków, ale z chęcią rozreklamuję dobrych internetowych znajomych: QuentinhoFilmówkaFilmstockPlakatyFilmowe i Quentin
Pozdrawiam! :)

 
Brak komentarzy

Napisane w kategorii TV Shows

 

Showmance

23 gru

"Glee" to serial stworzony przez Ryan’a Murphy’ego, opowiadający o szkolnym chórze. Choć zdarza mi się nazywać go "High School Musical na sterydach", to trzeba przyznać, że ta produkcja stacji Fox jest wyjątkowo świeża i oryginalna. A poza samym pomysłem liceum, w ktorym uczniowie tańczą i śpiewają, niewiele ma wspólnego z dziełem Kenny’ego Ortegi.
Chciałem nieco przybliżyć wam ten nowy serial i opowiedzieć czemu tak doskonale mi się go ogląda.

Jedną z podstawowych zalet produkcji Murphy’ego jest oryginalny scenariusz i świetnie zarysowani bohaterowie. Każda postać się wyróżnia, każda jest na swój sposób wyjątkowa i intrygująca.
Wśród bohaterów znajdziemy młodą dziewczynę, która za wszelką cenę chce zostać gwiazdą; żonę, która udaje bycie w ciąży, aby nie dopuścić do rozwodu z mężem; nauczycielkę z objawami myzofobii (strachu przed brudem), która impulsywnie czyści wszystko, co znajdzie się w zasięgu jej wzroku; przewodniczącą "Klubu Wstrzemięźlwości Seksualnej", która… zachodzi w ciążę(!); czy trenerkę zespołu cheerleaderek, która lubi znęcać się psychicznie nad swoimi podopiecznymi, ponieważ uważa, że tędy właśnie prowadzi droga do sukcesu i odpowiedniej edukacji. Każda z tych postaci jest specyficzna i specjalnie przerysowana, czasami wręcz karykaturalna. W każdej z nich kryje się ogromny potencjał komediowy.
To właśnie humor jest kolejną zaletą "Glee".
Twórcy skrzętnie wykorzystują potencjał komediowy swoich postaci i serwują nam ogromną ilość przezabawnych sytuacji z ich udziałem.
Czy będzie to krótka scenka, podczas której dyrektor szkoły jako steward indyjskich linii lotniczych prezentuje jak… zakładać rajstopy, by zwiększyć przyjemność lotu; retrospekcja pokazująca parę w jacuzzi i niefortunne wydarzenie, zabijające magię tej wspólnie spędzanej chwili; czy bardzo nieodpowiedni i pełny aluzji seksualnych układ taneczny, (nie wspominając już o świetnym układzie do "Single Ladies" w wykonaniu… drużyny rygbystów), każda z tych scen wywołuje nie tylko uśmiech widza, ale i gromkie salwy śmiechu.
Żart sytuacyjny to jednak jedynie jeden z rodzajów komizmu wykorzystanego w "Glee". Oddzielną kategorię stanowi dowcip słowny.
Za dobre przykłady tego typu humoru mogą posłużyć chociażby takie cytaty jak: "To była wiadomość od Boga: Rachel była gorącą Żydówką, a dobry Jahwe chciał, abym dobrał jej się do majtek", "Będę zmuszona poprosić was byście powąchali swoje pachy! To właśnie jest zapach porażki, a wy rozsiewacie go po moim gabinecie!", "Zawsze uważałam, że chęć reprodukcji jest silną oznaką ludzkiej słabości", czy poniższa wymiana zdań: "-Nie jest pani w ciąży! -Ale jak to? Przecież przytyłam piętnaście kilogramów. -To prawdopodobnie od jedzenia!".
Jednak największym źródłem komizmu jest postać trenerki Sue Sylvester. Jest to kobieta, która nie znosi porażki i "po trupach dąży do celu". Jej zachowanie i róźne zaskakujące odzywki są jedną z najśmieśniejszych rzeczy w "Glee". Każde jej pojawienie się na ekranie prowadzi do poprawy humoru oglądającego, a jej postać jest po prostu idealnym czarnym charakterem, wobec którego nie można zostać obojętnym. Sue można jedynie kochać lub nienawidzić. Aktorka Jane Lynch pokazała jednak, że obie te emocje można odczuwać także jedncześnie i za to należą jej się ogromne brawa. Zupełnie nie dziwi, że została nominowana do Złotego Globu w kategorii "Najlepsza aktorka drugoplanowa". Jane Lynch zdecydowanie na nią zasługuje, gdyż postać, która tutaj stworzyła jest naprawdę wyjątkowa.
Warto wspomnieć też o tym, że dzieło Murphy’ego zyskało przychylność szerokiego grona krytyków, którzy mówią o nim w samych superlatywach. Serial został już uhonorowany pięcioma statuetkami Sattellite Awards, czyli nagrodami przyznawanymi przez gremium recenzentów filmowych i telewizyjnych. Ostatnio pojawiła się też informacja, że "Glee" było nominowane aż w czterech kategoriach do nagrody Złotych Globów.
Wszystko to świadczy, że mamy do czynienia z serialem niezwykłym i niezmiernie rozrywkowym. A to jeszcze nie wszystko co "Glee" ma do zaoferowania.
Czas przejść do głównego elementu sprawiającego, że dzieło Murphy’ego tak doskonale się ogląda.
Tym elementem jest oczywiście muzyka. To właśnie ona stanowi siłę napędową serialu i jest jego głównym atutem.
W każdym odcinku dostajemy kilka znanych utworów w nowych aranżacjach. Większość z nich jest tak dobrana, aby dobrze oddać nastrój bohaterów. Warto wsłuchiwać się też w teksty, gdyż zwykle mówią one to, czego bohaterowie nie powiedzieliby zwykłymi słowami. Czyli dokładnie tak jak to bywa w musicalach. Do tego dostajemy też piosenki, które same w sobie są świetne i śpiewane są w ramach ćwiczeń, niekoniecznie oddając uczucia bohaterów.
Jednak wszystkie utwory wykorzystane w serialu prezentują się znakomicie, niezależnie od kategorii do której należą . Dzięki obsadzie, która rzeczywiście potrafi śpiewać, w każdym utworze znajdzie się coś, co potrafi przykuć uwagę widza i go zauroczyć.
Z tego właśnie powodu, każdego tygodnia, utwory z "Glee" trafiają na listę bestsellerów iTunes’a. Dwa albumy z piosenkami wykorzystanymi w serialu też szybko trafiły na listę najczęściej kupowanych płyt. Oba albumy do usłyszenia są tutaj: vol.1 i vol.2(Poszczególne piosenki można natomiast znaleźć także tutaj).
Sam też zaopatrzyłem się już w wiele utworów z serialu. Do moich ulubionych należą: "Don’t stop believin’", "It’s my life/Confessions", "Keep Holding on", "Proud Mary", "Don’t rain on my parade" i "My life would suck without you". Muszę jednak przyznać, że wszystkie utwory są naprawdę znakomite i z ogromną przyjemnością mi się ich słucha.
Z tego powodu chciałem zarazić was umiłowaniem do tych piosenek i zaprezentować kilka muzycznych fragmentów serialu.
"Somebody to love" Queen i "Push It" Salt N’ Pepa, czyli utwór z treścią i utwór "ćwiczeniowy". Ten drugi na dodatek bardzo zabawny, bo z bardzo "niestosownym" układem tanecznym. (Enjoy!)
       
Plus link do "Don’t stop believin’", bo znalazłem tylko w wersji "YouTube Page only".
To właściwie już wszystko, co chciałem przekazać w temacie "Glee". Mam nadzieję, że choć trochę przekonałem was do tego serialu i że wy także dacie się urzec jego magii. Ja na pewno już jestem "gleekiem" i z niecierpliwością oczekują na kolejne odcinki, które zawitają na ekranach dopiero na początku kwietnia.
Na sam koniec mam dla was jeszcze świąteczny bonus, czyli świąteczny przebój numer 1 – "Last Christmas" w wykonaniu obsady "Glee".
Wesołych Świąt!

 
1 komentarz

Napisane w kategorii TV Shows

 

The Fresh Shows

25 paź

Podczas mojego ostatniego pobytu w USA dokonałem pewnego odkrycia. Liczba reklam, które pokazują tamtejsze stacje telewizyjne przebija to, co robią TVN i Polsat. Nawet gdyby połączyć czas reklamowy obu tych stacji, i tak trwałyby one krócej niż przerwy w Stanach. Tam w ciągu godziny dostajemy bowiem aż… osiem (!) przerw na reklamy.
Ten fakt uniemożliwił mi oglądanie moich ulubionych seriali w TV, ponieważ zupełnie zabijał jakąkolwiek dramaturgię. Podczas wyjazdu przerzuciłem się zatem na seriale kryminalne, takie jak "CSI Miami", "Cold Case", "Criminal Minds", czy "NCIS" (dzięki Bogu, że mają jednoodcinkowe fabuły, umożliwiające mi oglądać pojedyńcze odcinki bez obawy, że się od razu wciągnę na dłużej). ;)
Zachęciłem się także do obejrzenia kilku debiutujących seriali. A oto moje krótkie uwagi na ich temat.
Enjoy! ;)

Cougar Town
Najnowszy serial Courtney Cox to historia 40-letniej rozwódki z nastoletnim synem, która stara poradzić sobie ze swoją nową sytuacją życiową. Do tego postanawia przeżyć swoją młodość na nowo, jako że za pierwszym razem "siedziała w domu i wychowywała dziecko". Oglądanie czterdziestolatki, próbującej zachowywać się jak 20latka jest zaskakująco zabawne, jak się okazało. Przynajmniej w wykonaniu Courtney Cox. :)

Trzy pierwsze odcinki oglądało mi się naprawdę dobrze i wiele razy głośno się śmiałem.
Dowcipy są tutaj zarówno słowne, sytuacyjne, jak i wynikające z charaketru bohaterów. Opierają się głównie na zestawieniu postaw i charakterów różnych postaci oraz na wyolbrzymieniu pewnych sposobów zachowania ludzi w różnym wieku. To sprawia, że większość scen jest powodem do śmiechu.

Tytuł serialu odnosi się nie tylko do nazwy miasta, w którym dzieje się akcja, ale także do określenia starszej kobiety, która uwodzi młodszych mężczyzn. I rzeczywiście – już w pierwszym odcinku Jules idzie do łóżka z dużo młodszym facetem, ponieważ chce pokazać, że to, co jest przyzwolone 40-letnim rozwodnikom, może być przyzwolone także jej.

Ogólnie rzecz biorąc "Cougar Town" bardzo przyjemnie się ogląda, dlatego cieszy fakt, że ABC zamówiło już pełny sezon. :)

Glee
Glee to serial opowiadający o szkolnym chórze i jego nietypowych uczestnikach.
Momentami jest bardzo przesłodzony, czasami nawet sztuczny i stereotypowy, jednak zdarza mi się na nim naprawdę głośno śmiać i dobrze bawić.
Niektóre rzeczy są bowiem tak przerysowane, że aż nie można się nie zaśmiać.
Za przykład można podać chociażby scenę, w której cała drużyna futbolu amerykańskiego tańczy na boisku układ z "Single Ladies" Beyonce, czy tekst kapitana drużyny, który z dużym zaskoczeniem mówi: "Mam tę książkę z biblioteki. Wiedział pan, że tam można je wypożyczać?!". ;)

Głównym atutem serialu jest jednak jego musicalowość. W każdym odcinku dostajemy kilka pełnych wersji znanych muzycznych hitów, w nowych aranżacjach. Te zaś robią wrażenie i dobrze się ich zarówno słucha, jak ogląda.

Na potwierdzenie moich słów – oto dwa utwory z serialu: "Halo/Walking on sunshine" Beyonce/ Katrina and the Waves oraz "It’s my life/ Confessions" Bon Jovi/ Usher:

     


Jednak to nie tylko muyka wpływa na urok "Glee". Należy dodać do tego ironiczny sposób pokazywania problemów młodzieży; specyficznych, wyrazistych bohaterów, z których każdy się wyróżnia oraz zabawne i sprawnie napisane dialogi. Wszystkie te elementy razem sprawiają, że serial jest bardzo przyjemny w odbiorze.

Ważny jest też fakt, że serial zdobywa same dobre recenzje z wielu różnych stron, włączając w to moje ulubione serwisy i blogi. Okazuje się bowiem, że nie tylko dziewczyny z Popcornera są fankami serialu. 
Także Billie Doux, Jonny Ali z Ali’s Music Blog, czy Quentin są zachwyceni "Glee".

Warto też wspomnieć, że piosenki z tej produkcji tak dobrze sprzedają się na iTunesie, że Fox postanowiło wydać album z piosenkami pojawiającymi się w serialu. Płyta "Glee: The Music vol.1" pojawi się w sklepach już 3 listopada.
Tymczasem nie tylko na iTunesie można odnaleźć najnowsze piosenki śpiewane przez bohaterów. Także Jonny Ali’s co tydzień umieszcza na swoim blogu zbiór utworów, które pojawiły się w ostatnim odcinku. :)
Ja jak na razie nie skusiłem się jeszcze na zaopatrzenie w żadną z piosenek, aczkolwiek dzięki serialowi odkryłem na nowo magię wersji oryginalnych, które już posiadam w swojej kolekcji. ;) (Muszę jednak przyznać, że mash-up piosenek "It’s my life/Confessions" z klipu powyżej bardzo mnie kusi) ;)

Ogólnie rzecz ujmując "Glee" ogląda się naprawdę przyjemnie. Z ciekawością zobaczę jak rozwinie się opowiadana w nim historia, która także rozrośnie się do pełego sezonu, jak ostatnio poinformował Fox. :)

The Beautiful Life
Myślałem także nad zobaczeniem pierwszego odcinka The Beautiful Life, czyli nowego serialu z Mischą Barton. Jednak, kiedy okazało się, że stacja CW zdejmuje go z ramówki po zaledwie dwóch odcinkach, stwierdziłem, że jednak nie będę tego robił.
Tym samym TBL podzieliło los innego serialu dla nastolatków, któremu miałem ochotę dać szansę.
Poprzednim była produkcja "Hidden Palms", która emitowana była na tej samej stacji podczas wakacji po zakończeniu The O.C i tuż przed rozpoczęciem Gossip Girl. Serial zapowiadał się na połączenie O.C i Desperate Housewives (poprzez uczestnictwo dwóch postaci drugoplanowych z tego pierwszego oraz motywu niewyjaśnionego samobójstwa jednego z bohaterów, tak jak w drugim), jednak The CW zdjęło go z anteny po wyemitowaniu zaledwie kilku odcinków.

 
1 komentarz

Napisane w kategorii TV Shows

 
 

  • RSS