RSS
 

Notki z tagiem ‘gossip-girl’

„Gossip Girl is dead”?!

20 gru

Nadszedł ten dzień. Dzień, w którym przychodzi mi pożegnać „Gossip Girl„. Serial, który tak mocno przykuł moją uwagę na początku swojej emisji i który przysparzał mi tylu pozytywnych wrażeń przez lata. Chwilami przyprawiał wprawdzie też o ból brzucha, czy umożliwiał gromki śmiech, dzięki przesadzie wylewającej się z ekranu. Ostatni, szósty sezon również zaliczył swoje wzloty i upadki, o których pisałem więcej w recenzjach pojedynczych odcinków na łamach Hatak.pl. Poszczególne teksty można odnaleźć pod poniższymi linkami:

6×01 Gone, Maybe Gone | 6×02 High Infidelity | 6×03 Dirty Rotten Scandals | 6×04-6×08 5 odcinków zbiorczo | 6×09 The Revengers | 6×10 New York I Love You XOXO

Pozwolę sobie również umieścić tutaj tekst, napisany na potrzeby finału produkcji, w całej jego okazałości.

Finałowy odcinek „Plotkary” to w zasadzie dwa odcinki w jednym. Ten satysfakcjonujący, odwołujący się do przeszłości i ukazujący przyszłość oraz ten, który zdradza nam, że końcowa scena poprzedniego epizodu wydarzyła się naprawdę.

New York I Love You XOXO” zaczyna się dokładnie w miejscu, w którym skończył się poprzednik. Chuck i Blair uciekają z miejsca tragicznego wypadku. Policja poszukuje Bassa Juniora, by zadać mu kilka pytań, jako że był jedną z ostatnich osób, które widziały Barta żywego. Młodzi kochankowie ukrywają się przed policją, aż z pomocą przyjdzie im Jack Bass. Wujek Chucka podsunie parze rozwiązanie, które pomoże im wymigać się od jakiejkolwiek odpowiedzialności. Tym sposobem jest zawarcie małżeństwa. „Żona nie musi zeznawać w sprawie męża”, więc byłoby to idealne wyjście z sytuacji. „To pokręcone, ale też bardzo… hmmm… (romantyczne)” mówi o tej propozycji sam Jack.

Takie rozegranie sprawy pokazuje, że pięknym i bogatym mieszkańcom Upper East Side wszystko naprawdę ujdzie na sucho. Po Chucku i Blair spływa zresztą jak po kaczce fakt, że mieli swój udział w śmierci Barta. Stawiając sprawę w ten sposób, utrudnia się widzowi kibicowanie bohaterom. Oglądając ich, jak od razu kombinują jak zataić swój udział w tragicznym wydarzeniu, tracimy sporą część szacunku, jakim mogliśmy ich darzyć. Wydaje się zresztą, że takie rozwiązanie tej sytuacji podyktowane jest krótkim czasem odcinka i próbą popchnięcia akcji do przodu, nie zważając na budowę postaci. Sądzę, że gdyby wydarzyło się to w innym momencie, ten wątek zostałby rozegrany inaczej, z większą korzyścią dla charakterów postaci.

Tu zresztą pojawia się główny problem finałowego odcinka. Cały wątek ze śmiercią Barta Bassa, przez sposób, w jaki go zaprezentowano w „The Revengers„, stanowi zwyczajnie ogromną ość, która staje widzowi w gardle i jest niezwykle trudna do przetrawienia. Trudno bowiem przejść do porządku dziennego nad jednym z najgłupszych i najbardziej tandetnych rozwiązań, które pojawiły się w tym serialu.

Niestety to właśnie należy zrobić, gdyż twórcy szybko przechodzą do właściwej części odcinka, która prezentuje już ciekawy poziom i przynosi niespodziewane rozwiązania. Druga część finału, od momentu, w którym wszyscy zbierają się razem, by spotkać się w MET – Muzeum Metropolitan, stanowi interesujące zawiązanie akcji. Zaskakujący jest w szczególności powód, dla którego wszyscy się tam zebrali. Ślub Chucka i Blair w jednym z najbardziej rozpoznawalnych miejsc Manhattanu nie jest chyba najrozsądniejszym pomysłem, gdy poszukuje ich policja. Do wydarzenia mimo wszystko dochodzi i wszyscy są bardzo szczęśliwi.

Najciekawszą częścią odcinka jest jednak ta, w której poznajemy prawdziwą tożsamość Gossip Girl. Rozwiązanie, które zeserwowali nam scenarzyści jest tyleż przewrotne, zaskakujące i niespodziewane, co rodzące wiele pytań. Głównym z nich pozostaje: jak mu się to wszystko udało?! Dla własnego dobra lepiej nie oglądać starych odcinków, gdyż zaserwowane rozwiązanie wydaje się być szyte grubymi nićmi. A jednak w dużym stopniu interesujące, satysfakcjonujące i scalające wszystkich bohaterów w ciekawy węzeł wzajemnych powiązań.

Druga część epizodu obfituje zresztą w więcej intrygujących momentów. Przewrotna i zaskakująca jest na przykład scena, w której pojawia się Kristen Bell, która od samego początku podkładała głos pod Gossip Girl. Jej obecność na ekranie stanowi intrygujące puszczenie oka w stronę publiczności. Jest ono tym większe, gdyż Bell towarzyszy Rachel Bilson, aktorka znana z poprzedniej produkcji Josha Schwartza, (pomysłodawcy „Gossip Girl”), czyli serialu „The O.C”. Cała scena to zwyczajnie świetne zagranie!

Dobrze sprawdziły się również kilkusekundowe sceny z udziałem starych znajomych, którzy zniknęli z produkcji kilka sezonów temu, ukazujące ich reakcje po ogłoszeniu tożsamości Gossip Girl. Zdziwienie na twarzach Loli, Vannessy, Juliet, czy Agnes wypada naturalnie i interesująco.

Ciekawa jest również sekwencja „Pięć lat później”, usiana interesującymi detalami, wiele mówiącymi o przyszłości postaci. Wyśmienita jest na przykład reklama przedstawienia, zatytułowanego „Ivy League”. Jest to adatacja teatralna powieści, napisanej przez Ivy Dickens o tym, co robiła na Upper East Side. Główne role grają natomiast Lola Rhodes i Olivia Burke. Drugim interesującym detalem jest torba, niesiona przez Jenny, z inskrypcją „J for Waldorf”. Nietypowe jest także zestawienie par, które uczestniczą w ślubie z finału odcinka. Jack i Georgina? Zaskakująco – całkiem do siebie pasują, ale co z jej dzieckiem? Lily ponownie jest z Williamem, a Rufus z piosenkarką Lisą Loeb, choć widać wyraźnie, że stosunki między nimi wyraźnie się poprawiły. Nate, prowadzący nadal NYSpectator, zastanawiający się nad kandydowaniem na burmistrza, przychodzi na spotkanie sam. Szczęśliwe małżeństwo Chuck i Blair, w których domu odbywa się uroczystość, zdają się prowadzić dostatnie życie rodzinne, z zadowolonym synkiem Henrym, który biega po pokoju, z uśmiechem na ustach.

Ciekawym jest, że przy przypomnieniu większości ważniejszych bohaterów, którzy przewinęli się przez wcześniejsze sezony serialu, twórcy celowo pominęli przedziwny wątek, który wprowadzili w sezonie numer 3. Mowa o Scottcie, czyli przyrodnim bracie Sereny i Dana, który mógłby stanąć na drodze ich szczęścia, bo przecież czymś przedziwnym jest branie ślubu między osobami, które są ze sobą w ten sposób skoligacone. Twórcy pewnie plują sobie w brodę, że wymyślili ten wątek, świadomie wrzucając go teraz w mroki zapomnienia.

Ostatnia scena unaocznia natomiast, że Danowi wreszcie powiodło się to, o czym zawsze marzył. Wreszcie, już prawdziwie i nieodwołalnie, jest „Inside”, wewnątrz środowiska Upper East Side, stając się mężem swojej pierwszej miłości, dla której tyle zrobił.

Co jednak znamienne, wyraźnie mówi się tutaj, że cała historia toczyć się będzie nadal. Finałowe zdania mówią bowiem o narodzinach nowej Gossip Girl, wyłaniającej się z nowego środowiska młodych bogatych Nowojorczyków.

Warto wspomnieć o wyśmienitym miksie muzycznym, który towarzyszył finałowi. Muzyka od początku stanowiła jeden z atrybutów produkcji, a finał potwierdził tylko umiejętność Alexandry Patsavas w wyszukiwaniu doskonałych utworów. Każda piosenka z ostatniego odcinka, przykuwała uwagę i cieszyła ucho. „Bonnie & Clyde” Great Northern, „It’s Time” Imagine Dragons, „Road to Nowhere” Release the Sunbird, „Body of Work” The Mynabirds, czy „You’ve got the love” Florence + the Machine brzmiały wyśmienicie.
(W temacie muzyki mocno polecam tę stronę, na której znajduje się dokładna rozpiska utworów, wykorzystanych w każdym odcinku).

New York I Love You XOXO” stanowi przedziwny odcinek, który w nietypowy sposób wieńczy serial, który przez lata rozbudzał tyle emocji. Ostatnie sezony prezentowały jednak tak zróżnicowany poziom i obfitowały w wątki tak zbliżone do rozwiązań telenowelowych, że zdecydowanie nastał czas tej produkcji. Gdyby serial skończył się szybciej, pewnie chętniej by się do niego wracało. Teraz, po tylu wzlotach i upadkach, powroty wydają się już mniej prawdopodobne.

Na zakończenie nie pozostaje jednak nic innego, jak powiedzieć: Żegnaj Nowy Yorku, żegnaj Gossip Girl. Stanowiłaś nielada rozrywkę, choć bywały momenty, gdy z trudem się do Ciebie wracało. Jednak wiedz, że Cię Kochaliśmy. XOXO :P

 
1 komentarz

Napisane w kategorii TV Shows

 

WhatUp, TV shows?!

14 paź

Nowy sezon serialowy rozpoczął się już na dobre. To chyba dobra okazja, by przytoczyć kilka słów o premierowych odcinkach różnorodnych seriali, które znajdują się w moim grafiku tej jesieni.

Gossip Girl (sezon VI)

Gone Maybe Gone” składa się z dobrych, jak i słabych momentów. Na szczęście przez większość czasu prezentuje poziom wyższy niż ten, którym twórcy raczyli nas w sezonie piątym. Niestety, niektóre rozwiązania pokazują, że nie naprawili jeszcze wszystkich błędów, które leżały u podłoża słabego poziomu poprzedniej serii. Jeśli uda im się wyrzucić nieciekawe wątki, pozostawiając te ciekawsze, jest jeszcze szansa dla tej produkcji. Na razie – jest nieźle, ale mogło być lepiej.

Pełny tekst po kliknięciu w zdjęcie.

 

How I met your mother (sezon VIII)

Scenarzyści po raz kolejny zwodzą widza, bawiąc się z nim w kotka i myszkę. Teoretycznie pokazują do czego zmierza historia, ale potem bardzo szybko zasiewają ziarno niepewności, każąc domyślać się czy mówili prawdę. Powoli zaczyna się to robić nieco męczące, gdyż niczego nie można być pewnym w wątku głównym. Dlatego też bardziej podobają mi się odcinki niezwiązane z główną historią. Ten jest zaś związany z nią w znaczący sposób. Na szczęście twórcy wciąż dają nam kilka całkiem zabawnych momentów.

Pełny tekst po kliknięciu w zdjęcie.

 

Family Guy (sezon XI)

Into Fat Air” to odcinek, jakich wiele w serialu – zbiór różnorodnych gagów i mini-scenek, połączonych ze sobą większą fabułą. Tym razem pretekstem do żartów są zmagania Griffinów, którzy postanowili utrzeć nosa „wspaniałej”, wywyższającej się rodzinie byłego chłopaka Lois. By to uczynić, postanawiają zmierzyć się z Fischmanami podczas wyprawy na Mount Everest.

Pełny tekst po kliknięciu w zdjęcie.

 

PS. Słów kilka o czwartej serii „Glee” oraz premierowym serialu: „Elementary” – coming soon!

 
Brak komentarzy

Napisane w kategorii TV Shows

 

„Follow That Limo!”

27 maj
Najnowszy sezon "Gossip Girl" zaliczył znaczny spadek formy. Już początek sezonu wypadł mniej przekonująco niż zwykle, jednak odcinki do przerwy świątecznej dało się jeszcze oglądać (do gustu przypadł mi w szczególności wątek książki Dana). Niestety, odkąd serial wrócił do ramówki w 2012 roku, widzów czekała tylko spirala przesady, która z tygodnia na tydzień zataczała coraz większe kręgi.


Czego w tym roku doświadczyliśmy? Dostaliśmy: ciążę i problemy z prawdziwą tożsamością ojca dziecka, dziwny wypadek samochodowy, poronienie, kontrakt z Bogiem, by zachować przy życiu ukochanego, ślub z Księciem i natychmiastową(!) chęć rozwodu, fałszywe matki, zmartwychwstałych ojców, przyrodnie siostry*, dziewczyny podające się za przyrodnie siostry, różne zamienniczki Gossip Girl i wiele innych kuriozalnych pomysłów. Nietrudno zauważyć, że w najnowszym sezonie "Gossip Girl" dość poważnie zbliżyło się do poziomu absurdu "Mody na Sukces", czy innych tandetnych telenowel. 

U podłoża problemu leży chyba fakt, że twórcy zaczęli pisać scenariusze kolejnych odcinków jedynie na zasadzie "shock-value" – wyszukując elementy, które zaskoczą, zszokują widza. Nieważna jest motywacja bohatera, czy spójność jego charakteru. To sprawa drugorzędna. Najważniejsze jest wywołanie krótkotrwałego zaskoczenia, które oczywiście w następnym tygodniu musi być przebite czymś jeszcze mocniejszym. Bardziej nieoczekiwanym i zaskakującym. Niestety, idąc tym tropem twórcy zapędzili się w kozi róg. Coraz mniej zależy nam na bohaterach, gdyż zachowują się irracjonalnie i niespójnie z tym, co robili i mówili jeszcze kilka odcinków wcześniej. A kolejne "zwroty akcji" powodują jedynie przewracanie oczami, bądź wzruszenie ramion. Szkoda, bo to był kiedyś taki przyjemny serial. 

Na szczęście ostatni odcinek wypadł całkiem przyzwoicie. Było w nim sporo ciekawych scen, które w bezpośredni sposób odnosiły się do wydarzeń z przeszłości. Kilkoro bohaterów znów zaczęło zachowywać się tak, jak kiedyś, a niektóre rozwiązania rzeczywiście zaskakiwały. Mowa tu w szczególności o zachowaniu Barta oraz jego rozmowie z Chuckiem na dachu Empire. Ten bohater znów staje się "Głównym Złym", przeciwko któremu trzeba walczyć. 
Wydaje się też, że Blair przestała oszukiwać samą siebie i znów przyznała się do uczucia, którym darzy Chucka. Chciałoby się rzec – wreszcie. I tak wiedzieliśmy, że wszystko do tego zmierza. Twórcy zupełnie niepotrzebnie kazali jej wplątywać się w związki bez przyszlości, które pokazywały tylko niestabilność uczuciową bohaterki. 
Dobrze wypadły też sceny bezpośrednio odwołujące się do tych, które oglądaliśmy w pierwszym odcinku serialu. Zaskakuje wprawdzie podobieństwo zachowań niektórych bohaterów. Wydawać by się mogło, że pojedyncze postacie diametralnie się zmieniły przez ostatnie lata, ale najwyraźniej niektóre rzeczy zawsze pozostaną podobne. Serena popełnia ten sam błąd, co sześć lat temu – przesypia się z chłopakiem najlepszej przyjaciółki, po czym ucieka z miasta. Czy niczego się nie nauczyła? 


Wydaje się, że zdanie: "Im bardziej rzeczy się zmieniają, tym bardziej pozostają takie same" świetnie kwituje ostatni odcinek piątego sezonu. "The Return of the Ring" tak naprawdę dużo bardziej pasuje do starego klimatu serialu, niż cały piąty sezon, który wystawił cierpliwość widzów na porządną próbę. Aż do stopnia, w którym poważnie zaczęli się zastanawiać nad porzuceniem produkcji.

Dużym problemem pozostaje jednak fakt, że ten epizod wydaje się być czymś wyjątkowo spóźnionym. Na oko patrząc – o jakieś trzy lata. W tym odcinku powracamy bowiem mniej więcej do punktu wyjścia, który poznaliśmy trzy sezony temu. Zestawienie par jest podobne, problemy rodzinno-personalne też. W odcinku pojawia się nawet Gabe Saporta – lider zespołu Cobra Starship. Saporta w 2009 roku zaprosił do współpracy Leighton Meester, czyli serialową Blair, by wspólnie z nim zaśpiewała utwór "Good Girls Go Bad". Jego pojawienie się w "The Return of the Ring" tym bardziej odsyła właśnie do drugiego i trzeciego sezonu serialu. Wydaje się wręcz, że zatrudniając wokalistę, twórcy chcieli pokazać, że zdają sobie w pełni sprawę z wyprodukowania odcinka, który powinien był ujrzeć światło dzienne dużo wcześniej. Że świadomie powracają do momentu, gdy serial budził jeszcze pozytywne emocje. Rozumiem ich chęć wymazania zdarzeń z ostatniego roku, zamiecenie ich pod dywan i próbę powrotu do "starych, dobrych czasów", gdy serial oglądało się jeszcze z przyjemnością. Uważam jednak, że nie da się tak łatwo zapomnieć i wybaczyć pojawienia się ogromnej liczby błędów, które popełniono w ostatnim roku. Były zbyt duże i zbyt kuriozalne. Słaby poziom widać jeszcze wyraźniej, gdy zestawi się go z nieco ciekawszymi historiami, które pokazano w ostatnim odcinku, bezpośrednio odwołując się i cytując wydarzenia z czasów świetności serialu. 

Jeden lepszy odcinek wiosny wprawdzie nie czyni, ale może istnieje jeszcze cień szansy, by serial powrócił na przyzwoity poziom? Wiadomo już, że powstanie kolejny, krótszy, 11-odcinkowy sezon, który ma zakończyć wszystkie wątki serialu. Czy będzie to zakończenie w starym stylu? Czy jest jeszcze szansa na rehabilitację zszarganej reputacji serialu? Mam szczerą nadzieję. 

PS. * Warto zwrócić uwagę na fakt, że ten wątek jest wyjątkowo wtórny, bo przecież od paru sezonów wiemy już o przyrodnim bracie Dana i Sereny – Scottcie. Po co wprowadzać nowy wątek przyrodniego rodzeństwa, skoro jeden istnieje już od dawna?!

 
Brak komentarzy

Napisane w kategorii TV Shows

 

New season has begun!

28 wrz
Nowy serialowy sezon uważam za rozpoczęty! Premierę miało już większość znaczących się dla mnie produkcji, a ja chętnie podzielę się moimi uwagami po obejrzeniu kilku z nich. :)

"Glee(sezon III)
Serial powrócił na bardzo przyzwoitym poziomie. Choć zabrakło BUM!, pierwszy odcinek oglądało się z nieskrywaną przyjemnością.
Dostaliśmy bowiem idealny miks "dramatycznej" treści i przebojowych piosenek, przypominający dobre dni tej produkcji.

Większość bohaterów nie zmieniła się po wakacjach, jednak jedna osoba przeszła diametralną metamorfozę. Mowa o Quinn, która z grzecznej dziewczynki przeobraziła się w punkówę. Zrezygnowała z Chóru, nie chce wracać do Cheerleaderek i reprezentuje obecnie postawę: "Mam to gdzieś". Ciekawe co z tego wyniknie w przyszłości.

Pierwsze sceny przyniosły też wyjaśnienie dla zmian obsadowych. Chord Overstreet (Sam) i Ashley Fink (Lauren) nie przedłużyli swoich kontraktów, dlatego "wypadli" z serialu. Nieobecność Sama wyjaśniono ofertą pracy ojca w "w innym stanie", a Lauren po prostu… zrezygnowała z chóru. No i tyle ich widzieliśmy!
Nowym stałym członkiem obsady oraz samych New Directions został natomiast Darren Criss (Blaine), dzięki czemu będziemy oglądać go dużo częściej niż poprzednio.

Na uwagę zasługuje też fakt, że Will i Emma mieszkają razem, a nawet sypiają w jednym łóżku. Kto by pomyślał? ;) :P

Fabuła pozostaje jednak taka, jak zawsze: Sue próbuje zniszczyć Willa i Glee. Zmienia się jedynie sposób walki. Tym razem kandydadka do Parlamentu Sue Sylvester wytoczyła wojnę z Programem Sztuk Wszelakich we wszystkich ogólniakach. Czyli to, co zwykle, tylko na nieco wyższym szczeblu (państwowym). ;)
Pod względem wydarzeń, "The Purple Piano Project" podkłada więc fundamenty pod interesujące rozwinięcie poszczególnych wątków w przyszłości.

Cieszy dobór muzyki. "We got the Beat" jest tak w stylu dokonań New Directions, że miałem wrażenie, że Chór już wcześniej śpiewał tę piosenkę. Utwór zdecydowanie wyzwala pozytywną energię! Tak trzymać! :D

Dobrze brzmi też evergreenowa piosenka "It’s Not Unusual", w wykonaniu Darrena, czy "You can’t stop the beat", pochodzące z musicalu "Hairspray".

Ogólnie rzecz biorąc – w premierowym odcinku działo się sporo, a historia została poprowadzona w ciekawy sposób. Dzięki temu znów jestem w pełni na tak! Mam nadzieję, że podobny poziom utrzyma się na dłużej. 
Glee is back! :D

"Gossip Girl(sezon V)
Jeśli miałbym określić premierowy odcinek nowego sezonu "Gossip Girl" jednym słowem, byłoby to "nietypowy".
Serial podążył bowiem w nieco innym kierunku, niż ten do którego przyzwyczaiły nas poprzednie sezony.

Po pierwsze – akcja przeniosła się chwilowo na Zachodnie Wybrzeże, wprost do słonecznej Kalifornii i pełnego Gwiazd Hollywood. To tam Serena rozpoczęła pracę na planie filmowym, a Chuck i Nate odpoczywają, odreagowując stresy poprzedniego roku.

Chuck jest w fazie "Yes Mana", (nota bene – bardzo przyjemna komedia. Taka na 7/10;) ), co oznacza, że zgadza się na wszelkie propozycje, które pojawią się na jego drodze. Odreagowuje tym samym "letting go" Blair, i na razie nieźle na tym wychodzi. A przynajmniej sam tak twierdzi. ;)

Nate wraca natomiast do starych zwyczajów sypiania ze starszymi kobietami. Tym jednak razem to kobieta uwiodła jego, a nie na odwrót. Nota bene – uwodzicielkę gra Elizabeth Hurley, co jest ciekawym zagraniem castingowym. Dodatkowo wszystko wskazuje na to, że bohaterka ma jakiś "większy powód" dla znajomości z Archibaldem. Ciekawe o jaką intrygę chodzi tym razem?

Po drugie – ślub Blair. Szczerze mówiąc – ten wątek nadal mnie zaskakuje, gdyż nie mogę w pełni uwierzyć, żeby B. naprawdę już chciała wychodzić za mąż, na dodatek za ‚jakiegoś’ Księcia Monako. Coś czuję, że rewelacja z końca odcinka dość szybko to zmieni. ;)

Po trzecie – najbardziej zaskakuje mnie jednak, że uczucie pomiędzy Danem i Blair było na serio! Miałem bowiem wrażenie, że scenarzyści powoli zamykali ten pomysł w zeszłym sezonie, po chwilowej wzajemnej fascynacji tych dwojga. Najwyraźniej jednak brną dalej w swoją koncepcję "każdego z każdym", pomijając fakt, iż jest to zupełnie "out of character" dla Dana. No nic – pożyjemy, zobaczymy, co im z tego wyniknie!

Odcinek jest więc "nietypowy", bo takie właśnie są zachowania niektórych bohaterów – nie do końca pasują do tego, czego się o nich wcześniej dowiedzieliśmy. 
Pozostaje jednak mieć nadzieję, że scenarzyści wiedzą, co robią i że rozsądnie rozwiną wątki naszych ulubionych postaci. Wydaje się, że tym odcinkiem chcieli po prostu zaznaczyć, że "ludzie się zmieniają".

Premierowy epizod mimo wszystko dobrze mi się oglądało, choć wydarzenia nie porywały już tak mocno, jak kiedyś. Jestem jednak ciekawy, jak rozwinie się ten sezon. Na razie jest zwyczajnie OK. Nie na poziomie pierwszych dwóch serii, ale lepiej niż w męczącej drugiej połowie "trójki", do której dotąd się nie przekonałem.
Na pewno jest też dużo ciekawiej niż w przeciętnym "90210", co teraz widać tym wyraźniej, że akcja rozgrywa się w "the same zip code". ;)

+ "New Girl"
Muszę przyznać, że w nowym sezonie, najbardziej cieszyłem się na powrót mojego nowego ulubionego serialu komediowego, czyli "Cougar Town". Jakież było moje zdziwienie, kiedy okazało się, że nie wraca on do ramówki ani we wrześniu, ani w październiku, a dopiero w połowie listopada. 
Produkcja Billa Lawrence’a epatuje doskonałym humorem i zawsze przysparza wielu przyczynków do uśmiechu, dlatego tak cieszyłem się z jej powrotu. A tu okazuje się, że trzeba czekać. :(

W poszukiwaniu podobnych wrażeń, dałem więc szansę debiutanckiemu sitcomowi stacji Fox, z Zooey Deschannel, gwiazdą doskonałego "(500) Days of Summer", w roli głównej. W serwisie iTunes można było bowiem ściągnąć pilotażwy odcinek "New Girl" za darmo. Skusiłem się więc na tę ofertę. (W końcu w podobny sposób w zeszłym roku poznałem świetnego "Family Guya").
Moje wrażenia po pilocie prezentują się następująco:

"New Girl" jest jak typowy sitcom, pozbawiony jedynie śmiechu z offu.
W pierwszych scenach poznajemy Jess – miłą dziewczynę, która chcąc sprawić niespodziankę swojemu chłopakowi, przyjeźdza do wspólnego mieszkania całkiem nago. Problem w tym, że on już jest tam całkiem nago… z kim innym. Jess nie pozostaje więc nic innego, jak z nim zerwać. I poszukać własnego lokum. Traf chce, że odpowiada na ogłoszenie trzech facetów, którzy na wieść, że jej koleżanki są modelkami, z ogromną chęcią przyjmują ją pod swoje progi. Tak zaczyna się ich wspólna, "nietypowa" koegzystencja.
Słowo "nietypowa" celowo zapisałem w cudzysłowiu, gdyż pilot nie pokazał nic, czego nie widzielibyśmy już wcześniej, na dodatek przedstawionego sprawniej i ciekawiej. Wszystko już kiedyś było.

Żródłem humoru są więc różnice między płciami, ograne już z każdej strony w innych sitcomach. Oczywiście ukazane są w wyjątkowo stereotypowy i uproszczony sposób. Ona będzie więc płakać w niebogłosy, oglądając "Dirty Dancing", a oni (nieumiejętnie) podrywać "wszystko, co się rusza", czy po prostu nie kontrolować swojej wrogości wobec słów kobiet.
Dowcipy o podtekście seksualnym, których przecież pełno w serialach komediowych podobnej treści, brzmiały tu wyjątkowo dosadnie i zupełnie nieśmiesznie. Możliwe, że to przez sztuczny sposób, w jaki zostały wypowiedziane.

Aktorzy wypadają bowiem nienaturalnie. Brakuje im lekkości, zachowują się w ‚wyuczony’, nieprawdziwy sposób. Nie dość, że ich bohaterowie nie posiadają głębi, to na dodatek są sztywni i niebudzący sympatii. 
Jest to zaskakujące, gdyż niektórzy członkowie obsady sprawdzili się przecież świetnie w innych produkcjach. Zooey Deschanel wypadła wyjątkowo ciekawie w "(500) Days of Summer", a Max Greenfield sprawdził się jako Deputy Leo w "Veronice Mars". Tam jednak pomagał im świetny scenariusz oraz pełen profesjonalizm obsady i ekipy filmowej, tutaj natomiast otacza ich przeciętność.

W trakcie trwania pilota nie uśmiałem się ani razu, a lekki uśmiech zawitał na mojej twarzy może w jednym momencie. Przez większość czasu byłem raczej zaskoczony niskim poziomem produkcji. 
Jeśli darmowa próbka miała mnie przekonać, bym na dłużej zasiadł przed telewizorem, to niestety nie spełniła swojego zadania. 
Ciekawe, jak serial poradził sobie w prawdziwej emisji. Oceniając po pilocie, nie dotrwa do końca sezonu.



Tym razem tyle! W najbliższej przyszłości planuję opisać też premiery pozostałych oglądanych przeze mnie seriali, także Stay Tuned! ;)
 
Brak komentarzy

Napisane w kategorii TV Shows

 

OMFGG(S)

18 cze
Hi there Upper East Siders!


Właśnie skończyłem oglądać najnowszy sezon "Gossip Girl" i muszę powiedzieć, że serial znów jest w świetnej formie! Najnowsza odsłona poprawiła większość błędów, popełnionych w najsłabszej odsłonie trzeciej i teraz każdy odcinek przynosi ogromną porcję dobrej rozrywki.
Co prawda ten serial bywa czasami mocno przekombinowany i zahaczający o rozwiązania czysto telenowelowe, jednak robi to w wyjątkowo umiejętny i jakże przyjemny sposób. To taki Guilty Pleasure na poziomie! :)
Josh Schwartz doskonale radzi sobie z taką formułą, dlatego jego seriale świetnie się ogląda.

Mój werdykt po pierwszych dziesięciu odcinkach nowej serii brzmiał: "Jest dobrze!". Szybko jednak uświadomiłem sobie, że powinien raczej brzmieć: "Jest bardzo dobrze!", gdyż sposób prowadzenia intrygi w sezonie czwartym znów stoi na wysokim poziomie. Cieszę się więc, że teraz, po pełnym sezonie, mogę tylko potwierdzić tę opinię i wystawić nowym odcinkom znak jakości.

"Plotkara" nie jest wprawdzie produkcją wysokich lotów, ale jako czysty rozluźniacz, znów sprawdza się znakomicie. 

W nowej porcji odcinków sporo się dzieje. Trudno byłoby opisać wszystkie wydarzenia, dlatego skupię się na najważniejszych:
1. Romans Sereny z Benem, czyli kontynuacja wątku rodziny Juliete. A przy okazji maglowanie kwestii policyjnego oświadczenia (Alpha David), na wszystkie możliwe sposoby.
2. Niespodziewana przyjaźń Dana i Blair. Wątek zbliżania się do siebie tej dwójki bohaterów, jest wyjątkowo ciekawie poprowadzony. Ich przyjacielska relacja rozwija się powoli, a całość zahacza oczywiście także o romantyczne uczucia, które mogły zrodzić się w tej dwójce, podczas częstszego kontaktu. Twórcy dobrze wybrnęli z tego pomysłu, niejako obchodząc dołączenie tej pary do relacji "każdy z każdym".
3. Thorp Industries i Reina Thorp. Do NYC sprowadza się familia Thorpów, która chce przejąć rodzinną firmę Chucka. Oczywiście nowi bohaterowie posiadają mroczne pobudki dla tego czynu. Nie przeszkodzi to jednak córce biznesowego rywala wdać się w gorący romans, najpierw z Chuckiem, a później Natem.
4. Przyjazd kuzynki Charlie. Nowa rodzinna postać, która wprowadzi trochę zamieszania w stosunki między wszystkimi bohaterami. Dziewczyna przypomina Serenę i skrywa jakąś tajemniczą chorobę, która oczywiście w odpowiednim momencie wyjdzie na jaw, i przyczyni się do małej dawki problemów.
5. Blair’s Fairy Tale, czyli Książe z Monako. Nic dodać, nic ująć!

Warto też wspomnieć, że w sezonie czwartym rzadziej oglądamy Vannessę i Jenny, co pozytywnie wpłynęło na serial. Ekscesy z ich udziałem, (w szczególności tej drugiej), stały się bowiem w pewnym momencie tak przesadzone, że dobrze, że chwilowo pozbyto się tych postaci.

Sezon czwarty jest dużo spójniejszy od poprzedniego. Posiada też dużo ciekawsze zakończenie. Nie takie, które przekreśla wydarzenia poprzednich odcinków, ale takie które w intrygujący sposób je uzupełnia. A na dodatek każe zastanawiać się co przyniesie przyszłość. Mam szczerą nadzieję, że sezon piąty (podobno ostatni), utrzyma dobrą passę "czwórki" i przysporzy kolejnych momentów do szczerego uśmiechu.

Tymczasem:
XOXO till the Fall!

PS. OMFGG(S)= One More Fine Gossip Girl Season ;)
PS2. Obiecałem sobie, że do recenzji najnowszej serii dokleję listę koneksji na liście "każdy z każdym" i oto Przed państwem "Miłosna Tabela". ;) Enjoy!
[EDIT: Moja wersja pojawi się później, tymczasem daję Wam plakat reklamujący finał sezonu, poświęcony dokładnie temu zagadnieniu ;) ]

 
Brak komentarzy

Napisane w kategorii TV Shows

 

The One With Other Shows #2: Mid-season news

31 sty

(Czyli: kilka słów o rozpoczętych w tym sezonie serialach oraz ich najnowszych odcinkach (do połowy sezonu)). 

Cougar Town (sezon II)
Odkąd serial odnalazł nowy pomysł na swoją fabułę pod koniec "jedynki" i zaczął w większym stopniu skupiać się na interakcjach Jules z rodziną i znajomymi, stał się dużo ciekawszą produkcją. Teraz kolejne odcinki ogląda się znakomkcie, gdyż przysparzają ogromnej dawki humoru. Za każdym razem. :) Poprzednio zależało to od odcinka, a teraz dosłownie każdy epizod wypełniony jest do granic możliwości świetnymi i różnorodnymi dowcipami.
Jakakolwiek dawka "Cougar Town" w nowym formacie, w szybkim tempie poprawia humor. I o to chodzi! :D

Z ciekawostek należy wymienić: pojawienie się jednej z Przyjaciół: Jennifer Anniston, która gra tutaj specyficzną terapeutkę Jules, (dobry występ, ale Kudrow chyba lepsza!); oraz bardzo ciekawy zabieg stylistyczny: na planszy tytułowej każdego odcinka pojawia się inny, zabawny tekst, odnoszący się do pomysłu zmiany nazwy serialu, który pojawił się po zakończeniu pierwszego sezonu. Uznano wtedy, że skoro cała fabuła jest inna niż na początku, to sama nazwa też powinna się zmienić. Ostatecznie pomysł upadł. Dało to jednak przyczynek dla intrygujących plansz tytułowych. Pierwszą z nich jest: "(Still) Cougar Town", a najzabawniejszymi: "(All I want for Christmas is new title for) Cougar Town" oraz "(It’s OK to watch a show called) Cougar Town". Oby tak dalej! :)

Werdykt: Jest bardzo dobrze!

Gossip Girl (sezon IV)
Pierwsze dziesięć odcinków nowego sezonu "Gossip Girl" pokazuje, że serial wrócił do dobrej formy. Jest tu ciekawiej niż w przekombinowanym sezonie trzecim. Widać, że twórcy wyciągnęli wnioski z błędów przeszłości. 
Najlepiej ilustruje to przykład nowej drugoplanowej postaci. Juliet Sharp jest studentką Columbii, która za wszelką cenę chce zrujnować życie Serenie. Z tego powodu podejmie się wszelkich możliwych kroków, by odsunąć od niej najbliższe osoby i nadwyrężyć jej reputację. 
Najciekawsze jest jednak, że do samego końca nieznane są motywacje działania dziewczyny. To powoduje, że jej pomysły wydają się dziwniejsze i bardziej zaskakujące.
Dużym plusem pojawienia się Juliet jest fakt, że ta postać przewija się przez wszystkie odcinki, a nie znika zaledwie po kilku epizodach, jak to bywało w przeszłości.

Pozytywną zmianą jest również to, że Serenie udaje się… z nikim nie przespać. A to, proszę Państwa, nazywa się rozwój! ;)

Plusem jest także brak Jenny w większości odcinków. Jej "spiraling out of control" było dość ekstremalne ostatnimi czasy, więc miło było od niej odpocząć. ;)

Cieszę się również, że twórcy wyciągnęli wnioski z "O.C" i postanowili uratować (czyt. nie uśmiercać) Chucka. Ten serial byłby zdecydowanie inny bez niego, więc dobrze, że ktoś "poszedł po rozum do głowy". Mam wrażenie, że nikt nie traktował tego pomysłu na poważnie, a twórcy chcieli tylko wprowadzić nas w stan: "Czy oni naprawdę to zrobili?!". 

OK – miało być krótko, więc nie wchodzę w większe szczegóły. ;)
Werdykt: Jest dobrze!

Royal Pains (sezon II)
Serial utrzymuje dobrą passę w byciu produkcją "lekką, łatwą i przyjemną".
Sezon drugi jest na tym samym, dobrym poziomie, co "jedynka", dzięki czemu nadal bardzo przyjemnie się go ogląda.

W nowej porcji odcinków poznajemy Eddie R. Lawsona, ojca Hanka i Evena. Choć gra go Henry Winkler, czyli Fonzie z serialu "Happy Days", a fakt wprowadzenia do fabuły nowego członka rodziny, uważany jest za element, przez który seriale "przeskakują rekina", produkcji stacji USA udało się tego uniknąć. Eddie dobrze wkomponowuje się w historię i przysparza odpowiedniej dawki "family drama". Sam Winkler natomiast dobrze wypada na ekranie.

"Dwójka" nie przynosi żadnej rewolucji. Moje uwagi względem "jedynki" idealnie więc pasują także do opisu nowych odcinków. Z tego powodu nie będę się już rozwodzić nad tym serialem.

Werdykt: Jest bardzo dobrze! 

Glee (sezon II)
Drugi sezon ma bardzo nierówny poziom. Obok świetnych odcinków, (chociażby "Britney/Brittany", czy "Rocky Horror Glee Show"), dostajemy te zwyczajnie nudne ("Grilled Cheesus", czy przeciętne "Never Been Kissed"). Wieloodcinkowe wątki znów nie w pełni się ze sobą kleją. Nieco przeszkadza mi także zbyt duże postawienie na Matthew Morrisona, (Mr. Shue), który coraz częściej kradnie "dzieciakom" występ ("Toxic", czy "Umbrella/Singing in the rain"*).

Mimo tych uchybień i słabszych momentów, "Glee" nadal pozostaje bardzo energetycznym, zabawnym i pozytywnym serialem. Dzięki Bogu – bohaterowie nadal świetnie śpiewają!

Na dobór piosenek także nie można narzekać. W dotychczasowych dziesięciu odcinkach pojawiają się bowiem takie ciekawe utwory, jak "LuckyMraza (!! :D), "Billionaire" Traviego McCoya, "River Deep – Mountain High" Ike’a i Tiny Turner (dotąd mi nieznane), "Valerie" The Zutons/Amy Winehouse, największe hity Britney Spears, czy melodie z musicalu "Rocky Horror Picture Show".

Najlepszym i najbardziej zapadającym w pamięć kawałkiem jest natomiast "Umbrella/Signing in the rain", w wykonaniu Matthew Morrisona i Gwyneth Paltrow. *Sam utwór ogromnie mi się podoba, natomiast okoliczności jego pojawienia już nie. Nie miałbym nic przeciwko temu, że Matthew Morrison tu śpiewa, gdyby nie fakt, że a) tuż przed tą sceną Mr. Shue mówi: "znalazłam sposób, żeby przekonać dzieciaki(!) do śpiewania "Singing in the rain"’, b) cały odcinek kręci się wokół tego, że nauczyciel jest chory, a tu nagle wyskakuje i śpiewa w strugach deszczu(!). Denerwuje mnie ta niekonsekwencja twórców. Zwłaszcza, gdy pojawia się na przestrzeni jednego odcinka.

Na plus należy zaliczyć natomiast gościnne występy gwiazd. John Stamos i Gwyneth Paltrow doskonale wypadają na ekranie, i widać jak świetnie bawili się na planie. Ich dobre samopoczucie udziela się widzowi, dzięki czemu ich występ wypada interesująco.

Świetnie sprawdza się także Dot-Marie Jones jako Coach Beiste – żeński odpowiednik Kena Tanaki.
Sue Sylvester i jej doskonałe docinki również nie zawodzą. ;)

Wychodzi na to, że "Glee" znów kuleje na jednym, bardzo ważnym froncie – scenariuszu. Historia jest po prostu niekonsekwentna, nawet w obrębie pojedynczego odcinka. To natomiast odbiera sporo z przyjemności oglądania. Po raz kolejny najlepsze są odcinki tematyczne, skupione na konkretnym artyście, bądź musialu.

Może trochę marudzę, ale mam ogromną nadzieję, że twórcy "Glee" napotkają wreszcie na swojej drodze dobrego scenarzystę. To pozwoli im pełniej wykorzystać potencjał tego serialu!

Werdykt: Jest OK!

(W temacie "Glee" warto też wspomnieć o trzech Złotych Globach, które serial zdobył w tym roku! Nagrody powędrowały do: Jane Lynch (w pełni zrozumiałe!), Chrisa Colfera (Kurt to rzeczywiście dobra postać) oraz najlepszego serialu komediowego(!), (mimo swoich uchybień, "Glee" rzeczywiście bardzo poprawia humor!)).

Tyle w kwestii seriali. Do usłyszenia/napisania pod koniec sezonu. :)

PS. Nie rozpocząłem jeszcze nowych serii: Desperate HousewivesGrey’s AnatomyChucka i How I met your mother. Zbliżam się natomiast do decyzji o rozpoczęciu Being HumanSkinsów (brytyjskich!), bądź Vampire Diaries. Zobaczymy jednak co z tego wyniknie. ;)
PS2. W styczniu oglądałem głównie "Family Guy’a", który nieprzerwanie trzyma wysoki poziom, (obecnie jestem w piątym sezonie). Serial ciągle jest zabawny, kontrowersyjny i szokujący. Dzięki temu wyśmienicie mi się go ogląda. :) (Ostatnio duże wrażenie zrobiła na mnie ta scena). :)

 
1 komentarz

Napisane w kategorii TV Shows

 

The Confession

10 paź

Jakiś czas temu odkryłem stronę internetową MyEpisodes.com. Pozwala ona być na bieżąco ze wszystkimi terminami premier najnowszysch odcinków oglądanych seriali, jak również oferuje bardzo ciekawą funkcję nazwaną: "Time I’ve wasted". System w szybki sposób podlicza wszystkie obejrzane odcinki i mówi człowiekowi jaką część swojego życia spędził przed telewizorem/komputerem, zapatrzony w życie swoich ulubionych serialowych postaci.

W tym wpisie chciałem zaprezentować wszystkie oglądane przeze mnie seriale, których oglądanie zajęło mi łącznie*: 2 miesiące, 3 tygodnie i 20 godzin.
Swoją drogą będzie to też wersja 2.0 wpisu, którym reaktywowałem działalność swojego bloga w listopadzie 2008.

NEW(EST) SHOWS

 

Glee
Objawienie zeszłego serialowego sezonu, choć posiada kilka wad, to dzięki ciekawym aranżacjom znanych hitów, doskonale śpiewającej obsadzie i karykaturalnym postaciom, zdecydowanie daje radę i powala widzów swoją pozytywną energią!
No i ta Jane Lynch jako Sue Sylvester! :)

Cougar Town 
Komediowe spojrzenie na kryzys wieku średniego. "40-tka to nowa 20-tka" i te klimaty. Jules Cobb stara się na nowo przeżyć swoją młodość, co prowadzi do ciekawego zestawienia tego, co wypada jej robić, z tym, co rzeczywiście robi.
Specyficzni, zabawni bohaterowie i powrót Courtney Cox do komediowych korzeni. Choć mogłoby się wydawać, że temat nie jest pierwszej świeżości, to jego intrygujące wykonanie, pokazuje, że jeszcze nie wszystko zostało powiedziane.

Chuck 
Zwyczajny "nerd", pracujący w sklepie elektronicznym, przez przypadek staje się posiadaczem wszystkich rządowych sekretów. Zestawienie jego rutynowego życia z nowymi obowiązkami, rodem ze świata agentów specjalnych, daje bardzo zaskakujące efekty i tworzy intrygującą fabułę. Dodatkowo pełno tu odwołań do science-fiction, gier i komiksów, a także szeroko rozumianej kultury popularnej.

Royal Pains 
Wakacyjny serial, opowiadający o "concierge doctor" – lekarzu, który przyjedzie do domu i na miejscu wykona wszystkie niezbędne zabiegi. Z tego powodu Hank Lawson ma w sobie coś z McGayvera, gdyż niektóre sprzęty ratujące życie potrafi stworzyć ze zwykłych przedmiotów domowych. Oprócz ciekawych przypadków medycznych, intrygują także relacje lekarza z rodziną i znajomymi. Najzabawniejszym elementem tego przyjemnego serialu jest natomiast brat głównego bohatera – człowiek ze smykałką do interesów i burzą niecodziennych pomysłów.

True Blood 
Wampiry są wśród nas! Dzięki syntetycznej krwi, stworzonej przez Japończyków, mogą żyć tak, jak normalni ludzie. Oczywiście niektóre preferują swój stary tryb odżywiania, co z wiadomych względów budzi zastrzeżenia ludzi. W dotychczasowych dwóch sezonach (trzeci jeszcze przede mną) najciekawszym wątkiem w mojej opinii były zmagania wampirzej braci z Kościołem Fanatyków, pod wdzięczną nazwą: Fellowship of the Sun.
Ta produkcja posiada bardzo ciekawy, mroczny klimat oraz intrygujących bohaterów, dzięki czemu wyśmienicie się ją ogląda.

OLD(ER) SHOWS

Heroes 
Zwykli ludzie, którzy odkrywają, że posiadają nadprzyrodzone zdolności, to bardzo ciekawy, choć niekoniecznie innowacyjny, koncept. Pierwszy sezon "Herosów" pokazał jednak, że z takiego tematu można naprawdę wiele wyciągnąć. "Jedynka" jest bowiem doskonale napisana, a kolejne odcinki ogląda się z dużym zaangażowaniem. Niestety później poziom meandruje – obok bardzo dobrych epizodów są te zwyczajnie kiepskie. Choć "czwórka", którą obecnie oglądam, jest już zbliżona do poziomu "jedynki", to jednak nie była to wystarczająca poprawa, by uchronić serial od kasacji.

House 
Cyniczny i denerwujący pacjentów doktor oraz dziwne przypadki medyczne, a także bardzo specyficzne, często niejednoznaczne relacje lekarza z otoczeniem, są tym, co najbardziej przyciąga w tej produkcji. Swoją drogą im dalej, tym lepiej. Za najlepsze sezony uważam bowiem piąty i czwarty (w tej kolejności). Z niewiadomych powodów ciągle nie obejrzałem jeszcze "szóstki", ale już szykuję się, by zacząć nadrabiać te zaległości.

Desperate Housewives 
Mieszkanki Wisteria Lane i ich specyficzne problemy. "Gospodynie domowe" z Fairview rzeczywiście są "Gotowe na wszystko", by dopiąć swego. Nawet, jeśli będą musiały użyć "desperackich" środków, by tego dokonać.
Kolejne sezony, choć stopniowo upadają na poziomie, dalej dają radę i przysparzają wielu sytuacji do szczerego śmiechu.

Gossip Girl 
NYC, Manhattan, Upper East Side. To tam dzieje się akcja serialu, którego głównymi bohaterami są bogate i piękne nastolatki. Fabuła to w zasadzie masa intryg i knowań oraz miłosna rotacja pomiędzy poszczególnymi postaciami. W przeciągu trzech lat twórcom udało się zapełnić większość kombinacji zasady "każdy z każdym".
W skrócie – "totalny guilty pleasure". ;)

Grey’s Anatomy 
Rozterki uczuciowe grupy stażystów z Seattle Grace Hospital, w połączeniu z zaskakującymi, a często też dziwnymi przypadkami medycznymi, stanowią o sile tego serialu. Dostajemy też wiele skłaniających do śmiechu sytuacji oraz doskonały soundtrack. Wszystko to sprawia, że "Chirurgów" ogląda się z dużą przyjemnością.

How I met your mother
Choć przygody Teda i spółki przypominają te, które przeżywali "Przyjaciele", serial posiada własny, odmienny styl i prezentuje nieco inny styl humoru. Mnie ogląda się go doskonale. Sam nie wiem czy to z powodu podobieństw, czy właśnie dzięki różnicom.
Dodatkowo jest to serial, który wspomógł mnie podczas obu sesji zimowych na uczelni i już szykuję się na to, że przy najbliższej będzie podobnie. :)

+ Bonus: ANIMATED SHOWS

Family Guy
Animacja zdecydowanie skierowana do dorosłych. Twórca kreskówki – Seth McFarlane nabija się w niej bowiem dosłownie ze wszystkiego i wszystkich, często przełamując tematy tabu, czy wręcz szokując dla samego efektu szokowania. Panujący tu humor jest jednak szalenie ciekawy i piekielnie zabawny, momentami przekraczając nawet granice absurdu.
(Moja przygoda z tym obrazem zaczęła się przy odcinkach specjalnych, parodiujących "Gwiezdne Wojny". W te wakacje poszedłem o krok dalej. Dzięki darmowemu pilotowi, rozdawanemu na iTunesie, który szalenie mi się spodobał, jestem obecnie po dwóch seriach oraz kilku odcinkach z innych sezonów).

Kim Possible 
Disneyowska opowieść o cheerleaderce ratującej świat pełna jest zabawnych scen, ciekawych odniesień do kultury popularnej oraz zaskakujących zwrotów akcji. Serial ogląda się z dużą przyjemnością, gdyż zwyczajnie relaksuje i przysparza pozywytnych wrażeń.

The Emperor’s New School 
Serialowa wersja przygód cesarza Kuzco, znanego z "Nowych szat króla" ("Emperor’s New Groove"). Wyjątkowo zgrabna i udana, bo korzystająca z doskonałych chwytów, sprawdzonych już w pierwowzorze, (który nota bene zaliczam do swoich ulubionych filmów). :)

C.D.N

 
Komentarze (2)

Napisane w kategorii TV Shows

 

I’m Alive

23 lip

(a.k.a The Discovery #5)

Dawno mnie tutaj nie było! To dlatego, że rozpoczęły się wakacje oraz wyjazdy. Potem natomiast ogarnęło mnie wakacyjne nieróbstwo, na które ogromny wpływ miała też panująca wkoło, niemal tropikalna pogoda. ;)

Teraz jednek zebrałem się w sobie i udało mi się sklecić kilka zdań na tematy filmowo-muzyczno-serialowe, także szykujcie się na nową porcję notek już w najbliższych dniach.

Na pierwszy ogień idzie dział muzyczny!
Kilka dni temu na blogu Ali’s Music odkryłem niezły, wakacyjny utwór muzyczny, będący kolaboracją debiutanta Stephena Jerzaka (ma polskie korzenie?) i Leighton Meester, czyli Blair z "Gossip Girl". Ciekawym zbiegiem okoliczności rok temu również umieszczałem tu utwór, w którym Leighton udzielała się wokalnie, pewnie dlatego zdecydowałem się zrobić to też teraz. :)
Choć utwór "She Said" nie jest tak samo przebojowy jak "Good Girls Go Bad", umieszczone w zeszłym roku, to i tak jest całkiem przyzwoite i naprawdę dobrze się go słucha.
Także Enjoy! 
(& do usłyszenia w kolejnych odsłonach (najbliższy tekst – Open’er Festival 2010)) :)

 
Brak komentarzy

Napisane w kategorii Music, TV Shows

 

I’m Alive

23 lip

(a.k.a The Discovery #5)

Dawno mnie tutaj nie było! To dlatego, że rozpoczęły się wakacje oraz wyjazdy. Potem natomiast ogarnęło mnie wakacyjne nieróbstwo, na które ogromny wpływ miała też panująca wkoło, niemal tropikalna pogoda. ;)

Teraz jednek zebrałem się w sobie i udało mi się sklecić kilka zdań na tematy filmowo-muzyczno-serialowe, także szykujcie się na nową porcję notek już w najbliższych dniach.

Na pierwszy ogień idzie dział muzyczny!
Kilka dni temu na blogu Ali’s Music odkryłem niezły, wakacyjny utwór muzyczny, będący kolaboracją debiutanta Stephena Jerzaka (ma polskie korzenie?) i Leighton Meester, czyli Blair z "Gossip Girl". Ciekawym zbiegiem okoliczności rok temu również umieszczałem tu utwór, w którym Leighton udzielała się wokalnie, pewnie dlatego zdecydowałem się zrobić to też teraz. :)
Choć utwór "She Said" nie jest tak samo przebojowy jak "Good Girls Go Bad", umieszczone w zeszłym roku, to i tak jest całkiem przyzwoite i naprawdę dobrze się go słucha.
Także Enjoy! 
(& do usłyszenia w kolejnych odsłonach (najbliższy tekst – Open’er Festival 2010)) :)

 
Brak komentarzy

Napisane w kategorii Bez kategorii

 

The Freshmen, part II

26 cze

Choć druga połowa trzeciego sezonu "Gossip Girl" jest chyba najsłabszą odsłoną serialu, to na szczęście nie oznacza, że jest zupełnie zła.

Tym, co sprawia, że druga odsłona "trójki" jest słabsza od poprzednich, jest schamatyczność i powtarzalność pewnych sytuacji, czy dramatyzacja pewnych wątków na siłę.

Przykładem schematyczności jest chociażby akcja z Jenny i Nate’m. Chłopak znów ratuje dziewczynę z opresji, a ona próbuje doprowdzić do tego, by ponownie się ze sobą zeszli. Bardzo przypomina to akcje z drugiego sezonu, kiedy Nate i Jenny zaczęli się na poważnie spotykać.

Nadmierna dramatyzacja pojawia się natomiast w przypadku wątku odnalezionej matki Chucka.
Nie dość, że rzekomo nieżyjąca Elizbeth pojawia się z nienacka na Upper East Side, to jeszcze nawiązuje kontakt ze swoim synem. O ile jednak ten fragment jest jeszcze OK, to już to, co przyszło potem, takie nie było. Po co dorzucać do tego wątku zdradę i knowania przeciwko własnemu synowi, aby zarobić na jego nieszczęściu?! A na dodatek wplątywać w to motyw rzekomej miłości Elizabeth i Jacka (wujka Chucka)?
Dziwi mnie również to, że po raz kolejny wprowadzono do serialu ważną rodzinną postać, która pojawia się jednak na zaledwie na kilka odcinków, po czym bezpowrotnie znika. Mimo, że wprowadzeni bohaterowie mają potencjał na dłuższy wątek fabularny.

Dwa wyżej wymienione przykłady, to w zasadzie moje główne zarzuty przeciwko ostatniej porcji odcinków.
Reszta historii, o której pokrótce poniżej, jest już ciekawie poprowadzona, przekonująca i przysparzająca pozytywnych wrażeń.

Na pierwszy ogień pójdzie kolejny rodzinny wątek, czyli ponowne spotkanie rodziny Van der Woodsenów. W życiu naszych bohaterów pojawia się bowiem ojciec Sereny – William, który za wszelką cenę z powrotem chce powrócić na łono rodziny. Ma mu w tym pomóc spisek uknuty, by śmiertelnie skłócić ze sobą Rufusa i Lily.
Choć ten wątek też jest zaledwie kilkuodcinkowy, poprowadzony jest jednak w dużo ciekawszy sposób. Intryga jest wprawdzie bardziej zawiła, ale też bardziej przekonująca.

Drugim wątkiem, który wydał mi się ciekawie poprowadzony, są wzloty i upadki związku Blair i Chucka, ostatecznie prowadzące do ich zerwania ze sobą. Uważam, że powód, dla którego przestali ze sobą być, był wiarygodny z punktu widzenia przekroczenia przez nich własnych, dość mocno wyśrubowanych, granic moralności i przyzwoitości. A to, co przyszło po zerwaniu też było całkiem przyjemne w odbiorze.

Historia Jenny znajduje się natomiast gdzieś pomiędzy obiema kategoriami. Jest ona bowiem do granic możliwości przesadzona i przekombinowana, aczkolwiek nie pozbawiona wiarygodności, czy ciekawych zwrotów akcji.
Druga połowa "trójki" ukazuje nam dalszy ciąg powolnego staczania się Jenny na dno. Poza kłamaniem, staraniem się rozbić szczęśliwe związki nie tylko Nate’a i Sereny, ale też Lily i Rufusa, Jenny znajduje również czas, żeby zająć się dealerką narkotyków, czy pójść do łóżka z najmniej odpowiednią osobą. Tak więc do Little J., tak jak poprzednio do Lonely Boya, już zupełnie nie pasuje stara ksywka.

Najnowszy dobór par, który powoli wypełnia wszystkie elementy zasady "każdy z każdym", także przypadł mi do gustu.
Serena i Nate pasują do siebie, i są wręcz "naturalną" parą. Dużo lepszą i "zdrowszą" niż poprzedni związek Sereny, z Tripem, choć chyba nie tak ciekawym jak ten z Carterem.
Również związek Dana i Vannessy zadziałał, budując dramaturgię wobec tego, że oboje znają się już na wylot i nie są w stanie niczym nowym siebie zaskoczyć. Przy okazji tego wątku twórcy obalili mit o męsko-damskiej przyjaźni. W zasadzie można było się jednak spodziewać, że w którymś momencie serial zawędruje na te tory.

Polskie akcenty w postaci pary Dorota-Vanya po raz kolejny mi się podobały. Tym razem mogliśmy oglądać nie tylko "rosyjski" ślub tej pary, czy przyjście na świat ich potomka, ale nawet usłyszeć jak Dorota wykrzykuje: "Matko Boska Częstochowska!". Te polskie wstawki zawsze mnie ogromnie bawią. :)


Pod sam koniec sezonu przypomniano mi natomiast, że zaledwie jednym odcinkiem można wyzerować wszystkie dotychczasowe wydarzenia i popsuć nawet najciekawiej zapowiadające się rzeczy.
Tymi słowami chiałbym przejść do opisu ostatniego odcinka, zatytułowanego "Last Tango, Then Paris", który powoduje, że przez głowę kilkakrotnie przelatuje ogromne WTF?!, a człowiek zastanawia się "czemu oni musieli to zepsuć?!"

Dzieją się w nim bowiem następujące rzeczy:
1. Dan i Serena chyba ponownie coś do siebie czują, gdyż "przypadkiem" się całują, po czym Serena postanawia zerwać z Natem, żeby "wszystko sobie ułożyć".
2. Przyszłość związku numer 2, czyli Dan-Vannessa też wisi pod znakiem zapytania, gdyż Nate wysłał jej zdjęcie, na którym Dan i Serena wspólnie leżą w łóżku.
3. To jednak NIC! Zdruzgotany Chuck i zdruzgotana Jenny… śpią ze sobą(!!!). Co dla obojga kończy się oczywiście tragicznie. Ona zatraciła się całkowicie, straciła swoje dziewictwo z głupoty i została wysłana na "banicję" do swojej matki w Hudson, on natomiast stracił swoją szansę na odzyskanie Blair.
4. Na Manhattan powraca Georgina. Z pewną zaskakującą niespodziankę. Jest bowiem w ciąży. I jak twierdzi – to dziecko Dana(!)
5. Na koniec został ostani WTFowy moment tego odcinka, czyli ostatnia scena, w której Chuck zostaje postrzelony(!!!) w jakiejś obskurnej alejce w Pradze.
Tak!! Twórcy postanowili zabawić się z widzem w zabawę z serii: Czy on przeżyje?!, czyniąc ten moment największym WTFiem całego odcinka i chyba całego serialu w ogóle.
Szczerze mówiąc liczę serdecznie, że twórcy się jednak opamiętają i że Chuck przeżyje, bo naprawdę nie chciałbym powtórki z "O.C", w którym mieliśmy przecież równie "zabójczy" finał sezonu trzeciego. I nic dobrego z tego ostatecznie nie wyszło. :(

Muszę przyznać, że ciężko będzie wyczekać do września, żeby zobaczyć jak to się dalej potoczy. Zwłaszcza, że wstępne informacje dotyczące rozwiązania cliffhangerów*, są dość enigmatyczne i nie do końca rozwiewające powstałe wątpliwości.
(*tak, tak – nie znoszę spoilerów, ale akurat w tym wypadku nie mogłem się powstrzymać).

To już w zasadzie wszystko, co chciałem napisać o wydarzeniach drugiej połowy trzeciego sezonu. Muszę powiedzieć, że choć nie jest tak intrygująco jak na samym początku, to i tak jest całkiem dobrze. A jak pokazał finałowy odcinek twórcy nadal potrafią widza czymś zaskoczyć. Mam więc szczerą nadzieję, że i w "czwórce" czymś mnie pozytywnie zaskoczą, i że serial nadal będzie na przywoitym poziomie.

Odkryć muzycznych tym razem było naprawę mało, gdyż ograniczają się one zaledwie do utworu "Salvation" Scannersów i rozpoznania lecącego w tle "Secrets" OneRepublic.
Niemniej jednak pełna lista wykorzystanych utworów do odnaleziena tutaj i tutaj. Może Wy znajdziecie na niej coś ciekawego dla siebie?

Od czasu do czasu rozwodzę się tutaj też nad doskonałymi tytułami kolejnych odcinków. Jako, że twórcy na tym polu znów nie zawiedli, przed państwem kolejne zestawienie najciekawszych tytułów:
"The Hurt Locket", "Empire Strikes Jack", "Inglorious Bassterds", "The Lady Vanished", "The Unblairable Lightness of Being", "Dr. Estrangeloved", "Ex-Husbands and Wives", "Last Tango, Then Paris".

Teraz to już definitywnie wszystko. Sorry za lekki chaos tego wpisu. Liczę jednak, że:
You know you love me
XOXO (:P)

 
1 komentarz

Napisane w kategorii TV Shows

 
 

  • RSS