RSS
 

Notki z tagiem ‘graphic-novel’

Daredevil

01 maj

Po tym jak Studio Marvela swoją serialową serią filmów o przygodach Avengersów zawojowało kina, światowy box-office oraz serca widzów, przyszedł czas, aby swoją pozycję ugruntować także na małym ekranie. Dwa lata temu do telewizji zawitali „Agenci T.A.R.C.Z.Y”, na początku tego roku „Agentka Carter”, teraz zaś przyszedł czas na pierwszy z czterech mini-seriali, wyprodukowanych przy współpracy z Netflixem. Wszystkie te produkcje mają jedną cechę wspólną – wszystkie wchodzą w skład tak zwanego Marvel Cinematic Universe, czyli połączonego świata wszystkich komiksowych produkcji Marvela, które trafiły na ekrany w różnorodnej formie w ostatnim dziesięcioleciu. Kolejnym elementem układanki będzie debiutujący w maju superhit: „Avengers: Czas Ultrona”. Zanim jednak nastąpi premiera tego filmu, porozmawiajmy o najnowszym sukcesie studia, czyli serialu „Daredevil”.

Trzynastoodcinkowa produkcja Marvela i Netflixa jest superbohaterskim origin story, rozłożonym na pełny sezon. Historia Matta Murdocka (Charlie Cox), prawnika, który nocą przybiera czarną maskę, by pod promieniami księżyca ratować miasto przeciw zbrodniczemu elementowi, opowiedziana jest w przyciągający uwagę sposób. Rozpoczyna się z grubej rury, cold-openingiem, ukazującym pędzącego przez miasto mężczyznę, który biegnie, aby zająć się swoim synem, który uległ właśnie wypadkowi samochodowemu. Chcąc uratować starszego mężczyznę, sam wpadł pod koła pojazdu, przewożącego kontenery z radioaktywną substancją. Traf chciał, że do jego oczu dostało się trochę płynu, w wyniku czego chłopak stracił wzrok. W wyniku wypadku zyskał jednak pewne dodatkowe umiejętności, w postaci niezmiernie wyczulonych zmysłów, które umożliwiają mu nie tylko swobodne poruszanie się po mieście, ale także, dzięki treningom, skopanie paru tyłków.

Najnowszy serial Marvela wpisuje się w panujący obecnie trend, jak największego urealnienia, ale także umrocznienia opowieści. Poza oczywistą przesadą związaną z radioaktywnym elementem, dzięki któremu Matt zyskał swoje dodatkowe umiejętności, serial stara się być jak najbardziej wiarygodną historią, trzymającą się realiów. Pod względem klimatu opowieści przygody serialowego „Daredevila” to trochę skrzyżowanie Batmana ze Spidermanem. Produkcja jest mroczna i brutalna, co ma sprawić, że będzie ona dojrzalsza i wpisująca się w panujący obecnie nurt uwiarygodniania historii komiksowych. Jednocześnie nie pozbawiona jest drobnych momentów niezobowiązującego humoru, w którym często bohaterowie odnoszą się do innych komiksowych postaci, w tym do Spidermana właśnie.

W „Daredevilu” ważne są dwie strony życia bohatera – jego „dzienna” i „nocna” praca. Jako prawnik, wraz ze swoim partnerem, Foggym (Elden Henson) oraz nowo zatrudnioną sekretarką Karen (Deborah Ann Woll) starają się przy pomocy Litery Prawa rozwiązać problemy swoich klientów z nowojorskiej dzielnicy Hell’s Kitchen. Stała się ona placem zabaw dla wszelkiego rodzaju bandytów i szumowin po wydarzeniach Bitwy o Nowy York, jak w MCU określa się historię znaną z filmu „Avengers”. Nocą Matt przywdziewa maskę, by z pomocą kopniaka i pięści dowiedzieć się więcej o tajemniczym mężczyźnie (Vincent D’Onforio), który zdaje się być wmieszany we wszelkie szemrane interesy dzielnicy.

Serial jest bardzo dobrze napisany. Szczególnie pierwsza połowa sezonu obfituje w wiele trafnych i humorystycznych uwag dotyczących otaczającego nas świata. O kryzysie papierowej prasy: „wszyscy, których znamy zarabiają dwa razy więcej niż my, pisząc blogi, siedząc w domu w samej bieliźnie”. Mój absolutny faworyt: „mówi się, że przeszłość jest wyryta w kamieniu. Tak naprawdę jednak przeszłość to dym zamknięty w pomieszczeniu. Przemieszczający się. Zmienny”. Takie bon-moty wypełniają pierwszą połowę sezonu, radując tym samym widza. Niestety, w kolejnych odcinkach, znikają potem na rzecz tradycyjnych zdań wypowiadanych przez Czarne Charaktery.

Plusem produkcji jest także psychologia postaci. Ciekawie rozwinięta mimo, że dość łopatologicznie ukazująca, że wszystkiemu winne są wydarzenia z dzieciństwa. Co jednak ważne – taka formuła sprawdziła się na ekranie, dodając głębi charakterologicznej bohaterom i wyjaśniając motywy ich działania. Najważniejszą cechą tej charakterologicznej głębi jest jednak to, że protagonista i antagonista obrazu de facto tak bardzo się od siebie nie różnią. Ich działaniom przyświeca w zasadzie ten sam cel – lepsze jutro Hell’s Kitchen. Różni ich jednak metoda działania oraz to czyj dokładnie interes mają na myśli. Patrząc na nich z boku nie wyglądają jednak na tak różnych, co zresztą stanie się jednym z ważniejszych elementów rozłożonej na wiele odcinków intrygi. Próba wyciągnięcia na światło dzienne człowieka, o którym nikt nic nie wie, gdyż pracuje w szarej strefie, wśród cieni, jest trafna wobec obydwu bohaterów. Ta dwoistość charakterów dwójki przeciwników, stanowi znaczący plus produkcji.

Kolejnym atutem jest chemia między bohaterami. Duża i wyczuwalna już przy pierwszym spotkaniu. Najciekawszą relacją jest ta, łącząca Matta oraz pielęgniarkę Claire (Rosario Dawson). Ich wspólne sceny ogląda się tak dobrze, że gdy dziewczyny zabraknie w drugiej części sezonu, jej nieobecność będzie mocno odczuwalna.

Na koniec warto wspomnieć także o intrygującej czołówce serialu, ukazującej słynne fragmenty architektury Hell’s Kitchen oblane krwistą substancją, spływającą po brzegach budynków, w takt intrygującej, wpadającej w ucho muzyki Johna Paesano.

Obejrzałem serial w zasadzie w kilka posiedzeń po parę odcinków na raz. Tak, jak to natura binge-watchowania nakazała. Muszę przyznać, że największe wrażenie produkcja Stevena S. Knighta i Drew Goddarda zrobiła na mnie w początkowej fazie, w pierwszych kilku odcinkach. Im dalej w las, tym mój zachwyt nieco się rozmywał. Sądzę, że druga część sezonu jest nadmiernie przegadana dość oczywistymi tekstami. Błędem było pozbycie się na znaczną część odcinków postaci Claire, gdyż jej relacja z Mattem dawała ciekawy wgląd w sposób myślenia i zachowania bohatera, gdy nocą przywdziewa maskę. Claire była jedyną osobą ze świata serialu, która, tak jak widz, znała sekretną tożsamość mężczyzny. Innym mankamentem jest fakt, iż pierwsze spojrzenie na pełnoprawny, czerwony strój bohatera również nie budzi tak dużego zachwytu, jak powinno. Bohater wygląda w nim tak, jak każdy inny komiksowy bohater, odziany w strój. Prowizoryczne czarne ubranie zdawało się budzić większy postrach w przeciwnikach niż czerwony strój z ostatniego odcinka. Mimo wszystko, „Daredevil” w pełnoprawnym stroju będzie miał jeszcze kupić widzów, gdy serial powróci z drugim sezonem już za rok. Mimo mankamentów trzeba przyznać, że serial jako sezonowa całość nieźle się broni, rodząc apetyt na więcej.

Teraz pozostaje mieć nadzieję, że „AKA Jessica Jones”, czyli kolejny Marvelowo-Netlixowy projekt, który ma wystartować na jesieni, będzie równie dobry, jak początkowe odcinki „Daredevila”.

Ocena: 7,5/10

 
Komentarze (11)

Napisane w kategorii TV Shows

 

Być jak Kevin Bacon

03 sie

Guardians of the Galaxy” Jamesa Gunna, czyli najnowsze dziecko Marvela, to jeden z najlepszych komiksowych obrazów tego studia i historia, która potrafi poruszyć już w pierwszych pięciu minutach filmu, by następnie zaserwować prawdziwą jazdę bez trzymanki.

Obraz o grupie rzezimieszków, którzy połowicznie przez nieopatrzność, a połowicznie z chęci zysku wplątują się w aferę na najwyższym szczeblu Galaktyki, to także opowieść o sile przyjaźni i rodziny, która potrafi wspomóc się nawet w najgorszych tarapatach. A także o ścieraniu się charakterów w tworzeniu tejże przyjaźni.

Strażnicy Galaktyki” to także film głęboko zakorzeniony w popkulturze, a konkretniej – w jej dokonaniach z początku lat 80 i wcześniejszych. Nie chodzi tu tylko o świetną ścieżkę dźwiękową, wypełnioną świetnymi melodiami z tamtego momentu muzycznej historii, ale i o rozwiązania rodem z filmów tamtej ery, jak i liczne nawiązania do tamtej kinematografii. Nie bez przyczyny ludzie wspominają o inspiracjach Kinem Nowej Przygody, wyłapując w filmie podobną optykę prezentowania treści. Przecież niektóre sceny działają niemalże jak niecodzienny hołd dla klasyków tego nurtu. Weźmy na przykład scenę otwierającą film, tuż po napisach początkowych. Skojarzenia z „Poszukiwaczami Zaginionej Arki” są nieuniknione, gdyż miejsce akcji wyjątkowo wyraźnie przypomina grobowiec z filmu o przygodach Indiany Jonesa (czekałem tylko aż jakaś wielka kula zacznie gonić bohatera :P). Awanturniczy sposób zachowania postaci również przywodzi na myśl niepokornych bohaterów tamtych obrazów, a sekwencji walk w kosmosie nie powstydziłby się sam Lucas, czy Abrams, który przejął od niego pałeczkę w tworzeniu uniwersum „Gwiezdnych Wojen”. Wartym nadmienienia jest też nawiązanie do legendarnego ziemskiego bohatera, jakim jest… Kevin Bacon. Historia o jego wyczynach staje się inspiracją, wzorem do podążania dla naszych bohaterów. A wszystko to za sprawą magicznego urządzenia, zwanego walkmanem. „Strażnicy Galaktyki” to film, który sam siebie nie traktuje poważnie, dzięki czemu przysparza tak doskonałej dawki rozrywki.

Tym, co w największej mierze stoi za sukcesem filmu jest humor, humor i jeszcze raz humor. „Strażnicy Galaktyki” to opowieść piekielnie zabawna – bohaterowie rzucają dobrymi tekstami jak z rękawa, a ich wzajemne przekomarzanki słowne stanowią jedne z najlepszych momentów całej historii. Poziom humoru jest tak dobry i pełny popkulturowych smaczków, że każdy widz rozkochany w dziełach kultury powinien bawić się znakomicie. Ważnym jest, że opowieść Jamesa Gunna chwilami jest lekko autoironiczna (niektóre uwagi Rocketa to małe perełki w doskonały sposób komentujące to, co widzimy na ekranie) i nienachalnie oddziałowująca na emocje widza.

Wartym wynotowania jest także fakt, iż „Strażnicy Galaktyki” bardzo zgrabnie wpisani są w całe uniwersum Marvela, prezentując postaci, które spotkaliśmy już w scenach po napisach poprzednich filmów. Jednocześnie – jest to pierwszy film studia od dłuższego czasu do którego seansu tak naprawdę nie trzeba się przygotowywać. W zalewie obrazów z Drugiej Fazy Marvelowych przygotowań do Avengers 2, ten jeden można oglądać zupełnie w oderwaniu od poprzedników, gdyż stanowi osobny byt, które jednak drobnymi sposobami połączony jest z resztą filmowego uniwersum.

Na „Strażnikach Galaktyki” bawiłem się wyśmienicie, wielokrotnie śmiejąc się do rozpuku i wzruszając na scenach ukazujących emocjonalną bliskość bohaterów. Marvel zrobił to ponownie. Dał ludziom porywający film, który chce się oglądać w kółko i który doskonale przemawia do wewnętrznego szesnastolatka w każdym z nas. Tym razem dokonał tego przy pomocy szopa pracza i humanoidalnego drzewa. Brawa, brawa i jeszcze raz brawa! Marvel, you are genius and I am so hooked on a feeling you’re movie gave me! :D

Ocena: 9/10 <3

Film jest tak dobry, że wychodząc z kina, człowiek krzyczy aż: „Ja chcę jeszcze raz” i jest w stanie płynnie przejść z jednego seansu na drugi (co zresztą prawie wczoraj uczyniłem, ostatecznie jednak drugi seans odbywając dzisiaj).

PS. W filmie jest też scena, która spodobała mi się ze względu na pewne podobieństwo podobnego zagrania z najnowszego, czwartego sezonu „Gry o Tron”. Nie można tu mówić o celowym nawiązaniu, jednak sposób artykulacji oraz podobieństwo sytuacji jest widoczne.

 
Komentarze (4)

Napisane w kategorii Movies

 

X-Men: Przeszłość, która nadejdzie

23 maj

X-Men: Days of Future Past, reż. Bryan Singer, 2014

„X-Men: Days of Future Past”, czyli sequel wszystkich poprzednich części X-Menów, to opowieść poprowadzona dwutorowo. Rozgrywająca się w przyszłości, jak i w latach 70., kiedy to w wyniku dramatycznego wydarzenia rozpocznie się proces, który doprowadzi do postapokaliptycznej przyszłości, którą oglądamy na początku filmu. X-Meni chcąc zapobiec masowej czystce serwowanej przez Sentinelów – ogromne roboty, które atakują czynnik mutogenny w ludzkich organizmach, wysyłają do przeszłości Wolverine’a, by ten pomógł zapobiec temu zdarzeniu.

Obie perspektywy czasowe ogląda się z zainteresowaniem, zwłaszcza że sceny przyszłości posiadają wyjątkowo plastyczne, ładnie schoreografowane oraz wpadające w oko sceny walk z Sentinelami. Drużyna mutantów, która toczy z nimi bitwę posiada bowiem naprawdę ciekawe umiejętności. Duże wrażenie zrobiła na mnie w szczególności Blink, potrafiąca otwierać przestrzenne portale, które przenoszą w inne miejsce. Bardzo przydatna umiejętność podczas walki, świetnie wykorzystana w sekwencjach akcji. Co jednak znamienne – bardzo wiele z nowych postaci w zasadzie nie ma zbyt dużo do mówienia na ekranie – bardziej liczą się ich umiejętności walki niż krasomóstwo.

Magia słowa to bardziej domena sekwencji z przeszłości, gdzie Wolverine musi przekonać młodego, zagubionego i poharatanego przez życie Xaviera, by ten pomógł mu odwrócić bieg historii, zapobiegając „temu” zdarzeniu, od którego wszystko się zaczęło. Lata 70 obfitują w mniej lub bardziej ciekawe wymiany zdań między bohaterami, celne one-linery oraz kilka wyjątkowo sprawnych, przykuwających uwagę scen akcji. Wszystkie trzy elementy pięknie się ze sobą zazębiają w scenie ucieczki z Pentagonu. Duża w tym zasługa zabawnego, choć nieco przesadzonego Quicksilvera, którego umiejętność poruszania się z niezwykłą szybkością, dostaje tutaj pełne pole do popisu. Pojawia się nawet słowna wzmianka do komiksowego rodowodu postaci, co włoży uśmiech na usta każdego fana.

Sekwencje przeszłości po raz kolejny ładnie wprowadzają alternatywne wersje wydarzeń historycznych (w tym momencie znamy już dwie superbohaterskie teorie dotyczące zabójstwa JFK) oraz serwują wielokulturowe dialogi. Tym razem w stopniu mniejszym i nie na tak ważnym, jak poprzednio poziomie (dzięki Bogu, bo w duńskim kinie były tylko duńskie napisy, kiedy bohaterowie rozmawiali po chińsku i francusku), ale jednak dobra tradycja została zachowana.

Większość bohaterów znanych z poprzednich części pojawia się w tej odsłonie, choć kilkoro z nich jedynie jako wzmianki słowne. Główne postacie na szczęście znajdują się na swoim miejscu, racząc nas najlepszymi cechami swojego charakteru. Dostajemy też kilka nowych twarzy. Najciekawszymi z nich są: wspomnieni już Quicksilver (Evan Peters) i Blink (Bingbing Fan), nieźle prezentuje się też Sunspot (Adam Canto) i Bishop (Omar Sy), których umiejętności walki przysparzają wielu intrygujących scen akcji. Peter Dinklage (wcielający się w dr Traska) jest jak zwykle świetny. Aż szkoda, że tak niewiele go na ekranie, bo zawsze kiedy z kimś rozmawia, pokazuje pełne spektrum swojego uroku. Brakuje wprawdzie kilku drugoplanowych bohaterów poprzednich części, na szczęście najważniejsi z nich zyskują choć wzmiankę dotyczącą ich dalszego losu. Niektóre pozostają jednak doszczętnie pominięte. Wyjaśniła się też sprawa udziału Anny Paquin w projekcie, jednak czy jej rola znalazła się w finalnej wersji, przekonajcie się w kinie.

Filmowi brakuje magnetycznego muzycznego tematu przewodniego, pokroju tego, który przyświecał „Pierwszej Klasie”. Muzyka jest stricte ilustracyjna, nigdy nie wybijając się na pierwszy plan, będąc zupełnie niesłyszalna. Trochę szkoda, bo temat przewodni, znany z poprzednika pięknie łączył całą historię. Tutaj brakuje trochę jakiegoś muzycznego rytmu dla całej opowieści.

Najnowsza odsłona „X-Menów” poniekąd resetuje wszelkie wydarzenia z poprzednich filmów, stanowiąc dla nich nowy początek. To zaś sprawia, że obecnie twórcy mogą poprowadzić swoją historię w zasadzie w dowolnym kierunku. Dostajemy też kilka rewelacji, pokroju TrueBlodowego „Einstein był półwróżką”, parę wskazówek do komiksowego rodowodu postaci („Moja matka znała faceta, który to potrafił”), a także parę fajnych kulturowych smaczków, w postaci nawiązań do muzyki popularnej czy fragmentów kultowych programów telewizyjnych.

Ogólnie rzecz biorąc „X-Men Days of Future Past” to niezła rozrywka i ciekawy rozdział w historii ugrupowania X, jednak ostatecznie filmowi brakuje tej wisienki na torcie, która wywindowałaby go do najlepszych z najlepszych. Nie jest on bowiem ani napędzany rozpędzoną, rozbuchaną akcją (epickich sekwencji jest tu jedynie kilka), ani chemią między bohaterami (relacje między Charlesem a Ericiem są tu nieco nadwyrężone i nie czuć już tej namacalnej bliskości, którą prezentowała „Pierwsza Klasa”). To obraz, który każdego z tych elementów serwuje nam po trochu, jak gdyby chcąc zadowolić wszystkich. Nie twierdzę, że mu to nie wychodzi, bo film ogląda się z przyjemnością, po prostu widziałem w nim jeszcze większy potencjał do wykorzystania. Niemniej, gdybym miał określi najnowszych „X-Menów”, jednym słowem, użyłbym słowa-wytrychu: „fajny”. Dobrze się go bowiem ogląda, miło spędza przy nim czas, scenariusz nie ruga inteligencji widza, ale jednak całości brakuje „tego czegoś”, co stawiałoby go na pierwszej pozycji wśród filmów z serii. To miano wciąż należy do „Pierwszej Klasy”, która pokazała jak filmy o mutantach zawsze powinny wyglądać.

Ocena: 7/10

PS. Scena po napisach jest wyjątkowo dziwna i rodzi bardzo wiele pytań, nie mając najmniejszego związku z fabułą filmu. [EDIT: (Pewnie dlatego, że ma związek z kolejną odsłoną - „X-Men Apocalypse”, której premiera zaplanowana jest na 2016 rok).]

PS2. Ocenę jeszcze zrewiduję, bo już planuję re-watcha w niedalekiej przyszłości.

 
Komentarze (4)

Napisane w kategorii Movies

 

The X-Men Experience

19 maj

W ramach przygotowań do „X-Men: Days of Future Past”, postanowiłem odświeżyć sobie poprzednie filmy z serii. Poniższy wpis będzie więc krótką przebieżką po myślach, które mnie naszły podczas rewatchu.

X-Men, reż. Bryan Singer, 2000

Film, od którego wszystko się zaczęło. Pamiętam, że jako dzieciak podczas wizyty w Paryżu z rodzicami pierwszy raz ujrzałem plakat filmu Singera. Bohaterowie przedstawieni w niebieskiej poświacie równocześnie przykuwali mój wzrok, jak i odstraszali. Czułem pewien dreszczyk emocji, patrząc na nietypowych bohaterów, jednak podczas całego pobytu nie było mowy, bym nie spojrzał na plakat, mijając go na mieście. Pamiętam też, że idąc na film z przyjacielem zastanawialiśmy się czy dobrze trafiliśmy, gdy pierwsza sekwencja zwiastowała „Poland 1944”. Jakież było nasze zdziwienie i zadowolenie, że oto jednak jesteśmy w odpowiedniej sali kinowej, a moce Magneto ujawniły się w tak dramatyczny sposób. Film porwał mnie swoją formułą, przeraził tym, co przydarzyło się Senatorowi Kelly’emu, zaintrygował postacią Mystique oraz zauroczył finałową walką w Statule Wolności. Miał tempo, humor i ciekawych bohaterów. Tak oto zrodziła się moja „X-Menowa” miłość, która miała trwać długo, a której pełna eksplozja nastąpiła już po trzech latach, kiedy na ekrany wszedł „X-Men United”. „X-Men” oglądany po latach to nadal przyzwoity film, który przykuwa wszystkimi wymienionymi elementami i który bardzo ładnie zarysowuje ciekawą granicę w podejściu do walki o swoje prawa, o czym zresztą zgrabnie napisał Dawid Przywalny w swoim hatakowym artykule „Komiksologia”. Warto takze wynotować, że pierwsi „X-Meni” to początki kinowego panowania Marvela. Jeszcze bez logo i sceny po napisach, ale wyniki kasowe i przychylność krytyków już wtedy zaczęła wyznaczać poziom spod znaku jakości studia.

Ocena: 7/10

X-Men: United, reż. Bryan Singer, 2003

X-Men: United”, czy jak widnieje w sekwencji tytułowej filmu, po prostu „X2” to obraz, który rozpoczyna się z hukiem, od wprowadzenia niezwykle ciekawego mutanta (Nightrawler) i atakiem na Prezydenta Stanów Zjednoczonych. Fabuła jest bardzo zgrabnie poprowadzona, zahaczając  o tajemniczą przeszłość Wolverine’a, nowe zagrożenie dla mutantów ze strony starego przeciwnika oraz wprowadzając nowe postacie drugoplanowe, które przykuwają uwagę i zapewniają sporo rozrywki. Świetne zwroty akcji (fraza „And now find all the humans” pozostała w mojej głowie od czasu pierwszego seansu te wiele lat temu) i ciekawie poprowadzone walki przysparzają wielu pozytywnych wrażeń. Po pierwotnym seansie „X2” stali się moją ulubioną częscią sagi i w zasadzie tak pozostało po dziś dzień. Aczkolwiek oglądając ten odcinek ponownie, zauważam, że wiele rzeczy nie zostało w pełni wyjaśnionych, a niektórym postaciom brakuje trochę backstory, by jeszcze mocniej przejąć się ich losem. Ale dobry action-action-action zostaje zachowany, więc w zasadzie nie ma na co narzekać. Dobre kino rozrywkowe, przysparzające pozytywnych wrażeń. Aha – no i dostajemy już charakterystyczne marvelowskie logo oraz scenę, która w dzisiejszych czasach pewnie byłaby bonusem po napisach (symbol Phoenix). Rozrywka na poziomie, do której chce się wracać.

Ocena: 8/10

X-Men: The Last Stand, reż. Brett Ratner, 2006

W ramach przygotowań do najnowszego filmu poczytałem trochę ciekawostek dotyczących słynnej serii. Jedną z nich była kwestia ukazania sesji treningowych w Danger Roomie oraz ukazanie wątku Sentineli. Ponoć Singer miał plany, by sceny te pokazać już w pierwszych dwóch filmach, jednak z powodu cięć budżetowych, dwukrotnie mu się to nie udało. Jakże więc dziwnym i niefortunnym jest, że to właśnie trzeci film z serii, już nie pod jego artystyczną pieczą pokazuje te sceny, na dodatek w pierwszych dziesięciu minutach, robiąc to jednak trochę bez serca. W obecnej formie wyglądają one trochę jak odhaczanie pomysłów z listy niż sensowny zabieg scenariuszowy. Zresztą „The Last Stand” ogólnie charakteryzuje się bezsensownymi zabiegami scenariuszowymi, które tylko irytują widza. Weźmy na przykład takiego Magneto i jego relację z Mystique. Kiedy ona ratuje go przed nietypowym rodzajem broni, zostając tym samym uleczona ze swojej mutacji, jego reakcją jest „Uratowałaś mnie. Ale teraz przykro mi, nie jesteś już jedną z nas”. I odchodzi, pozostawiając ją samą sobie. Wyjątkowo surowe traktowanie kogoś, kto jest twoim najbliższym sojusznikiem i przyjacielem. Charakterologiczne wzruszenie ramion na krzywdę bliźniego zupełnie zabija rozwój postaci i jest bezsensownym pomysłem. To samo wzruszenie ramion budzi u widza zabicie wielu pierwszoplanowych postaci. Śmierć kanonicznych bohaterów nie zyskuje tutaj ani grama emocjonalnego bagażu, który powinien towarzyszyć tym wydarzeniom, pozostawiając widza ze scenariuszowym chaosem, z którego de facto nic nie wynika. Niby myśl „dla lepszego jutra ogółu, poszczególne jednostki muszą zginąć”, gdzieś tam widnieje, ale brak temu wszystkiemu jakiegoś mocniejszego kopa, który sprawiłby, żebyśmy tym wszystkim prawdziwie się przejęli. Rozpierduchę robią ładną, scena z mostem Golden Gate należy do jednej z moich ulubionych w serii, ale całości zwyczajnie brakuje serca. Ratner zwyczajnie nie czuje tej serii, nic więc dziwnego, że wszyscy wieszają psy na tej odsłonie przygód mutantów. Na plus można za to zaliczyć pojawienie się pierwszej w „X-Menowym” uniwersum sceny po napisach, będącej zresztą niezwykle ważną dla przyszłości serii.

Ocena: 4,5/10

X-Men Geneza: Wolverine, reż. Gavin Hood, 2009

W trakcie rewatchu celowo pominąłem „Genezę: Wolverine’a”, gdyż ten film z wielu powodów, które zgrabnie kiedyś opisałem, nie przypadł mi do gustu. Najchętniej zrobiłbym tak samo, jak sam bohater i wymazał sobie jego wydarzenia z pamięci. A zamiast ponownego seansu, zafundowałem sobie krótkie (choć i tak dość męczące 15-minutowe)Everything Wrong” oraz dużo żwawsze, niezwykle celny „Honest Trailer”.

Ocena: 4=/10

The Wolverine, reż. James Mangold, 2013

Ostatni film z X-Menowej serii, który zawitał na ekranach, jednak chronologicznie rozgrywający się tuż po „Ostatnim Bastionie”. No i poziomem raczej zbliżony do tego filmu, a nie „X2”, czy „Pierwszej Klasy”, więc obejrzałem go wcześniej, co by całego rewatcha na wysokiej nucie zakończyć. Pominięcie „Genezy” zdaje się dobrym ruchem, bo „The Wolverine” też jakoś chce zapomnieć o swoim poprzedniku, odwołując się do niego jedynie w pojejedynczej scenie. Obraz Mangolda pokazuje zresztą folklor kultury Japonii, Wolverine’a czyniąc poniekąd postronnym świadkiem rodzinnego dramatu o przejęcie władzy w firmie. Ważnym pionkiem w grze. Co ciekawe – takie postawienie sprawy umożliwiło filmowi naprawienie błędów poprzednika i dało widzowi film, który naprawdę może się podobać. Dzieje się tak za sprawą historii, w której Logan nękany jest wizjami zmarłej Jean Grey, nie potrafiąc dojść do ładu z burzliwymi wydarzeniami z San Francisco. Pomocna natura wygrywa w nim jednak, gdy stary przyjaciel prosi go o pomoc, a na miejscu staje się świadkiem wielkiej niesprawiedliwości, która dotyka młodą dziewczynę.

Film Mangolda oglądałem w dwóch wersjach – PG13 oraz R, która jest dłuższa o kilka minut. R-ka od wersji kinowej różni się w zasadzie tym, że dostała trochę więcej przekleństw i jedną krwistą akcję z ninja – gdy Yukio „kosi” ich ciała specjalną maszyną, którą aż chciałoby się nazwać kosiarką. Szkoda tylko, że z ostatecznej wersji filmu wycięto fajną bonusową scenę na zakończenie, ukazującą Yukio dającą Loganowi jego charakterystyczny żółty strój. Byłoby miło zobaczyć go w takim kombinezonie choć przez chwilę w kolejnym sequelu, który pewnie dojdzie kiedyś do skutku. Najważniejsza scena po napisach, bezpośrednio nawiązująca do „Days of Future Past” rozgrywa się bowiem w dwa lata później od czasu wydarzeń „Wolverine’a”, więc twórcy sprytnie zostawili sobie furtkę do przyszłych sequeli.

Ocena: 7=/10

X-Men: First Class, reż. Matthew Vaughn, 2011

Ponowny seansPierwszej Klasy” uświadomił mi, że to właśnie jest najlepszy film z „X-Menowej” serii. Najbardziej wyważony, najbardziej poruszający, najbardziej zapadający w pamięć. Wszystko dlatego, że każda z zaprezentowanych postaci dostaje tutaj swoje pięć minut i odgrywa ważną rolę dla całości historii. Niezmiernie podoba mi się też osadzenie opowieści w latach 60. i powiązanie jej z Kryzysem Kubańskim. Zabieg, który sprawdził się w „Watchmenach”, świetnie sprawdza się też tutaj. Na dodatek w pewnym momencie pada nawet zdanie: „We can avange him”, co przywodzi na myśl inne superbohaterskie ugrupowanie. Oglądanie jak rodzi, a potem nadwyręża się przyjaźń Erica i Charlesa to rzecz niezwykła, a dylematy Raven/Mystique są czymś, co napędza większość filmów z serii „X” – kwestię pogodzenia się z samym sobą. W „Pierwszej Klasie” wszystkie wątki są niezwykle zgrabnie połączone, przysparzając masy pozytywnych wrażeń. Wspaniałe są sceny młodzieńczej wolności, gdy nowi członowie drużyny ujawinają swoje zdolności. Drugim pięknym motywem jest rozwój przyjaźni między Ericiem, a Charlesem, którego high-pointem jest moment, w którym Xavier pomaga Lehnsherrowi kontrolować swoją moc, próbując obrócić satelitę. Pomaga mu wtedy odblokować dawno zapomniane wspomnienie. Wspaniały, emocjonalny moment. „Pierwsza Klasa” jest więc, no cóż, pierwsza klasa!

Ocena: 8,5/10




Najlepszy utwór całej „X-Menowej” sagi, idealnie oddający emocjonalną siłę, którą niesie za sobą seria. #GoodJob Henry Jackman!

Aaand done! Teraz czuję się już w pełni gotowy do czwartkowego seansu „Days of Future Past”, z którym wiążę duże nadzieje. Szybka przebieżka po „X-Menowym” świecie przypomniała mi, jak przyjemnie rozrywkowe są to filmy i jak miło spędza się z nimi czas.

Na koniec wpisu warto zaznaczyć, że moje oceny poszczególnych części nieco różnią się od tych, wystawionych tuż po pierwotnym seansie. Większość nieco poleciała w dół, ale aż sam zaskoczyłem się, gdy zorientowałem się, że taki „The Wolverine” za drugim razem wciągnął mnie bardziej, przysparzając lepszej rozrywki. Czy to kwestia tych dodatkowych kilku R-kowych minut? A może wiedząc co się szykuje, byłem bardziej skłonny przymknąć oko na parę z wynotowanych wcześniej mankamentów? Ciekawa sprawa!

 
Komentarze (2)

Napisane w kategorii Movies

 

Kapitan Ameryka – Zimowy Żołnierz

30 mar

Kapitan Ameryka: Zimowy Żołnierz”, czyli sequel „Pierwszego Starcia”, osadzony również po wydarzeniach z „Avengersów” to obraz, który pięknie wywraca filmowe uniwersum Marvela do góry nogami i robi to z niebywałą gracją. Obraz diametralnie zmienia bowiem panujące dotychczas status quo.

Stylistyka filmu diametralnie się zmieniła względem poprzedniczki i, zgodnie z zapowiedziami, przypomina obecnie thriller szpiegowski i niemal polityczną grę o to komu można zaufać. Z filmu wzorowanego na obrazach wojennych, „Kapitan Ameryka” zmienił styl kręcenia na taki, który przypomina to, co prezentowano w „Avengersach” – oba obrazy posiadają podobną optykę prezentowania akcji. Jest przestronnie, wyraźnie i bardzo nowocześnie. Na dodatek w dużym oparciu o dopracowane w najdrobniejszym szczególe efekty specjalne. Styl prowadzenia opowieści jest ponadto bardziej stonowany i wyważony. Elementy czystej akcji przeplatają się z bardziej kameralnymi momentami, skupionymi na odczuciach samych bohaterów. Początek filmu rozgrywa się zresztą wyjątkowo powolnie, niemalże snując się niespiesznie. Wynika to jednak z faktu, iż sam bohater nie wie co ze sobą zrobić, jak zreintegrować się ze społeczeństwem, więc taka stylistyka niejako oddaje także jego wewnętrzne rozterki.

Gdy film się zaczyna, Steve próbuje nadrobić stracony czas i rozeznać się w otaczającym go świece („Internet jest bardzo pomocny”). Świetne są małe odniesienia poczynione w pierwszych scenach do procesu nadrabiania historii kultury. Notatnik Steve’a wypełniony jest listą rzeczy, które warto zaliczyć z siedemdziesięcioletniej przerwy, na której znajdują się (m.in) „Gwiezdne Wojny”, ”Rocky (Rocky II?)”, czy tajska kuchnia. Fakt, że w pewnym momencie Natasha cytuje także „War Games” stanowi kolejny ukłon w stronę maniaków filmowych, potrafiących wychwycić takie ładne nawiązania. Rozterki Steve’a Rogersa schodzą jednak na dalszy plan, gdy w Agencji dzieje się coś zupełnie nieprzewidywalnego. Nie zdradzając zbyt wiele, powiem, że akcja nabiera zdecydowanych rumieńców od chwili, gdy na ekranie pojawia się policja.

Wartym wynotowania jest także fakt, że „Winter Soldier” sprawdza się przyzwoicie też jako zamknięta całość – opowieść o ziarnku niepewności zrodzonej w wielkiej organizacji. Obraz Anthony’ego i Joe Russo da się obejrzeć bez znajomości poprzedników, gdyż intryga zarysowana jest wyjątkowo klarownie, a poszczególne elementy wyjaśnione dość przejrzyście. Jednocześnie obraz jest świetnie połączony z „jedynką”, wspominając o wszystkich postaciach, które wtedy mogliśmy oglądać na ekranie. Nie powinno to jednak dziwić – skoro wykorzeniamy naszego bohatera z jego naturalnego środowiska, nie dziwi fakt, że mężczyzna próbuje dostać jakieś domknięcie informacji o losach swoich najbliższych. A wraz z nim i sami widzowie. Nadal wprawdzie nie wiemy co stało się z (spoiler?) Red Skullem, jednak mam pewne przeczucie, że następny film Marvela może rzucić na to nieco światła (end of spoiler?).

Świetne jest aktorstwo. Wszyscy doskonale czują się w kanwach swoich postaci. Chris Evans jeszcze lepiej niż poprzednio charakteryzuje swojego bohatera, dodając do jego kreacji wewnętrzne rozterki, o to komu może w pełni zaufać. Wprowadzenie Agentki Romanoff (Czarnej Wdowy) (Scarlett Johansson) jako pomocnicy Steve’a było znakomitym posunięciem, gdyż para stanowi znakomity duet. Oboje dobrze się dogadują i świetnie uzupełniają w życiu zawodowym. Łączącą ich wzajemną nić porozumienia ogląda się z niebywałym zainteresowaniem. Falcon, w wydaniu Anthony’ego Mackie jest odpowiednio wyluzowany i pomocny przy rozkręcaniu się głównej osi fabuły. Sebastian Stan, choć małomówny, to sprawdzający się w swojej roli z gracją i dobrze wiedzieć, że jego bohater nie powiedział jeszcze ostatniego słowa, bo to postać z prawdziwym potencjałem. Dodanie do obsady Roberta Redforda niejako nobilituje obraz i podbija poziom aktorstwa. Redford portretuje swojego bohatera w klarowny sposób, swoimi działaniami budząc gamę emocji. Natomiast Samuel L. Jackson czuje się jak ryba w wodzie, po raz kolejny wcielając się w Nicka Fury’ego. Jeśli o aktorach mowa, należy też wspomnieć, że warto mieć oczy szeroko otwarte, gdyż w pewnym momencie dostaniemy przewspaniałe cameo, które ucieszy każdego fana pewnej wyśmienitej serialowej produkcji, którą niedawno tutaj polecałem. Dość powiedzieć, że ja przywitałem pojawienie się tej postaci gromkim śmiechem. (Spoiler?) Lekko niepokoi za to brak Agenta Coulsona, ale ostatnie odcinki „Agentów S.H.I.E.L.D” rzucają nieco światła, czemu Phil nie  przewija się przez ekran. Niemniej jego pojawienie się byłoby miłym bonusem. (end of spoiler?)

Dynamiczna muzyka, choć jednostajna, świetnie sprawdza się w scenach akcji, które zresztą ukazane są w wyjątkowo ciekawy sposób. Choreografia walk w szczególności przykuwa uwagę, ciesząc oko swoim niecodziennym stylem. Dodatkowym bonusem jest fakt, iż doskonale została rozwiązana sprawa kostiumu. Zarówno nowego, jak i starego.

„Kapitan Ameryka: Zimowy Żołnierz” przysparza masy pozytywnych wrażeń. Spójny, klarowny sposób prowadzenia opowieści, zasadzenie jej na problemie zaufania oraz zaskaujących plot-twistach, sprawiły, że pozytywnie wyróżnia się na tle pozostałych obrazów Marvela, znajdując się wyjątkowo blisko dzisiejszej rzeczywistości. Świetna zabawa!

Ocena: 8/10

PS. Sceny po napisach, jak zwykle nie zawodzą. Nie są wprawdzie wybitne, ale stanowią miły przedsmak tego, co będziemy mogli oglądać na ekranach w przyszłości. Pierwsza ukazuje świetną charakteryzację, a druga domyka pewien wątek. Marvel świetnie radzi sobie w prowadzeniu spójnej, przejrzystej opowieści.

 
Komentarze (7)

Napisane w kategorii Movies

 

The Spirit – Duch Miasta

24 mar

The Spirit” Franka Millera, czyli adaptacja historii obrazkowej Willa Eisnera to opowieść o „Duchu Miasta”, cichym i zamaskowanym stróżu prawa, który próbuje rozbroić groźnego rzezimieszka, marzącego o rządzeniu światem.

Podobieństwa do poprzedniego dzieła Millera, doskonałego „Sin City” są aż nadto widoczne – czarno-biała stylistyka z przeplatanymi elementami kolorystycznymi, bohater w trampkach biegający po dachach i wyznający miłość do miasta, głos z offu, stanowiący narratora całej opowieści (na dodatek o tembrze głosu podobnym do aktorów z „Miasta Grzechu”), czy wreszcie sceny przesadzonego, komiksowego brutalizmu.

Mimo wszystkich tych podobieństw, całości zabrakło serca, by prawdziwie przykuć uwagę widza. Tam, gdzie „Sin City” królowało, przykuwając uwagę do pojedynczych historii ludzi walczących z systemem, tutaj „Spirit” przegrywa opowiadając nam spójną historię jednego człowieka, walczącego z pojedynczym łotrem. Sęk tkwi w tym, że bohater zostaje zaprezentowany w taki sposób, że dość trudno wczuć się w jego sytuację i współodczuwać jego emocje. Aktorstwo jest bowiem dosyć bezbarwne, a większości bohaterów brakuje prawdziwej motywacji do działania, by w pełni zrozumieć ich poczynania. Gabriel Macht jest wprawdzie szarmancki i dobrze prezentuje się z maską na twarzy, jednak jego bohaterowi brakuje prawdziwej charyzmy, która sprawiłaby, że zadrżelibyśmy o jego los. Eva Mendes i Scarlett Johansson to typowe eye-candy obrazu, przyciągające wzrok swoimi nienagannymi sylwetkami, a Samuel L. Jackson znów radośnie pokrzykuje na ekranie. Jego przesadzonej roli nie pomaga fakt, że często każe mu się powtarzać dokładnie te same zdania, w tej samej intonacji, raz za razem. Usłyszeliśmy je za pierwszym razem, nie mam sensu dobijać dowcipu jego ciągłym powtarzaniem.

Wartymi wynotowania są także liczne nawiązania do historii Batmana. Sposób prezentacji bohatera, jako zamaskowanego obrońcy, współpracującego z policją oraz ścieżka dźwiękowa obrazu, skomponowana przez Dawida Newmana, od razu przywodzą na myśl losy Mrocznego Rycerza, głównie w interpretacji Tima Burtona. Tutaj jednak podobieństwa się kończą, gdyż znów – opowieść nie przykuwa należytej uwagi, a scena, w której odrodzony Spirit przychodzi do komisarza, przywodzi na myśl raczej nieudolny dramatyzm, prezentowany onegdaj w „Hulku” Anga Lee, niż dramatyczne objawienie się zamaskowanego obrońcy w filmach o Batmanie.

Spirit” dość dobitnie pokazuje, że ładna wizualna otoczka to jednak nie wszystko, a choć zdjęcia w klimatach noir prezentują się ładnie, całości bliżej do utrzymanego w podobnej stylistyce, średniego „Sky Kapitana i Świata Jutra” niż do bezkompromisowego, zabawnego i przerysowanego „Sin City”. A szkoda, bo wydaje się, że potencjał był dużo większy.

Ocena: 5/10

 
Brak komentarzy

Napisane w kategorii Movies

 

Dream Team

14 maj

Avengers” Jossa Whedona to film, na który przyszło nam długo czekać. Pierwsza wzmianka o jego powstaniu pojawiła się w 2008 roku, podczas napisów końcowych „Iron Mana„. Od tego czasu mogliśmy tylko zaostrzać swój apetyt na to, co nastąpi. Wszystkie następne ukryte scenki zapowiadały coraz większą zabawę. (Najlepsza to ta po napisach „Thora”).

„Avengers” to bowiem film, do którego najlepiej się wcześniej przygotować, oglądając produkcje, poświęcone bohaterom wchodzącym w skład ugrupowania. Po przygodach Człowieka z Żelaza przyszedł czas na opowieści o HulkuThorzeKapitanie Ameryce. Choć poszczególne filmy prezentowały różny poziom, muszę przyznać, że wszystkie „wysiłki”, które trzeba było podjąć, by być gotowym do wydarzenia, jakim jest premiera „Avengers”, w pełni się opłaciły!

Film ogląda się bowiem wyjątkowo dobrze. Siła tego projektu tkwi właśnie w interesującym zestawieniu wielu bohaterów oraz ciekawym ukazaniu ich różnorodnych interakcji. Twórcy mówili, że ten film to próba przeniesienia komiksowego pomysłu cross-overów i występów gościnnych postaci z różnych opowieści. Próba ukazania, że te historie należą do jednego świata. Unaocznienia, że są one ze sobą powiązane.
Trzeba przyznać – próba wyjątkowo udana. Strzałem w dziesiątkę było powolne przygotowywanie widza na przyszłe spotkanie postaci w jednym filmie. Poprzez umieszczanie wzmianek na ten temat w obrazach poświęconych każdemu z bohaterów, twórcy tylko wzbudzali naszą ciekawość, co z tej sytuacji wyniknie.
Udało się też dlatego, że wszyscy aktorzy doskonale czują się w kanwach swoich postaci, co umożliwiło tak dobre odebranie ich interakcji na ekranie. Każde z nich tak umiejętnie oddaje charakter swojego bohatera, że nie sposób oderwać od nich oczu. Dzięki temu sceny z udziałem każdego członka obsady oglądało się z satysfakcją i zadowoleniem. Sprawiło to, że świetnie wypadły zarówno sceny grupowe, jak i te, w których rozmawia ze sobą jedynie dwójka bohaterów. Najlepsze, że z każdego spotkania wynika coś ciekawego. Bardzo satysfakcjonujące jest również to, że wszyscy gracze mają tu znaczącą rolę do odegrania. Wkład każdej postaci jest widoczny i zarysowany w interesujący sposób. Dzięki temu ma się wrażenie, że bohaterowie są równoważni. Że to prawdziwa drużyna, choć złożona z wielu Osobowości.

Wszystko było możliwe, dzięki wyjątkowo dobremu aktorstwu. W tym filmie nie ma ani jednej złej roli. Wszyscy spisali się na medal. Na szczególną pochwałę zasługuje jednak trójka aktorów. Robert Downey Junior, który po raz kolejny bryluje na ekranie i czuje się, jak ryba w wodzie, gdy przychodzi mu grać Tony’ego Starka. Aktor przyzwyczaił nas do wyśmienitych występów, więc nie było to niczym zaskakującym. Słowa uznania należą się także Markowi Ruffalo, który sprawdził się jako Hulk. Ba, wypadł nawet bardzo przekonująco. Wręcz wyśmienicie. Na dodatek to pierwszy raz, kiedy twórcom udało się w odpowiedni i ciekawy sposób opowiedzieć historię z udziałem Zielonej Bestii. Dwóm filmom się nie udało, ogromnie więc cieszy fakt, że tutaj jego rola była już interesująca. Również Tom Hiddleston w roli Głównego Złego zaprezentował się z najlepszej strony. Jego Loki jest odpowiednio zapatrzony w siebie, dążący do odzyskania władzy dla polepszenia swojej wartości, a na dodatek działający pod wpływem pobudek osobistych, co zawsze stanowi najsilniejszą motywację. To właśnie ta trójka wypadła najlepiej, wśród morza intrygująco zarysowanych i zagranych postaci.

Pozostali członkowie obsady również zaprezentowali się z najlepszej strony. Chris Evans i Chris Hemsworth ciekawie odegrali problemy z dostosowaniem się do nowych warunków, w jakich przyszło im się znaleźć. Samuel L. Jackson i Clark Glegg, którzy pojawiali się sporadycznie w poprzednich produkcjach, dostali tu większą rolę do zagrania i włożyli w nią dużo zaangażowania, co unaoczniło czemu są tak ważnymi postaciami. To samo tyczy się Scarlett Johansson i Jeremy’ego Rennera. Sceny z ich udziałem oglądało się z dużym zainteresowaniem, dostrzegając czemu zostali zwerbowani do ugrupowania. Ten fakt cieszy tym bardziej, że poprzednie spotkanie z Czarną Wdową nie było niczym intrygującym. Tu na szczęscie jest inaczej.

Oczywiście scenariusz też był przyzwoity. Bardzo umiejętnie rozłożono w nim akcenty. Fabuła zawiera w sobie wiele różnorodnych elementów: momenty rozpędzonej akcji, humorystyczne wstawki, wielkie przemowy, czy sceny kameralne, prezentujące motywacje bohaterów. Sprawiło to, że historia była różnorodna i przysparzała szerokiej gamy wrażeń.

Bardzo dobrze sprawdziła się też strona techniczna. Obraz, dźwięk, efekty specjalne, czy spinający całość montaż – wszystko zostało dopięte na ostatni guzik. Mimo, że niektóre elementy przywodziły na myśl inne produkcje, (ktoś tu ewidentnie oglądał najnowszych  ”Transformersów”), całość dała bardzo satysfakcjonujący efekt, który oglądało się z uśmiechem na ustach. Muszę przyznać, że efekty 3D też były niezłe. Trójwymiar nie męczył i nie był jedynie znaczkiem na plakacie. W kilku scenach dość znacząco wykorzystano tę technologię, a podczas całego seansu zdjęcie okularów powodowało różnicę. Również kompozycje Alana Silvestriego* brzmiały dobrze, akompaniując wszystkim scenom. Wpadały w ucho i dodawały emocji. Nie były jednak na tyle przebojowe, by zostać w głowie na dłużej. Jednak w trakcie trwania seansu sprawdziły się wyjątkowo dobrze.

Dzięki temu „Avengers” oglądało się z dużym zainteresowaniem. (Zwłaszcza od momentu, gdy akcja nabrała porządnych rumieńców). To po prostu najwyższej klasy blockbuster, który bawi, emocjonuje i trzyma w napięciu. Seans upływa w świetnej atmosferze, a uśmiech niemal nie schodzi z naszych ust. Z tego powodu z chęcią wystawiam dziełu Whedona ocenę 8,5/10, szczerze zachęcając do jego obejrzenia.

PS. Tak, JEST scena po napisach, (no, w zasadzie po ich pierwszej partii).
PS2. W kinach amerykańskich są natomiast dwie sceny. (Check IMDB* & YouTube* (includes spoilers!!, także wchodzicie na własną odpowiedzialność)).

 
Komentarze (9)

Napisane w kategorii Movies

 

It’s not easy being green!

09 paź

Zasiadłem do filmu "The Incedible Hulk" z mieszanymi uczuciami.
Z jednej strony, z dużą obawą, gdyż pamiętałem bardzo męczący seans poprzedniego "Hulka" – obrazu z 2003 roku, w reżyserii Anga Lee.

Z drugiej – miałem nadzieję, że zasłyszane opinie, mówiące, że nowe spojrzenie na postać Bruce’a Bannera i jego zielone alter-ego, jest lepsze od wersji pierwotnej, okażą się prawdziwe.

Gdyby jednak nie chęć dokończenia "misji" obejrzenia wszystkich filmów, w których występują bohaterowie "Avengers", pewnie nie zasiadłbym do tego obrazu.

I szczerze mówiąc – niewiele bym stracił! Wprawdzie nowy film rzeczywiście jest lepszy od swojego poprzednika, ale nie zmienia to faktu, że "Incredible Hulk" w żadnym stopniu nie porywa! Początkowe sceny, rozgrywające się w Rio de Janeiro, są wprawdzie bardzo obiecujące i ciekawie poprowadzone, jednak kiedy akcja przenosi się do Ameryki, cały urok pryska.

Zawodzi charakterystyka postaci. Za mało wiemy o głównych bohaterach, by w pełni przejąć się ich losem. W fabule za dużo jest niedomówień, które psują nam seans, gdyż nie wyjaśniają motywacji bohaterów, ani nie tłumaczą konkretnych zjawisk. (Na przykład: czemu Abominaton potrafi mówić, skoro Hulk nie umiał?! Czemu (spoiler?!) Banner nie ginie po upadku na ziemię z ogromnej wysokości, skoro nie zdąrzył się przemienić? (end of spoiler!)

Momentami wydaje się wręcz, że brakuje tu pojedynczych scen, czy całych sekwencji, które splatałyby tę historię w spójną całość. Z tego, co wyczytałem* – dopiero na stole montażowym pozbyto się bardzo wielu scen, które przybliżały nam motywacje bohaterów. Nie wiem czemu je wycięto, ale zdecydowanie nie wyszło to filmowi na dobre.

Historia, w formie, w jakiej została zaprezentowana, zupełnie mnie nie zaangażowała. Seans nie wywołał w zasadzie żadnych emocji. Niby nie oglądało się tego tragicznie, ale jednak brakowało w tym filmie prawdziwego dramatyzmu. Losy bohaterów nie obchodziły mnie na tyle, by z zaciekawieniem oglądać ich walki między sobą. Zresztą nawet te nie prezentowały się zbyt ciekawie. Trwały jedynie kilka chwil i ograniczały się do uderzania pięściami.

Mimo gwiazdorskiej obsady, bohaterowie wypadli nienaturalnie.
Wydaje się jednak, że problemem był raczej nieciekawy zarys postaci, już na etapie scenariusza, niż brak umiejętności aktorskich obsady. W końcu jej członkowie już wielokrotnie dowiedli, że posiadają talent aktorski.

Edward Norton w początkowych scenach wypada naprawdę przyzwoicie, dopiero poźniej jego bohater "rozłazi się na wszystkie strony", stając się postacią niewiarygodną. Możliwe jednak, że w pierwotnym zarysie filmu, jego Banner wypadł dużo lepiej, ale skoro pozbyto się wielu fragmentów obrazu, nie dane nam było zobaczyć jego rozudowanej osobowości.

Reszta obsady wypadła już słabo, próbując wypowiadać swoje kwestie z realizmem; te były jednak tak nienaturalne, że trudno im w cokolwiek uwierzyć.

Jedyne, co podobało mi się w "The Incredible Hulk" to początek, (do momentu powrotu do USA) oraz samo zakończenie, scena finałowa. Wszystko pomiędzy wypadło wyjątkowo słabo.
Tym samym druga szansa, jaką dałem zielonemu monstrum, okazała się niewypałem. Wychodzi na to, że ten konkretny bohater zwyczajnie do mnie nie przemawia. Dlatego filmy o jego przygodach bardzo szybko wylatują z mojej głowy.

Także ostatecznie – nie polecam!
"The Incredible Hulk" okazał się najsłabszym filmem, prowadzącym do Projektu "Avengers"; na który zresztą jestem już w pełni gotowy! :D Szkoda tylko, że do maja jeszcze daleko!

PS. Tym razem scena ‚po napisach’ pojawiła się przed napisami. Jak gdyby twórcy wiedzieli, że wszyscy wybiegną z kina zaraz po skończeniu projekcji tej słabizny, więc nikt jej nie zobaczy.

 
Komentarze (4)

Napisane w kategorii Movies

 

The God of Thunder.

20 wrz

"Thor", czyli kolejna adpatacja Marvelowskiego komiksu, przybliżająca nas do Projektu "Avengers", zrzeszającego całą ligę superbohaterów, to obraz opowiadający o Synu Odina i jego konflikcie z Ojcem, i Bratem.

Fabuła filmu dzieli się na dwie części. Pierwsza, ważniejsza, rozgrywa się w Asgardzie, Świecie Bogów, rodem z nordyckiej mitologii. To tu rodzi się konflikt między członkami rodziny królewskiej, który stanowi główną oś fabuły. Przedstawiony jest on w wiarygodny i dramatyczny sposób, przywodzący na myśl ‚klasyczne’ rozwiązania. Czyżby dlatego, że film reżyserował Kenneth Branagh, spec od adaptacji Szekspira? Wydaje się, że to właśnie dzięki tym doświadczeniom, sceny w Świecie Bogów są tak szczere i ciekawe.

Druga część rozgrywa się zaś na Ziemii i stanowi preludium do tego, co będziemy oglądać w "Avengersach". Po banicji z rodzinnego świata, Thor zostaje zesłany na naszą planetę, gdzie musi przecierpieć w ludzkim ciele, póki nie będzie godny, by na nowo dzierżyć berło swojej mocy – Młot Mjolnir.

O ile sceny w Asgardzie bardzo mi się podobały, o tyle wydarzenia na Ziemii, nie są już niczym specjalnym. Nie przykuwają uwagi, nie podnoszą ciśnienia, w zasadzie w ogóle nie wywołują oczekiwanych emocji. Są też mniej wiarygodne niż to, co dzieję się w Świecie Bogów.
Winę za taki stan rzeczy ponosi przeciętna gra aktorska i naprędce napisany scenariusz, (a przynajmniej jego "ziemska" część). Jeśli mam być szczery – na Niebieskiej Planecie nie dzieje się nic specjalnie ciekawego. Żadna scena nie wgniata w fotel, żadna nie zostanie na dłużej w naszej pamięci. Mimo, że to tu dokonuje się przemiana w głównym bohaterze, wydarzenia pokazane są w sposób, który każe nam myśleć, że nie oglądamy nic ważnego. Przykład niech stanowi wątek romantyczny. Choć widać pojedyncze oznaki, że Jane i Thor mają się ku sobie, parze brakuje chemii, czy chociażby odpowiedniej ilości romantycznych sytuacji, byśmy uwierzyli w ich "wielką milość", która wpłynie na zachowanie głównego bohatera. Czym Jane zaimponowała Thorowi, że wywarła na nim tak duże wrażenie? Kiedy w ogóle zdążyli się w sobie zakochać, skoro spędzili ze sobą raptem kilka chwil?
Właśnie z powodu takich niedociągnięć "ziemska" fabuła wypada słabo. Mimo to, filmu Branagha nie ogląda się źle. Ogromna w tym zasługa sprawnie zrealizowanych scen w Asgardzie oraz przyzwoitej gry aktorskiej głównych bohaterów.

Warto jednak zauważyć, że mowa tu raczej o postaciach bogów. Chris Hemsworth, Tom Hiddleston oraz Anthony Hopkins dobrze czują się w skórze swoich bohaterów i w intersujący sposób odgrywają ich wewnętrzny dramat. Najlepiej z całej trójki wypadł Hiddleston. Jego postać jest jedyną wielowymiarową i niejednoznaczną, pojawiającą się w filmie, dlatego wywołuje największe emocje.

Ziemianie wypadają już przeciętnie. Natalie Portman, Kat Dennings i Stellan Skarsgard grają bowiem w sposób, który możnaby określić jako "beznamiętny". Czemu się jednak dziwić, skoro ich bohaterowie nie posiadają jakiejkolwiek głębi?

Nie za wiele mam do napisania o muzyce*, skomponowanej przez Patricka Doyle’a, poza tym, że ‚jest’ i wypada całkiem przyzwoicie, jako akompaniament dla ekranowej akcji. Muszę jednak zganić twórców za użycie utworu "Walk" zespołu Foo Fighters, na napisach końcowych. Ten rockowy kawałek w ogóle nie pasuje do klimatu filmu. Wydaje się być z zupełnie innej bajki. Decyzję o jego wykorzystaniu uważam za tak samo niefortunną, jak użycie piosenki Take That na napisach "X-Men: First Class". Nie wiem według jakiego klucza dobierano te utwory, ale ktoś wyraźnie nie przyłożył się do swojej pracy.

"Thora" oglądało mi się przyzwoicie, choć nie przyniósł mi takich emocji, jak "Kapitan Ameryka", czy pierwszy "Iron Man". Historie pozostałych superbohaterów, wchodzących w skład "Avengersów" były zwyczajnie ciekawsze. Gdyby bardziej popracowano nad ziemskimi scenami, "Thor" byłby dużo lepszy. A jako, że tego nie zrobiono, obraz Branagha dostaje ode mnie (naciągnięte) 7/10. (Ocena podciągnięta za bardzo dobre sceny w Świecie Bogów). Liczyłem na więcej!

PS. Scena po napisach jest intrygująca! (Najciekawsza ze wszystkich dotychczasowych).
PS2. Teraz pozostaje mi jedynie obejrzeć "The Incredible Hulk", bym był w pełni przygotowany na przyszłorocznych "Avengersów". Szczerze liczę, że moje "wysiłki" nie pójdą na marne i film powali mnie swoim wysokim poziomem! :)

 
Brak komentarzy

Napisane w kategorii Movies

 

Versus.

18 wrz

"Cowboys & Aliens" Jona Favreau, to obraz, którego fabułę doskonale strzeszcza sam tytuł. Tak – ten film opowiada o kowbojach, którzy walczą z najeźdzcami z Kosmosu! Brzmi niedorzecznie? I co z tego?! Zabawa jest przednia!

Historia rozgrywa się w niewielkiej mieścinie, gdzieś na Dzikim Zachodzie. Spokojne życie mieszkańców zostaje zakłócone przez przyjazd nieznanego mężczyzny, z dziwnym urządzeniem przytroczonym do ręki. Jego pojawienie się jest jednak niczym w porównaniu z… atakiem najeźdzców z kosmosu. Pojawiające się znikąd latające spodki porywają mieszkańców i niszczą ziemie. Skąd się wzięły? Czemu robią, to co robią? Te pytania muszą poczekać, ważniejsze jest, by uratować porwanych, zanim będzie za późno. Zaczyna się obława wroga.

Realizacyjnie film dopięty jest na ostatni guzik. Trzyma tempo, zarówno w momentach rozpędzonej akcji, jak i fragmentach czysto westernowych, czy "gadanych". Przesycony jest "swojskim" klimatem Dzikiego Zachodu, a efekty specjalne stoją na wysokim poziomie.
Sekwencje akcji są tak dobrze przyrządzone, że kilkukrotnie myślałem: "Ale to fajnie wyglądałoby w 3D". Muszę jednak przyznać, że jestem zadowolony z decyzji Favreau, by film wyprodukować w starych, dobrych dwóch wymiarach. Biorąc pod uwagę meandrujący poziom trójwymiarowych efektów w niedawnych produkcjach, była to decyzja bezpieczniejsza. I milsza dla portfela. Muszę zgodzić się też z opinią reżysera, który stwierdził, że "każdy western powinien być kręcony metodą tradycyjną". Dobrze, że twórca postawił na swoim, bo efekt końcowy jego produkcji wygląda wyjątkwo ciekawie.

Muszę pochwalić świetne zdjęcia Matthew Libatique’a. Niektóre sceny to prawdziwe perełki, z intrygującą kolorystyką i ciekawymi efektami rozmycia. Poszczególne kadry tak bardzo mi się podobały, że postanowiłem oddzielnie pochwalić operatora. Zwykle tego nie robię, przechodząc do porządku dziennego z faktem, że zdjęcia są dobre. Tym razem są jednak dobre ponad normę.
Mogę też pogratulować ciekawej ścieżki dźwiękowej*, skomponowanej przez Harry’ego Gregsona Williamsa, gdyż idealnie oddaje ona klimat filmu. Szczególne wrażenie zrobił na mnie motyw przewodni*, rodem ze świata westernu. Świetnie słucha się go na ogromnych głośnikach sali kinowej.

Mógłbym wprawdzie przyczepić się do schematyczności scenariusza i kilku niedomówień, pojawiających się w fabule, jednak film poprowadzony jest w taki sposób, że kupujemy przedstawioną w nim koncepcję, z "całym dobrodziejstwem inwentarza". W trakcie seansu schematy, czy niedomówienia zupełnie mi nie przeszkadzały, gdyż rozrywka nadal była duża. Mogę więc przymknąć oko na pewne niedociągnięcia, bo ogólny zarys fabuły, pozostaje spójny, a kolejne wydarzenia mocno przykuwają uwagę.

Gwiazdorska obsada spisała się przyzwoicie. Daniel Craig i Harrison Ford dobrze wypadają na ekranie, z lekkością wcielając się w swoich westernowych bohaterów. Craig, jako samozwańczy "człowiek z przeszłością", jest zadziorny, pewny siebie i zdetermonowany, by postawić na swoim. Ford, jako właściciel ziem, należących do miasteczka, jest zaś władczy i grubosksórny, a jednak wyczulony na krzywdę innych.

Partnerująca im Olivia Wilde również zaprezentowała się z dobrej strony, wiarygodnie portretując swoją tajemniczą bohaterkę. Aktorce nie udaje się jednak skraść ekranu tylko dla siebie, i zawsze gra jedynie "drugie skrzypce" dla towarzyszących jej panów.

Dobrze wypada także Sam Rockwell, czyli jeden ze słabszych członków obsady "Iron Mana 2". Tam jego bohater mnie zwyczajnie denerwował, gdyż został zagrany w nieumiejętny sposób. Tu, na szczęście, aktor jest już wiarygodny, a jego postać – ciekawie sportretowana.

Favreu w końcu nakręcił porywający blockbuster. "Iron Man" wyszedł mu sprawnie, część druga – przeciętnie, a tutaj wreszcie pokazał na co go stać. W pełni rozwinął skrzydła i dał się ponieść wyobraźni. Dzięki temu jego najnowszy film ogląda się z przyjemnością, gdyż stanowi on czystą, niczym nieskrępowaną rozrywkę.
Z chęcią wystawiam więc "Kowbojom i Obcym" ocenę 8,5/10* i polecam seans tego nietypowego westernu.

PS. * – pół punktu w górę, za bardzo dobre zdjęcia, które zrobiły na mnie duże wrażenie.
PS2. Początkowo myślałem, że nietypowa fabuła, to autorski pomysł scenarzystów. Okazało się jednak, że film powstał w oparciu o serię komiksów, o tym samym tytule. Stąd odpowiednia adnotacja w tagach. ;)
PS3. Świetny filmik z Harrisonem Fordem, w którym kończy swoją przyjaźń z pewnym włochatym współpracownikiem. ;)
PS4. Zabawne zdjęcie obsady House’a, które powstało w odpowiedzi na to, że Olivia Wilde napisała na swoim Twitterze, że obsada jej najnowszego filmu to "the best cast ever". ;)

 
Komentarze (6)

Napisane w kategorii Movies

 
 

  • RSS