RSS
 

Notki z tagiem ‘harry-potter’

„The Boy who Lived, Come to Die”

16 lip

"Harry Potter i Insygnia Śmierci, część II" 

(reż. David Yates, 2011)

Wybierając się na seans ostatniej części przygód Harry’ego Pottera, liczyłem na iście epicki finał, będący idealnym zwieńczeniem świetnej serii. Po wyjściu z sali kinowej, muszę niestety stwierdzić, że nieco się przeliczyłem.

Ostatni Potter jest niezły, ale daleko mu do "epickości" na jaką liczyłem, zachęcony świetnym odzwierciedleniem pierwszej połowy książki w "części I". Tempo, które w powieści gnało na zbicie karku, aż nie można było odłożyć książki, gdy zaczęło się jej ostatnich 300 stron, tutaj mocno przypomina powolny, "snujący się" styl, znany z pierwszej połowy pierwowzoru i "części Pierwszej". Możnaby pomyśleć, że przy tak napakowanym akcją materiale źródłowym, wydarzenia będą dynamicznie następować po sobie. Niestety – od pewnego momentu więcej tu przestojów i spowolnień akcji niż chwil będących prawdziwą "jazdą bez trzymanki".
W dużym stopniu wynika to ze zbyt dużego nawarstwienia (zbędnych) kwestii humorystycznych, które nijak nie pasują do tragicznego wydźwięku wydarzeń. Sytuacji o zabawnym zabarwieniu jest tu zdecydowanie za dużo, jak na film, który powinien epatować nieuchronnością złego zakończenia i "walki na śmierć i życie".

W "Części Pierwszej" reżyserowi udało się doskonale utrzymywać klimat beznadziei sytuacji, w jakiej znaleźli się bohaterowie. Tutaj – napięcie się nieco rozmywa. I choć jest tu wiele satysfakcjonujących momentów, film jako całość nie przysparza tak wielkich emocji, jak powinien.

Nie jest jednak tak, że najnowszego Pottera ogląda się źle. Problem polega na tym, że za dużo jest tu elementów zbędnych, kradnących czas tym, które były ważniejsze. Zamiast kolejnej humorystycznej sceny, która tak naprawdę nic nie wnosi, twórcy mogliby raczej skupić się na dramatycznym ukazaniu wydarzeń, takich jak śmierć kilku ważnych dla serii postaci. Udałoby się wtedy utrzymać misternie tworzony klimat, a nie rozdrabniać go poprzez niepotrzebne humorystyczne wstawki.

Być może mój problem z tym filmem wynika też z tego, że liczyłem, że mnie bezgranicznie porwie, a tak się nie stało. Wydaje się, że sprawdziła się zasada zbyt wysokich wymagań przed seansem, głosząca, że kiedy przed obejrzeniem filmu obiecujemy sobie zbyt wiele, to trudno nas potem w pełni zadowolić. Mam wrażenie, że to właśnie stało się ze mną. Idąc na "Część I" nie oczekiwałem czegoś wspaniałego, nieco zniechęcony dwoma poprzednimi "odcinkami". Dlatego wtedy to, co dostałem pozytywnie mnie zaskoczyło. Teraz, po seansie świetnej "jedynki", oczekiwałem czegoś niestworzonego, co po prostu wgniecie mnie w fotel.
Wygórowane oczekiwania trudno było jednak spełnić, stąd uczucie zawodu.

Możliwe też, że to kwestia niezbyt dokładnego pamiętania samego pierwowzoru. O ile poprzednie części serii oglądałem dokładnie pamiętając treść książek, o tyle przy "Insygniach Śmierci" długi czas dzielił mnie od czasu przeczytania powieści, więc wiele ważnych szczegółów zwyczajnie wyleciało mi z głowy. I choć przy "Part I" nie stanowiło to problemu, tak tutaj niektóre kwestie zostały wyjaśnione w sposób, który kazał mi myśleć: "Chyba muszę sobie przypomnieć powieść, by to w pełni zrozumieć".

Nie zrozumcie mnie źle – ostatni Potter nie jest zły. Tylko za bardzo przypomina styl "Księcia Półkrwii", który podobał mi się najmniej ze wszystkich ekranizacji, a za mało ten z "Części I", która podobała mi się najbardziej.
Także w ostatecznym rozrachunku okazało się, że "Part I" było wyjątkiem potwierdzającym regułę, głoszącą, że David Yates nie nadaje się na reżysera tej magicznej serii. Szkoda, bo po poprzednim filmie liczyłem, że może jednak reżyser stanie na wysokości zadania.

Moje podejście do ostatniej odsłony Potterowej opowieści jest dwojakie. Z jednej strony jest wiele elementów, które mi się podobały; z drugiej sporo takich, na które mogę narzekać. (Do pierwszej kategorii na pewno można zaliczyć: dobrą grę aktorską, ładne zdjęcia, ciekawe efekty (nawet 3D prezentowało przyzwoity poziom!), niezłą muzykę i kilka początkowych scen. Na resztę, czyli niektóre zmiany w historii oraz nadmierne użycie humoru, niestety da się już ponarzekać).

Z powodu tej dychotomii, nie do końca dociera do mnie, że to już koniec Potterowej sagi, stanowiący jednocześnie symboliczne zakończenie mojego dzieciństwa*. (Wynikające z pożegnania bohatera lat młodzieńczych, z którym wspólnie dorastałem). Zwieńczenie historii powinno być iście epickie, a przez to, że takie w pełni nie było, trudniej mi uwierzyć, że to już naprawdę koniec.

(Być może powinienem jednak dać jeszcze jedną szansę obrazowi Yatesa. W końcu skoro mogłem przekonać się do finałowego odcinka Star Warsów, czyli "Zemsty Sithów"* na tyle, by stawiać go na drugim miejscu po "Imperium Kontratakuje", mimo że po pierwszym seansie miałem wiele zastrzeżeń, to może teraz będzie podobnie?
Mimo, że po seansie nie miałem wrażenia: "Ja chcę jeszcze raz!", być może ponowny seans pomoże mi docenić to dzieło? Zobaczymy, co z tego wyniknie).

W tym momencie nie pozostaje mi jednak już nic więcej niż podziękować twórcom za wspaniałą podróż i przygodę, w której mogłem uczestniczyć. Choć często była ona wyboista, to jednak wywoływała różnorodne emocje i skłaniała do wielu rozważań, i rozmów na jej temat. Także podziękowania się należą!

Oddzielne podziękowania oraz gromkie brawa należą się samej Joanne Katherine Rowling, której wspaniała wyobraźnia wykreowała cudowny świat, który bezgranicznie mnie pochłonął i przysporzył morza pozytywnych wrażeń.

Serdecznie Dziękuję! :)

PS. * (Nota bene – koniec okresu dzieciństwa, rozumiany jako kryterium końca sagi, powinien niby nastąpić wraz z momentem przeczytania ostatniego tomu, ale tak naprawdę skończył się właśnie teraz, z chwilą zakończenia rytuału czekania na "kolejną część").

 
Komentarze (2)

Napisane w kategorii Movies

 

Nowhere is safe!

19 lis

"Harry Potter i Insygnia Śmierci, cz. 1"
(reż. David Yates, 2010)

Podział "siódemki" na dwa filmy to był strzał w dziesiątkę! Dzięki temu zabiegowi adaptacja idealnie oddaje klimat powieści oraz zachowuje wierność oryginałowi w najdrobniejszych szczegółach.

Wszystko jest tutaj dopięte na ostatni guzik. Doskonała gra aktorska, wyważone tempo wydarzeń, ciekawa scenografia, porywające zdjęcia, intrygujące efekty specjalne. Nawet niezauważalna muzyka pasuje idealnie i potęguje poczucie osamotnienia i zagrożenia, panujące w tym dziele.

Film posiada niesamowicie ciężki i mroczny klimat! Ukazując świat pogrążony w beznadziei, gdzie nigdzie nie jest bezpiecznie, atmosfera jest przejmująca, gęsta i mocno udzielająca się widzowi. Taka wizja wciąga go jeszcze bardziej w świat przedstawiony.
To już nie jest film dla dzieci. To najbardziej dojrzała ze wszystkich części, ukazująca świat w najczarniejszym z czasów.

Po seansie przepełniają mnie tak różnorodne uczucia, że wręcz nie sposób mi przelać je wszystkie na papier. Towarzyszy mi zarówno uczucie pewnej podniosłości i zadowolenia, jak i smutku, wywołanego dramatycznym obrotem wydarzeń. Odczuwam też satysfakcję oraz radość z tego, że film udał się doskonale i przenosi na ekran wszystko to, co charakteryzowało książkę. Bec cięć, dokładnie tak jak powinno to być pokazane.

Nie mam żadnych zastrzeżeń wobec tej adaptacji. Z kina wychodziłem oniemiały, zaskoczony, zadowolony i pełen podziwu. Na dodatek chcąc jeszcze więcej! Tym razem twórcy bardzo się postarali, by ich dzieło zadowoliło fanów książkowej serii. Dali im (nam) obraz, który bez problemu można stawiać na jednej półce z literackim pierwowzorem.

"Harry Potter i Insygnia Śmierci, część 1" to adaptacja idealna. Chyba najlepsza ze wszystkich. Ten film mnie porwał i urzekł swoją wizją. Niezmiernie się cieszę, że David Yates dostał szansę na stworzenie filmu-hołdu. Wykorzystał ją bowiem w 100%. Już nie mogę się doczekać "części drugiej", której premiera przewidziana jest na lipiec przyszłego roku. Do tego czasu pewnie kilkakrotnie zobaczę już "część pierwszą", gdyż film wywarł na mnie ogromne wrażenie.

 
Komentarze (2)

Napisane w kategorii Movies

 

Dark and difficult times lie ahead!

18 lis

"Harry Potter i Czara Ognia
(reż. Mike Newel, 2005) 


Zmian ciąg dalszy! Geometryczny wzrost objętości kolejnych tomów nie jest równoznaczny z takim samym wzrostem długości adaptacji. Te trzymają się raczej ograniczonych ram dwuipółgodzinnego widowiska. Z tego powodu wiele elementów musi zostać skróconych lub w ogóle wyrzuconych.
W "czwórce", mimo cięć fabularnych, wszystko nadal wygląda dobrze. Wprawdzie początkowe tempo akcji powala swoją szybkością, (w niecałe 15 minut twórcy załatwiają wydarzenia ok. 300 stron książki), to potem sytuacja się stabilizuje i tempo wydarzeń jest już bardziej wywarzone. Po przyjeździe do Hogwartu sceny już niespiesznie następują po sobie, dzięki czemu możemy napawać się każdym kolejnym wydarzeniem.
Znów jest bardzo realistyczne, dzięki czemu emocje są jeszcze wyraźniejsze.

Z każdą kolejną częścią klimat grozy jest coraz bardziej odczuwalny. Tak było w książkach, tak jest też w adaptacjach. Najbardziej widoczne jest to właśnie w tej części. Finałowe sceny na cmentarzu potrafią wywołać ciarki na plecach, a Ralph Fiennes jako Lord Voldemort jest demoniczny i niebezpieczny. Mimo, że wygląd Sami-Wiecie-Kogo nie w pełni mnie przekonał (mógłby być nieco bardziej "diabelski"), to muszę przyznać, że aktor wypada bardzo dobrze w swojej roli. Potrafi bowiem uzmysłowić widzowi czemu jego bohater budzi tak wielki strach w świecie czarodziejów.

Znakomicie bawiłem się na tym filmie. Niezmiernie podoba mi się, że stawka o jaką przychodzi grać, jest coraz wyższa, a świat przedstawiony bardziej niebezpieczny. Taki zabieg potęguje napięcie i pozwala jeszcze bardziej wczuć się w sytuację bohaterów.

Nie byłbym jednak sobą, gdybym nie ponarzekał na kilka elementów. Tym razem w szczególności na dobór aktorki, grającej Fleur Delacour. Clemense Poesy średnio przypadła mi do gustu jako piękna willa pochodząca z Francji. Jej pojawienie się na ekranie nie wzbudza bowiem żadnych z emocji, które powinny otaczać tę postać. Na jej korzyść przemawia wprawdzie to, że jest francuską aktorką. Z żadnej jednak strony nie jest postacią zjawiskową. Nadal jestem zdania, że Keira Knightley sprawdziłaby się w tej roli dużo lepiej.

Drugim powodem do narzekań jest przesadzony sposób zachowania Dumbledore’a. W tej części najbardziej widać odmienne podejście twórców w sposobie ukazania tego bohatera. W jednej ze scen oglądamy bowiem wściekłego dyrektora, który zachowuje się tak, jakby miał za chwilę rozszarpać na strzępy głównego bohatera. Jest to o tyle dziwne, że powód jego wściekłości nie jest tak dramatyczny, na jaki wskazywałaby jego burzliwa reakcja. Bardzo zaskoczyło mnie takie zachowanie, tak odmienne od tego, które przejawiał Dumbledore Richarda Harrissa, czy książkowe oblicze tej postaci.

"Harry Potter i Zakon Feniksa"
(reż. David Yates, 2007) 


Części wyreżyserowane przez Davida Yatesa budzą najwięcej moich zastrzeżeń. Mam do nich wręcz dwojakie podejście. Z jednej strony daję się porwać bardzo plastycznej, filmowej wizji, podoba mi się to, co widzę na ekranie i przeżywam różnorodne emocje, budzące się we mnie podczas seansu. Z drugiej dostrzegam spłaszczenie emocjonalne i dramaturgiczne poszczególnych wątków oraz brak dwuznaczności niektórych rozwiązań na rzecz obrania tylko jednej drogi. Przypominam sobie wtedy, że rozwiązania dramaturgiczne książki były dużo ciekawsze od tych ukazanych w filmie.

Biorąc jednak pod uwagę, że adaptacje filmowe stanowią jedynie jedną z możliwości przedstawienia wydarzeń i nigdy nie są tak bogate jak świat stworzony w wyobraźni, uznaję reżyserskie starania jak najlepszego oddania klimatu powieści. Zwłaszcza, że udaje się Yatesowi stworzyć adaptację ciekawą w odbiorze. Jego obraz jest wciągający, trzymający w napięciu i budzący emocje.
Teraz to dostrzegam. Po pierwszym seansie byłem natomiast zawiedziony tym, co zobaczyłem. Tak dobrze pamiętałem książkę, że denerwowały mnie wszystkie zmiany wprowadzone przez twórcę adaptacji.
Szczególnie jedna mocno mnie wkurzyła – scena walki w Ministerstwie Magii, gdy Harry oddaje przepowiednię Śmierciożercom. W książce Potter nie zgadzał się na takie ustępstwo. W filmie już tak. Za pierwszym razem byłem tak skupiony na tym, że "przecież tak nie było!", że nie dostrzegłem, że scena poprowadzona jest w sposób, ukazujący brak alternatywy dla takiego zachowania. Harry musi podjąć takie kroki, żeby ocalić przyjaciół. Sposób prowadzenia dramaturgii pokazuje, że chłopak postępuje rozsądnie i stara się niepotrzebnie nie narażać swoich bliskich.
Po ostatnim seansie udało mi się dostrzec tę zależność. Dzięki temu zmieniłem zdanie na temat tej sceny. Muszę przyznać, że taki obrót spraw sprawdza się dramaturgicznie i dobrze wypada na ekranie. Mimo, że odbiega od wersji wydarzeń, znanej z pierwowzoru.

Najlepszym elementem "Zakonu Feniksa" jest idealnie dobrana postać Luny Lovegood. Evanna Lynch jest wręcz żywym wcieleniem tej bohaterki. Jej gra doskonale uwypukla wszystkie cechy charakterystyczne tej postaci. Jej kreacja jest najbliższa książkowej postaci, ze wszystkich które pojawiły się w filmowej serii.

Po ostatnim seansie filmowa wizja "Zakonu Feniksa" bardziej mnie do siebie przekonała i przysporzyła większych emocji niż podczas pierwszej projekcji. Pomogła w tym kwestia nie pamiętania wszystkich najdrobniejszych szczegółów, pojawiających się w powieści. Dzięki temu uniknąłem ciągłego porównywania odmienych wizji tych samych wydarzeń i zwyczajnie mogłem dać się porwać fantazji reżysera.

"Harry Potter i Książę Półkrwi"
(reż. David Yates, 2009)

Szósta odsłona Potterowej sagi cierpi na problemy z tempem. Momentami akcja idzie do przodu niespiesznie, rozwój wydarzeń jest powolny, a bohaterowie mają czas na spokojne rozmowy. Częściej jednak ważne sceny trwają zbyt krótko i wydają się kończyć zanim na dobre się zaczną. Wygląda to tak, jakby reżyser nie mógł zdecydować się w jaki sposób opowiedzieć tę historię. Akcja toczy się za wolno, bądź zbyt szybko. Nie jest wyważona.

W "Księciu Półkrwi" dostajemy dużą dawkę scen skupiających się na życiu uczuciowym bohaterów. Tak dużą, że po pierwszym seansie stwierdziłem wręcz, że jest to "komedia młodzieżowa osadzona w realiach świata Pottera". Tym razem dostrzegłem, że komediowy ton jest tylko jednym z elementów ukazanych w tej części. Za pierwszym razem rzucał mi się mocno w oczy, chyba dlatego że większość bohaterów zaczęła nagle skupiać się na życiu uczuciowym, (włącznie z Dumbledorem, który pytał Harry’ego o jego życie miłosne), a niektóre postacie (w szczególności Lavender Brown) aż szalały na ekranie.
Dodatkowo dostajemy też otoczkę związaną z seksualnością! Bohaterowie dorośli i doskonale to widać. Możemy oglądać więc pełne żądzy spojrzenia, czy usłyszeć dwuznaczne teksty, padające z ich ust. Dostajemy też dziwną scenę, ze sznurówką w roli głównej. Moment, w którym Ginny wiąże Harry’emu buta, jest bowiem pokazany w sposób, który nie pozostawia wątpliwości co do zawartego w nim podtekstu.

Tak, jak w przypadku "piątki", tutaj również jest jedna scena, która budzi moje wątpliwości, do której przekonałem się dopiero podczas kolejnego seansu. Chodzi o scenę na Wieży Astronomicznej, kiedy Harry nie robi nic, by powstrzymać dramatyczne wydarzenia, dziejące się na jego oczach. Robi to z powodu prośby Dumbledore’a i uczucia zaufania, którym go darzy; w książce natomiast – z fizycznej niemożności, spowodowanej rzuconymi na niego czarami. Podczas pierwszego seansu tak bardzo skupiłem się na tym, że "przecież w książce było inaczej!", że nie dostrzegłem, że nowe rozwiązanie sprawdza się równie dobrze, a nawet zwiększa więź emocjonalną między bohaterami.

Muszę przyznać, że dobrze bawiłem się oglądając "Księcia Półkrwi". Ubolewam jednak nad tym, że niektóre elementy zostały jedynie zaznaczone, a nie w pełni rozwinięte. (Chociażby finałowa bitwa na terenie Hogwartu). Zdaję sobie jednak sprawę, że trudno jest zawrzeć wszystkie książkowe wydarzenia w dwu i pół godzinnym filmie.

"Szóstka" budzi wiele emocji i dobrze się ją ogląda. Niestety nie porywa tak bardzo jak pierwowzór i gdzie indziej stawia akcenty. Seans "Księcia Półkrwi" pokazuje, że jeśli chodzi o adaptacje filmowe, zwyczajnie nie można mieć wszystkiego!

Kilka słów o aktorach:
Jestem pełen podziwu dla osób odpowiedzialnych za casting. W 90% przypadków udało im się dobrać idealnego aktora do roli. Każdy z aktorów, którzy pojawiają się na ekranie, staje na wysokości zadania i niemal idealnie uosabia swojego bohatera. Mimo, że nie zawsze zgadzam się co do wyglądu niektórych postaci, muszę przyznać, że wszystkie kreacje aktorskie są zwyczajnie znakomite. To wręcz małe perełki, oddające hołd oryginalnym postaciom.
Uważam, że najlepsze kreacje stworzyli: Alan Rickman (Snape), Evanna Lynch (Luna), Emma Thompson (Prof Trelawney), Richard Harris (Dumbledore w 1-2) oraz Daniel Radcliffe (Harry). Wprawdzie wszyscy aktorzy, pojawiający się w którejkolwiek części, grają wyśmienicie, jednak to tych aktorów cenię najwyżej. :)

To już chyba wszystkie informacje, którymi chciałem się podzielić. Przepraszam za lekki chaos panujący w tym wpisie. Chciałem po prostu podzielić się jak największą liczbą informacji i jak najlepiej ująć stan mojego ducha. Choć udało mi się zawrzeć główne postulaty względem każdej z części, to ogólna liczba moich myśli, związanych z tą serią, jest znacznie większa. To pokazuje ogromną siłę drzemiącą w literaturze i kinematografii. Czysta magia! :)

Na koniec chiałem jeszcze dodać, że ogromnie się cieszę z powtórzenia przygody w świecie Pottera. Już nie mogę się doczekać najnowszej odsłony! Niezmiernie się cieszę, że to już dzisiaj i że za zaledwie kilka godzin będę już w przepełnionej sali kinowej! :D Czego i Wam życzę! ;)

 
Brak komentarzy

Napisane w kategorii Movies

 

Let the magic begin!

18 lis

"Harry Potter" to seria książek i filmów, na których się wychowałem. :) Z wypiekami na twarzy czytałem każdy kolejny tom i emocjonowałem się tym, co działo się na ekranie w adaptacjach filmowych.
Nie dość, że czytając pierwsze tomy, miałem tyle lat, co Harry, to na dodatek odtwórca tej roli w filmowej wersji, Daniel Radcliffe, również jest w moim wieku. Takie elementy ułatwiły mi jeszcze bardziej zrzyć się z bohaterami i dosłownie wsiąknąć w niesamowity świat przedstawiony.

Przygotowując się na adaptację ostatniej części cyklu (czy raczej jej przedostatnią odsłonę, gdyż "Insygnia Śmierci" podzielone są na dwa filmy), postanowiłem odświeżyć sobie wszystkie dotychczasowe ekranizacje. A przy okazji napisać o nich kilka słów :)
Enjoy!

"Harry Potter i Kamień Filozoficzny
(reż. Chris Columbus, 2001)


Ten film to jedna z najwierniejszejszych adaptacji, o której nie można powiedzieć złego słowa. Chrisowi Columbusowi udało się w doskonały sposób uchwycić klimat książki i zaprezentować widzom magiczny świat stworzony przez J.K. Rowling. Jego wizja jest zrobiona z dużym sercem i ogromnym rozmachem.

Dobór aktorów jest doskonały. Wszyscy znakomicie sprawdzają się w kanwach swoich postaci i szybko przekonują do siebie widza, gdyż są bardzo bliscy wersji oryginalnej. Magicznego klimatu nadaje w szczególności wyśmienita instrumentalna muzyka, skomponowana przez Johna Williamsa. Ma ona ogromny wpływ na tworzenie panującej w filmie atmosfery. Sprawdza się też dobrze w oderwaniu od obrazu. Wiem, gdyż skusiłem się na kupno ścieżki dźwiękowej.

Pierwsza część cyklu jest wciągająca, przepełniona akcją, dobrymi emocjami oraz wieloma zadziwiającymi magicznymi umiejętnościami. Każde dziecko chciałoby się znaleźć w takim świecie. Niezmiernie plastyczna wizja tego miejsca, ukazana w "Kamieniu Filozoficznym" jeszcze bardziej potęguje te zachcianki. Także u starszych widzów. :)

"Harry Potter i Komnata Tajemnic"
(reż. Chris Columbus, 2002)


Adaptacja drugiej części cyklu, jest równie dobra, co pierwsza. Znów wszystko jest w zgodzie z oryginałem, a film dobrze oddaje klimat panujący w książkowym pierwowzorze.
Tempo wydarzeń jest tu jednak szybsze, a atmosfera mroczniejsza. Wynika to z mocniejszych akcentów fabularnych pojawiających się w samej książce. Zresztą jest to tendencja wzywżkowa całej serii. Z każdym kolejnym tomem i filmem zagrożenie staje się coraz bardziej natarczywe i niebezpieczne. W tej części postawiono na zagrożenie wynikające z bliskości nieprzyjemnych stworów. Klan ogromnych pająków będzie próbował pożreć bohaterów w Zakazanym Lesie, podczas gdy żółte ślepia Bazyliszka zamordować przebywających w zamku.

Brawa należą się Chrisowi Columbusowi za to, że znów udało mu się porwać widzów swoją intrygującą wizją i sprawić, że z ogromnymi emocjami ogląda się kolejne wydarzenia. Niby wiadomo co za chwilę się wydarzy, jednak sposób w jaki reżyser stopniuje napięcie, sprawia, że na nowo przeżywamy tę historię. Sztuką jest stworzyć tak wierną adaptację, a zarazem sprawić, że widz ani przez moment się nie nudzi. Gratulacje!

Chciałbym upamiętnić też Richarda Harrisa. Aktora, który po raz ostatni wcielił się w postać Albusa Dumbledore’a. Dyrektor Hogwartu w jego wykonaniu jest szalenie ciepły i epatujący jedynie pozytywnymi emocjami. Później, wraz ze zmianą aktora, zmieniła się też charakterystyka tego bohatera. A to właśnie takim, jak w tym filmie, powinien być profesor Dumbledore.

"Harry Potter i Więzień Azkabanu"
(reż. Alfonso Cuaron, 2004)


Czas na zmiany! Wraz z pojawieniem się nowego reżysera, dostaliśmy też inne oblicze samego Hogwartu. Nie tylko zamek wygląda inaczej. Sposób prowadzenia opowieści też jest odmienny. Akcja jest bardziej skondensowana, a kolejne wydarzenia dynamiczniej następują po sobie.
Postawiono też na większy realizm. Jest mniej magicznie i olśniewająco, a bardziej ponuro i bliżej rzeczywistości. Stało się to dzięki prostym zabiegom, takim jak: zwykłe ubrania uczniów, zamiast noszonych stale mundurków; dorośli posiadający własne problemy; czy zagrożenie ze strony groźnego przestępcy zbiegłego z więzienia.

Trzecia książka jest moją ulubioną częścią cyklu. Głównie dzięki zaskakującym zwrotom akcji, Mapie Huncwotów oraz intrygującemu sposobowi na prowadzenie fabuły, wynikającym z zabiegu cofnięcia się w czasie. Film, choć bardzo mi się podobał, nie porwał mnie już tak mocno. Może dlatego, że niektóre elementy rozmijały się z moim wyobrażeniem na ich temat.

Najlepiej widać to na przykładzie Syriusza Blacka. Choć muszę przyznać, że gra Gary’ego Oldmana jest dobra, to wygląd tego bohatera nie zgadzał się moją wizją. W książce (i mojej głowie) Syriusz był przystojniejszy i bardziej ułożony. W filmie jest natomiast zbyt nieokrzesany i szalony. (Z drugiej strony – czego ja oczekuję od mężczyzny, który ostatnich kilkanaście lat spędził w jednym z najgorszych więzień na świecie? Zdrowego umysłu i "czystego" wyglądu?!)

Drugim elementem, który wywarł na mnie średnie wrażenie, jest wygląd wilkołaka. Spodziewałem się czegoś bardziej zjawiskowego i bliższego owłosionej bestii, jaką zwykle są te stworzenia. Czegoś na miarę charakteryzacji z "Van Helsinga". To, co dostałem było dla mnie bowiem zbyt "łyse". Dosłownie i w przenośni. ;)

Należy jednak zauważyć, że oba elementy pozostają w zgodzie z koncepcją większego realizmu. Poprzez dostrzeżenie tego faktu, mogę wreszcie przyznać, że taka charakteryzacja pasuje do klimatu filmu, a nawet upodabnia go do rzeczywistości. Docenienie tej koncepcji zajęło mi kilka lat, ale teraz jestem już skłonny przyznać, że "trójka" to bardzo dobra ekranizacja. Choć jej seans nie porywa tak jak lektura książki, to widać, że twórcy starają się uchwycić czar powieści. Efekt końcowy wypada przekonująco i przysparza pozytywnych emocji. Także ogólnie nie jest źle!

 
Brak komentarzy

Napisane w kategorii Movies

 
 

  • RSS