RSS
 

Notki z tagiem ‘HBO’

Trio

10 sty

W najbliższy poniedziałek HBO zaprezentuje nowe sezony swoich seriali – debiutującego „Togetherness” oraz powracających „Girls” i „Looking”. Miałem szansę obejrzeć wspomniane produkcje na pokazie prasowym, dlatego chciałbym podzielić się krótkimi uwagami dotyczącymi premier.

Dwie informacje na początek. Po pierwsze – zestawienie trzech seriali dramatyczno-komediowych jest świetnym posunięciem, gdyż produkcje Marka Duplassa, Leny Dunman i Michaela Lennana dobrze się uzupełniają, przedstawiając trzy różne, a jednak w pewien sposób podobne wizje rzeczywistości. Wszystkie dotykają bowiem kwestii związków międzyludzkich oraz wpływu seksu lub jego braku na rzeczywistość w której się obracamy. Drugą uwagą jest fakt, iż taka porcja rozrywki zapewnia równocześnie przesyt, jak i niedosyt.

Przesyt mógł być jednak spowodowany tym, że ostatnia prezentowana produkcja, „Looking”, rozpoczęła sezon z grubej rury, oferując „gejowskie porno”, jak mówiło się o odcinku w kuluarach po premierze. Niedosyt zaś faktem, iż dane nam było obejrzeć jedynie pojedyncze odcinki przygód naszych utęsknionych bohaterów oraz, że tak krótko byliśmy z naszymi nowymi dobrymi znajomymi. Bohaterowie każdej z trzech produkcji są bowiem postaciami nietuzinkowymi, interesującymi i posiadającymi coś ciekawego do powiedzenia o otaczającym świecie, dlatego chciałoby się spędzić z nimi więcej czasu niż jedynie 30 minut pojedynczego odcinka. W końcu zarówno poprzednie sezony „Girls” i „Looking” obejrzałem w zasadzie hurtem w dwa, trzy wieczory.

Tym, co można bez wahania powiedzieć o „Togetherness” to fakt, iż HBO ma doskonałą rękę w prezentowaniu nam rodzenia się nietypowych przyjaźni między bohaterami. Rok temu urzekało delikatnymi spojrzeniami wymienianymi przez Patricka i Richiego w „Looking”, w tym zachwyca sceną, w której między Alexem (Steve Zissis), a Tiną (Amanda Peet) rodzi się nić porozumienia, po tym jak mężczyzna pomógł kobiecie uniknąć zażenowania przed grupą obcych ludzi, w specyficzny sposób odwracając od niej uwagę.

Punkt wyjściowy historii – do domu pary z dziećmi wprowadza się siostra żony i najlepszy przyjaciel męża, stanowi ciekawy wstęp do serii humorystycznych scen. Pierwszy odcinek pokazał już serię małych problemów, które taka sytuacja mieszkaniowa może wywołać, a wszystko wskazuje na to, że im dalej, tym będzie zabawniej. Poszczególne sekwencje wzbudzały humor nietypowymi postawami bohaterów oraz specyficzną wymianą zdań między nimi. Serial nie uniknął także bardziej dramatycznej nuty, gdyż końcowe pytanie męża do żony: czemu nie chcesz już ze mną uprawiać seksu, wybrzmiało prawdziwie i przejmująco. Z chęcią zobaczę jak historia rodziny rozwinie się w kolejnych odcinkach.

Premiera „Girls” zdominowana była zaś przez przygotowania do wyjazdu Hanny (w finale poprzedniego sezonu dostała się na kurs pisarski w Iowa) oraz muzyczny branch Marnie, na którym dziewczyna dostała ataku paniki, spowodowanego nieprzychylną reakcją widowni. Każda z bohaterek dostała jednak w zasadzie jedynie epizod w całości odcinka, przez co można było odczuć pewien niedosyt. „Iowa” ukazał też, że sieć przyjaźni między bohaterkami coraz mocniej zaczyna się rozluźniać, bo choć dziewczyny wciąż się spotykają, zdają się prowadzić swoje dyskusje nieco obok siebie. Dosadnym przykładem na potwierdzenie tej tezy jest fakt, iż w zasadzie żadna z najbliższych osób nie przejęła się w pełni wyjazdem Hannah. Być może jednak bohaterki skrzętnie ukrywają swoje emocje, bo reakcje niektórych z nich, były aż nadmiar teatralne.

Premiera sezonu pokazała też to, za co lubimy „Dziewczyny” – ciągły brak zorganizowania życia głównych bohaterek, które choć popełniają kolejne kroki na drodze do lepszej przyszłości, wszystkie one zdają się być jedynie serią przypadkowych ruchów, zmierzających donikąd, jak to ładnie ujął Adam w jednej z pierwszych scen odcinka.

Jak zwykle zaskakuje też zachowanie Hannah. Oglądając końcową scenę epizodu, wiadomym jest, że mocno będzie żałować decyzji, którą podjęła. Niby niewielka rzecz, ale znacznie rzutująca na jej sposób patrzenia na przyszłość.

Looking” zaprezentowało zaś prawdziwy sausage-fest, jak nawet wprost mówi się w tym odcinku, po raz kolejny prezentując dosadne sceny seksu. Tym razem w scenerii leśnej, gdyż odcinek rozpoczyna się gdy Patrick, Dom i Augustin zmierzają do domku letniskowego, by tam odpocząć od zgiełku miasta i (być może) doradzić Augustinowi w jego życiowych wyborach. Miejsce jest urokliwe, ale prawdziwa zabawa dla chłopaków rozpocznie się, gdy na plaży spotkają grupę mężczyzn, którzy zaproszą ich na nocne gejowskie rave-party w środku lasu. Tam wśród neonów, panowie poznają nowe obiekty zainteresowań na jedną noc. Sęk tkwi w tym, że wybór niektórych może obfitować w wiele nocy, a konsekwencje czynów mogą diametralnie wpłynąć na dalsze życie bohaterów. Premierowy odcinek skupił się więc najbardziej na samym fizycznym aspekcie związków gejowskich, najlepszą sceną czyniąc zaś przyjazd Doris, która w żołnierskich słowach skwitowała wszystko to, co chłopcy myśleli cały weekend, ale wstydzili się przyznać przed Domem. „Looking” więc najbardziej charakteryzował jednoczesny przesyt i niedosyt, gdyż z jednej strony scen seksu było chyba zbyt wiele, a z drugiej chętniej pobylibyśmy z bohaterami dłużej.

 

Najlepsze otwarcie zaliczyła więc „Bliskość” („Togetherness”), która opowiedziała koherentną historię, intrygując widza, by sięgnął po więcej. „Girls” i „Looking” zdawały się zaś jedynie jednym z wielu rozdziałów opowieści, w zasadzie zaczynając i urywając w połowie. Takie jednak uczucie towarzyszy większości produkcji HBO (koronnym przykładem „Gra o Tron”, która zawsze kończy się zbyt szybko), co oznacza tylko, że stacja wciąż produkuje seriale, od których nie sposób się oderwać.

Premierowe odcinki rozbudziły tylko mój apetyt na więcej, gdyż zaprezentowały poziom, którego od HBO wymagamy od lat. Jestem gotowy, aby HBO znów zarządziło moją ramówką, a pakiet „Togetherness”, „Girls” i „Looking”, ze swoim równoczesnym przesytem i niedosytem zdaje się być strzałem w dziesiatkę w poniedziałkowe wieczory, gdy kolejne odcinki będą miały swoje premiery. Wszystkie trzy seriale debiutują na antenie już w najbliższy poniedziałek, 12 stycznia o godzinie 22.00.

 
Komentarze (5)

Napisane w kategorii TV Shows

 

Detektyw

12 wrz

True Detective” Nico Pizzolatto to intrygująca produkcja, przyciągająca gęstym, dusznym klimatem, doborowym aktorstwem oraz świetną warstwą wizualną.

Podążając za starymi sprawami dwóch detektywów, Rusty’ego Cohle’a i Marty’ego Harta, dowiadujemy się nie tylko o okropnych rzeczach, dziejących się w stanie Luizjana, ale także o samych bohaterach. W dużej mierze „Detektyw” nie jest bowiem serialem o zbrodni, która oczywiście jest laitmotivem produkcji i gra w nim ogromną rolę, co dziełem mówiącym o trudnych i skomplikowanych relacjach dwóch osobistości, którymi są dwaj główni bohaterowie serialu.

Matthew McConaughey i Woody Harrelson tworzą niezwykle intrygujący duet, który z przyjemnością ogląda się na ekranie. Ich rozmowy stanowią jedną z największych sił tego serialu. Aktorzy stworzyli bowiem bohaterów z krwi i kości, posiadających historię oraz niecodzienne wizje otaczającego ich świata. Większość uwagi widza skupia się jednak na Cohle’u, z powodu jego niejednoznacznej, trudnej do zakwalifikowania osobowości.

Cała intryga serialu jest niezwykle sprytnie poprowadzona, stanowiąc odwrócenie tego, jak wątek morderców prowadzony jest w „Hannibalu”. W serialu Bryana Fullera widz wie, że większość zbrodni popełnił tytułowy kanibal i ogląda serial, w którym lekarz niezwykle umiejętnie manipuluje otaczającymi go ludźmi. W „True Detective” jest odwrotnie – widz nie zna tożsamości mordery, a coraz częstsze podejrzenia, które zaczynają padać w stronę jednego z wyjątkowo znaczących bohaterów, zaczynają wydawać się widzowi niebezpodstawne. Dzięki tym zabiegom oba seriale w niezwykle ciekawy sposób budują napięcie i specyficzną grę z widzem.

Duszna atmosfera i intrygujące zdjęcia otwartych pustych przestrzeni są kolejną rzeczą, która przyciąga do serialu.  Bagniska Luizjany mają w sobie coś posępnego i mrocznego, co sprawia, że człowiek ma poczucie, iż każda zbrodnia może się tam wydarzyć. Co intrygujące, zaskakujące i ważne – miejsce akcji odgrywa w serialu niezwykle ważną rolę, stając się niemalże trzecim bohaterem produkcji, tak dużo miejsca poświęca się tutaj konkretnym lokalizacjom. Warto o tym wspomnieć w szczególności w kontraście do innego serialu HBO, rozgrywającego się w tych samych okolicznościach przyrody. Mowa o „Czystej Krwi”, która choć rozgrywa się na podobnych terenach, nawet w połowie nie potrafiła przykuć uwagi do kwestii lokalizacji akcji serialu, traktując ją jedynie jako dodatek do opowiadanej historii. W „Detektywie” lokalizacja ma znaczenie, a poszczególnym miejscom poświęca się dużo czasu, ukazując je w dużym szczególe. Takie ugruntowanie akcji podbija wiarygodność i realistyczność serialu.

Atmosfera gęstnieje z każdym kolejnym odcinkiem, przysparzając widzowi coraz mocniejszych wrażeń. Świetny jest w szczególności odcinek czwarty, z najazdem gangu motocyklowego i Cohlem wmieszanym w całą aferę od środka. Sceny rozmów narkotykowego kartelu przywodziły mi na myśl rozwiązania stosowane w „Breaking Bad”, a otoczka motocyklowego gangu spodobała mi się tak bardzo, że powoli zaczynam dojrzewać do decyzji o obejrzeniu „Sons of Anarchy”. Równie emocjonujące są dwa ostatnie odcinki produkcji, w których wszystkie elementy układanki, składają się w spójną całość.

Krótko, bo o tym serialu, od momentu premiery na początku bieżącego roku, powiedziano już chyba wszystko. Przychylam się do ogólnej radości i poklasku, jaki wywołuje serial Pizzolatto. Świetna robota!

Ocena: 8,5/10

 
Komentarze (3)

Napisane w kategorii TV Shows

 

Dolina Krzemowa

09 wrz

Najnowszy serial komediowy stacji HBO, „Silicon Valley”, to opowieść o rozkręcaniu biznesu komputerowego w Dolinie Krzemowej, ukazana w pięknym krzywym zwierciadle.

Gdy młody programista, Richard, tworzy w zasadzie nikomu niepotrzebną aplikację, opierającą się jednak na niezwykłym algorytmie, przykuwa tym samym uwagę szefów firmy chcących niemal natychmiast odkupić jego pomysł. Los się wtedy do niego uśmiecha. Traf bowiem chce, że również znany przedsiębiorca, Peter Gregory, dostrzega potencjał aplikacji i składa chłopakowi propozycję nie do odrzucenia.

Gdy Richard i jego ekipa zdecydują się przyjąć ten intratny kontrakt, ich życie odmieni się poprzez bycie w ciągłej presji i goniących deadline’y. „Dolina Krzemowa” obrazuje geeków w ich naturalnym środowisku, stając się także historią o wzlotach i upadkach na drodze do wielkiego sukcesu. W premierowych odcinkach padają zresztą zgrabne uwagi dotyczące nerdowego świata, jak chociażby: czemu programiści zawsze trzymają się w piątkach, w których występują przedstawiciele tych samych grup etnicznych? Czy wymieniają się między innymi grupami, by osiągnąć taki efekt?

Poziom humoru jest bardzo wysoki, oferując w zasadzie każdy jego typ – od słownych i sytuacyjnych, po charakterologiczne, a chwilami nawet slapstickowe. Każdy znajdzie tu więc coś dla siebie. Najlepsze jest, że im dalej w las, tym lepiej, gdyż do najlepszych odcinków króciutkiego ośmioodcinkowego sezonu można zaliczyć prześmieszny epizod piąty „Signaling Risk”, w którym firma zatrudnia grafficiarza do zrobienia logo, a także odcinek szósty („Third Party Insourcing”, w którym dostrzegamy co może się przytrafić, gdy świat ogarnie nadmierna technologizacja. Oba odcinki oferują masę pozytywnego humoru, w każdym z przedstawionych wątków zaznaczając wyraźną oś komedii. Świetne są sceny niezręcznych rozmów szefów dwóch konkurencyjnych firm (Petera i Gavina), czy hologfraficzna konferencja z przełożonym. Niecodzienny deal Gillfoya z Ganeshem dotyczący dziewczyny jednego z nich również potrafi włożyć uśmiech na usta widza.

Twórcy „Silicon Valley” zdecydowanie złapali wiatr w żagle i skrupulatnie tworzą swoją słodko-gorzką opowieść o budowaniu firmy od zera, pietrząc przed bohaterami masę problemów w drodze do osiągnięcia upragnionego celu. Umiejętne rzucanie wszelkiej maści kłód pod nogi naszych bohaterów umożliwia widzowi wczucie się w ich sytuację, zżycie z ich problemami oraz poczucie się, jakby było się w ich skórze. Krzywe zwierciadło „Doliny Krzemowej” ogląda się tak dobrze, że już zacieram ręce na drugi sezon serialu, smucąc się jedynie, że tak długo trzeba będzie do niego czekać.

Opowieść o młodych „wikingach naszych czasów”, jak w pewnym momencie mówi o sobie i swoich znajomych Richard, to produkcja, która bardzo pozytywnie zaskoczyła i przysporzyła mi mnóstwa wrażeń. Mały wielki serial!

Ocena: 8,5/10 <3

 
1 komentarz

Napisane w kategorii TV Shows

 

WesteBros = Bros from Westeros

31 maj

27 i 28 kwietnia, Warszawa ponownie przywitała gości z dalekiej krainy Westeros. Tym razem na zaproszenie HBO do stolicy Polski z Królewskiej Przystani oraz zza Muru stawili się Podrick i Sam – Daniel Portman oraz John Bradley.

Dwudziestoparolatkowie na spotkaniu z fanami oraz podczas konferencji prasowej sprawiali wrażenie raczej onieśmielonych tak dużym zainteresowaniem ich osobami. Nic dziwnego – dla Johna „Gra o Tron” to w zasadzie telewizyjny debiut, pierwsze prawdziwe przesłuchania. Dla  Daniela również jest to jedna z pierwszych ról.

Pierwszą rzeczą, która zaskoczyła podczas spotkania był naturalny akcent aktorów, tak różny od ich sposobu wysławiania się w megahicie HBO. Serdeczny ton głosu oraz pewna nieśmiałość młodych aktorów zjednała im zgromadzoną w sali publikę. Panowie opowiadali o pracy na planie oraz kto ich zdaniem powinien zasiąść na Tronie. John stwierdził, że nie sądzi, by Sam chciał osiągnąć coś takiego, jak władza na Siedmioma Królestwami – dla niego ważniejsze jest osiągnięcie szczęścia w życiu uczuciowym oraz akceptacji ze strony innych. W kwestii specyfiki pracy nad serialem, zdradził natomiast, że nie sądzi, by gra w „Grze o Tron” różniła się od pracy przy innych wytworach kultury, nawet tej klasycznej. „Nie podchodzę do swojej pracy jak do wielkiego dzieła fantasy, traktuję ją jak każdą inną pracę. Pewnie dlatego, że „Gra o Tron” też opiera się na prostym schemacie, który znany jest od czasu tragedii antycznej, czy dzieł Shakespeare’a – dwie osoby o czymś ze sobą dyskutują. Taka przecież przez większość czasu jest „Gra o Tron”. I to też mi się w niej bardzo podoba”.

Poruszona została także kwestia kolejnych tomów książki i ich powolnego tempa pisania. Odpowiedź aktorów udzielona była w formie pytania: „Czy wolisz przeciętną książkę jutro czy doskonałą za pięć lat? George pisze ją tyle czasu, gdyż rozmyśla nad każdym słowem i zastanawia się nad każdą możliwą wersją historii każdej z postaci.” Wie co robi i posiada plan dla wszystkich, więc zwyczajnie musimy mu zaufać.

Najzabawniej zrobiło się wtedy, gdy panowie zaczęli opowiadać o pracy na dwóch odległych planach filmowych – Chorwacji („grającej” Królewską Przystań) oraz Islandii, gdzie rozgrywane są sceny na Murze i za nim. Daniel narzekał na niewiarygodny wręcz upał, co John skwitował: „Moje serce krwawi słysząc Twoją opowieść o tych 40 stopniach. Bo pomyśl, że za Twój każdy stopień, ja miałem go na minusie”. Rozpiętość temperatur Westeros sięga bowiem spektrum -40 – + 40 stopni. Panowie zgodzili się jednak, że w obu szerokościach geograficznych problemem są niewygodne, ciężke stroje, które niezbyt pomagają w walce z niesprzyjającymi warunkami pogodowymi.

Interesująca odpowiedź padła także na pytanie o przyjaźnie na planie. Daniel spędza najwięcej czasu z Isaaciem Hempsteadem-Wrigthem (Bran) oraz Rorym McCannem (Hound), zaś John ze swoim najlepszym przyjacielem Kitem Harringtonem (John). Jest zresztą ogromnie zadowolony z tej przyjaźni, gdyż od samego początku panowie świetnie się dogadywali i John ma poczucie, że to był doskonały wybór castingowców. „W jakiś magiczny sposób byli w stanie wyczuć naszą wzajemną chemię na tak wczesnym etapie prac nad serialem” i teraz umożliwili mi zdobycie serdecznego przyjaciela także w prawdziwym życiu.

Szczególnie urokliwie odpowiadał Daniel, który kilkukrotnie musiał zmierzyć się z tym samym pytaniem, które padło do Johna. – Kurczę, Twoja odpowiedź była taka dobra, nic jej teraz nie przebije – stwierdził (w podobnym tonie) po którejś z wypowiedzi kolegi. Wyraźnie było to widzoczne podczas sesji pytań z widowni. Jedno z nich szczególnie zapadło mi w pamięć. „Jakie posiadacie wspólne cechy z postaciami, które odgrywacie?” John odpowiedział, że byłaby to pewna życiowa niepewność oraz zastanowienie się nad tym, co by zrobił w sytuacji bez wyjścia – czy stanąłby na wysokości zadania, gdyby sytuacja tego wymagała. Takie rozterki towarzyszą im obu – Samowi oraz Johnowi, powiedział aktor. Postawiony przed tym samym pytaniem Portman nie był w stanie udzielić żadnej konkretnej odpowiedzi.

- Cholera, dobra odpowiedź. A ja aż nie wiem.

- Może fakt, że kochają Cię kobiety?

- A tego nie wiem.

<sala skanduje>

- No dobra, to uznajmy to za odpowiedź.

Innym zabawnym momentem był ten, gdy John porównał Joffreya do… Justina Biebera. „To młody chlopak, który dostał za dużą wladzę i nie potrafi sobie teraz dobrze z nią poradzić”. Wiek odgrywa tu zresztą duże znaczenie, gdyż Bradley przypomniał, iż w książce Joffrey jest młodszy i w momencie (SPOILER?) śmierci nawet Tyrion dostrzega, iż właśnie zginął czternastolatek. W serialu poprowadzono to nieco inaczej, dzięki czemu TEMU wydarzeniu towarzyszy raczej ogólna ulga. (END OF SPOILER?) Aktor chwalił również grę Jacka Glessona, gdyż diametralnie różni się ona od tego, jaki chłopak jest w życiu codziennym. „To jedna z najserdeczniejszych osób, jakie spotkałem”.

Spotkanie zakończyło się pokazem kinowym dwóch odcinków serialu (trzecim oraz czwartym), co tylko utwierdziło mnie w przekonaniu, że „Grę o Tron” powinno oglądać się na wielkim ekranie. Momentem, który wyglądał w kinowej sali szczególnie epicko, było zajęcie miasta Maureen. Piramida, Daenerys i powiewająca w tle flaga z emblematem rodu Taergaryenów? #Perfetto!

Po pokazie odbył się jeszcze bankiet, na którym na gości czekała ogromna atrakcja. Tak duża, że  trzeba okrasić ją mianem spoilera z nadchodzących odcinków. :P You’ve been warned!

PS. Relacja Dominiki z zaprzyjaźnionego portalu oraz wywiad Hatak.pl z Danielem Portmanem.

PS2. Dziękuję serdecznie HBO Polska za możliwość uczestnictwa w wydarzeniu.

 
Komentarze (2)

Napisane w kategorii TV Shows

 

To The Rescue!

20 mar

Po zaliczeniu „Dziewczyn” i „Spojrzeniu” na kalifornijskich chłopaków, przyszedł czas, aby napić się „Czystej”. ;) Tak, tak, HBO ostatnio rządzi moim kalendarzem. (A poniższy tekst jest lekko spoilerowy).

Szósty sezon „Czystej Krwi” rozpoczyna się dokładnie w momencie, w którym skończyła się poprzednia seria. Bill powstający z kałuży własnej krwi przeraża zgromadzonych w Authority, którzy ochoczo biegną do wyjścia, by się ratować. Do tego już pierwsze minuty pokazują jego nowe zdolności. To właśnie one staną się jednym z ważniejszych punktów sezonu, gdyż Bill (czy też, jak nazywa się go w nomenklaturze serialu, Billith) będzie kluczem do rozwiązania głównego problemu nowego sezonu. (A przynajmniej sam tak myśli). Głównym problemem „szóstki” jest natomiast otwarta wojna z wampirami, które zostają łapane i wywożone do specjalnego więzienia, w którym testowane są ich zdolności.

Wampirze więzienie to zresztą jeden z najciekawszych wątków sezonu, którzy grzęźnie w mnogości historii. Jest interesujący, gdyż stawia większość bohaterów w ciągłym zagrożeniu. Pod tym względem przoduje odcinek piąty, który wraz z finałem stanowią najlepsze odcinki sezonu. Pozostała część wątków, przez większość trwania szóstej serii prowadzona jest osobno i w zasadzie żadna z nich nie potrafi przykuć należytej uwagi. Najgorzej prezentują się wątki Alcide’a oraz Sama. Ten pierwszy, odkąd stał się Liderem Watahy, stracił cały zdrowy rozsądek oraz jakiekolwiek oznaki przyzwoitości. (Wilkołaki zresztą wciąż są najsłabszym elementem tego serialu. Produkcja HBO nie zyskała zbyt wiele po dodaniu tych istot do swojego świata. A przynajmniej ostatnimi czasy wątki z nimi związane wieją naprawdę złymi historiami. I pomyśleć tylko jak dobre rzeczy robią z tymi istotami producenci „Teen Wolfa”). Sam natomiast straszliwie miota się w tym sezonie, właściwie nie wiedząc co ze sobą robić, napędzany jedynie strachem. Mimo prób dramatyzacji tego wątku, naprawdę trudno się nim przejąć. A już momenty łączenie historii Alcide’a i Sama w jedną całość, wołają o pomstę do nieba. Na szczęście jednak koniec sezonu zapowiada uspokojenie się tych relacji oraz zarysowuje jakiś konkretniejszy cel dla wspomnianych postaci.

Szósty sezon to też kolejne rewelacje natury nadprzyrodzonej. Kiedy myślisz, że widziałeś już wszelkie możliwe nadprzyrodzone istoty w serialu, który niemal chlubi się tym, że co chwila wprowadza nowe stworzenia do swojej mitologii, nie zapomnij pomyśleć o hybrydach, które również mogą stąpać po tej ziemi. Tak, tak – „True Blood” zrobił to po raz kolejny i znów zaskoczył scenariuszowym pomysłem, wprowadzającym nowy gatunek istot nadprzyrodzonych. Na dodatek, jeśli myśleliście, że bycie pół-wróżką to najdziwniejsze, co ten serial zrobi z Sookie, spróbujcie tysiącletniego rodu Pierwszych Wrózek, którego Panna Stockhouse jest… księżniczką. Ach, ten guilty-pleasurowy poziom abstrakcji tego serialu, jest czasami taki rozkoszny.

Twórcom udało się także przekroczyć kolejną granicę dobrego smaku, poprzez ukazanie kolejnej niepotrzebnej eksplozji przemocy. Jeśli myśleliście, że dotychczas widzieliście już najbardziej obrzydliwą scenę morderstwa/wampirzego żywienia się, (a trzeba przyznać, że jest w czym wybierać), pomyślcie ponownie. Przedostatni odcinek serwuje nam wyjątkowo bolesną (na pewno z męskiego punktu widzenia) metodę uśmiercenia człowieka.

Zawodzi także to, co twórcy robią z postacią Worlowa. Pod koniec poprzedniej serii wydawało się, że to będzie Główny Zły nowej serii. Aż szkoda gadać co tak naprawdę z tego wyszło. Nieźle wypadają za to powroty starych twarzy (przoduje w tym Sarah Newlin, której zachowanie jest jeszcze bardziej pokręcone i sukowate, niż dotyczczas) oraz pojawienie się nowych postaci. Willa, córka gubernatora oraz wampirzyca Violet (grana przez Polkę, Karolinę Wydrę, znaną również z „Doktora House’a) dodają serialowi trochę humoru oraz „świeżej krwi” napędowej. Nieźle wypada też ścieżka dźwiękowa, a w szczególności piosenki, wieńczące odcinki. Moją uwagę w szczególności przykuły „Who Are You, Really?” Mikky’ego Ekko, „The Sun” The Naked And The Famous, zaskoczyły słowa „Fuck The Pain Away” … (lekko mówiąc jest disturbing) oraz, co chyba oczywiste, „Radioactive” Imagine Dragons. Zupełnie nie kupiła mnie zaś muzyka z „Dead Meat”.

Na szczęście ostatni odcinek bardzo ładnie zamyka większość wątków tej serii, a nawet… całego serialu, prezentując całkiem przyzwoity poziom. „Radioactive” spokojnie mogłoby służyć za finał produkcji, gdyby wyciąć z niego ostatnią scenę przed knajpą Sama. Z drugiej strony kolejna wariacja na temat koncepcji „my kontra oni” może jeszcze przynieść coś ciekawego, o ile twórcy wyciągną jeszcze jakiegoś asa z rękawa. Czy tak się stanie, przekonamy się już za kilka miesięcy.

Ostatni odcinek posiada jedną z najlepszych scen tej serii, która sprawia również, że „Radioactive” mogłoby stanowić zwieńczenie produkcji. Chodzi o moment skupiony na Tarze. Bardzo zgrabna scena, która pokazuje co leżało kiedyś u serca sukcesu tego serialu – nietypowe relacje (nie tylko) międzyludzkie.

Mimo morza goryczy, wylanego w tym wpisie, muszę stwierdzić także, że nadal mi się to całkiem nieźle oglądało. Może to magia oglądania serialu hurtem, wszystkich odcinków za jednym zamachem (a szóstą serię obejrzałem w przeciągu dwóch, trzech dni), ale dzięki niektórym wątkom, serial nadal przysparzał mi radość. Mniejszą i nie w takim natężeniu, jak kiedyś, ale jednak przyjemność z oglądania. Mimo wszystko czekam więc na kolejny sezon, który ma być zresztą zwieńczeniem historii. Jeśli więc siódma seria utrzyma poziom ostatnich dwudziestu minut ostatniego odcinka, szykuje się naprawdę niezła zabawa.

Ocena: 5+/10

+ Najlepsze Odcinki:

6×05 „Fuck The Pain Away” Interesujące zawiązanie akcji (większość bohaterów w niebezpieczeństwie), ciekawe retrospekcje oraz wreszcie porządny cliffhanger, sprawiający, że nie można się doczekać kolejnego odcinka.

6×10 „Radioactive” Głównie za bardzo zgrabny segment „sześć miesięcy później”, ukazujący interesującą rzeczywistość, swoisty „new age”, jak mówi się o nim w rytm najlepszej piosenki Imagine Dragons.

 
Komentarze (2)

Napisane w kategorii TV Shows

 

Dziewczyny

19 mar

Girls” Leny Dunham to serial o młodych dziewczynach, mieszkających w wielkim mieście. Ukazujący ich problemy w związkach, wiązania końca z końcem oraz codziennej egzystencji. Teoretycznie ma to robić w sposób bliski prawdzie. I być może momentami rzeczywiście to robi. Potem jednak następują wątki i historie, które zdają się działać jedynie na zasadzie shock-value, nie posiadając żadnego uzasadnienia w fabule i otoczka rzeczywistości pryska.

Jako, że akcja rozgrywa się w Nowym Yorku, a przyjaciółki są cztery, Dunham ubiegła wszystkich porównaniami do „Seksu w wielkim mieście” i już w pierwszym odcinku zdradziła, że jej bohaterki znają i lubią serial Darrena Stara. Sprytne zagranie, które samoistnie umożliwia „Girls” wejście w dyskurs z serialem z lat 90., unaoczniając, że autorka zdaje sobie sprawę z możliwości porównań ze słynną produkcją HBO. Trzeba też przyznać, że ten dyskurs jest interesujący, gdyż oba seriale ukazują dwa różne światy, nie tylko ze względu na czas akcji, ale samo podejście bohaterek do wielu tematów. Zbieżne są na pewno liberalne uwagi dotyczące sfery seksualnej, ale już sposoby na rozwiązania niektórych spraw nieco się od siebie różnią. „Girls” zdają się być bliższe prawdzie zwyczajnych ludzi, którzy nie kupują ciuchów od projektantów.

Atutem „Dziewczyn”, który widać już w pierwszym odcinku, jest wielka dawka słodko-gorzkiego, życiowego humoru. Niewymuszonego, lekkiego i na czasie. Scena, w której Hana przychodzi do rodziców, by prosić ich o pieniądze, jest zwyczajnie rozbrajająca. „Aby skończyć tę książkę potrzebuję 11 tysięcy dolarów. Miesięczne. Przez najbliższe dwa lata”. Później dostaniemy jeszcze wiele podobnie zabawnych scen, jednak w pewnym momencie oprócz uśmiechu, zacznie budzić się w nas niezręczność z ich oglądania, wraz z poczuciem pewnego zażenowania pod tytułem: Co ja właściwie oglądam?

Jest bowiem coś dziwnego w oglądaniu „Girls”. Jakaś taka niezręczność, nieporadność, pewien dyskomfort oglądania przedstawionych tu sytuacji. Dodatkowo irytacja na zachowania bohaterek, bo niektóre rzeczy, które przyjaciółki wyrabiają zdają się być kierowane jedynie efektem shock-value, mającym zaskoczyć widza, bez żadnego uzasadnienia charakterologicznego. Przoduje w tym ostatni odcinek pierwszej serii, rozpoczynający się na imprezie-niespodziance, która okazuje się być „najważniejszym dniem życia”, podczas którego każda z bohaterek podejmuje dość nieprzemyślaną decyzję. Niby rozumiem, że chciano ukazać, iż młodzi ludzie działają pod wpływem impulsu, nie zawsze rozważając wszystkie opcje, ale poziom głupoty zachowań, które objawiają bohaterki (i bohaterowie) zakrawa chwilami o pomstę do nieba. Fragmenty jak z abusive relationship, przypadkowe decyzje bohaterek, denerwujący faceci (w pewnym momencie można pomyśleć, że Dunham nie znosi mężczyzn, tak tragicznie zostają oni tu ukazani), czy irytujący styl bycia głównej bohaterki, stanowią tylko czubek góry lodowej męczących wątków serialu.

Paradoksalnie za plus można uznać to, że każdy w zasadzie zostaje ukazany tu w niekorzystnym świetle. Obrywa się wszystkim, bez wyjątku, choć w różnym natężeniu i w innym czasie. Wyjątkowo ciekawym jest w szczególności sposób portretowania głównej bohaterki. Zaskakuje to, jak bardzo Hanna skupiona jest na sobie. To jednak dobrze pokazuje problemy współczesnych dwudziestolatków, którzy nie potrafią wyjść spoza swojej „bańki mydlanej” / „bubble” i spojrzeć na rzeczywistość z szerszej perspektywy.

Girls” budzą we mnie dychotomię uczuć. Z jednej strony widzę ciekawe uwagi dotyczące otaczającej rzeczywistości, z drugiej irytuję się nietrafionymi, zwyczajnie głupimi decyzjami bohaterów. Do tego wszystkiego zaskakuję samego siebie tym, jak bardzo przeszkadzają mi niektóre wątki, bohaterowie, czy sceny. To znaczy jednak, że wywołują one we mnie jakieś emocje. W zasadzie w większości negatywne, bo psioczę na głupotę zachowań, ale równocześnie nie jestem w stanie przerwać oglądania. Tym samym właśnie zabrnąłem na końcówkę trzeciego sezonu, kiedy zorientowałem się, że jednak jestem kupiony i połykam kolejne odcinki w zaskakującym tempie i z uśmiechem na ustach.

„Girls” zapewnia po prostu w pełni dychotomiczne podejście. Męczy, denerwuje, rodzi reakcje typu: „WTF am I watching?”, a jednocześnie czasami ma tak trafne uwagi dotyczące otaczającego nas świata, że jednak chce się oglądać dalej. Dla odcinków takich jak 2×04 „It’s A Shame About Ray” , w którym następuje wspólna kolacja starych przyjaciół, a Marnie zauważa, że nie ma planu na przyszłość, chyba warto oglądać ten serial. „Nie wiem nawet co będzie robić za tydzień, ani co tak naprawdę chce robić w życiu”, mówi dziewczyna, ukazując tym samym dylemat, który boryka wielu młodych ludzi, nie tylko w Ameryce.

Na pewno więc nie można zarzucić serialowi, że jest nudny. Budzi emocje, więc jednak spełnia swoją funkcję, przynosząc nietypowy rodzaj rozrywki. Na pewno zaś stanowi odtrutkę od przelukrowanej wizji młodzieży przedstawionej w produkcjach The CW, w których słońce zawsze świeci, a z nawet najgorszej sytuacje jest jakieś deus-ex machinowe wyjście. Chyba warto więc oglądać „Girls”. Dla tych momentów, kiedy potrafią idealnie uchwycić dylematy dwudziestolatków.

Ocena: 6+/7-/10

Bonus: Najlepsze/ulubione odcinki:

2×04 „It’s A Shame About Ray” (za świetną scenę imprezy oraz monolog Marnie)

3×06 „Free Snacks” (za świetne ukazanie środowiska GQ i nietypowe relacje z nowymi współpracownikami)

 
Komentarze (3)

Napisane w kategorii TV Shows

 

Spojrzenia

14 mar

Looking”, czyli serial o „perypetiach trzech przyjaciół z San Francisco, którzy starają się odnaleźć w realiach współczesnego świata”, to opowieść o różnych spojrzeniach na gejowskie środowisko tegoż miasta. Trzech bohaterów w różnym wieku boryka się z problemami związków, które czekają każdego w wielkim mieście.

Ciekawym jest, że akcja serialu dzieje się w San Francisco, gdyż jedynie z opisu widać to miasto w kadrach produkcji HBO. Z serialu (a przynajmniej jego pierwszego odcinka) trudno się tego tak naprawdę dowiedzieć. Być może dlatego, że nie zostaje nam ukazane ścisłe centrum miasta, z najbardziej rozpoznawalnymi budynkami, a zwykłe ulice, zamieszkałe przez zwykłych ludzi.

Looking” to interesująco zilustrowane zbliżenia międzyludzkie. Szczególnie fajnie wypadają właśnie tytułowe „Spojrzenia”, (tak serial został nazwany po polsku), które padają między bohaterami. Sposoby wyrażania różnorodnych emocji poprzez tak prosty gest, jakim są odmienne style patrzenia, wypadają wyjątkowo ciekawie. Prosty gest, wiele treści. Szczególnie interesująco wypada to w scenie w pociągu, gdy Paddy’ego zaczepia jakiś randomowy koleś. Ich wspólna rozmowa wypada najnaturalniej i najciekawiej w całym pilotażowym epizodzie. A już końcówka pełna uśmiechów obydwu mężczyzna jest całkiem urocza.

Serial stworzony przez Michaela Lannana (oraz Andrew Haigha) rozkręca się powoli, jednak w pewnym momencie okazuje się, że wyjątkowo mocno przykuwa uwagę i coraz więcej scen budzi pozytywne uczucia. Taka jest na pewno scena rozmowy z matką w przedostatnim odcinku „Looking for Plus One”, która ukazuje interesujące spojrzenie na kwestie relacji rodzinnych, a w szczególności tej synowsko-matczynej. Bardzo trafne spostrzeżenia.

Serial prezentuje też ciekawe, nietypowe, acz całkiem zdrowe podejście do życia. Gdy jeden z bohaterów spotyka przypadkiem dobrze płatnego żigolaka, ten mówi mu wprost o swoim zawodzie, a nawet zauważa: „Tym się właśnie zajmuję. Gdybym się tego wstydził, to bym tego nie robił”. Trafne, acz niecodzienne podejście. W tym samym odcinku pada również zdanie o tym, że panowie muszą bardziej postarać się w pracy zawodowej, by być takimi, jakimi chcieliby być, a nie jedynie wyczekiwać końca dnia pracy. Róbmy to, co sprawia nam pełną przyjemność i prowadzi do samoulepszenia, zdają się tym mówić, wzmacniając amerykański etos pracy nad sobą.

Looking” to trochę taki „Seks w wielkim mieście” ze swoją otwartością rozmów o seksie i intymności. W nieco innej skali i z innym spojrzeniem, ale myślę, że coś jest w tym porównaniu. Ma też ponoć elementy zbieżne z „Girls”, innym serialem HBO ukazującym życie młodych ludzi w wielkim mieście. Wciąż nie zabrałem się za serial Leny Dunham, więc nie mogę się w pełni poinfromowanie wypowiedzieć na ten temat, ale jeśli rzeczywiście choć trochę przypomina „Spojrzenia”, myślę, że wkrótce postaram się o tym przekonać na własnej skórze.

Wartymi uwagi są także niezłe, często przerzucone jak przez instagramowy filtr zdjęcia oraz nienachalna popowo-elektroniczna muzyka wieńcząca każdy odcinek. Interesującym zabiegiem formalnym jest także brak czołówki i cold-opening odcinka. Ciekawym jest też nawiązanie do jednego z najlepszych seriali, jakie kiedykolwiek powstały, czyli „Friends”. Ilość produkcji, które odnoszą się do wielkiej miłości Rossa i Rachel poszerzyła się właśnie o kolejną pozycję, gdyż Patrick wraz ze swoim obecnym partnerem porównują się do słynnej pary.

Serialem zainteresowałem się poprzez udział w nim Jonathana Groffa, czyli Jessiego z pierwszych sezonów „Glee”, gdzie stworzył bardzo wyrazistego, świetnie śpiewającego bohatera. Przyczyniła się do tego także krótka opinia Anny S, autorki bloga Arthouse, która na filmwebie oceniła serial na 7/10 z dopiskiem „andrew to mistrz”. Zaintrygowany taką zbitką słów zapytałem o więcej szczegółów, a potem z ochotą sięgnąłem po serial. Po pierwszych odcinkach zapowiadał się na interesującą produkcję, która mogła stanowić łagodne wejście w tematykę kina LGBT, po które chyba najwyższy czas sięgnąć. Tak przynajmniej mówią mi internetowi znajomi. Po obejrzeniu pierwszego sezonu mogę powiedzieć, że „Looking” rozkręcało się powoli, ale z końcem serii już porządnie wciągnęło mnie do swojego świata. Z chęcią obejrzę drugi sezon, który niedawno zapowiedziano. A w międzyczasie chyba rzeczywiście zapodam sobie to wychwalane „Girls”.

Ocena: 7/10

 
Komentarze (3)

Napisane w kategorii TV Shows

 

Us against Them!

07 mar

Idąc za ciosem Milczącego Krytyka, który po kilku miesiącach od obejrzenia, opisał swoje wrażenia po „True Blood”, postanowiłem uczynić to samo i odświeżyć swoje luźne notatki utworzone tuż po obejrzeniu piątej serii. Żeby tradycji stało się zadość i żeby wejść w szósty sezon z lekką przypominajką tego, co widziałem w poprzednich dwunastu odcinkach.

Piąty sezon „True Blood” przypadł mi do gustu bardziej niż czwarta odsłona serialu. Wątki, choć równie przesadzone, co wcześniej, wydały mi się jednak ciekawsze i przysparzające innych wrażeń. Tym, czym sezon różni się od poprzednich jest fakt, iż dostajemy tu więcej równoległych, niepowiązanych ze sobą historii. W zasadzie brak też konkretnego głównego wątku. Niby za taki może uchodzić wampirza sekta wierzących w boginię Lilith, jednak muszę przyznać, że jedynie fragmenty tego wątku przypadły mi do gustu, a większość tej historii pozostawiła mnie zupełnie obojętnym. Udało mi się jednak wynotować interesującą uwagę dotyczącą tej historii: Choć sezon piąty przedstawia dużo dziwniejsze wątki, to jednak, zaskakująco, są one także bardziej prawdopodobne. Kult wampirów? „Piątka” pokazuje jak mocno silne przekonania i religia są w stanie zamroczyć zdrowy rozsądek i spowodować wypaczenie pierwotnych założeń. Ta prosta teza zostaje ukazana w chory, odpowiednio pokręcony, „true-bloodowy” sposób. Chyba ostatecznie nieco zbyt pokręcony, jak na mój gust, bo gdzieś w połowie straciłem do niego serce.

Wątkiem, który przypadł mi do gustu najbardziej, to część sezonu, związana z poszukiwaniami Russella Edgingtona, który został przez kogoś wykopany z miejsca pochówku. Poszukiwania wiążą się z ponowną współpracą zwaśnionych: Billa, Erica oraz Sookie, z gwiazdą towarzysząca w postaci Alcide’a. Odcinek, w którym Drużyna S udaje się na „misję” był jednym z lepszych w tej serii. Jak więc widać na tym prostym przykładzie – niezłe wątki mieszają się tu ze słabymi.

Resztę wątków możnaby opisać jako: My kontra Oni. Dostajemy kilka niecodziennych połączeń zwaśnionych stron: Bill i Eric kontra Authority; Bill, Eric oraz Authority kontra świat; „The Obamas” kontra „Sups” w Bon Temps; Alcide kontra wataha. Do tego niezłe wątki: Terry i klątwa Bogini Ognia, czy Andy i jego relacja z Holly oraz rozwiązanie jednonocnej zabawy z wróżką. Najciekawszym z nich jest chyba kwestia Tary i jej prób odnalezienia się w rzeczywistości jako wampir (ze szczególnym uwzględnieniem jej relacji z Pam).

W ogólnym rozrachunku – nie jest źle, choć to juz powoli cień serialu, którym „Czysta Krew” była kiedyś. Nowy sezon oddalił się od tego, czym produkcja byla na początku. Żądło krytyki amerykańskiego południa i podejścia do „inności” nieco się już stępiła, wchdząc raczej w stronę produkcji, ukazującą najdziwniejsze pomysły wyobraźni scenarzystów (oraz autorki książek Charlane Harris). Widać to chociażby w fakcie, iż nowy sezon jest brutalniejszy. Nie chodzi tylko o częstotliwość zabójstw i ilość przelanej krwi, ale o mniejsze uzasadnienie tego przelewu. Zdaje się, że brutalność stała się obecnie celem samym w sobie, mającym na celu jedynie szokowanie widza.

Ostatni zalew produkcji o tematyce nadprzyrodzonej sprawił, że True Blood nie znajduje się już w ścisłej czołówce opowieści z elementem supernaturalnym. Nie oznacza to jednak, że źle się go ogląda. To takie guilty-pleasure, które przestało właśnie udawać, że jest czymś więcej niż tylko przesadzoną wariacją na temat tych nadprzyrodzonych istot. Chyba więc dobrze, że sezon siódmy będzie już tym finałowym.

PS. Piąty sezon zdradza nam też mimochodem, że Albert Einstein był pół-wróżką. Naprawdę coraz ciekawsze te rewelacje! ;)

 
Brak komentarzy

Napisane w kategorii TV Shows

 

Wspaniały Dzień w Westeros

17 maj

Większą część ostatniej środy spędziłem w świecie Westeros, będąc uczestnikiem wielu wydarzeń promujących trzeci sezon niezwykle popularnej produkcji HBO, jaką jest „Gra o Tron“. W związku z tym chciałem przybliżyć Wam najciekawsze momenty tej niecodziennej podróży.

Dzień rozpocząłem od konferencji prasowej z Maisie Williams (Arya) oraz Liamem Cunnighamem (Davos). Planowany był też przyjazd Affiego Allena (Theon), jednak z powodu innych zobowiązań nie mógł się on stawić w Warszawie. Gwiazdy zaprezentowały się zgromadzonej publiczności z jak najlepszej strony, tryskając humorem i urokliwym sposobem bycia.

Najczęściej zadawanym pytaniem było to o to „kto powinien wygrać Grę o Tron“? Odpowiedzi nieznacznie różniły się od siebie, przy czym niezwykle naturalnie wybrnęła z tego Maisie, która powiedziała, że wielokrotnie zmienia swoje zdanie. „Na chwilę obecną Daenerys“. Liam: „Jeśli powiem, że ktoś inny niż Stannis, mogę być w poważnych tarapatach. Ale na poważnie – podoba mi się, że to nie jest czarno-biały świat, że bohaterowie są wielowymiarowi, a sympatie widzów zmieniają się z odcinka na odcinek. Dodatkowo – nigdy nie wiesz kto jeszcze umrze. Uważam jednak, że Stannis ma dobre podstawy do bycia królem, tak samo jak Daenerys“. Wieczorem oboje stwierdzili, że wszystko się może zdarzyć, że nie spodziewają się happy-endu i że są sobie w stanie wyobrazić, że z jakichś powodów na przykład Mellissandre może zasiąść na tronie.

Oboje przyznali też, że nie czytali książek, by nie nastawiać się na przyszłe wydarzenia, które mogą nie nastąpić, jako że serial odbiega od pierwowzoru oraz by nie psuć sobie niespodzianki z oglądania produkcji, jak reszta fanów. Maisie na przykład nie czyta pozostałych fragmentów scenariusza, by nie spoilować sobie zabawy oglądania wraz z fanami. Liam stwierdził natomiast, że to wspaniała rzecz – zarazem uczestniczyć w produkcji, jak i być jej wiernym fanem, poznającym nowe karty wraz z resztą widowni. Drugim powodem jest fakt, że grają przecież bohaterów serialowych, a nie książkowych, a oczekiwanie nieoczekiwanego, ta niepewność dalszego losu ich bohaterów, sprawia, że wciąż zostają zaskakiwani, a ich przeżycia na planie wciąż są „świeże“ i satysfakcjonujące. „Kiedy to wszystko się już skończy, pewnie zasiądę do książek, by przekonać się, co ‚powinno‘ było spotkać moją bohaterkę, wedle pierwotnego zamysłu“, stwierdziła Williams.

Maisie spotkała się z Georgem Martinem, autorem Sagi, już podczas kręcenia pilota, Liam uścisnął mu dłoń dopiero półtora miesiąca temu. Oboje są jednak zadowoleni z tej współpracy i wspominają, że zarówno George, jak i jego żona Parris to wyjątkowo urokliwi ludzie. Maisie dostaje na przykład od nich małe pamiątki z Westeros – powoli rodzi się jej kolekcja monet ze świata wyobraźni Martina, gdyż przy kilku okazjach dostała od nich monety, którymi posługuje się ludność krainy.

Na pytanie: Czy chcielibyście mieszkać w takim świecie?!, Liam zareagował gromkim: „Oszalałeś?! Nie, nie chciałbym w nim mieszkać. Chyba nikt przy zdrowych zmysłach by nie chciał. Przecież tutaj nawet dobre uczynki spotykają się z najgorszą karą. To nie jest zdrowy świat. Lubię jedynie do niego wpadać i wypadać. Jednak komfort własnego łóżka i porannej kawy oraz większa pewność czekającego mnie losu, podobają mi się bardziej.“

Maisie: Ja również nie chciałabym w nim mieszkać. Kary w tym świecie wydają się dość surowe („kinda harsh“). Jeśli ktoś pragnie Twojej śmierci, jego życzenie w końcu się ziści. To nie jest przyjemny świat.

Liam: Tak, to świat, którym rządzą zazdrość i paranoja. W ogromnej mierze przypomina świat polityków. Naprawdę nie wiem czemu ludzie chcą nimi zostawać.

Kto jest dla Was najbardziej „badassowym“ bohaterem?

Maisie: Ostatnio bardzo podoba mi się Ygritte. Powiedziałabym, że jest „bad-assem“, zwłaszcza, że wiem, jak [Rose Leslie, aktorka] zachowuje się normalnie. Jej przemiana na ekranie jest zaskakująca i bardzo mi się podoba.

Liam: Daenerys! Jej bohaterka niezmiernie się zmieniła. Dojrzała. Obecnie jest cięta jak stal i takież są jej nerwy. Tak, Daenerys zdecydowanie jest badass. Niezmiernie podoba mi się też postać Tywina. Uważam, że ta dwójka zdecydowanie zasługuje na takie miano. Szczególnie Tywin, który potrafi sprowadzić do stanu „srania w gacie“ tak charyzmatyczne i pewne siebie postaci, jak Cersei czy Tyrion.

Jak sobie radzicie z rosnącą popularnością?!

Maisie: Mieszkając w Anglii nie jest to zbyt męczące. Jestem z małego miasteczka i tam moje życie nie zmieniło się zbytnio. Kiedy jestem w większych miastach, ludzie co najwyżej obrócą się za mną, zastanawiając się czy mnie znają. Ale wtedy zdążę już odbiec kawałek dalej. ;) Kiedy jednak byliśmy w Stanach Zjednoczonych, było to dość przerażające przeżycie. Ludzie koczujący pod hotelami, te sprawy. Nie wiem czy byłabym w stanie tam żyć.

Liam: Najdziwniejszy tłum był na lotnisku, gdy nagle zaczęło biec w Twoją stronę około 10 osób, a Ty myślałeś tylko o tym, że jesteś padnięty po locie i najchętniej już teraz, zaraz położyłbyś się spać. Z drugiej strony spotkanie fanów, to fantastyczne doświadczenie. Sposób, w jaki ludzie doceniają to, co robisz, pokazują, jak wywarłeś na nich wpływ, rodzi bardzo pozytywne odczucia. Oczywiście nie należy brać tego za bardzo personalnie, by woda sodowa nie uderzyła nam do głowy. Ludzie są fanami znakomitej produkcji, nie tylko Twojej postaci.

Czy chcielibyście, by któryś z bohaterów zginął?!

Maisie: W zasadzie dobrze współpracuje mi się z całą obsadą (śmiech). Na razie Ci, których śmierci bym sobie życzyła i tak już zdążyli umrzeć.

Liam: Jak wspominałem wcześniej, podoba mi się, że produkcja daje możliwość zmiany postrzegania niektórych postaci. Tak przecież stało się z Jaimiem, który nagle zyskał w oczach wielu widzów, gdy pomógł Brianne, za co jeszcze spotkała go kara. Wiem, że wiele osób pragnie śmierci Joffreya. Zastanawiałem się nawet czy dałoby się zrobić z tym bohaterem podobny manewr, jak z Jaimiem, ale nie widzę na to sposobu. To ten typ bohatera, którego Kochasz Nienawidzić.

Jak myślicie – jak skończy się „Gra o Tron“?

Liam: Cytując Petera Dinklage’a, któremu zadano to samo pytanie: Może jakiś numer musicalowy?! :P A tak na poważnie to nie wiemy i nawet nie chcemy wiedzieć. Liczy się podróż, zabawa i emocje, które rodzą się w nas i widzach podczas tej niesamowitej wyprawy.

To oczywiście jedynie część pytań i odpowiedzi, które padły podczas godzinnej konferencji prasowej. Po większą liczbę Q&A z aktorami zapraszam do innych serwisów kulturalnych, jak: Wynurzenia z Kinowego Fotela, Hatak.pl, more COMING SOON!

Z dodatkowych informacji: Maisie śmieje się dokładnie tak, jak jej bohaterka, a Liam, gdyby mógł wybrać czyje cechy chciałby posiadać, bez wahania odpowiada: Davosa. „To jedyny bohater, który posiada korzystne cechy charakteru („redeeming qualities“) – jest wierny, lojalny i waleczny. Taki zbiór cech nie zawsze skutkuje jednak nagrodą. Davos za swoje pozytywne przywary zostaje przecież wtrącony do więzienia. Dlatego też nie nazwałbym jego relacji ze Stannisem Przyjaźnią, co najwyżej biznesową przyjaźnią, taką przez małe „p““.

Wieczorem miałem za to podwójną szansę spotkania się z gośćmi specjalnymi: na pokazie fanowskim, gdzie mogłem stanąć oko w oko z dwójką aktorów oraz podczas spotkania na sali kinowej Multikina, gdzie odbyła się krótka konferencja oraz  pokaz dwóch odcinków (akurat idealnie dobranych pod mój obecny stan oglądania, z dwutygodniową przerwą, czyli #6 i #7), który utwierdził mnie w przekonaniu, że „Grę o Tron“ należy oglądać na dużym ekranie.

Wrażenie, jakie wywarli na mnie aktorzy podczas całego dnia, było takie, że są niezwykle sympatycznymi, otwartymi ludźmi, którzy lubią to, co robią. Spytani podczas sesji fanowskiej co dzisiaj robili (w końcu „widzieliśmy“ się nad ranem), odpowiedzieli z rozkrającą szczerością: „Spałem“ i „Przesiedziałam dzień na balkonie“. Poczucie humoru nie opuszczało gwiazd przez wszystkie spotkania i nawet pytani wielokrotnie o to samo (najczęstsze pytanie: Kto powinien wygrać Grę o Tron?) potrafili z gracją wybrnąć z sytuacji, raz po raz udzielając nieco innej odpowiedzi.

Środę zaliczam więc do niezwykle udanych i satysfakcjonujących dni. Na dodatek tak odmiennych od rzeczywistości, że z trudem powróciłem do obowiązków dnia codziennego. Serdecznie dziękuję więc HBO Polska za zaproszenie i gościnę. Bawiłem się przednio. :D

Na dodatek HBO musiało też jakoś usłyszeć o tym, że w trakcie trzeciego sezonu zdecydowałem, że warto sięgnąć po książki, gdyż uczestnicy konferencji otrzymali w prezencie… trzeci tom Sagi George’a Martina. Także nie pozostaje mi nic innego, jak w wakacje zasiąść wreszcie do lektury. :)

PS. Zrobiłem też z siebie Bardzo-Rozgarniętego-Młodzieńca w wywiadzie dla Dzień Dobry TVN :P. Na szczęście stacja wybrała akurat ten moment, kiedy mówię coś sensownego. ;)

PS2. Zdjęcia pochodzą z FanPage’u HBO Polska oraz z mojej prywatnej kolekcji. ;)

 
Komentarze (9)

Napisane w kategorii TV Shows

 

Winter is Coming! (#TheEvent)

29 mar

Możliwość zobaczenia „Gry o Tron” na wielkim ekranie – bezcenna! :)

Gdy Zima Nadeszła po raz pierwszy zupełnie ominęło mnie szaleństwo z nią związane. Dopiero miesiąc temu zasiadłem do flagowej produkcji HBO i… dwa sezony pochłonąłem w tydzień. W ciągu siedmiu dni poświęciłem 20 godzin na losy bohaterów z Westeros, tak mnie przyciągnął i przykuł świat wykreowany przez Georga R.R Martina oraz scenarzystów serialu.

Tak jak w przypadku innych produkcji tej stacji – niemożnością jest zobaczyć tylko jeden odcinek – człowiek jak najszybciej chce „wciągnąć” całość. Ta zasada sprawdza się przy „Czystej Krwii”, a nawet europejskim i jedynie trzyodcinkowym „Gorejącym Krzewie”.

Identycznie jest z „Grą o Tron”. Historia wciąga w zaskakującym tempie, a kolejne sojusze oraz ich szybkie zrywanie stanowią nad wyraz ciekawą intrygę. Tak więc z niezwykłym zainteresowaniem wszedłem do tego świata i na stałe się w nim zadomowiłem. Teraz udało mi się nawet przedpremierowo zobaczyć pierwszy odcinek nowego sezonu. Ba!, nawet napisać o nim kilka słów:

„Na ten moment przyszło widzom długo czekać. Gdy więc z ekranu zaczyna lecieć słynna muzyka Ramina Djawadiego, można poczuć ciarki na plecach. (…) W pierwszym odcinku poruszono tyle wątków, że w zasadzie każdy z nich został zaledwie nakreślony i porzucony na rzecz kolejnego. Nie można dzięki temu narzekać na nudę, jednak uczucie, które zostaje w widzu po skończeniu seansu, to niedosyt. W żadnej lokalizacji nie mogliśmy zagościć na dłużej, w każdej dostaliśmy jedynie zalążek mających nadejść wydarzeń. Z tego powodu czas przy odcinku upłynął zbyt szybko, pozostawiając nas z niezaspokojonym apetytem. Po tak długiej przerwie trudno było na nowo wczuć się w atmosferę Westeros, a kiedy jednak udało się już w pełni odnaleźć w serialowej rzeczywistości, umościć sobie wygodne miejsce do śledzenia kolejnych zdarzeń, nastąpiło wyciemnienie ekranu i napisy końcowe. To sprawiło, że „Valar Dohaeris” jest tylko zapowiedzią czegoś więcej. Sam bieg akcji w premierowym odcinku jest na tyle niespieszny, że trudno powiedzieć, by zwalił widza z nóg. Wszystko wskazuje na to, że taki efekt dopiero nastąpi. Na razie dostaliśmy zwyczajnie przyzwoitą rozbiegówkę dla późniejszych wydarzeń.”

Pełny tekst po kliknięciu w zdjęcie

Możliwość obejrzenia najnowszego odcinka zawdzięczam stacji HBO, która zaprosiła swoich gości do Warszawskich Złotych Tarasów, gdzie w jednej z sal zaprezentowano nam premierę sezonu numer III. Możliwość zobaczenia jednego z ciekawszych seriali ostatnich lat na srebrnym ekranie to naprawdę bezcenne przeżycie. Bawiłem się świetnie, wyszedłem z dużym niedosytem i apetytem na więcj, po drodze spotkałem kilku znajomych i zrobiłem kilka zdjęć. Po czym wróciłem, spisałem wrażenia (być może za bardzo streszczając wydarzenia, sam nie wiem?) i spreparowałem ten wpis.

Takie tam z Jonem Snowem, Mieczem Starków i Daenerys Targaryen :P

HBO Polska uraczyło mnie miłym tematycznym prezentem, a przy okazji oznakowało jako „swojego”, dodając mi kolejną opaskę do kolekcji. ;)

Na koniec chciałem serdecznie pozdrowić spotkanych na miejscu znajomych: Dominikę z Wynurzenia z Kinowego Fotela, Zwierza Popkulturalnego oraz Wuesa z NaTemat.pl (pod linkami znajdują się ich szybkie relacje z premiery nowego sezonu). Każdy w innym stylu, dzięki czemu możecie mieć szersze spojrzenie na wydarzenia wczorajszego popłudnia. ;)

PS. Dzięki serdeczne, HBO Polska! :)

 
Komentarze (3)

Napisane w kategorii TV Shows

 
 

  • RSS