RSS
 

Notki z tagiem ‘how-i-met-your-mother’

How I Finished A Show

01 kwi

Rozpoczynając przygodę z serialem Cartera Baysa i Crega Thomasa, „How I Met Your Mother” (co uczyniłem zresztą całkowitym przypadkiem, z nudów przerzucając kanały), nazwałem go moim „Fling Show” – serialem, którego obejrzę parę odcinków, a potem zapomnę o jego istnieniu. Nic takiego oczywiście nie miało miejsca, a choć mój romans z serialem (wzmożony w trakcie każdej sesji na uczelni), miał wzloty i upadki, teraz powoli przyszedł czas, by pożegnać się z nim na stałe. I, no cóż, mimo wszystko, będę tęsknić.

Ja wiem, że to nie „Przyjaciele”, ja rozumiem, ale jednak „How I met your mother” świetnym serialem jest i przyczyniło się do bardzo wielu realnych wydarzeń w życiu. Chociażby przez włożenie do słownika wielu powiedzonek i inside-joke’ów. #TrueStory, anyone?! Przecież to weszło nam w krew do tak powszedniego użytku, że głowa mała. Zdarzyło mi się też użyć sławetnej frazy „Have you met Ted?”, dokładnie w taki sam sposób, w jaki wypowiadają go bohaterowie serialu, a słowa: „Niech nasze przyszłe-ja zajmie się tym problemem”, było jedną z podstaw mojego ostatniego pisania grupowej pracy zaliczeniowej. Nie wspominając już o sławetnym „Challenge Accepted” i nagminnym wręcz „High Five’owaniu”. Sposób bycia głównych bohaterów udziela się więc czasem każdemu z nas, a zasady wyznaczone przez Barneya Stinsona często przyświecają nam w życiu. Jakby nie patrzeć są to bowiem zasady prawdziwej przyjaźni. Oczywiście, że przesadzone dla komediowego efektu, jednak zawierające w sobie ziarno prawdziwego przejęcia się losem przyjaciół, dlatego też zawsze bawiące tak mocno.

Nie będę nawet próbował zachowywać znamion obiektywizmu czy rozsądnego dobierania słów, po prostu oddam się napływowi emocji, jakie wiążą się z finałem serialu. To taki list pożegnalny dla moich drugich „Przyjaciół”. ;) Przez lata poznaliśmy się, jak to się mówi, jak łyse konie i przeżyliśmy razem wiele emocjonujących chwil. Dzięki wspólnocie doświadczeń oraz faktowi szerokiego zasięgu serialu, w prawdziwym życiu też mieliśmy sporo tematów do dyskusji na temat tego, czego świadkiem byliśmy na ekranie naszych telewizorów i komputerów. Tym samym serial dał nam pewne poczucie wspólnoty.

Siłą serialu jest siła przyjaźni bohaterów, która jest w stanie przetrwać wszystko. Każdy trud życiowy, każde potknięcie, czy chwila niepewności, stają się łatwiejsze, gdy masz przy sobie sprawdzoną w bojach grupę przyjaciół. To właśnie na tym bazowała magia ukochanych „Przyjaciół”, to właśnie na tym bazuje magia „Jak poznałem waszą matkę”. Nie bez przyczyny przecież oba seriale posiadają tak wiele, tak wyraźnych punktów zbieżnych. To w gruncie rzeczy ta sama pochwała drugiej rodziny, którą bohaterowie dobierają sobie sami, w tym wielkim świecie, którego i my jesteśmy częścią. Dodać do tego nietypowy, niespotykany dotąd na taką skalę  dygresyjny sposób prowadzenia opowieści i dostajemy gotowy przepis na sukces.

Wartym wynotowania jest także fakt, iż jakość serialu rośnie, gdy ogląda się go hurtem. Wtedy tym łatwiej wyłapać dobre, chwytliwe, czy prawdziwie zabawne momenty i szczerze się z nich śmiać, nie słysząc przy tym śmiechu widowni. Wprawdzie po sytych latach początkowych sezonów, przyszły także te chude (jak siódmy czy ósmy) i poszczególne odcinki bawiły już mniej niż kiedyś. Natomiast ostatni, dziewiąty sezon meandrował już swoim poziomem tak drastycznie, że czasami można było tylko łapać się za głową (ten odcinek z kung-fu? WTF?), to jednak druga połowa sezonu, gdy dane nam było wspólnie z matką słuchać niektórych historii, czy oglądać znane nam wcześniej wydarzenia z jej perspektywy, w pełni to zrekompensowała. Ogromnym plusem było też dobranie do tej roli aktorki, którą instynktownie się lubi i obdarzenie jej urokliwymi cechami, które uświadamiają nam jak to się stało, że Ted zakochał się w niej po uszy. Wprawdzie pierwsze pojawienie się jej twarzy w finałowym odcinku ósmego sezonu wywołało małą burzę w Internecie, to już kolejne odcinki dziewiątego sezonu powoli zaczynały udowadniać dlaczego Ted mógł tak łatwo zakochać się w tej dziewczynie (tak, tak, jej imię do finałowego odcinka zostało zagadką)*.

Ostatecznie więc, po wzlotach i prawdziwych upadkach na początku finałowej serii, końcówka dzięwiątego sezonu wreszcie wyszła na prostą, dostarczając nam masy pozytywnych wrażeń. Spoglądając w przeszłość, przypominając pewne wydarzenia z przeszłości i domykając klamrę niedokończonych wątków.

To co twórcy zaserwowali nam w finałowym odcinku to natomiast coś, czego aż nie da się w pełni opisać. (SPOILER!!!) Angażując nas tak długo w rozwój postaci, 45 minutami wyzerowali wszelkie zmiany, które zaszły w ich charakterze. W połowie odcinka, z rewelacją o rozwodzie trochę oszukali nas, próbując powrócić do starego status quo. Po dwóch sezonach poświęconych drodze ku ślubowi, w kilkanaście minut dowiadujemy się, że to zaangażowanie nie miało żadnego znaczenia. Dla zachowania końcowego plot-twistu, który rzeczywiście był zaskakujący i niespodziewany, poświęcono lata budowania charakteru postaci. Nie wiem czy na to się zgadzam, bo o ile zaskoczenie jest miłym dodatkiem serialowego świata, to jednak nie do końca na to się pisałem, angażując się w tę historię przez tyle lat. Bo ja w zasadzie rozumiem co tu chciano zrobić, ale sposób, w jaki to zrobiono pozostawia bardzo wiele do życzenia. Sęk tkwi w tym, że teraz, po tych wszystkich zmianach, które zaszły w bohaterach (a w szczególności w Barneyu), taki powrót do przeszłości, wydawał się czymś zupełnie nienaturalnym. Gdyby tę samą historię rozegrano dłużej, dałoby się to przełknąć. Tak, twórcy zmarnowali nasz czas wątkami, które w dużej mierze nie miały żadnego znaczenia, a nasze emocjonalne zaangażowanie w powolny rozwój postaci nie przyniosło żadnych skutków. No nie wiem sam, co myśleć o tym wszystkim. Ostatecznie nie wyjaśnili nam też #ThePinappleIncident. Może i lepiej? Jeśli mieliby to zrobić w stylu, w jakim zakończyli serial, to aż nie wiem czy byłoby to coś zadowalającego. (Aha, ponoć ma się pojawić jako bonus na DVD. O.o). Dodatkowo z takim zakończeniem wychodzi, że ostatecznie jest to więc historia wielkiej niespełnionej miłości, pochwała nie poddawania się i nie „spuszczania balonika z oczu ani na chwilę”, jak o miłości mówi sam Ted w jednym z ostatnich epizodów, no ale jednak. Sposób, w jaki doprowadzono do tego finału naprawdę pozostawia wiele do życzenia. Jest dokładnie tak, jak powiedziała na ten temat zwierz popkulturalny (oraz Dawid Rydzek) – gdyby to zakończenie pojawiło się parę sezonów wcześniej – byłbym jak najbardziej na tak. Gdy pojawia się teraz, po tylu zmianach w sposobie zachowania bohaterów i rozwleczonych sezonach pozbawionych rozwoju głównej postaci, i tak mocnym zaangażowaniu widza w wydarzenia ze ślubu Robin i Barneya, takie podcięcie skrzydeł własnej historii i skierowanie jej do punktu zero, stanowi zwyczajne oszukanie widza. Ach, czuję bardzo wyraźny zgrzyt takiego zakończenia. (END OF SPOILER)

Mimo tych wielu słów goryczy względem finału, mam też poczucie, że muszę jeszcze ochłonąć i przemyśleć sobie to wszystko raz jeszcze. Serial posiada bowiem pewną wartość w moim życiu, a choć nie byli to umiłowani „Przyjaciele”, do których mogę wracać wiele razy, to jednak trochę smutno się robi, kiedy pomyślę, że nie zobaczę tej drugiej zgranej paczki po raz kolejny. Nie pozostaje mi więc teraz powiedzieć nic ponad:

Dziękuję Wam, Tedzie, Robin, Barneyu, Marshallu i Lily!

Farewell!

PS. * Za to w pięknym stylu odcinek 9×21 wreszcie podaje nam imię kobiety, którą bohaterowie zwali Bla Bla. ;)

PS2. (Poniższe recenzje to full-on spoiler) You’ve been warned! Bardzo ciekawe uwagi, określające dokładnie moje odczucia podczas tych finałowych chwil, odsyłam do tekstu na Hatak.pl, gdzie Dawid Rydzek świetnie analizuje to, co wydarzyło się w serialu i skąd w zasadzie wzięło się takie właśnie zakończenie. No i ciekawe odwrócenie kota ogonem serwuje serwis Entertainment Weekly, analizując zakończenie z nieco innej strony. Tak samo robią autorzy Billie Doux.

 
Komentarze (3)

Napisane w kategorii TV Shows

 

WhatUp, TV shows?!

14 paź

Nowy sezon serialowy rozpoczął się już na dobre. To chyba dobra okazja, by przytoczyć kilka słów o premierowych odcinkach różnorodnych seriali, które znajdują się w moim grafiku tej jesieni.

Gossip Girl (sezon VI)

Gone Maybe Gone” składa się z dobrych, jak i słabych momentów. Na szczęście przez większość czasu prezentuje poziom wyższy niż ten, którym twórcy raczyli nas w sezonie piątym. Niestety, niektóre rozwiązania pokazują, że nie naprawili jeszcze wszystkich błędów, które leżały u podłoża słabego poziomu poprzedniej serii. Jeśli uda im się wyrzucić nieciekawe wątki, pozostawiając te ciekawsze, jest jeszcze szansa dla tej produkcji. Na razie – jest nieźle, ale mogło być lepiej.

Pełny tekst po kliknięciu w zdjęcie.

 

How I met your mother (sezon VIII)

Scenarzyści po raz kolejny zwodzą widza, bawiąc się z nim w kotka i myszkę. Teoretycznie pokazują do czego zmierza historia, ale potem bardzo szybko zasiewają ziarno niepewności, każąc domyślać się czy mówili prawdę. Powoli zaczyna się to robić nieco męczące, gdyż niczego nie można być pewnym w wątku głównym. Dlatego też bardziej podobają mi się odcinki niezwiązane z główną historią. Ten jest zaś związany z nią w znaczący sposób. Na szczęście twórcy wciąż dają nam kilka całkiem zabawnych momentów.

Pełny tekst po kliknięciu w zdjęcie.

 

Family Guy (sezon XI)

Into Fat Air” to odcinek, jakich wiele w serialu – zbiór różnorodnych gagów i mini-scenek, połączonych ze sobą większą fabułą. Tym razem pretekstem do żartów są zmagania Griffinów, którzy postanowili utrzeć nosa „wspaniałej”, wywyższającej się rodzinie byłego chłopaka Lois. By to uczynić, postanawiają zmierzyć się z Fischmanami podczas wyprawy na Mount Everest.

Pełny tekst po kliknięciu w zdjęcie.

 

PS. Słów kilka o czwartej serii „Glee” oraz premierowym serialu: „Elementary” – coming soon!

 
Brak komentarzy

Napisane w kategorii TV Shows

 

The one with Other Shows

19 mar

Cougar Town
Sprawa z najnowszym serialem Courtney Cox nie należy do najprostszych. Z początku byłem nim wręcz zachwycony. Śmieszyło mnie wszystko, co działo się na ekranie, a postacie wydawały mi się dość interesujące. Później jednak zaczęła mnie męczyć schematyczność tego, co działo się w serialu oraz fakt, że większość bohaterów zupełnie się nie zmieniała, a aktorzy grali na tę samą nutę. Po zaledwie dziesięciu odcinkach byłem bliski zarzucenia oglądania tej produkcji. Wiedziałem jednak, że w epizodzie 11 pojawić ma się sama Lisa Kudrow, czyli jedna z dawnych "Przyjaciół" Courtney. Postanowiłem więc dać serialowi jeszcze jedną szansę.


Okazało się, że odcinek "Rhino Skin" był całkiem niezły, a ja znów kilkakrotnie się zaśmiałem. Z tego powodu obecnie jestem już po 15 epizodach i muszę przyznać, że poziom znów jest OK. 
Szczególnie odcinek trzynasty "Stop Draging my Heart Around" zrobił na mnie duże wrażenie. Bohaterowie zaczęli się zmieniać, dowcipy prowadzone były nieco inną drogą niż zwykle, wszystkie postacie wylądowały z kimś w łóżku, a Greyson mówił z prześmiewczym tonem: "It’s so girly to talk about your "someday person". If twenty years from now we don’t have anybody else, will marry each other, oh!"

Znów świetnie się bawiłem, oglądając to, co działo się na ekranie. A dzięki odzyskanej wierze, że może być lepiej, odzyskałem też chęć do dalszego podążania za tym, co będzie robić Jules i przyjaciele.
(W temacie "Cougar Town" warto też wspomnieć, że Courtney Cox za swoją rolę była nominowana do Złotego Globu, jako najlepsza aktorka w serialu komediowym. Ostateczne przegrała jednak z Toni Collette za jej dokonania w "United States of Tara").

How I met your mother
W zeszłym roku pisałem o tym serialu po raz pierwszy. Teraz chciałem po prostu zanotować, że po rocznej przerwie ponownie do niego zasiadłem, i znów było to podczas zimowej sesji. "Jak poznałem waszą matkę" to po prostu serial idealny na ten właśnie czas. Krótki, komediowy, bardzo odprężający i podobny do ulubionych "Przyjaciół".

W poprzednim tekście przytaczałem już wiele podobieństw pomiędzy oboma sitcomami, teraz po obejrzeniu kolejnych dwóch sezonów, odkryłem następne.
Okazało się, że w odcinku 4×17 "The Front Porch", dostaliśmy "Friendsowy" pakt dotyczący małżeństwa. Ted i Robin umawiają się, że jeśli do czterdziestki nie będą już po ślubie z kimś innym, to pobiorą się ze sobą. Jak dobrze wiadomo – dokładnie taki pakt wymyślili już Chandler i Monica, w jednej z pierwszych serii "Przyjaciół". Także miło, że pojawia się też tutaj. :)

Ogólnie rzecz ujmując obejrzane niedawno dwa sezony "How I met your mother" były bardzo przyjemne w odbiorze. Liczę, że serial nadal utrzyma dobry poziom, żebym nadal mógł zaśmiewać się z pokazywanych w nim sytuacji, kiedy podczas kolejnej sesji ponownie się za niego zabiorę. ;)


Royal Pains
Serial lekki, łatwy i przyjemny. Na dodatek bardzo wakacyjny. Ponieważ ja oglądałem go niedawno, był dla mnie jak powiew ciepłego letniego powietrza w środku zimy. (Akcja dzieje się bowiem podczas letnich wakacji, w kurorcie Hamptons, w stanie Nowy York; a wszystkie wydarzenia są zupełnie niezobowiązujące i po prostu wywołujące uśmiech na twarzy).

Głównym bohaterem serialu jest młody lekarz, który zostaje wyrzucony z pracy w nowojorskim szpitalu, po tym jak nieumyślnie doprowadza do śmierci jednego z ważniejszych dobroczyńców tejże placówki. Za namową brata udaje się na wakacje do Hamptons. Tam natomiast otrzymuje propozycję nie do odrzucenia – może zostać "concierge doctor" – lekarzem prywatnym, który odwiedza pacjentów w ich własnych domach. Szybko okazuje się, że w miejscowości jest duży popyt na tego rodzaju usługi, ponieważ większość mieszkańców silnie dba o swoją prywatność, a także nie do końca ufa pracownikom pobliskiej kliniki. Także nasz doktor ciągle będzie miał pełne ręce roboty.

Serial ogląda się znakomicie, głównie z powodu zabawnych i dających się lubić postaci (prym wiedzie tutaj brat głównego bohatera, grany przez Paula Costanzo, znanego z "Joeya"), niezliczonych dowcipnych sytuacji, interesujących przypadków medycznych, a także szczególnych zdolności lekarza, rodem z "MacGyvera". To z jakich przedmiotów Hank Lawson potrafi stworzyć sprzęt medyczny, przywodzi na myśl dokonania słynnego detektywa/byłego agenta wywiadu.

Wszystkie dotychczasowe 12 odcinków "Bananowego Doktora" (tak serial nazywa się w Polsce) ;) ogląda się wyśmienicie. Ot, przyjemna rozrywka. Jest jednak na tyle dobra, że z chęcią zaopatrzę się w kolejne epizody, kiedy te już zaczną być emitowane na początku czerwca.

The Beautiful Life
Kiedy dowiedziałem się, że nowy serial Mischy Barton, który został zdjęty z ramówki po zaledwie dwóch odcinkach, dostał drugie życie, coś mnie podkusiło, żeby w wolnej chwili go zobaczyć. Wszedłem więc na oficjalny YouTubowy kanał serialu, aby legalnie obejrzeć pierwsze odcinki tej produkcji.
Szybko zorientowałem się czemu został anulowany. Dziury w scenariuszu, kiepskie aktorstwo, zero dramaturgii oraz dziwne zwroty akcji sprawiły, że "TBL" ostatecznie nie było tym, czym mogło być – dobrym guilty-pleasurowym serialem o życiu "pięknych i bogatych", w stylu "O.C" i "Gossip Girl". Wszystko natomiast wskazywało, że takie bardzo chciałoby być. Szkoda, że pozostało tylko na chęciach.

 
Komentarze (2)

Napisane w kategorii TV Shows

 

The Fling Show

21 mar

Background story:
so how I met…
How I met your mother

Moja przygoda z serialem How I met your mother zaczęła się w kilka dni po tym jak skończyła się sesja. Siedziałem sobie wtedy w domu, odpoczywając od natłoku nauki, przed telewizorem i skakałem po kanałach. Nagle natknąłem się na kanał Comedy Central i lecący tam początek odicnka serialu „Jak poznałem waszą matkę”. Jako, że słyszałem już wcześniej o tym serialu i nie miałem wtedy nic lepszpego do roboty, postanowiłem obejrzeć ów odcinek. Chwilę potem okazało się, że był to tylko jeden z wielu odcinków emitowanych tego wieczoru na Comedy Central, więc już po dwóch godzinach oglądania byłem bardzo pozytywnie nastawiony wobec niego. Tak bardzo, że sprawdziłem kiedy emitowane będą kolejne odcinki, abym mógł śledzić kolejne losy Teda i spółki. Potem zaś przyszedł okres Projektu Free TV. Tam właśnie zacząłem oglądać odcinki How I met… od samego początku.
Z początku miał to być jedynie Fling Show – serial, którego obejrzę parę odcinków i zarzucę, jako że mój serialowy grafik i tak jest juz dość zajęty. Nadal mam takie nastawienie do tego serialu, ale znajdując się już pod koniec drugiego sezonu, nie wiem na ile wiarygodne jest to jak go traktuję. Ech! ;)
No dobrze – tyle drogą wstępu i background story, czas przejść do jakichś konkretów dotyczących samego serialu.

The new „Friends”?
Wielu ludzi porównuje ten serial do „Friendsów”. Niektórzy nawet posuwają się do bardzo daleko idących wniosków: „Serial lepszy od Przyjaciół” – taki nagłówek kiedyś znalazłem na Popcornerze. Jedyne co mogę powiedziec na to, to użyć słów Barney’a z HIMYM, gdy ktoś pyta go na czym właściwie polega jego praca: „Oh, please!” (machając przy tym ręką)
Żaden serial nigdy nie dorówna poziomem „Przyjaciołom”. Ten serial to po prostu klasa sama w sobie. I o ile rzeczywiście jest wiele elementów podobnych, pomiędzy oboma serialami, to główną różnicą jest fakt, że „Przyjaciele” byli jedyni w swoim rodzaju, uwielbiało się wszystkich bohaterów, i cokolwiek by nie zrobili, i tak chciało sie oglądać ich przygody dalej i dalej, raz za razem. Każda z postaci była na swój sposób genialna. ;)

To powiedziawszy, kilka podobieństw pomiędzy „How I met your mother”, a „Przyjaciółmi”:
1.To serial o grupie dwudziesto-paro-latków, mieszkających w Nowym Jorku(2.), z których większośc zna się już od czasów college’u(3.), i którzy nieustannie przesiadują w swoim wspólnym mieszkaniu albo w przydomowej kawiarni/pubie(4.)
Oprócz tego możnaby powiedzieć, że Barney przypomina Joey’a(5.). Bo obaj to przecież niepoprawni kobieciarze, a do tego obaj mają swoje catchy one-liners. Bo czyż nie możnaby powiedzieć, że „Suit Up!” Barney’a jest trochę jak Joey’owe „How You Doin’”? ;)
Jest jeszcze Barney’owe „The OH factor”, które skojarzyło mi się z „The MOO point” Joey’a. (Gorzej tylko, że za cholerę nie moge sobie przypomnieć o co z „Moo point” chodziło).
Jest też pewna piosenka towarzysząca tej właśnie parze bohaterów w obu serialach. Chodzi o temat przewodni z serialu „Cheers”. We „Friendsach”, kiedy przyjaciele są na ślubie Rossa i Emily w Londynie, Joey ogląda serial „Cheers” i zaczyna tęsknić za domem. Słyszymy wtedy motyw przewodni tego serialu. W „How I met your mother” pojawia się on, kiedy Barney wchodzi do baru, a wszyscy tam obecni krzyczą „Swarley”, jako inside joke, który Ted sprawił Barney’owi.
W obu serialach jest też obecny element mieszkania, które Chandler określił jakos „kitchen/bathroom” (kiedy Ross szukał dla siebie nowego mieszkania). Otóz w HIMYM Lily właśnie w takim lokum mieszka. ;) (6.)
Nawet w samych cytatach z obu seriali można znależć podobieństwa. No, bo przecież zdanie wypowiedziane przez Robin w HIMYM: „I want you to want me to wanna have your grandkids” ma taką samą strukturę jak wypowiedziane przez Phoebe we „Friendsach” niezapomniane: „But they don’t know that we know they know we know”.
(7.)

Nawet „wspaniały” przepis na ciasto, które Rachel robi na Święto Dziękczynienia tutaj też się znalazł. Rodzina Marsalla bowiem świadomie je „sałatkę”, która składa się z sałaty, majonezu,… chipsów oraz gumowych żelkowych miśków. Czyż nie jest to jak „layer of meat, layer of custard, layer of jam, beans & onions, etc.”? (8.)

Tyle z podobieństw, które udało mi się wychwycić. Na koniec tej sekcji notki cytat, pokazujący, że twórcy How I met… zdają sobie w 100% sprawę z podobieństw, pomiędzy oboma seriami.

Ted & the guys are sitting (in silence) in some place, drinking.
Ted: „Well, that decides it!”
Barney: „Hanging out in a cofee place isn’t nearly as much fun as hangin’ out in a bar” ;)

Teraz czas na kilka fajnych rzeczy, typowo „matczynych” ;)
1. Specyficzny sposób narracji. Poprzez nieustanne retrospekcje i przeskoki czasowe. Całość historii, w ogóle, to jedna wielka retrospekcja, bowiem pierwsza scena pierwszej serii, to zbliżenie twarzy dwójki młodych ludzi i głos z offu: „Dzieci, chciałbym wam opowiedzieć jak poznałem wasza matkę”, a pod spodem podpis: Rok 2030.
2. Kilka tekstów Barney’a, jak chociażby: „Phone Five!”, „Legen… wait for it & I hope you’re not lactose intolerant… dary”, czy „Without you I’m just the Dynamic… Uno”
Ten ostatni w związku z tym, że moim Dynamic Duo nowych seriali, oglądanych w Internecie jest How I met… i Kim Possible. :D
3. Barney’s quote: „You never really read my blog, do you?”, because:
-> it can easily be a comment about this blog. Ech!
-> Because of the „Dr. Horribbles Sing-Along-Blog” by Joss Wheedon, starring Neil Patrick Harris (Barney). Here direct link to my favourite song from this „musical”. ;)
-> And most of all because (and here’s the actual clue of the third point) Barney really does have an actual internet blog. (You can find it here). It’s a thing which most certainly distinguishes „How I met your mother” from „Friends”. „Friends” didn’t have an out-of-TV-series-connections to the „real world”. And it’s a plus for the creators of How I met your mother. ;)

Ogólnie rzecz biorąc „Jak poznałem waszą matkę” nie ma jakichś zupełnie nowych elementów, które oferowałaby widzowi. Mimo to, serial ogląda się przyjemnie. Wprawdzie zdecydowanie rzadziej się na nim śmieję niż na ulubionych „Przyjaciołach”. Wiele rzeczy budzi jednak mój uśmiech i ogólnie przyjemnie spędza mi się przy nim czas. Zdecydowanie nie są to Przyjaciele, ale jako „serial na otarcie łez” po nich, nadaje się bardzo dobrze. :)

Interesting info:
-> W serialu występuje Alyson Hannigan, czyli Willow z „Buffy” ;)
-> W finale pierwszego sezonu dostajemy natomiast parę „starych znajomych” z „Angel’a”, czyli Amy Acker („Fred”) i Alexis’a Denisofa („Wesley”)
-> Córkę Teda gra Lyndsy Fonseca, znana z czwartego sezonu Desperate Housewives
-> Serial był wielokrotnie nominowany do Emmy, w kategorii „outstanding art direction for a multi-camera series”, czyli bardziej technicznej kategorii, natomiast w 2009 roku Neil Patrick Harris, za swoją rolę Barney’a dostał nominację do samego… Złotego Globu. ;)
-> Dzięki serialowi ściągnąłem sobie piosenkę „You give love a bad name” zespołu Bon Jovi (jako część „Get Psyched” mix made by Barney). Ale jako, że to jedynie jeden utwór poznany dzięki „How I met…”, nie chciałem robić dla niego oddzielnej kategorii „Music”, więc umieszczam tutaj.
-> Twórcy nie dość, że stworzyli bloga Barney’a, to na dodatek… wydali jego książkę. „The Bro Code” można sobie normalnie zamówić przez amazona, albo jakigolwiek inny sklep internetowy. ;)

Na zakończenie tej notki chciałem zaprezentować odcinek, który sprawił, że naprawdę głośno się śmiałem, zwłaszcza pod koniec. To wszystko głównie dzięki teledyskowi „Let’s go to the mall” tam pokazanemu. (A tak btw. to jakby się uprzeć to ten hicior możnaby porównać do Phoebe i jej „Smelly Cat”. Ale to tylko jakby się uprzeć. ;) )
Pomyślałem sobie, że będzie on zabawniejszy w kontekście całego odcinka bardziej, niż gdybym umieścił go samodzielnie, także oto przed państwem odcinek „Slap Bet” (209) Enjoy!

A bezpośredni link do „Let’s go to the mall” by Robin Sparkles tutaj!
And that’s all „How I met you mother” talk I wanted to post. So it’s the end of „The Fling Show” note. ;)

 
Brak komentarzy

Napisane w kategorii TV Shows

 
 

  • RSS