RSS
 

Notki z tagiem ‘hunger games’

The odds are finally in our favour

27 lis

„Igrzyska śmierci: Kosogłos, Część 2” jest adaptacją idealną, oddającą pełnię pomysłów książkowych, wiernie przenosząc je na ekran. Ze wszystkimi plusami i minusami tego rozwiązania.

„Igrzyska Śmierci” jako seria nie są tylko wysokobudżetowym filmem dla nastolatków. Starają się być także celnym komentarzem politycznym do sposobów działania władzy. Wszystko to ujęte jest jednak w nawias „dobrej rozrywki”, a całość powstała przecież z prostej przyczyny skakania po kanałach i nakładania na siebie reality show i fragmentów reportażu wojennego w głowie autorki pierwowzoru. Nietrudno jednak dostrzec chęci ujęcia głębszych znaczeń kryjących się pod przedstawionymi zdarzeniami. Najbardziej wyraźne widoczne jest to właśnie w finale historii, przypadającym na „część 2” ostatniego filmowego odcinka sagi. Dotyka on bowiem tematu otwartej wojny z oprawcą.

Filmy z serii „Igrzyska Śmierci” często rozpoczynają się cold-openingiem. Sceną, która wrzuca widza od razu w wir akcji, bądź jest bezpośrednią kontynuację wydarzeń poprzedniego odcinka serii. Tak jest też tym razem. Film otwiera się zbliżeniem na twarz Katniss tuż po ataku Peety, wieńczącym poprzednią część. W scenie tej udało się twórcom znaleźć prosty sposób, aby po raz kolejny przedstawić widzowi główną bohaterkę. Na tle dramatycznych wydarzeń z finału „części 1”, dziewczyna chce wytworzyć jak największy dystans między sobą a chłopakiem, dlatego zgłasza się na ochotnika do kolejnej misji.

Władza wie jednak, jak ważna jest ona dla ogólnej sprawy, dlatego nawet te działania będą ujęte w ramy telewizyjnego show. Wątek tworzenia symbolu ze zwykłej dziewczyny jest zresztą jedną z rzeczy, które wyróżniają „Igrzyska śmierci” na tle innych serii młodzieżowych, pokazując dwoistość takiego rozwiązania. Stanowi ono bowiem grę wewnątrz gry, zabawę pozorami, tworzenie ikon, symboli. Z ich pomocą można dążyć zarówno do ładu, jak i chaosu. W tej części filmowej sagi pada zresztą wiele bardzo trafnych uwag dotyczących symboliki Kosogłosa. Nie zdradzając za dużo, napiszę tylko, że w tym kontekście piękny jest w szczególności list Plutarcha do Katniss, doskonale zamykający tę część rozważań poczynionych w całej serii książek i filmów.

Ostatnia część sagi to film mocno zakorzeniony w swoich poprzednikach. Z wiadomych powodów przeszłe wydarzenia są tu cytowane często i gęsto, jednak w subtelny, naturalny sposób. Trafione jest na przykład wykorzystanie motywów muzycznych przewijających się we wcześniejszych odsłonach i użycie ich jako podkładu do scen o innym wydźwięku emocjonalnym. Zestawiając melodie, które kojarzą się z emocjonującymi scenami poprzedników, z nowymi sekwencjami finałowego odcinka, twórcy wzmagają emocje, towarzyszące wynikające z oglądania tych zdarzeń.

Film jest tym razem bardzo wyważony i przemyślnie skonstruowany. Nie czuć nadmiernego rozwleczenia akcji, co chwilami kłuło w oczy w poprzednim odcinku serii. Tutaj wszystko zdaje się być na swoim miejscu, a akcja zwalnia i przyspiesza w odpowiednich momentach, utrzymując dzięki temu uwagę widza. Wszystkie elementy zyskują też odpowiedni czas ekranowy.

Wydarzenia filmowe dokładnie podążają za wydarzeniami książkowymi, z wdziękiem ukazując je na ekranie. Z jednej strony to bardzo dobrze. Z drugiej, jedną z wad finału pierwowzoru było to, że jest on jedynie zarysowany, powierzchownie oddając zakres politycznych konsekwencji przedstawionych zdarzeń. Twórcy w zasadzie przełożyli go na ekran, nie dodając nic od siebie. A szkoda, bo polityczny wyraz tych scen mógł zyskać jeszcze większe znaczenie, gdyby nieco go podrasować. Zaufano tu inteligencji widza, który sam ma wyłapać niuanse sytuacji.

Nowy odcinek to także powrót do aktorskiej formy wszystkich aktorów. Jennifer Lawrence znów potrafi zagrać rozpacz (w poprzednim odcinku miała z tym lekkie problemy), Josh Hutcherson i Liam Hemsworth z gracją ogrywają swoje strony nietypowego trójkąta miłosnego, a wszystkie sceny znowu kradnie Jena Malone, jako niebojąca się wygłaszać swojego zdania, nieco sarkastyczna Johanna Mason. Jej interakcje z Katniss ogląda się z prawdziwą przyjemnością, dlatego aż szkoda, że jest jej tak mało na ekranie.

„Igrzyska śmierci: Kosogłos. Część 2” nie jest filmem, po którego seansie człowiek aż krzyczy z zachwytu „ja chcę jeszcze raz”. Jest to jednak satysfakcjonujące zwieńczenie historii. Kropka nad i w opowieści, która starała się pogodzić odmienne światy historii młodzieżowej z wizją dystopijnej rzeczywistości, której zadaniem było pokazanie różnorodnych skutków tyranii oraz zatarcia granic między tym, co udawane, a co prawdziwe.  Mimo, że „Igrzyska” to przecież „tylko” telewizyjne show, poniesione ofiary były rzeczywiste.  Zwieńczenie historii w postaci „Kosogłosa: części 2” jest na tyle udane, że zapewniające uczucie sytości. Stanowi godne zamknięcie niezwykle ciekawej serii młodzieżowej, która przemówiła do ludzi w każdym wieku.

Ocena: 8/10

Recenzję opublikowano także na łamach portalu FILM.COM.PL

 
Komentarze (6)

Napisane w kategorii Movies

 

If we burn, you’ll burn with us!

18 lis

The Hunger Games: Mockingjay: part 1”, czyli „trzecia część czterofilmowej trylogii” jak to ładnie określono w jednym z wywiadów z Jennifer Lawrence, to kontynuacja w pełnym tego słowa znaczeniu. Obraz, który w zasadzie nie posiada wyraźnego początku, ani wyraźnego końca, będąc jedynie rozdziałem w większej opowieści.

Taka struktura sprawia, że „part 1” ostatecznie jest filmem jedynie dobrym, a nie świetnym. Przede wszystkim czuć w nim celowe przedłużenie czasu trwania. Trudno wprawdzie wskazać, którą konkretnie sekwencję należałoby wyciąć, ale produkcja zdecydowanie zyskałaby na skróceniu większości scen dla zwiększenia dynamizmu akcji. Jeden porządny trzygodzinny film w zupełności by wystarczył. Tak naprawdę jednak, by w pełni precyzyjnie ocenić ten obraz, trzeba byłoby zestawić go z jego kontynuacją i zobaczyć jak poprowadzona została reszta wątków. Wiele niezłych scen w „part 1” nabierze bowiem pełni znaczenia i wagi dopiero w połączeniu z kolejnymi wydarzeniami.

Na szczęście jest w tym filmie wiele momentów, które mogą chwycić za serce. Nie są to jednak chwile mobilizacji ludzi, którzy wznoszą ręce ku górze w znaku solidarności. To zdążyło już w pełni wybrzmieć w poprzednich obrazach. Nie są to też chwile, ukazujące bunt w dystryktach. Te są nieco zbyt wyidealizowane, zbyt ułagodzone, by w pełni poruszyć. W „Mockingjay part 1” emocjonalne sceny są bardziej „jednostkowe”. Jednym z takich momentów jest chociażby ostrzeżenie Peety w trakcie wywiadu. Drugą, równie udaną, przyjemną i zostającą w głowie, jest chwila, w której Katniss śpiewa piosenkę „The Hanging Tree”. Ładna, prosta melodia i ciepły, naturalny głos Jennifer Lawrence sprawiają, że utwór ten zostaje w głowie na dłużej, stanowiąc najmilsze wspomnienie z całego seansu. Moment w Dystrykcie 12, gdy Katniss widzi ogrom zniszczeń, wręcz potykając się o „pozostałości” po swoim dawnym domu, również zasługuje na pochwałę. Ukazuje mikro i makro skalę dramatu jednostki, który stał się dramatem większej rzeszy ludzi.

Dłuższy czasu trwania, jaki zapewnił podział opowieści, sprawił, że wszystkie najważniejsze wydarzenia z książki pojawiają się na ekranie. Z drugiej strony niektóre kwestie nie wybrzmiały równie mocno, jak w pierwowzorze. Zabrakło nieco pojedynczych momentów, krótkich scen, czy „kropek nad i” niektórych scen. Większego udziału Finnicka, czy pełniejszej analizy analogii sytuacji Trybutów do „gry z kotem”. Z drugiej strony, być może na te elementy przyjdzie jeszcze czas, biorąc pod uwagę, że przed widzami jeszcze co najmniej dwie godziny spędzone w świecie „Igrzysk Śmierci”.

Jennifer Lawrence świetnie gra swoją rolę i sprawdza się w niej wyjątkowo dobrze. Poza jednym mankamentem, który było widać już na początku poprzedniej części. Wtedy nie przyćmił on tak mocno całej roli. Tym razem jednak powtarzany jest wielokrotnie, przez co zwraca na siebie większą uwagę. Mowa o chwilach paniki, ataków lękowych, które Lawrence gra nadekspresywnie, w przeegzaltowany, zbyt przesadzony sposób, z którego aż podskórnie czuć nieprawdę. Te momenty podburzają nieco wiarygodną kreację młodej dziewczyny, która stała się zakładnikiem własnej sytuacji i którą zwyczajnie przerasta postawione przed nią zadanie. We wszystkich innych sekwencjach doskonale widać jej wewnętrzny niepokój. W sekwencjach ataków paniki, które powinny stanowić najmocniejsze przejawy tego wewnętrznego napięcia, ta prawda gdzieś się rozmywa.

Głównym problemem pozostaje jednak prosty fakt, że „Mockingjay part 1” to film dobry, ale nie świetny. Apetyt rośnie w miarę jedzenia, tak samo jak oczekiwania fanów, dlatego można poczuć lekkie ukłucie zawodu, wychodząc z sali kinowej. Nie powtarza się bowiem sytuacja, w której z kina wychodzimy z pełną satysfakcją, z niecierpliwością oczekując kontynuacji, jak to miało miejsce w przypadku poprzedniego odcinka. Co jednak nie zmienia faktu, że to wciąż jedna z najważniejszych premier jesieni i do kina zwyczajnie wybrać się trzeba.

Ocena: 7,5/10

 
Komentarze (6)

Napisane w kategorii Movies

 

The odds are never in your favour!

23 lis

Catching Fire“, the sequel to the „Hunger Games“ is almost perfect movie adaptation that stays extremely close to the source material, empowering the message presented on the paper version of the story.

The story itself follows the fallout of the 74th Hunger Games won by both Katniss and Peeta. The revelation of having two victors shook Panem to the ground and now people are facing the stark possibility of a rebellion. In the middle of the whole situation is Katniss herself, whose provocative actions spawned a spark of hope in everyone’s hearts. Now that she is posing as a beacon oh hope, a live version of a Mockingjay, Capitol wants to get rid of her. That’s why they embrace a perfect plan. I won’t write more about the plot itself, because it is really worth to watch it unravel on screen on its own.

What amazed me in „Catching Fire“ was the fact that the movie stayed really close to the source material, sometimes even quoting important pieces of dialogue. You can make an argument that „Catching Fire“ is one of the best adaptations. Being really true to what Suzanne Collins wrote, the new director, Francis Lawrence, made a movie that stayed true to the first adaptation as well. The movies played well off each other, giving more details to the world presented in the „Hunger Games“. The switch between the directors was a smooth one and brought on new energy to the set, which is visible in almost every shot of the movie.

The story is told in such an intense way that emotions are accumulating all the time. At times you can’t even keep them longer inside. For me, the most touching scene was the one with looking at the sky, when Peeta, Katniss and a Morphling were in the water. Nice callback to the scene with Rue, showing the emotional depth of our main characters. I also liked the way they portrayed my favourite scene in all three books – getting into the arena. Although it didn’t stay true to the way I depicted it in my head while reading the book (I imagined Katniss surrounded from every angle with water, not being able to see anything else, not even on the horizon – I thought „that’s a neat way to kill them off really quickly – let them drawn or die from starvation, since they cannot move anywhere”), it still made an impact. The same impact as many other scenes. Emotional ride brought on by the whole movie crew was terrific and grabbing attention throughout the entire experience. Palpable tension was one of the main characteristics of the movie and the reason I enjoyed it so much.

The actors were as good as before, sometimes showing even more emotional range than in the first „chapter“ of the story. Jennifer Lawrence was terrific as Katniss, showing all of her inner struggles. I especially loved her changing expression in the final scene of the movie, showing big change of emotional impact of the news she just received. Such a small scene, but so huge when talking about shift in meaning. Josh Hutcherson was as good as in the first movie; the same goes to Liam Hemsworth, whose role was a bit bigger than previously. I really liked the evolution of Haymitch and Effie and the way that Woody Harrelson and Elizabeth Banks captured their (now) friendly and caring faces.

I was also really happy with Sam Claflin’s performance. When I first heard the news that he will be getting the role of Finnick Odair I was a bit afraid, because I had in mind his not-so-good performances in „Pirates of the Caribbean: On Stranger Tides“ and „Snow White and the Huntsman“. I was really pleased that the British actor finally showed some acting skills. He was a truly good Finnick, close to the book character. The addition of Philip Seymour Hoffman was also a nice touch, giving the Capitol more naturalistic face. It was a bit reassuring to see a person from the Capitol, whose appearance wasn’t so over-the-top.

I also liked the choice of music – most of the score was the reminiscence of the first movie score, with its characteristic rhythms and notes, which gave the world the impression of continuity. I especially liked the score to Caesar Flickermann’s show, bursting with positive energy, which now stood in stark contrast to the overall heavy atmosphere of the movie. On the other hand I missed the impact of Coldplay’s „Atlas“, which played on the closing-credits. It didn’t have the same raw power of Arcade’s Fire „Abraham’s Daughter“ from the first installment, being a bit too sweet and cheerful. But maybe I should give it one more chance and listen to it separately?

All in all – I feel so fulfilled by the movie. So much emotion, such intensity. Magnificent! Right after watching it I feel like it was one of the best movies of the year. I strongly recommend it! 9/10!

 
Komentarze (9)

Napisane w kategorii Movies

 

May the odds be ever in your favour!

23 mar

Z przyjemnością stwierdzam, że film „The Hunger Games” jest adaptacją godną książki, na kanwie której powstał.

Twórcom udało się oddtworzyć klimat powieści, za co należy im się uznanie. Świat przyszłości został zarysowany w sposób, który przedstawiła sama autorka -ukazując jego podwaliny, nie wchodząc jednak w zbyt wiele szczegółów, co do metod jego funkcjonowania. Zostawiając sobie tym samym pole do popisu w kolejnych tomach, kolejnych adaptacjach.

Akcja toczy się we właściwym, niespiesznym tempie, które przyspiesza w odpowiednich momentach, sprawiając, że nie możemy się doczekać tego, co nastąpi za chwilę. Dokładnie tak, jak w książce. Adaptacja pierwszego tomu trylogii Suzanne Collins jest bardzo wierna oryginałowi (poza kilkoma wątkami pobocznymi), co bardzo chwali się scenarzystom. Twórcy konsultowali się zresztą z autorką. Być może dlatego ten obraz jest tak udany.

Wszystkie najważniejsze wydarzenia zostały ukazane na ekranie w umiejętny sposób. Objaśniono zasady funkcjonowania Igrzysk. Ukazano różnice w trybie życia mieszkańców dystryktów, a Kapitolu. Zarysowano ciężki los uczestników Igrzysk na Arenie. Unaoczniono, że w trakcie ich trwania cała społeczność żyje ich przebiegiem. Wszystkie elementy znalazły się na swoim miejscu.

Bardzo dobrze sprawdziły się także momenty, ukazujące co dzieje się poza Areną. Książka dawała nam jedynie perspektywę Katniss. Dzięki temu mogliśmy mocniej zżyć się z jej osobą. Mocniej jej kibicować. Przeżywać razem z nią bóle i trudy przetrwania w niesprzyjających warunkach. Taki sposób prowadzenia historii niejako jednak „więził” akcję na Arenie. Film umożliwił natomiast pokananie także reakcji osób, oglądających wydarzenia Igrzysk na ekranach telewizorów. Umożliwił tym samym nakreślenie wpływu, jaki ich przebieg miał na populację Panem. Świetnie widać to w scenie prezentującej wydarzenia w Dystrykcie 11. W książce ten wątek był poruszony dopiero w kolejnych tomach. Nowe medium umożliwiło zaś pokazanie tych wydarzeń natychmiast. Do gustu przypadł mi także zabieg pokazywania rzeczywistości oczami poszczególnych bohaterów. Uwypuklał personalny sposób patrzenia na konkretne sytuacje. Pomysł bardzo skuteczny i przykuwający uwagę.

Niezmiernie podobały mi się też sceny rozmów między prezydentem Snowem, władcą Panem, a Senecą Cranem, reżyserem Igrzysk. W pierwszym tomie postać prezydenta odgrywała w zasadzie marginalną rolę. W filmie natomiast dość szybko zaznaczony jest jego wielki wpływ na środowisko Kapitolu i całego kraju. Ten zabieg zawczasu buduje odpowiednie nastawienie do tej postaci, zanim poznamy ją bliżej w kolejnej części opowieści, czyli adaptacji numer dwa. (Wszystko wskazuje na to, że powstanie!).Aktorzy spisali się znakomicie. Każdy z nich w bardzo dobry sposób sportretował swoją postać, uwypuklając jej najważniejsze cechy. Obsadzenie Jennifer Lawrence w roli Katniss, było strzałem w dziesiątkę. Aktorka po raz kolejny pokazała, że prostymi środkami jest w stanie wyciągnąć ze swoich bohaterek wiele emocji. Sprawić, że będziemy im kibicować i przejmować się ich losem. Partnerujący jej Josh Hutcherson również wypadł przyzwoicie, uwypuklając dobroduszny charakter swojego bohatera. Uwidaczniając również jego umiejętność w operowaniu słowem. Relacja tej dwójki stanowi zresztą jeden z ciekawszych elementów opowieści.

Warto wspomnieć także o postaciach drugiego planu. Haymtich, Effie, Cinna, Caesar Flickerman, czy prezydent Snow też zostali umiejętnie sportretowani. Posiadają wszystkie cechy, które powinni i potrafią sprawić, że widz z chęcią przebywa w ich towarzystwie. Nie jest to jednak zaskakujące, skoro wcielili się w nich: Woody Harrelson, Elizabeth Banks, Lenny Kravitz, Stanley Tucci i Donald Sutherland.

Nieco słabiej wypadł Liam Hemsworth, jako Gale. Biorąc pod uwagę jego niewielką obecność na ekranie, nie jest to jakakolwiek bolączka. Nie przekreśla też szans na świetne sportretowanie tej postaci w kolejnym odcinku opowieści. Ten bohater zdecydowanie posiada potencjał. Wydaje się też, że aktor jest w stanie umiejętnie go zagrać, tylko że nie mógł tu w pełni rozwinąć skrzydeł.

Przy kwestii portretowania postaci, warto wspomnieć, że twórcom udało się nie przedobrzyć z ukazywaniem dziwności wyglądu mieszkańców Kapitolu. Nieco obawiałem się o ten aspekt hitorii, po tym jak zetknąłem się z tą serią reklam. Na szczęście w filmie ich wygląd jedynie zaskakuje, ale nie stanowi elementu rozbijającego napięcie.

Ciepłe słowa należą się muzyce Jamesa Newtona Howarda. Dobrze oddaje panujący w książce klimat, jednocześnie tworząc go na ekranie. Mimo, że ścieżka dźwiękowa nie jest powalająca i zagnieżdżająca się człowiekowi w głowie, w trakcie seansu sprawdza się wyjątkowo dobrze. Szczególnie ciekawie wypada prosty, melodyjny i chwytliwy motyw przewodni, słyszany w obrazie wielokrotnie. Ukazujący, że siła czasami leży w prostocie.

Jestem bardzo zadowolony. Uważam, że wykonano kawał dobrej roboty, przenosząc powieść na ekran. Obraz jest wierny książce. Nie wprowadza dodatkowych elementów, niespodziewanych fantazji, ani nie wyrzuca nic z najważniejszej osi fabuły. Można wprawdzie powiedzieć, że jest przez to nieco zachowawczy. Że przedstawiając niektóre elementy, można było zaakcentować je mocniej, wyraźniej. Wyszło to jednak filmowi na dobre. Czasami lepiej zostawić widzów z lekkim niedosytem niż przedobrzyć. Pozwoliło to zresztą uniknąć błędów innych adaptacji prozy młodzieżowej, które dotąd nie doczekały się ekranizacji kolejnego tomu. Wszystko wskazuje na to, że akurat „Igrzyska” kontynuacji się doczekają. Wydaje się więc, że twórcy wyszli obronną ręką z postawionego przed nimi zadania. Nawet jeśli zrezygnowali z pełnego szczegółów rozbudowania niektórych elementów fabuły.

Film podobał mi się tak bardzo, że z chęcią wystawiam mu ocenę 8/10.

Fanom książki seansu polecać nie muszę. Mogę jedynie powiedzieć, że nie będą się czuli zawiedzeni. Nieczytającym powieści Collins mogę polecić, gdyż seans jest niezłą rozrywką. Naprawdę dobrą, choć nie wgniatającą w fotel. Może nawet zachęci Was do sięgnięcia po pierwowzór? Warto!

 
Komentarze (3)

Napisane w kategorii Movies

 

Let The Games Begin!

18 mar

Już za niecały tydzień na ekranach kin pojawi się oczekiwany przeze mnie film "The Hunger Games". Obraz jest adaptacją amerykańskiej powieści młodzieżowej.

Do sięgnięcia po trylogię zachęciło mnie nakręcenie adaptacji pierszego tomu serii. Zetknąłem się także z wieloma przychylnymi opiniami na jej temat. Chciałem zobaczyć wokół czego zrobiło się ostatnio tyle szumu. Miałem też nadzieję, że opowieść o Katniss Everdeen zapełni po-Potterową lukę w moim popkulturowym oczekiwaniu na jakiś projekt. Muszę przyznać – nie zawiodłem się.

Trylogia "Igrzyska Śmierci", napisana przez Suzanne Collins, to opowieść o świecie przyszłości, pełnym opresji, nienawiści i bólu oraz młodej dziewczynie, która poświęca wszystko, by utrzymać się przy życiu i zapewnić lepsze życie swojej rodzinie.

W kraju Panem, powstałym na ruinach państw Ameryki Północnej, podzielonym na dwanaście dystryktów i Stolicę, rokrocznie odbywają się zawody, zwane Igrzyskami Śmierci. Ich celem jest pokazanie mieszkańcom Dystryktów, kto ma nad nimi władzę. Ustawiają ich pod murem i stanowią karę za wydarzenia, które doprowadziły do Wojny Domowej wiele lat wcześniej. Wszyscy mieszkańcy muszą obowiązkowo oglądać przebieg Igrzysk, transmitowanych przez 24 godziny na dobę. W zawodach bierze udział para uczestników z każdego rejonu – chłopiec i dziewczynka. Wylosowani z puli wszystkich dzieci w wieku 12-18 lat. Młodzi mieszkańcy Dystryktów zostają wysłani na Arenę, gdzie przyjdzie im stoczyć ze sobą bój na śmierć i życie. Uczestnicy walczyć będą też z niesprzyjającymi warunkami pogodowymi oraz… własnym głodem. Nie bez powodu bowiem Igrzyska w oryginale nazywają się Głodowymi. Zasady wyraźnie oznajmiają, że tylko jedna osoba opuści Arenę żywa!

Tak w skrócie prezentuje się zarys fabularny pierwszego tomu powieści. Nie chcę zdradzać Wam więcej, gdyż warto samemu zapoznać się z tą historią.

Książki Collins są bowiem napisane w przystępny i ciekawy sposób. Opowieść pełna jest zaskakujących zwrotów akcji i scen budzących emocje. Oferuje też ciekawe spojrzenie na psychikę młodej dziewczyny, znajdującej się w sytuacji bez wyjścia. Kolejne rozdziały czyta się z dużym zaangażowaniem, kibicując bohaterce.

Ta książka jest przyzwoitym "page-turnerem". Gdy raz się już do niej zasiądzie, trudno się od niej oderwać i odłożyć na półkę.

Zresztą cała seria jest właśnie taka. "Hunger Games", "Catching Fire" i "Mockingjay" to rozrywka na bardzo dobrym poziomie. Kolejne tomy trylogii pochłania się w zaskakującym tempie, gdyż wydarzenia przykuwają uwagę i każą zastanawiać się co nastąpi za chwilę.

Polecam Wam samodzielne zapoznanie się z opowieścią o Katniss Everdeen. Tę serię czyta się na tyle szybko, że spokojnie zdążycie przeczytać pierwszy tom jeszcze przed premierą filmu. Zachęcam. :)

Tym razem wyszło krótko. Jeżeli pragniecie większej liczby znaków – polecam dwa ciekawe wpi zwierza popkulturalnego (bezspoilerowo i bezprzecinkowo!) oraz panny fabulitas (full-on spoiler!!!, analizujący zachowania bohaterów w poszczególnych tomach oraz całe "szaleństwo" wokół książki). Ja natomiast pewnie rozpiszę się bardziej na temat filmu! ;)

Tym krótkim tekstem chciałem zakończyć moją książkową przygodę z "Hunger Games" oraz zachęcić Was do sięgnięcia po tę interesującą serię. Chciałem także nastawić się odpowiednio na zbliżającą się wielkimi krokami premierę filmu. Mam szczerą nadzieję, że się nie zawiodę. Materiał wyjściowy zasługuje na adaptację, która przełamie klątwę nieudanego przenoszenia książek dla młodzieży na Wielki Ekran.
Parafrazując główne hasło serii – May the odds be (for)ever in our favour!

 
Komentarze (2)

Napisane w kategorii Bez kategorii

 
 

  • RSS