RSS
 

Notki z tagiem ‘iron-man’

Man and his Machine(s)

10 maj

Iron Man 3“ to najlepsza część serii o „Człowieku z Żelaza“, idealnie wpisująca się w chronologię zdarzeń, znaną z poprzednich filmów.

Tony, po wydarzeniach z Nowego Yorku, nękany jest atakami paniki, które nie dają mu spać, powodując koszmary senne. Nie potrafiąc odnaleźć się w swoim dawnym życiu, zaszywa się w swojej „piwnicy“, gdzie udoskonala swoje opus magnum, czyli pancerz Iron Mana. Nowe prototypy powstają w zaskakującym tempie, a Tony znajduje niecodziennego kompana swoich codziennych rytuałów. Z ukrycia wyrwie go dopiero głośna sprawa terrorysty ze Wschodu, który grozi Amerykanom atakami zakrojonymi na szeroką skalę, a jego słowa nie są rzucane na wiatr. Metody działania Mandaryna są tak nietypowe, że na miejscu katastrof nie można znaleźć nawet śladu ładunku wybuchowego, który doprowadził do potężnych zniszczeń.

Równolegle prowadzony jest wątek Aldricha Killiana, potentata, który przychodzi z intratną propozycją do Szefowej Stark Industries. Działanie Extremis, formuły proponowanej do produkcji na masową skalę, jest jednak zbyt ekstremalne, co widać doskonale w jednej ze scen, ilustrującej jej możliwości. Scena ta przekracza bowiem dozwoloną normę przesady, przysługującą na minutę filmu, nawet biorąc pod uwagę komiksowy rodowód dzieła. Na szczęście ten moment stanowi jedynie jeden z dwóch przesadzonych pomysłów scenariusza, który poza tym ogląda się z nieskrywanym zaangażowaniem i radością. Obraz posiada dobre tempo, które nie siada, nawet gdy na ekranie rozgrywane są sceny, mające stricte humorystyczny wydźwięk. Większość z nich zasadza się na urokliwym charakterze Tony’ego oraz jego nietypowych relacjach z innymi.

Aktorstwo stoi na dobrym poziomie i tym razem nie ma postaci do której można by się przyczepić. Wszyscy wypadają naturalnie, wpisując się w charakterystykę swoich bohaterów. Weterani serii czują się już tak swobodnie w swoich rolach, że czystą przyjemnością jest oglądanie ich na ekranie. Robert Downey Junior jest stworzony do grania Tony’ego Starka, dlatego również w trzeciej/czwartej części jego przygód czuje się jak ryba w wodzie. Partnerująca mu Gwyneth Paltrow sprawdza się na ekranie równie dobrze, co w poprzednich odcinkach, a jej relacja z Tonym jest bardzo wiarygodna. Tym razem nawet Don Cheadle przekonał mnie do swojej postaci. Kiedy aktor porządnie rozchodził już uciskające go obuwie poprzednika w drugiej części filmu, w trzeciej odsłonie poczuł się już swobodniej i z pełną werwą stawiał kroki, jako pułkownik James Rhodey, najlepszy przyjaciel Starka. Zaskakuje Ben Kingsley jako Mandaryn. To, co aktor zrobił ze swoją postacią stanowi niezwykły popis umiejętności, których po aktorze się nie spodziewałem. Widząc go zwykle w innym repertuarze, nie spodziewałem się, że z taką swobodą wpisze się w klimat filmu komiksowego, ani że tak dobrze będzie bawić się swoją rolą. Bardzo ciekawa kreacja, która urzeka w szczególności akcentem aktora. Niezły jest Guy Pearce, jako potentat Aldrich Killian. Killian jest człowiekiem, którego przeszłość związana jest z przeszłością samego Tony‘ego. A choć jego motywacja jest wręcz komiksowo prosta, nie sposób odmówić mu charyzmy i zdeterminowania w dążeniu do celu. Pearce sprawdza się ponadto o niebo lepiej od swojego poprzednika, czyli Justina Hammera w interpretacji Sama Rockwella, który niestety położył swoją postać, czyniąc z niej kogoś na wzór rozwydrzonego nastolatka. Skoro o młodych mowa – bardzo ciekawie wypadły sceny z Harleyem (Ty Simpkins), małym pomocnikiem Tony’ego, podczas jego śledztwa w stanie Tennessee. Wzajemna relacja obu panów jest niezwykle urokliwa i posiada wiele humorystycznych momentów. Ich przekomarzanie się ogląda się z przyjemnością. Tak jest też w przypadku scen z Rebeccą Hall, która całkiem zgrabnie poradziła sobie ze swoją rolą, tworząc postać charakterologicznie zbliżoną do Jane Foster (Natalie Portman) z „Thora“.

Dziwna jest muzyka skomponowana przez Briana Tylera. Przez większość seansu brzmi bowiem jak ścieżka dźwiękowa wyciągnięta z innego Uniwersum. Poszczególne motywy przypominają to, co słyszeliśmy już w innych filmach o superbohaterach (m.in w animowanej wersji Batmana). Nietypowe zagranie, nie posiadające niestety oryginalności. Warto ponadto dodać, że wraz z wypuszczeniem ścieżki dźwiękowej do filmu, wytwórnia Holywood Records wydała także krążek z muzyką „inspirowaną dziełem“. I choć na „Heroes Fall“ znajdują się wyjątkowo zgrabne rockowe kawałki takich grup jak Imagine Dragons, Walk The Moon, 3OH!3, czy frontmana Wolfmother, żaden z utworów, znajdujących się na krążku nie trafił do gotowego dzieła. Co zaskakujące – znalazło się w nim natomiast miejsce dla przeboju roku 1999, który wprowadza nas w nastrój „milenijnej“ imprezy sylwestrowej, czyli kawałka „I’m Blue“ grupy Eiffel 65. Nietypowe zagranie, doskonale jednak oddające styl tamtych czasów.

Brakuje słów, by opisać efekty 3D, gdyż takowych… zwyczajnie nie ma. W paru scenach próbowano wprawdzie zrobić zagranie „w stronę widza“, jednak nie wyszło to zbyt naturalnie. Trójwymiar jest więc tutaj po prostu zbędny.

„Iron Man 3“ jest godnym zwieńczeniem serii o Tonym Starku, które spokojnie mogłoby stanowić jej ostatni rozdział. Zgrabie wpisuje się w tematykę poprzednich odcinków, uzupełniając ją o nowe ciekawe motywy, a także dopowiadając dalszą część opowieści. (Na szczęście plansza na napisach końcowych rozwiewa wątpliwości, głosząc że „Iron Man powróci“). Zmiana na reżyserskim stołku (z Jona Favreau na Shane’a Blacka) wyszła płynnie i bezproblemowo. „Trójka“ przysparza wielu pozytywnych wrażeń i emocji, stanowiąc niezwkle zgrabny blockbuster, który wykorzystuje pełnię potencjału, kryjącego się w postaci Iron Mana.

Ocena: 8-/10

PS. Jest scena po napisach! I to JAKA! O, Bogowie! :D To wisienka na torcie dla wszystkich fanów serii! :)

Recenzja ukazała się również na łamach poratlu Hatak.pl

 
1 komentarz

Napisane w kategorii Movies

 

M still stands for the Machine, man!

10 gru

"Tony Stark jest Iron Manem?! To fajnie. Niech teraz podzieli się swoją technologią z nami". Mniej więcej taki jest punkt wyjścia dla drugiego filmu o przygodach "Człowieka z żelaza".

"Iron Man 2" nie jest kontynuacją doskonałą. Mimo, że akcja dzieje się po wydarzeniach, znanych z części pierwszej i jest z nimi mocno powiązana, zaskakująco dużo czasu zajmuje twórcom ponowna ekspozycja głównych bohaterów oraz wprowadzenie do opowiadanej historii. Możnaby pomyśleć, że skoro to już drugi film z tymi bohaterami, niepotrzebne będą ponowne przywitania. A jednak! Niemal przez połowę filmu oglądamy jedynie rozmowy naszych bohaterów, przez co rozwój wydarzeń jest naprawdę powolny. Jest to nieco zaskakujące, biorąc pod uwagę, że to blockbusterowy film akcji.
Wymiana zdań pomiędzy postaciami nie jest szczególnie pasjonująca, przez co większą część filmu oglądałem beznamiętnie, bez większych emocji. Były wręcz momenty, w których męczył mnie tak powolny rowój wydarzeń.
Na szczęście sytuacja poprawiła się nieco w drugiej połowie filmu; w szczególności w końcówce, gdy postawiono na dużą dawkę akcji. Wtedy historia zaczęła nabierać rumieńców i lepiej się ją oglądało.
Film był dla mnie za mało wyważony. Za dużo w nim mówiono, a za mało robiono. Pod tym względem "jedynka" wypadła lepiej, gdyż tam udało się zrównoważyć te elementy, całość czyniąc zjadliwą, a nawet smaczną. Tutaj jest natomiast za duża dominacja jednego składnika.

Niestety, aktorzy też wypadli słabiej niż w poprzednim filmie.
Robert Downey Jr. bardziej mnie przekonał do swojego Tony’ego Starka w "jedynce". Teraz jego bohater jest zbyt egocentryczny i ekscentrzyczny, jak na mój gust. Mimo, że taka przemiana jest celowa i wynika z zagubienia się Tony’ego oraz faktu niemal nieustannego uczestnictwa w mediach, nie w pełni mnie ta kreacja przekonuje.

Terrence Howard grał na większym luzie niż Don Cheadle. Szczerze mówiąc – trudno było mi się przestawić pomiędzy tymi aktorami. Z jakiegoś powodu Cheadle nie pasował mi na Rhodey’a, przyjaciela Starka. Jego bohater jest za bardzo "oficjalny", a za mało "przyjacielski". Być może to kwestia samego scenariusza, ale nie mogę pozbyć się wrażenia, że Howard wypadłby bardziej przekonująco.

Sam Rockwell jest za mało bad-guyowaty. Według mnie zachowuje się bardziej jak rozwydrzony dzieciak niż godny przeciwnik, którego możnaby się obawiać. Można wprawdzie powiedzieć, że "tak miało być". Ostatecznie film oparty jest o postaci komiksowe, a w świecie "graphic novels" bohaterowie często są celowo przerysowani. Nie zmienia to jednak faktu, że roli Rockwella w ogóle nie kupuję.

Dobrze, że "główny zły", czyli Mickey Rourke wypada już przyzwoicie. Jego Ivan Vanko jest "człowiekiem z misją", który podporządkowuje wszystkie swoje działania osiągnięciu celu. A, że tym celem jest uśmiercenie Tony’ego Starka, to tylko pokazuje z jakiego typu człowiekiem mamy do czynienia.

Nieźle prezentuje się też Scarlett Johannson. Szczególnie wtedy, gdy wejdzie w swój "tryb" pracownicy S.H.I.E.L.D’u. Wcześniej jej występ ani ziębi, ani grzeje. Natomiast od chwili, gdy "pokazuje pazur", od razu wypada ciekawiej.

Nie mogę się też przyczepić do postaci epizodycznych. Samuel L. Jackson, Clark Gregg i Jon Favreau dobrze bowiem wypadają w swoich rolach, a sceny z ich udziałem wypadają bardzo ciekawie.

Nie wiem natomiast co myśleć o występie Gwyneth Paltrow. Niby jej Pepper Potts jest taka, jak poprzednio; z drugiej strony czegoś mi w tej postaci brakuje. Nie potrafię jednak dokładnie określić w czym tkwi problem.

Aktorzy nie spisali się tak dobrze, jak w części pierwszej. Wydaje się jednak, że wynika to ze słabszego scenariusza. W końcu wielkokrotnie przekonali nas, że są w stanie stworzyć interesujące postacie.

Kwestia muzyki jest zastanawiająca. W filmie pojawia się wiele różnych utworów, w tym kilka pochodzących z repertuaru zespołu AC/DC. Mimo, że piosenki Australijczyków nie stanowią większości muzyki pojawiającej się w filmie, to właśnie one, jako jedyne(!) pojawiają się na oficjalnym soundtracku. Muszę przyznać – interesujące posunięcie.

"Iron Man 2" mnie nie porwał. Całość wydawała się raczej preludium dla jakiegoś większego projektu niż pełnoprawnym dziełem. (Czyżby dlatego, że to niejako "wstęp" do filmu "Avengers", łączącego całą ligę superbohaterów?). Film jest poprawny, a nie pasjonujący. Jest też za mało dynamiczy. Muszę powiedzieć, że liczyłem na więcej.

Zastanawiam się czy moje krytyczne uwagi wynikają z włączenia jakiegoś trybu: "czepialstwo: mode on", czy może z tego, że opowieść o "Człowieku z żelaza" jednak nie jest dla mnie. Byłoby to zastanawiające, biorąc pod uwagę, że "jedynka" całkiem mi się podobała. Może problem tkwi właśnie w tym "całkiem"? W swojej recenzji "Iron Mana" pisałem, że "film nie wgniótł mnie w fotel i raczej nie trafi na listę moich ulubionych opowieści o superbohaterach". Teraz moje odczucia są podobne. Czy za dużo oczekiwałem, sądząc, że "dwójka" w pełni mnie do siebie przekona?!

Z ostatecznym werdyktem poczekam chyba do kolejnego seansu filmu Favreau lub kolejnej części przygód Tony’ego Starka, (ew. megakumulacji superbohaterów, jaką będą "Avengers"). Na razie wystawiam części drugiej notę 6/10, gdyż mimo swoich uchybień, seans nie był dla mnie udręką. Sęk tkwi w tym, że (znów!) liczyłem na nieco więcej.

 
Komentarze (2)

Napisane w kategorii Movies

 

M is for Machine

20 maj

"Iron Man" w reżyserii Jona Favreau to kolejna ekranizacja Marvelowskiego komiksu, przeniesiona na ekran w ostatnich latach.
Tym razem głównym bohaterem jest multimiliarder Tony Stark, który oddziedziczył po ojcu nie tylko fortunę, ale i firmę pałającą się wytwórstwem uzbrojenia wszelkiej maści.
Początkowo Tony wiedzie życie playboya, tonąc w luksusach, na które może sobie pozwolić dzięki stałemu przypływowi ogromnej gotówki. Jednak kiedy na własnej skórze doświadczy obrażeń wojennych, spowodowanych przez własne militarne wyroby, jego punkt widzenia diametralnie się zmieni. Postanowi wtedy naprawić zło, które sam pośrednio wyrządził, i zostanie tym samym nowym "obrońcą uciśnionych".

"Iron Man" jest całkiem niezłym filmem o nietypowym superbohaterze. Gdy inni mu podobni ratują świat pod osłoną nocy, nikomu nie zdradzając swojej tożsamości, Tony Stark z rozbrajającą szczerością stwierdza "I am Iron Man". Zresztą nie tylko główny bohater różni się od reszty swoich "kolegów po fachu". Także sam film o jego przygodach poprowadzony jest nieco inną ścieżką niż pozostałe.
Ogromną rolę odgrywa tu realizm. Wydarzenia, które oglądamy na ekranie, pokazane są w jeszcze bardziej realistyczny i "naturalny" sposób niż w kładącym nacisk na realizm "Batmanie Początku".
Jest to wielki atut filmu Favreau, wyróżniający go na tle pozostałych adaptacji przygód komiksowych superbohaterów.
Muszę jednak przyznać, że opowieści o "człowieku z żelaza" brakuje tego czegoś, co wgniatałoby widza w fotel i bezgranicznie wciągało do swojego świata. Nie do końca wiem jak to sprecyzować, mogę jedynie powiedzieć, że zarówno filmy Nolana o Batmanie, jak i większość filmów o "X-Menach" posiadały ten "wciągający" czynnik.

Jestem natomiast w stanie powiedzieć, że ten film należy do jednego aktora. Mimo, że w obsadzie znajdują się takie osoby jak Jeff Bridges, Gwyneth Paltrow, czy Terrence Howard, wszyscy oni grają jedynie "drugie skrzypce" dla Roberta Downeya Jr, który ponownie stworzył intrygującą postać, której poczynania z ciekawością się ogląda. Na dodatek na osobowości jego bohatera opiera się cały film.

Jego Tony Stark jest pewnym siebie, nieco zadufanym geniuszem, który zajęty jest pracą oraz "szybkimi rozrywkami". Jednak kiedy przyjdzie do podjęcia poważniejszej inicjatywy, potrafi też stanąć na wysokości zadania i zadbać o "przyszłość i bezpieczeństwo kraju, i świata".
Choć cała obsada bardzo dobrze radzi sobie w ryzach swoich postaci, Tony Stark jest zwyczajnie najciekawszym z bohaterów, któzy pojawiają się na ekranie. Ogromna w tym zasługa samego Downeya Jr., ale również ciekawego scenariusza, który obdarzył Starka właśnie takim zbiorem cech.

Od strony muzycznej też jest całkiem nieźle. Ścieżka dźwiękowa* przepełniona jest szybkimi rockowymi utworami, które tworzą klimat znany z innych filmów akcji. I choć muzyka nie jest szczególnie świeża i zaskakująca swoim brzmieniem, zwyczajnie dobrze oddaje klimat poszczególnych scen, wpadając przy tym w ucho.
Co ciekawe zyskała ona uznanie krytyków, którzy przyznali wykonawcy Raminowi Djawadiemu nagrodę Grammy dla Najlepszego Soundtracku Filmowego za rok 2008.

Ogólnie rzecz ujmując – "Iron Man" to kino czysto rozrywkowe, przygotowane ze sporą rzetelnością, posiadające ciekawe sekwencje akcji oraz kilka humorystycznych momentów. Mimo to film nie wgniótł mnie w fotel i raczej nie trafi na listę moich ulubionych opowieści o superbohaterach. Nie mogę jednak powiedzieć, że seans "Iron Mana" nie przysporzył mi pozytywnych wrażeń i że nie było to wydarzenie odprężające. Sęk tkwi chyba w tym, że liczyłem na nieco więcej.

 
Brak komentarzy

Napisane w kategorii Movies

 
 

  • RSS