RSS
 

Notki z tagiem ‘jason-mraz’

An evening with Jason Mraz and his guitar

14 mar

„An evening with Jason Mraz and his guitar”, czyli trzecie koncertowe spotkanie z Mr. A-Z było doświadczeniem innym od wcześniejszych (czyli Berlina i warszawskiego Palladium).

Poczynając od samego miejsca – Teatru Polskiego, gdzie wszystkie miejsca były siedzące, przez fakt, iż na scenie był tylko on – wokalista z gitarą (oraz drugą, „na potem”), który do kilku utworów usiadł przy keyboardzie, a kończąc na zestawie mniej oczywistych, najbardziej lirycznych piosenek – wszystko w tym kameralnym koncercie różniło się od poprzednich.

Gdyby to był koncert hip-hopowy można by rzec, ze artysta świetnie poradził sobie też bez tzw. zajawkarza, kogoś kto utrzymuje uwagę widowni między piosenkami. Amerykanin sam zabawiał słuchaczy między utworami, nie tylko dzieląc się zabawnymi anegdotami ze swojego życia, czy udzielając cennych rad dotyczących związków, ale także rzucając licznymi żartami wynikającymi z sytuacji (chociażby, strojąc gitarę, wspomniał, że ćwiczy się w wielu różnych dziedzinach, (jak joga czy ogrodnictwo(?)), ale także w „starożytnej chińskiej sztuce Tu-Ning (będącej zabawnym akcentowaniem angielskiego słowa „tuning”, czyli „strojenie”). Historie opowiadane między poszczególnymi piosenkami były urokliwe i zabawne, a opowieść o tym, jak doszedł do swojego brzmienia metodą prób i błędów i ćwiczenia głosu w najróżniejszy sposób, wydobywając z siebie coraz dziwniejsze onomatopeje, była chyba najciekawszą z nich. „Gdy zamiast dziwnych dźwięków, zacząłem specyficznie akcentować słowo „Love”, okazało się, że coraz więcej ludzi przychodzi na moje koncerty. Kiedy więc w trakcie jednego z nich ktoś krzyknął: „Zaśpiewaj swoją piosenkę o miłości” (a wtedy przecież wszystkie moje utwory zawierały to słowo), mogłem tylko odpowiedzieć: „-Czymże byłaby moja piosenka bez miłości?” „-Pewnie trwałaby dwie minuty”, usłyszałem w odpowiedzi”. Trzeba przygnać – niezwykle celna i prawdziwa riposta.

Poniedziałkowy koncert był też świetnym przykładem sztuki improwizacji i zabawy na scenie. Na początku występu Jason przedstawił nowy utwór, w którym zinkorporował tytułu piosenek z przebiegu całej swojej kariery, a inną rozpoczął niezwykle melodyjnym zaśpiewem słów „Blah Blah Blah”, unaoczniając przy tym nie tylko siłę swojego głosu, który był w stanie przesłonić treść utworów, co także potęgę zabawy i bycia obecnym w danym momencie. Opis tego zdarzenia nie jest bowiem równie zabawny i spontaniczny, co przeżycie go w danej chwili i poczucie pewnej jedności nie tylko z artystą, ale też z tłumem, który równocześnie wybuchnął śmiechem. W innych utworach często dodawał nowe fragmenty, czy dźwięki, „trochę na zasadzie jazzowej improwizacji, jestem ciekawy, gdzie mnie muzyka dziś poniesie”.

Zestaw piosenek był bardzo nieoczywisty i podpadający pod ideę-fix całego koncertu: „Wszystkie moje piosenki są o miłości”. Większość utworów stanowiły więc spokojniejsze, rozdzierające ballady w stylu „You and I Both”, „The Woman I Love”, „93 Million Miles”, czy śpiewane niemal na finał „I Won’t Give Up”. Świetnie wypadł w szczególności nowy materiał, zdający się być specjalnym zestawem piosenek koncertowych, nie pochodzących z żadnych dotychczasowych albumów, mający na celu rozruszanie widowni i ukazanie siły występu na żywo. Wspomniana wyżej piosenka, złożona z tytułów innych utworów, kawałek o „drugim dziadku”, jako kontrapunkt dla „Frank D. Fixer”, czy intrygujący utwór otwierający koncert, w którym artysta śpiewał o „byciu zmęczonym wojną” („I’m tired or the war”) (a sam utwór najprawdopodobniej nazywa się „Camouflage”). Wyśmienicie wypadł także utwór „Chocolate”, w którym artysta opowiadał jak należy udobruchać swoją partnerkę. „Po prostu daj jej czekolady” zdaje się być receptą Amerykanina na zły humor kobiety. Równie udany był kawałek „Work in Progress”, w którym padło piękne zdanie: „I’ve got few chapters left” („zostało mi jeszcze parę rozdziałów”), czy „Coming Undone”, który w refrenie brzmiał, jak coś co mogłoby wyjść spod ręki OneRepublic, bądź Justina Biebera, (w którym padł zresztą świetny tekst o tym, że to nie jest „fake music, this is not fake news, this is just my spirit”).

Największy hit artysty – „I’m Yours” pojawił się znienacka w samym środku setu, nie odciągając tym samym uwagi od reszty materiału, utrzymanego w innym stylu. Najżwawszym kawałkiem było w zasadzie „Butterfly”, zaśpiewane jednak w bardziej akustycznej, stonowanej wersji (co po części wynikało też z faktu, że na scenie był jedynie Mraz i gitara) oraz następujące tuż po nim wspomniane już „Chocolate”, które w niektórych fragmentach przypominało dokonania Justina Timberlake’a.

Ważnym momentem, będącym echem występu w Palladium było zaproszenie na scenę dziewczyny, która odezwała się do niego, by ponownie zaśpiewać z nim na scenie (poprzedni raz miał miejsce 6 lat temu w Pradze) kawałek „Lucky”. Moment ciekawy, dobry, ale jednak nie tak porywający, jak to, co wydarzyło się przed trzema laty.

Artysta wchodził też w inne interakcje z widownią. Czy raczej – widownia kilkakrotnie krzyczała do niego z sali, a ten odpowiadał na zaczepki ze sceny, zawsze przy tym żartując. Najciekawiej ograł sytuację, w której ktoś chciał „uścisnąć jego dłoń”. „Wiesz, poprzez ściskanie dłoni dzielimy się dużą liczbą zarazków. Lepiej się całować. Także po koncercie będę stał w lobby całując was wszystkich”.

Koncert był tak bardzo przemyślany i ustawiony pod konkretną koncepcję, że zabrakło w nim miejsca na prawdziwie spontaniczny moment, czyli… bis. Artysta zszedł ze sceny po dwóch godzinach grania i nie wrócił na nią, mimo ogromnego aplauzu widowni. Biorąc jednak pod uwagę, że poprzedni koncert, pierwszy w Polsce, Mraz dedykował wszystkim, którzy tak długo czekali na jego przybycie, że grał większość piosenek, które fani zasugerowali mu na Twitterze, można wybaczyć mu takie zagranie podczas występu w Teatrze Polskim. Zwłaszcza, że naprawdę dał z siebie wszystko, racząc nas prawdziwie emocjonującym zestawem nieoczekiwanych utworów.

Będąc na trzech różnych koncertach artysty, cieszę się niezmiernie, że były to diametralnie różne przeżycia. Pokazujące przy tym wszechstronność tego „zwykłego białego gościa z gitarą”, jak zdarza się o nim mówić (chociażby w „Family Guyu”). Trzy koncerty, na których byłem, były więc odmienne, różne i emocjonujące na innych poziomach. „An evening with Jason Mraz and his guitar” określiłbym więc jako wieczór idealny na wyciszenie, kontemplację, uspokojenie oddechu i ogólny relaks od znojów dnia codziennego. Innymi słowy – to naprawdę był wspaniały wieczór z Mrazem i jego gitarą. (A biorąc pod uwagę szybkie tempo ogłoszenia koncertu i rzeczywistego przyjazdu artysty, nie obraziłbym się, gdyby równie niespodziewanie odwiedził nas raz jeszcze w tym roku). W końcu „All you need is love”, cytując artystę, cytującego Beatlesów w jednym ze swoich kawałków opowiadającym o… miłości.

 
Brak komentarzy

Napisane w kategorii Music

 

Jason, you’re the woman I love!

27 gru

We Fckn Did It! Dzięki doskonałej polskiej ekipie wśród publiczności (w tym mojej skromnej osoby), która została zauważona przez Jasona na koncercie w Berlinie, Amerykanin przyjechał na polską ziemię. Na mniejszy, kameralny, wręcz akustyczny koncert. W związku z tym w warszawskim Palladium, na scenie byli tylko Jason, gitara oraz mini-”perkusja”, przygrywana przez Monę Tavakoli.

Jako, że była to pierwsza wizyta artysty w Polsce, kilka dni przed występem, Jason ogłosił wspólne układanie setlisty na swoim Twitterze, z wyborami samych fanów. Na koncercie rzeczywiscie skorzystał z tych propozycji, grając utwory, jak „0% Interest„, „Gypsy MC”, czy „1000 Things”, które znajdują się na jego pierwszej, wydanej własnym kosztem składance „Jason Mraz” (o której, co dziwne, dowiedziałem się dopiero dzięki temu układaniu setlisty. Weird!).

Jako jeden z pierwszych utworów wybrzmial także utwór „Curbside Prophet„, z debiutanckiego albumu nagranego dla dużej wytwórni. Pierwsza godzina wypełniona była więc mieszanką utworów z własnej produkcji debiutem, a tym pod skrzydłami wytwórni. To sprawiło, że początek koncertu nie był wypełniony hitami, przez co momentami dało się słyszeć narzekania widowni. „Dlaczego on tak to zrobił?” było jednym z pytań, które padły tego wieczora od osób stojących za moimi plecami. Taka formuła koncertu dla najstarszych, najwierniejszych fanów była strzałem w dziesiątkę, aczkolwiek ja czułem pewien dyskomfort, gdyż zdałem sobie sprawę, że jest jeszcze wiele nieznanych (dla mnie) kawałków w dorobku artysty. Z drugiej strony miałem szansę usłyszeć początki muzyka i ujrzeć ewolucję, którą przeszedł.

Jason miał niezły kontakt z publicznością, ale w wielu momentach to partnerująca mu Mona kradła całe show. Wszystko dzięki niesamowitej ekspresji mimiczno-scenicznej, która sprawiała, że człowiek nie mógł przestać się uśmiechać patrząc na ten duet na scenie. Cytat z tytułu tej notki pochodzi zresztą z jej ust, które wypowiedziała w trakcie utworu „The Woman I Love”. Ich wspólne przekomarzania oraz zachęcanie widowni do działania oglądało się z nieskrywaną przyjemnością.

Dwoma high-pointami całego koncertu, oczywiście poza usłyszeniem ulubionych kawałków na żywo, (uwiecznionych na wideo, którym dzieliłem się już tutaj), było:

1) Zaproszenie dziewczyny, która miała tego dnia urodziny, na scenę i zaśpiewanie z nią całego „Lucky”. Po początkowej konsternacji widowni i wstrzymaniu oddechu co z tego wszystkiego wyniknie, okazało się, że dziewczyna ma naprawdę niezły głos, więc wykonanie tego utworu wypadło wyjątkowo korzystnie. Genialny prezent urodzinowy!

2) Zacytowanie inspirującego listu, który Jason dostał pocztą od polskiej fanki, opowiadającym o tym jak muzyka Jasona jest inspiracją dla autorki korespondencji. Jason zaś stwierdził, że to ona jest dla niego inspiracją, bo w zasadzie on tylko gra swoją muzykę, nie robi nic szczególnego. Przytoczył też interesującą analogię do tego co robi i jak oddziałuje na ludzi: „Kiedy grasz na ulicy, niektórzy przystają Cię posłuchać, bo nadajecie na tej samej fali („Dude, you’re playing my song”)”.

Wspomniane ulubione kawałki, czyli „Dynamo of Volition” i „You Fckn Did It” zostały wyśpiewane idealną dykcją, czym artysta zyskał gromką aprobatę publiczności, czyniąc również z tych utworów osobiste high-pointy wieczoru. Wyśpiewane na koniec „I’m Yours”, jednego z najważniejszych utworów w dorobku artysty, wraz z rzuceniem w widownię dużych kolorowych balonów również wspominam niezwykle ciepło. A „Plane” i „Song for a friend” zaśpiewane na bis dopełniło tylko wizji idealnego koncertowego przeżycia, które będzie się wspominać przez długi okres.

Artysta znów zagrał 2,5 godzinny koncert, większość setlisty wypełniając starymi, mniej znanymi utworami. Niestety znów nie doczekałem się „Coyotes”, jednego z moich faworytów w twórczości Jasona, jednak z dumą potwierdzam, iż w setliście pojawiła się moja propozycja w postaci „5/6”. Na szczęście spokojnie mogę więc dalej chodzić na jego koncerty, by doczekać tej perełki w postaci „Coyotes”. „Hope to see you soon” to ostatnie słowa, które padły z ust Mr.A-Z’a, więc jest duża szansa, że rzeczywiście się uda.

Przepraszam za skrótowość tej relacji (i prawdopodobnie pominięcie kilku elementów, które urzekły mnie w tym koncercie), wynikającej z faktu dokończania jej w wiele miesięcy po odbyciu się samego wydarzenia. Nie wiem dlaczego zajęło mi to tyle czasu (no dobra, wiem – wyjazd i chłonięcie całym sobą nowego środowiska „trochę” odwróciło moją uwagę od pisania), cieszę się jednak, że wreszcie udało mi się coś o tym wspaniałym koncercie napisać.

 
Komentarze (7)

Napisane w kategorii Music

 

Mraz in Warsaw

23 sie

Zanim przejdę do właściwej relacji z koncertu Jasona Mraza w Warszawie (a to chwilę zajmie, bo na razie mam tylko zalążek i milion innych rzeczy na głowie), proponuję Wam zbiór utworów nagranych podczas uroczego środowego wieczoru w Palladium. :)

ENJOY away! :)

(No i sorry za jakość, jakoś dziwnie było ze światłem, jak widać).

Curbside Prophet

5/6

The Dynamo of Volition

You Fckn Did It!

A właściwa relacja (zatytułowana „Jason, you’re the woman I love”) pojawi się w wolnej chwili! Stay Tuned! :)

 
Komentarze (5)

Napisane w kategorii Music

 

MRAZ is a Four Letter Word

20 gru

Stało się! Czuję się spełniony! My life’s complete! Ze spokojem mogę oczekiwać Końca Świata*, gdyż wreszcie doczekałem się koncertu Jasona Mraza!

O moim uwielbieniu do tego artysty pisałem już wielokrotnie, FanPage wciąż zdobi zdjęcie z jego podobizną, a cytat z mojej ulubionej piosenki stanowił przez dłuższą chwilę nawet tytuł tego bloga. A teraz jestem już po koncercie. Marzenie i lata oczekiwań właśnie się spełniły. Nie pozostaje mi więc nic innego, jak spisać swoje wrażenia.

Berlin. Columbiahalle. Duży obiekt koncertowy, z parterem i piętrem, po brzegi wypełniony ludźmi w różnym wieku. Po wejściu do środka i ustawieniu się niedaleko sceny, moją uwagę przykuł transparent wywieszony na balkonie: „Poland waits for you. LOVE. Fans from Poland”. (Więcej na  jego temat później). Przed koncertem odbyły się jeszcze dwa występy supportujących artystów, z czego ja załapałem się na jeden. Wokalistka Ymani wypadła przyzwoicie, śpiewała melodyjnie i ogólnie była w porządku, niemniej nie przykuła mojej uwagi na dłużej. Nietrudno jednak powiedzieć dlaczego tak się stało. ;)

Oto bowiem nastąpił moment właściwy. Moment, na który wszyscy czekali. Mraz wychodzi na scenę. Ma kucyk, brodę, kapelusz i gitarę. (W pełni zdaję sobie sprawę, że ten opis jest w stylu tego dowcipu z „Family Guy’a”, ale jest też zgodny z prawdą. ;) ). Po nim wkracza ekipa muzyczna, która w najliczniejszym momencie, gdy wszyscy będą razem na scenie, liczy 10 osób. Saksofon, puzon, trąbka, perkusja, bębny, fortefian, dwie gitary, bas i drugi wokal, to całe wsparcie głosu Jasona, dzięki któremu każdy utwór jest wyjątkowo melodyjny i przykuwający uwagę.

Koncert zaczyna się w takt „Love Like Ours” i „Make It Mine”, a potem trwa przez 2 godziny i 5 piosenek na bis. Już przy pierwszych nutach wzruszyłem się ze szczęścia, bo tyle lat czekałem na ten moment. Silne emocje towarzyszyły mi zresztą wielokrotnie podczas tego koncertu, gdyż wirtuozeria Mraza i jego ‘wesołej kompanii’ objawiała się w każdym momencie. Muzycy stanęli na wysokości zadania, dostarczając świetnie zaaranżowanych kawałków. Niemal każdy utwór został zaprezenotwany w dłuższej wersji, poprzedzony improwizacją, czyli śpiewno-rapującym zagadywaniem publiczności.

Zabawa słowem i głosem oraz świetna dykcja to znaki firmowe Mr.A-Z’a i najmocniejsza strona koncertu. Najlepiej słychać te pozytywne przywary, w takich doskonałych kawałkach, jak moje ulubione „The Dynamo of Volition” i „You Fckn Did It„. Swoją drogą – usłyszeć na żywo (i to dwa razy) najlepszą frazę swojej ukochanej piosenki, na koncercie, na który czekało się od lat – bezcenne przeżycie. „I’m only a boy in a story, just a halucynatory” przez moment było nawet tytułem/nagłówkiem tego bloga. W wersji live zabrzmiało jeszcze lepiej niż na płycie i stanowiło dla mnie high-point całego występu.

Koncert obfitował w kawałki ze wszystkich płyt artysty, co stanowiło miły ukłon dla wieloletnich fanów. Największą radość tłumu wzbudziły jednak utwory z najnowszej płyty: „Love is a four letter word”, chyba najlepiej znane publiczności. Takie piosenki, jak „Lucky” i „I’m Yours”, które otworzyły Mrazowi drzwi do większej kariery również zostały przywitane gromkim wiwatem. Ten ostatni kawałek został zresztą tłumnie odśpiewany przez zgromadzoną publiczność i stanowił jeden z najjaśniejszych punktów całego występu. Interesująco wypadły też covery innych artystów, w szczególności „Three Little Birds” Boba Marleya, zaśpiewane w finale.

Artysta nie poskąpił też bisów, prezentując w tym czasie aż pięć dodatkowych utworów. Zaczął sam, będąc jedyną osobą na scenie, gdy śpiewał „This is what our love looks like”. W kolejnych kawałkach dołączało się do niego coraz więcej członków ekipy, by w finałowym „I Won’t Give Up” zaprezentować się już w pełnym składzie. Bardzo ciekawe zagranie, dające również towarzyszom Mraza możliwość wykazania się na scenie i dostania swoich pięciu minut.

Warto również wspomnieć, że w trakcie koncertu wyszło na jaw, jak liczna jest polska publiczność zgromadzona na sali. Gdy Jason dostrzegł plakat z napisem, zapraszającym go do Polski, wielokrotnie prosił, by to właśnie grupa polskich fanów śpiewała fragmenty utworów. (Potem śpiewali jeszcze Brazylijczycy, którzy również przyjechali ze swoją flagą, no i sami Niemcy oczywiście). Muszę przyznać, że chór polskich fanów był naprawdę głośny i zauważalny. W temacie plakatu warto również wspomnieć, że Jason zauważył ze sceny, że „zapraszają mnie do siebie”, a na koniec wskazał na napis, następnie na siebie, unosząc przy tym kciuki w górę, co dobrze rokuje na przyszłość i jego występowi w naszym pięknym, nadwiślańskim kraju. :)

Ja natomiast czuję się spełniony. Czekałem na ten koncert od lat, z emocji kilkukrotnie wzruszyłem się ze szczęścia, a przy moim najukochańszym „The Dynamo of Volition” tak dobrze się bawiłem i przy tym śpiewałem, że nie dość, że ludzie się na mnie obracali, to pod koniec nawet kazali uciszyć i stać spokojnie. Dziwni Ci Niemcy. Kto to widział – śpiewać na koncercie? :P

To chyba tyle, co mam do przekazania. Przepraszam za ogólniki, słabą jakość zdjęć oraz późny termin umieszczenia wpisu, ale wcześniej byłem pochłonięty sprawiami bieżącymi i nie potrafiłem go dokończyć. Cieszę się jednak, że wreszcie się udało. :)

PS. * – Pierwsze słowa tego wpisu pojawiły się już dawno temu, wtedy to zdanie miało mocniejszy wydźwięk. ;) Dzisiaj, w przeddzień Końca Świata, za długo się już nie naczekam. ;)

PS2. Duża liczba wideo z koncertu do odnalezienia tutaj!  :)

PS3. M, dziękuję serdecznie za gościnę! :)

 
Brak komentarzy

Napisane w kategorii Music

 

Ladies and Gentlemen, I present to you: Mr. Jason Mraz

16 kwi

Na początku procesu reanimacji (ew. reaktywacji) tego bloga, umieściłem już notkę poświęconą panu Mrazowi. Nie było to jednak wydarzenie godne tego artysty, także teraz się reflektuję i stąd dłuższa notka poświęcona temu genialnemu piosenkarzowi. :)

Background story
Jasona Mraza poznałem w zeszłym roku, w maju, bądź czerwcu, kiedy to w pięknym okresie pomaturalnym (a.k.a najdłuższych wakacji życia ;) ), siedziałem w domu i przerzucałem telewizyjne kanały. W pewnym momencie natrafiłem na Vivę i lecące tam teledyski. Jednym z teledysków, które wtedy obejrzałem, był ten do piosenki… "I’m Yours" Jasona Mraza, właśnie. Piosenka (i teledysk) baardzo mi się spodobały, więc już po paru chwilach znajdowałem się przy komputerze, uruchamiając iTunes’a. Tam niezwłocznie wpisałem nazwisko Mraza i po chwili pojawiłem się już na stronie z jego najnowszą płytą "We Sing. We Dance. We Steal Things". Tam zacząłem słuchać fragmentów jego kawałków. Jeden utwór bardzo mocno przykuł moją uwagę.  Piosenką, która wywarła na mnie tak ogromne wrażenie, było "Dynamo of Volition". Była tak optymistyczna, skoczna, niepodobna do innych znanych mi rzeczy, tak bardzo w moim stylu, że od razu się w niej zakochałem i musiałem ją jak najszybciej mieć na swoim odtwarzaczu.
Te dwie piosenki otworzyły mi drogę do bliższej znajomości z Jasonem. ;)
A reszta to historia. ;)

Teraz jestem już szczęśliwym posiadaczem trzech płyt Mr.A-Z’a, a jego muzyka ciągle mi towarzyszy.
Moja ulubiona piosenka "Dynamo of Voliton", z której zresztą pochodzi cytat, będący tytułem tego bloga (czyli genialny tekst "I’m only a boy in a story, just a halucynatory"), ostatnio trafiła na swoje należyte miejsce, czyli numer 1 w moim "Top 25 Most Played". :D

Dość background story, bo nie będę was zanudzał kolejnymi etapami poznawania nowych płyt i piosenek, przejdę natomiast do sedna całej sprawy, czyli… samej muzyki.

Na początek teledysk do piosenki, od której… wszystko się zaczęło.
Oto "I’m Yours":

Swoją drogą to wersja teledyskowa tej piosenki, przypadła mi do gustu bardziej niż jej wersja płytowa. (bo ma te piękne dodatkowe dźwięki/sylaby w refrenie) ;)
Poza tym piosenka i teledysk są bardzo wakacyjne i bardzo pozytywnie nastrające do życia. :)
Dopatruję się także wpływu tego wideo na panujące od jakiegoś czasu szaleństwo na punkcie… Ray-Banów. Mam wrażenie, że Mraz i ten teledysk, miały duży wpływ na powrót tych mega-lanserskich okularów. …
…Bowiem na pewno przyczynił się do tego, że gdy miałem ku temu okazję, to zaopatrzyłem się w… czarny kapelusz. :)

Utwór numer dwa: "Dynamo of Volition" teledysku nie posiada, więc odsyłam do MySpace’a.

Kolejną piosenką, którą pragnę tutaj zaprezentować jest zatem… "Geek in the Pink".

   

Pomysł sympatyczny, słucha i ogląda się naprawdę dobrze. ;)
A zdjęcie uważam za genialne! :D (a pochodzi z wnętrza okładki do pierwszego albumu Jasona – "Waiting for my rocket to come")

Więcej teledysków nie umieszczam, natomiast przechodzę do polecania kolejnych kawałków. :)
Z góry uprzedzam, że nie zdążyłem się jeszcze dobrze zapoznać ze wszystkimi piosenkami Mraz’a, cały czas odkrywam nowe. Ostatnio np. zakochałem się w "Coyotes" z najnowszej płyty. Nie wiem jak to się stało, że wcześniej  mi umknęła, gdy słuchałem tego albumu. Przecież ta piosenka jest cudowna. (Powodów dopatruję się w tym, że ona ma taki niepozorny początek, tak jak "When the sun goes down" Arctic Monkeys, którą to piosenkę też pokochałem dość późno w mojej znajomości z Małpami, właśnie z powodu tego spokojnego początku).

Inne genialne piosenki Mraza, na które zdecywanie warto zwrócić uwagę:
Piękne, spokojne "Life is wonderful", już nie tak spokojne "Did you get my message?"(!), "Curbside Prophet", "Butterfly" (które btw. jak dla mnie brzmi zupełnie jak "Just the two of us"), oraz cudowne, wręcz wzruszające ( ;) ) "The Beauty in Ugly".
Oczywiście uważam, że inne piosenki też są wspaniałe; wielu wymienianych przez innych fanów Mraza (jak "Plane", "You and I both" czy "Bella Luna") zwyczajnie jeszcze nie znam, ale na pewno bardzo mi się spodobają, kiedy nadejdzie ich czas. ;)
Ogólnie rzecz ujmując jestem bardzo zadowolony, że poznałem muzykę Mraza i czuję, że zostanie ona ze mną na długo. :)
(A tak w ogóle to czekam tylko na moment jak któraś z jego piosenek w końcu trafi do któregoś z oglądanych przeze mnie seriali. Uważam bowiem, że takie "Grey’s Anatomy" bardzo by skorzystało, gdyby jego utwory tam sie pojawiły. Poza tym mam wrażenie, że odnalazłyby się znakomicie, wśród innych ciekawych twórców, których muzyka pojawia się w tym serialu. :) )

      
(Naciśnięcie na którąś z okładek wyśle Cię do iTunes’a, gdzie możesz posłuchać sobie fragmentów utworów Mr.A-Z’a)
Natomiast inne linki znajdują się tutaj:
Oficjalna strona, MySpace, Last.fm, a także… Facebook ;)
Enjoy!

Na zakończenie zachęcam do podpisania się pod petycją, aby Jason odwiedził nasz kraj nad Wisłą.
(A koncerty odbywające się najbliżej nas, to niemieckie miasta: Sttutgart (6lipca) i Freiburg (7lipca)).

I to by było na tyle!
Mam nadzieję, że zaraziłem Was miłością do Mraza, ewentualnie ciekawie o nim przypomniałem tym, którzy już go od dawna znają i uwielbiają. :)
I pamiętajcie – "Life is wonderful", jak to zgrabnie ujął w tytule jednej z piosenek. :)

 
Komentarze (2)

Napisane w kategorii Music

 

Ladies and Gentlemen, I present to you: Mr. Jason Mraz

16 kwi

Na początku procesu reanimacji (ew. reaktywacji) tego bloga, umieściłem już notkę poświęconą panu Mrazowi. Nie było to jednak wydarzenie godne tego artysty, także teraz się reflektuję i stąd dłuższa notka poświęcona temu genialnemu piosenkarzowi. :)

Background story
Jasona Mraza poznałem w zeszłym roku, w maju, bądź czerwcu, kiedy to w pięknym okresie pomaturalnym (a.k.a najdłuższych wakacji życia ;) ), siedziałem w domu i przerzucałem telewizyjne kanały. W pewnym momencie natrafiłem na Vivę i lecące tam teledyski. Jednym z teledysków, które wtedy obejrzałem, był ten do piosenki… "I’m Yours" Jasona Mraza, właśnie. Piosenka (i teledysk) baardzo mi się spodobały, więc już po paru chwilach znajdowałem się przy komputerze, uruchamiając iTunes’a. Tam niezwłocznie wpisałem nazwisko Mraza i po chwili pojawiłem się już na stronie z jego najnowszą płytą "We Sing. We Dance. We Steal Things". Tam zacząłem słuchać fragmentów jego kawałków. Jeden utwór bardzo mocno przykuł moją uwagę.  Piosenką, która wywarła na mnie tak ogromne wrażenie, było "Dynamo of Volition". Była tak optymistyczna, skoczna, niepodobna do innych znanych mi rzeczy, tak bardzo w moim stylu, że od razu się w niej zakochałem i musiałem ją jak najszybciej mieć na swoim odtwarzaczu.
Te dwie piosenki otworzyły mi drogę do bliższej znajomości z Jasonem. ;)
A reszta to historia. ;)

Teraz jestem już szczęśliwym posiadaczem trzech płyt Mr.A-Z’a, a jego muzyka ciągle mi towarzyszy.
Moja ulubiona piosenka "Dynamo of Voliton", z której zresztą pochodzi cytat, będący tytułem tego bloga (czyli genialny tekst "I’m only a boy in a story, just a halucynatory"), ostatnio trafiła na swoje należyte miejsce, czyli numer 1 w moim "Top 25 Most Played". :D

Dość background story, bo nie będę was zanudzał kolejnymi etapami poznawania nowych płyt i piosenek, przejdę natomiast do sedna całej sprawy, czyli… samej muzyki.

Na początek teledysk do piosenki, od której… wszystko się zaczęło.
Oto "I’m Yours":

Swoją drogą to wersja teledyskowa tej piosenki, przypadła mi do gustu bardziej niż jej wersja płytowa. (bo ma te piękne dodatkowe dźwięki/sylaby w refrenie) ;)
Poza tym piosenka i teledysk są bardzo wakacyjne i bardzo pozytywnie nastrające do życia. :)
Dopatruję się także wpływu tego wideo na panujące od jakiegoś czasu szaleństwo na punkcie… Ray-Banów. Mam wrażenie, że Mraz i ten teledysk, miały duży wpływ na powrót tych mega-lanserskich okularów. …
…Bowiem na pewno przyczynił się do tego, że gdy miałem ku temu okazję, to zaopatrzyłem się w… czarny kapelusz. :)

Utwór numer dwa: "Dynamo of Volition" teledysku nie posiada, więc odsyłam do MySpace’a.

Kolejną piosenką, którą pragnę tutaj zaprezentować jest zatem… "Geek in the Pink".

   

Pomysł sympatyczny, słucha i ogląda się naprawdę dobrze. ;)
A zdjęcie uważam za genialne! :D (a pochodzi z wnętrza okładki do pierwszego albumu Jasona – "Waiting for my rocket to come")

Więcej teledysków nie umieszczam, natomiast przechodzę do polecania kolejnych kawałków. :)
Z góry uprzedzam, że nie zdążyłem się jeszcze dobrze zapoznać ze wszystkimi piosenkami Mraz’a, cały czas odkrywam nowe. Ostatnio np. zakochałem się w "Coyotes" z najnowszej płyty. Nie wiem jak to się stało, że wcześniej  mi umknęła, gdy słuchałem tego albumu. Przecież ta piosenka jest cudowna. (Powodów dopatruję się w tym, że ona ma taki niepozorny początek, tak jak "When the sun goes down" Arctic Monkeys, którą to piosenkę też pokochałem dość późno w mojej znajomości z Małpami, właśnie z powodu tego spokojnego początku).

Inne genialne piosenki Mraza, na które zdecywanie warto zwrócić uwagę:
Piękne, spokojne "Life is wonderful", już nie tak spokojne "Did you get my message?"(!), "Curbside Prophet", "Butterfly" (które btw. jak dla mnie brzmi zupełnie jak "Just the two of us"), oraz cudowne, wręcz wzruszające ( ;) ) "The Beauty in Ugly".
Oczywiście uważam, że inne piosenki też są wspaniałe; wielu wymienianych przez innych fanów Mraza (jak "Plane", "You and I both" czy "Bella Luna") zwyczajnie jeszcze nie znam, ale na pewno bardzo mi się spodobają, kiedy nadejdzie ich czas. ;)
Ogólnie rzecz ujmując jestem bardzo zadowolony, że poznałem muzykę Mraza i czuję, że zostanie ona ze mną na długo. :)
(A tak w ogóle to czekam tylko na moment jak któraś z jego piosenek w końcu trafi do któregoś z oglądanych przeze mnie seriali. Uważam bowiem, że takie "Grey’s Anatomy" bardzo by skorzystało, gdyby jego utwory tam sie pojawiły. Poza tym mam wrażenie, że odnalazłyby się znakomicie, wśród innych ciekawych twórców, których muzyka pojawia się w tym serialu. :) )

      
(Naciśnięcie na którąś z okładek wyśle Cię do iTunes’a, gdzie możesz posłuchać sobie fragmentów utworów Mr.A-Z’a)
Natomiast inne linki znajdują się tutaj:
Oficjalna strona, MySpace, Last.fm, a także… Facebook ;)
Enjoy!

Na zakończenie zachęcam do podpisania się pod petycją, aby Jason odwiedził nasz kraj nad Wisłą.
(A koncerty odbywające się najbliżej nas, to niemieckie miasta: Sttutgart (6lipca) i Freiburg (7lipca)).

I to by było na tyle!
Mam nadzieję, że zaraziłem Was miłością do Mraza, ewentualnie ciekawie o nim przypomniałem tym, którzy już go od dawna znają i uwielbiają. :)
I pamiętajcie – "Life is wonderful", jak to zgrabnie ujął w tytule jednej z piosenek. :)

 
Komentarze (2)

Napisane w kategorii Bez kategorii

 
 

  • RSS