RSS
 

Notki z tagiem ‘marvel’

Daredevil

01 maj

Po tym jak Studio Marvela swoją serialową serią filmów o przygodach Avengersów zawojowało kina, światowy box-office oraz serca widzów, przyszedł czas, aby swoją pozycję ugruntować także na małym ekranie. Dwa lata temu do telewizji zawitali „Agenci T.A.R.C.Z.Y”, na początku tego roku „Agentka Carter”, teraz zaś przyszedł czas na pierwszy z czterech mini-seriali, wyprodukowanych przy współpracy z Netflixem. Wszystkie te produkcje mają jedną cechę wspólną – wszystkie wchodzą w skład tak zwanego Marvel Cinematic Universe, czyli połączonego świata wszystkich komiksowych produkcji Marvela, które trafiły na ekrany w różnorodnej formie w ostatnim dziesięcioleciu. Kolejnym elementem układanki będzie debiutujący w maju superhit: „Avengers: Czas Ultrona”. Zanim jednak nastąpi premiera tego filmu, porozmawiajmy o najnowszym sukcesie studia, czyli serialu „Daredevil”.

Trzynastoodcinkowa produkcja Marvela i Netflixa jest superbohaterskim origin story, rozłożonym na pełny sezon. Historia Matta Murdocka (Charlie Cox), prawnika, który nocą przybiera czarną maskę, by pod promieniami księżyca ratować miasto przeciw zbrodniczemu elementowi, opowiedziana jest w przyciągający uwagę sposób. Rozpoczyna się z grubej rury, cold-openingiem, ukazującym pędzącego przez miasto mężczyznę, który biegnie, aby zająć się swoim synem, który uległ właśnie wypadkowi samochodowemu. Chcąc uratować starszego mężczyznę, sam wpadł pod koła pojazdu, przewożącego kontenery z radioaktywną substancją. Traf chciał, że do jego oczu dostało się trochę płynu, w wyniku czego chłopak stracił wzrok. W wyniku wypadku zyskał jednak pewne dodatkowe umiejętności, w postaci niezmiernie wyczulonych zmysłów, które umożliwiają mu nie tylko swobodne poruszanie się po mieście, ale także, dzięki treningom, skopanie paru tyłków.

Najnowszy serial Marvela wpisuje się w panujący obecnie trend, jak największego urealnienia, ale także umrocznienia opowieści. Poza oczywistą przesadą związaną z radioaktywnym elementem, dzięki któremu Matt zyskał swoje dodatkowe umiejętności, serial stara się być jak najbardziej wiarygodną historią, trzymającą się realiów. Pod względem klimatu opowieści przygody serialowego „Daredevila” to trochę skrzyżowanie Batmana ze Spidermanem. Produkcja jest mroczna i brutalna, co ma sprawić, że będzie ona dojrzalsza i wpisująca się w panujący obecnie nurt uwiarygodniania historii komiksowych. Jednocześnie nie pozbawiona jest drobnych momentów niezobowiązującego humoru, w którym często bohaterowie odnoszą się do innych komiksowych postaci, w tym do Spidermana właśnie.

W „Daredevilu” ważne są dwie strony życia bohatera – jego „dzienna” i „nocna” praca. Jako prawnik, wraz ze swoim partnerem, Foggym (Elden Henson) oraz nowo zatrudnioną sekretarką Karen (Deborah Ann Woll) starają się przy pomocy Litery Prawa rozwiązać problemy swoich klientów z nowojorskiej dzielnicy Hell’s Kitchen. Stała się ona placem zabaw dla wszelkiego rodzaju bandytów i szumowin po wydarzeniach Bitwy o Nowy York, jak w MCU określa się historię znaną z filmu „Avengers”. Nocą Matt przywdziewa maskę, by z pomocą kopniaka i pięści dowiedzieć się więcej o tajemniczym mężczyźnie (Vincent D’Onforio), który zdaje się być wmieszany we wszelkie szemrane interesy dzielnicy.

Serial jest bardzo dobrze napisany. Szczególnie pierwsza połowa sezonu obfituje w wiele trafnych i humorystycznych uwag dotyczących otaczającego nas świata. O kryzysie papierowej prasy: „wszyscy, których znamy zarabiają dwa razy więcej niż my, pisząc blogi, siedząc w domu w samej bieliźnie”. Mój absolutny faworyt: „mówi się, że przeszłość jest wyryta w kamieniu. Tak naprawdę jednak przeszłość to dym zamknięty w pomieszczeniu. Przemieszczający się. Zmienny”. Takie bon-moty wypełniają pierwszą połowę sezonu, radując tym samym widza. Niestety, w kolejnych odcinkach, znikają potem na rzecz tradycyjnych zdań wypowiadanych przez Czarne Charaktery.

Plusem produkcji jest także psychologia postaci. Ciekawie rozwinięta mimo, że dość łopatologicznie ukazująca, że wszystkiemu winne są wydarzenia z dzieciństwa. Co jednak ważne – taka formuła sprawdziła się na ekranie, dodając głębi charakterologicznej bohaterom i wyjaśniając motywy ich działania. Najważniejszą cechą tej charakterologicznej głębi jest jednak to, że protagonista i antagonista obrazu de facto tak bardzo się od siebie nie różnią. Ich działaniom przyświeca w zasadzie ten sam cel – lepsze jutro Hell’s Kitchen. Różni ich jednak metoda działania oraz to czyj dokładnie interes mają na myśli. Patrząc na nich z boku nie wyglądają jednak na tak różnych, co zresztą stanie się jednym z ważniejszych elementów rozłożonej na wiele odcinków intrygi. Próba wyciągnięcia na światło dzienne człowieka, o którym nikt nic nie wie, gdyż pracuje w szarej strefie, wśród cieni, jest trafna wobec obydwu bohaterów. Ta dwoistość charakterów dwójki przeciwników, stanowi znaczący plus produkcji.

Kolejnym atutem jest chemia między bohaterami. Duża i wyczuwalna już przy pierwszym spotkaniu. Najciekawszą relacją jest ta, łącząca Matta oraz pielęgniarkę Claire (Rosario Dawson). Ich wspólne sceny ogląda się tak dobrze, że gdy dziewczyny zabraknie w drugiej części sezonu, jej nieobecność będzie mocno odczuwalna.

Na koniec warto wspomnieć także o intrygującej czołówce serialu, ukazującej słynne fragmenty architektury Hell’s Kitchen oblane krwistą substancją, spływającą po brzegach budynków, w takt intrygującej, wpadającej w ucho muzyki Johna Paesano.

Obejrzałem serial w zasadzie w kilka posiedzeń po parę odcinków na raz. Tak, jak to natura binge-watchowania nakazała. Muszę przyznać, że największe wrażenie produkcja Stevena S. Knighta i Drew Goddarda zrobiła na mnie w początkowej fazie, w pierwszych kilku odcinkach. Im dalej w las, tym mój zachwyt nieco się rozmywał. Sądzę, że druga część sezonu jest nadmiernie przegadana dość oczywistymi tekstami. Błędem było pozbycie się na znaczną część odcinków postaci Claire, gdyż jej relacja z Mattem dawała ciekawy wgląd w sposób myślenia i zachowania bohatera, gdy nocą przywdziewa maskę. Claire była jedyną osobą ze świata serialu, która, tak jak widz, znała sekretną tożsamość mężczyzny. Innym mankamentem jest fakt, iż pierwsze spojrzenie na pełnoprawny, czerwony strój bohatera również nie budzi tak dużego zachwytu, jak powinno. Bohater wygląda w nim tak, jak każdy inny komiksowy bohater, odziany w strój. Prowizoryczne czarne ubranie zdawało się budzić większy postrach w przeciwnikach niż czerwony strój z ostatniego odcinka. Mimo wszystko, „Daredevil” w pełnoprawnym stroju będzie miał jeszcze kupić widzów, gdy serial powróci z drugim sezonem już za rok. Mimo mankamentów trzeba przyznać, że serial jako sezonowa całość nieźle się broni, rodząc apetyt na więcej.

Teraz pozostaje mieć nadzieję, że „AKA Jessica Jones”, czyli kolejny Marvelowo-Netlixowy projekt, który ma wystartować na jesieni, będzie równie dobry, jak początkowe odcinki „Daredevila”.

Ocena: 7,5/10

 
Komentarze (11)

Napisane w kategorii TV Shows

 

Być jak Kevin Bacon

03 sie

Guardians of the Galaxy” Jamesa Gunna, czyli najnowsze dziecko Marvela, to jeden z najlepszych komiksowych obrazów tego studia i historia, która potrafi poruszyć już w pierwszych pięciu minutach filmu, by następnie zaserwować prawdziwą jazdę bez trzymanki.

Obraz o grupie rzezimieszków, którzy połowicznie przez nieopatrzność, a połowicznie z chęci zysku wplątują się w aferę na najwyższym szczeblu Galaktyki, to także opowieść o sile przyjaźni i rodziny, która potrafi wspomóc się nawet w najgorszych tarapatach. A także o ścieraniu się charakterów w tworzeniu tejże przyjaźni.

Strażnicy Galaktyki” to także film głęboko zakorzeniony w popkulturze, a konkretniej – w jej dokonaniach z początku lat 80 i wcześniejszych. Nie chodzi tu tylko o świetną ścieżkę dźwiękową, wypełnioną świetnymi melodiami z tamtego momentu muzycznej historii, ale i o rozwiązania rodem z filmów tamtej ery, jak i liczne nawiązania do tamtej kinematografii. Nie bez przyczyny ludzie wspominają o inspiracjach Kinem Nowej Przygody, wyłapując w filmie podobną optykę prezentowania treści. Przecież niektóre sceny działają niemalże jak niecodzienny hołd dla klasyków tego nurtu. Weźmy na przykład scenę otwierającą film, tuż po napisach początkowych. Skojarzenia z „Poszukiwaczami Zaginionej Arki” są nieuniknione, gdyż miejsce akcji wyjątkowo wyraźnie przypomina grobowiec z filmu o przygodach Indiany Jonesa (czekałem tylko aż jakaś wielka kula zacznie gonić bohatera :P). Awanturniczy sposób zachowania postaci również przywodzi na myśl niepokornych bohaterów tamtych obrazów, a sekwencji walk w kosmosie nie powstydziłby się sam Lucas, czy Abrams, który przejął od niego pałeczkę w tworzeniu uniwersum „Gwiezdnych Wojen”. Wartym nadmienienia jest też nawiązanie do legendarnego ziemskiego bohatera, jakim jest… Kevin Bacon. Historia o jego wyczynach staje się inspiracją, wzorem do podążania dla naszych bohaterów. A wszystko to za sprawą magicznego urządzenia, zwanego walkmanem. „Strażnicy Galaktyki” to film, który sam siebie nie traktuje poważnie, dzięki czemu przysparza tak doskonałej dawki rozrywki.

Tym, co w największej mierze stoi za sukcesem filmu jest humor, humor i jeszcze raz humor. „Strażnicy Galaktyki” to opowieść piekielnie zabawna – bohaterowie rzucają dobrymi tekstami jak z rękawa, a ich wzajemne przekomarzanki słowne stanowią jedne z najlepszych momentów całej historii. Poziom humoru jest tak dobry i pełny popkulturowych smaczków, że każdy widz rozkochany w dziełach kultury powinien bawić się znakomicie. Ważnym jest, że opowieść Jamesa Gunna chwilami jest lekko autoironiczna (niektóre uwagi Rocketa to małe perełki w doskonały sposób komentujące to, co widzimy na ekranie) i nienachalnie oddziałowująca na emocje widza.

Wartym wynotowania jest także fakt, iż „Strażnicy Galaktyki” bardzo zgrabnie wpisani są w całe uniwersum Marvela, prezentując postaci, które spotkaliśmy już w scenach po napisach poprzednich filmów. Jednocześnie – jest to pierwszy film studia od dłuższego czasu do którego seansu tak naprawdę nie trzeba się przygotowywać. W zalewie obrazów z Drugiej Fazy Marvelowych przygotowań do Avengers 2, ten jeden można oglądać zupełnie w oderwaniu od poprzedników, gdyż stanowi osobny byt, które jednak drobnymi sposobami połączony jest z resztą filmowego uniwersum.

Na „Strażnikach Galaktyki” bawiłem się wyśmienicie, wielokrotnie śmiejąc się do rozpuku i wzruszając na scenach ukazujących emocjonalną bliskość bohaterów. Marvel zrobił to ponownie. Dał ludziom porywający film, który chce się oglądać w kółko i który doskonale przemawia do wewnętrznego szesnastolatka w każdym z nas. Tym razem dokonał tego przy pomocy szopa pracza i humanoidalnego drzewa. Brawa, brawa i jeszcze raz brawa! Marvel, you are genius and I am so hooked on a feeling you’re movie gave me! :D

Ocena: 9/10 <3

Film jest tak dobry, że wychodząc z kina, człowiek krzyczy aż: „Ja chcę jeszcze raz” i jest w stanie płynnie przejść z jednego seansu na drugi (co zresztą prawie wczoraj uczyniłem, ostatecznie jednak drugi seans odbywając dzisiaj).

PS. W filmie jest też scena, która spodobała mi się ze względu na pewne podobieństwo podobnego zagrania z najnowszego, czwartego sezonu „Gry o Tron”. Nie można tu mówić o celowym nawiązaniu, jednak sposób artykulacji oraz podobieństwo sytuacji jest widoczne.

 
Komentarze (4)

Napisane w kategorii Movies

 

Agents of S.H.I.E.L.D

03 cze

Marvel Agents of S.H.I.E.L.D”, czy jak projekt był znany wcześniej, po prostu „S.H.I.E.L.D”, to serial Marvela, rozgrywający się w tym samym uniwersum, co filmowe dzieła tegoż studia. Serial, który miał być utrzymany na tym samym wysokim poziomie, co produkcje z Marvel Cinematic Universe potrzebował dużo czasu, by zdobyć własną tożsamość i zadowolić widzów. Pierwsze odcinki były bowiem wielkim zawodem, oferując poziom realizacji oraz proceduralne „sprawy tygodnia” na poziomie słabych produkcji z początku lat 90.

Oglądaliśmy więc początki „supergrupy” szpiegów pod dowództwem Agenta Coulsona (którego zmartwychwstanie po wydarzeniach z „Avengers” jest najważniejszym wabikiem serialu i główną zagadką całej produkcji), którzy muszą dogadać się ze sobą, by rzeczywiście być sprawnymi w działaniu. Sęk tkwi w tym, że początkowe sprawy i interakcje bohaterów ukazują ich jako marionetki bez charakteru, których działania w ogóle nas nie interesują. Jedynymi dobrymi punktami pierwszych odcinków były gościnne występy postaci z MCU (Marvel Cinematic Universe) oraz liczne słowne nawiązania do wydarzeń z tychże. Serialowi brakowało głównej osi fabularnej, a  sprawom tygodnia odpowiedniej głębi.

Początki oglądało się więc z trudem. Na szczęście jednak trudy zostały wynagrodzone, gdyż serial rozkręcił się mniej więcej od odcinka nr. 10, a poważny wiatr w skrzydła nabrał od odcinka 14, nie wspominając o fali tsunami, która wywindowała jego poziom przy odcinkach powiązanych z „Winter Soldierem”. Wszystko wskazuje więc na to, że „S.H.I.E.L.D” powinno było być serialem 13 odcinkowym, zamiast nadmuchiwania go do rozmiarów pełnego 22-odcinkowca. Pierwsze odcinki wiały bowiem nudą, słabym aktorstwem, nietrafionymi decyzjami dotyczącymi misji. Jak ktoś ładnie zauważył początki serialu pokazywały Agentów Specjalnej Trosku, a nie ogromnej organizacji, jaką jest S.H.I.E.L.D. Na szczęście, dramatyczne wydarzenia z „Kapitana Ameryki” znacznie wpłynęły na dramaturgię serialu, zapewniając widzowi nie tylko świetną rozrywkę, ale serial, do którego aż chce się wracać, z niecierpliwością oczekując kolejnych odcinków.

W Internecie można znaleźć listę odcinków „must-watchów”, które warto obejrzeć, jeśli chcemy się wciągnąć w „S.H.I.E.L.D”, ale pominąć słabe odcinki. Muszę przyznać, że w pełni zgadzam się z tą listą, gdyż odcinki pomiędzy zdecydowanie nie wnoszą nic szczególnego w rozwój postaci, czy samej historii. Wymienione jednak bawią już w znacznym stopniu, choć w nierównomiernej skali. (Odcinki z końca sezonu są zdecydowanie lepsze od tych nawet znośnych pierwszych).

S.H.I.E.L.D” ostatecznie jest więc jedynie niezłym serialem, który posiada potencjał na przyszłość. Być może, gdyby twórcy zdecydowali się poczekać do mid-season z rozpoczęciem swojego serialu, mieliby więcej czasu na przemyślenie swojej koncepcji i przekazanie widzom produktu od początku do końca lekkostrawnego. W obecnej formie początki są zwyczajnie tak męczące, że aż można bez żalu zarzucić serial. Na szczęście złe dobrego początki, gdyż później akcja żwawo rusza z kopyta, oferując odcinki silnie powiązane ze sobą wątkiem głównym oraz ciekawym rozwojem interakcji między bohaterami. Jest nadzieja dla Coulsona i spółki. Mam nadzieję, że w drugim sezonie, który niedawno ogłoszono, scenarzyści skrzętnie z niej skorzystają.

Najlepsze odcinki:

1×12 „The Magical Place”

1×14 „T.A.H.I.T.I”?

1×16 „End of the Beginning” (!!)

 
Brak komentarzy

Napisane w kategorii TV Shows

 

Kapitan Ameryka – Zimowy Żołnierz

30 mar

Kapitan Ameryka: Zimowy Żołnierz”, czyli sequel „Pierwszego Starcia”, osadzony również po wydarzeniach z „Avengersów” to obraz, który pięknie wywraca filmowe uniwersum Marvela do góry nogami i robi to z niebywałą gracją. Obraz diametralnie zmienia bowiem panujące dotychczas status quo.

Stylistyka filmu diametralnie się zmieniła względem poprzedniczki i, zgodnie z zapowiedziami, przypomina obecnie thriller szpiegowski i niemal polityczną grę o to komu można zaufać. Z filmu wzorowanego na obrazach wojennych, „Kapitan Ameryka” zmienił styl kręcenia na taki, który przypomina to, co prezentowano w „Avengersach” – oba obrazy posiadają podobną optykę prezentowania akcji. Jest przestronnie, wyraźnie i bardzo nowocześnie. Na dodatek w dużym oparciu o dopracowane w najdrobniejszym szczególe efekty specjalne. Styl prowadzenia opowieści jest ponadto bardziej stonowany i wyważony. Elementy czystej akcji przeplatają się z bardziej kameralnymi momentami, skupionymi na odczuciach samych bohaterów. Początek filmu rozgrywa się zresztą wyjątkowo powolnie, niemalże snując się niespiesznie. Wynika to jednak z faktu, iż sam bohater nie wie co ze sobą zrobić, jak zreintegrować się ze społeczeństwem, więc taka stylistyka niejako oddaje także jego wewnętrzne rozterki.

Gdy film się zaczyna, Steve próbuje nadrobić stracony czas i rozeznać się w otaczającym go świece („Internet jest bardzo pomocny”). Świetne są małe odniesienia poczynione w pierwszych scenach do procesu nadrabiania historii kultury. Notatnik Steve’a wypełniony jest listą rzeczy, które warto zaliczyć z siedemdziesięcioletniej przerwy, na której znajdują się (m.in) „Gwiezdne Wojny”, ”Rocky (Rocky II?)”, czy tajska kuchnia. Fakt, że w pewnym momencie Natasha cytuje także „War Games” stanowi kolejny ukłon w stronę maniaków filmowych, potrafiących wychwycić takie ładne nawiązania. Rozterki Steve’a Rogersa schodzą jednak na dalszy plan, gdy w Agencji dzieje się coś zupełnie nieprzewidywalnego. Nie zdradzając zbyt wiele, powiem, że akcja nabiera zdecydowanych rumieńców od chwili, gdy na ekranie pojawia się policja.

Wartym wynotowania jest także fakt, że „Winter Soldier” sprawdza się przyzwoicie też jako zamknięta całość – opowieść o ziarnku niepewności zrodzonej w wielkiej organizacji. Obraz Anthony’ego i Joe Russo da się obejrzeć bez znajomości poprzedników, gdyż intryga zarysowana jest wyjątkowo klarownie, a poszczególne elementy wyjaśnione dość przejrzyście. Jednocześnie obraz jest świetnie połączony z „jedynką”, wspominając o wszystkich postaciach, które wtedy mogliśmy oglądać na ekranie. Nie powinno to jednak dziwić – skoro wykorzeniamy naszego bohatera z jego naturalnego środowiska, nie dziwi fakt, że mężczyzna próbuje dostać jakieś domknięcie informacji o losach swoich najbliższych. A wraz z nim i sami widzowie. Nadal wprawdzie nie wiemy co stało się z (spoiler?) Red Skullem, jednak mam pewne przeczucie, że następny film Marvela może rzucić na to nieco światła (end of spoiler?).

Świetne jest aktorstwo. Wszyscy doskonale czują się w kanwach swoich postaci. Chris Evans jeszcze lepiej niż poprzednio charakteryzuje swojego bohatera, dodając do jego kreacji wewnętrzne rozterki, o to komu może w pełni zaufać. Wprowadzenie Agentki Romanoff (Czarnej Wdowy) (Scarlett Johansson) jako pomocnicy Steve’a było znakomitym posunięciem, gdyż para stanowi znakomity duet. Oboje dobrze się dogadują i świetnie uzupełniają w życiu zawodowym. Łączącą ich wzajemną nić porozumienia ogląda się z niebywałym zainteresowaniem. Falcon, w wydaniu Anthony’ego Mackie jest odpowiednio wyluzowany i pomocny przy rozkręcaniu się głównej osi fabuły. Sebastian Stan, choć małomówny, to sprawdzający się w swojej roli z gracją i dobrze wiedzieć, że jego bohater nie powiedział jeszcze ostatniego słowa, bo to postać z prawdziwym potencjałem. Dodanie do obsady Roberta Redforda niejako nobilituje obraz i podbija poziom aktorstwa. Redford portretuje swojego bohatera w klarowny sposób, swoimi działaniami budząc gamę emocji. Natomiast Samuel L. Jackson czuje się jak ryba w wodzie, po raz kolejny wcielając się w Nicka Fury’ego. Jeśli o aktorach mowa, należy też wspomnieć, że warto mieć oczy szeroko otwarte, gdyż w pewnym momencie dostaniemy przewspaniałe cameo, które ucieszy każdego fana pewnej wyśmienitej serialowej produkcji, którą niedawno tutaj polecałem. Dość powiedzieć, że ja przywitałem pojawienie się tej postaci gromkim śmiechem. (Spoiler?) Lekko niepokoi za to brak Agenta Coulsona, ale ostatnie odcinki „Agentów S.H.I.E.L.D” rzucają nieco światła, czemu Phil nie  przewija się przez ekran. Niemniej jego pojawienie się byłoby miłym bonusem. (end of spoiler?)

Dynamiczna muzyka, choć jednostajna, świetnie sprawdza się w scenach akcji, które zresztą ukazane są w wyjątkowo ciekawy sposób. Choreografia walk w szczególności przykuwa uwagę, ciesząc oko swoim niecodziennym stylem. Dodatkowym bonusem jest fakt, iż doskonale została rozwiązana sprawa kostiumu. Zarówno nowego, jak i starego.

„Kapitan Ameryka: Zimowy Żołnierz” przysparza masy pozytywnych wrażeń. Spójny, klarowny sposób prowadzenia opowieści, zasadzenie jej na problemie zaufania oraz zaskaujących plot-twistach, sprawiły, że pozytywnie wyróżnia się na tle pozostałych obrazów Marvela, znajdując się wyjątkowo blisko dzisiejszej rzeczywistości. Świetna zabawa!

Ocena: 8/10

PS. Sceny po napisach, jak zwykle nie zawodzą. Nie są wprawdzie wybitne, ale stanowią miły przedsmak tego, co będziemy mogli oglądać na ekranach w przyszłości. Pierwsza ukazuje świetną charakteryzację, a druga domyka pewien wątek. Marvel świetnie radzi sobie w prowadzeniu spójnej, przejrzystej opowieści.

 
Komentarze (7)

Napisane w kategorii Movies

 

Marvel One-Shot Collection

26 mar

Mała rzecz, a cieszy – tak możnaby określi Marvelowskie krótkometrażówki, osadzone w filmowym świecie. Rozgrywające się po wydarzeniach z głównych pełnometrażowych historii, ukazują co przydarzyło się lubianym drugoplanowym bohaterom. Na dodatek nakręcone są z równą gracją, co pełnoprawne obrazy, co sprawia, że „Marvel Agents of S.H.I.E.L.D” mogliby się uczyć z nich jak powinno kręcić się ten serial. Każda z krótkometrażówek osadzona jest bowiem w innej stylistyce, świetnie uzupełniającej styl filmów, do których nawiązują.

„The Consultant”

Zabawna mała rzecz, ukazująca drugie dno końcowej sceny z „The Incredible Hulka„, w której Stark przychodzi porozmawiać z generałem Rossem. Coulson jak zwykle w formie, a na ekranie widzimy także Agenta Sitwella, który ostatnio przewinął się nawet w jednym z odcinków „S.H.I.E.L.D”.

A Funny Thing Happened On the way to Thor’s Hammer”

Pierwsze dwie krótkometrażówki mają tylko trzy minuty i pokazują za co tak bardzo lubimy Agenta Coulsona. Ta pokazuje Phila w akcji w dość nietypowej lokalizacji. Co najważniejsze – bohater ten posiada w nich pełnię swojego charakteru, którą tak trudno dostrzec czasami w „S.H.I.E.L.D”. Pewnie dlatego, że Coulson sprawdza się najlepiej, kiedy jest go mało, bo czasami jak się rozgada, to aż nie wiadomo, w którą stronę głowę odwrócić. Z drugiej strony zmiana charakteru może wynikać też ze sprawy z Tahiti. (Mam nadzieję, że rozwiązanie tej zagadki będzie satysfakcjonujące, jeszcze nie dotarłem do tego odcinka).

Item 47

Lizy Caplan i Jesse Bradford to główne gwiazdy tego krótkiego filmiku, o dość wdzięcznej fabule. Oto para kochanków, po odnalezieniu przypadkiem broni Chitauri, która sama spadła im na dach po wydarzeniach Bitwy o Nowy York (czyli akcji „Avengers„), postanawiają z niej skorzystać… napadając na banki. Zniszczenie i chaos to naturalne konsekwencje korzystania z Artefaktu 47, zwłaszcza, gdy do akcji wejdzie Agent Sitwell, który ma „zneutralizować” niesubordynowaną parę. Najlepszą częścią tej krótkometrażówki jest jednak jej końcówka. Fajny mały plot-twist, który wywołuje uśmiech na ustach. Szczerze mówiąc, nie obraziłbym się, gdyby postacie tu zaprezentowane przewinęły się przez ekran choć na chwilę, w nadchodzących Marvelowskich filmach, bo para ma fajną, młodzieńczą chemię.

„Agent Carter”

Rozgrywająca się po finale „Kapitana Ameryki: Pierwszego Starcia„, krótkometrażówka pokazuje co przydarzyło się Peggy Carter po dramatycznych wydarzeniach z finału filmu. Pokazuje jak agentka została zdegradowana do pracy biurowej, w której nikt nie okazuje jej należytego szacunku i jak jedna misja sprawia, że los może się do niej uśmiechnąć. Utrzymana w stylistyce samego filmu, opowieść poprowadzona jest w klarowny sposób, a elementy akcji i humoru przeplatają się ze sobą w tak samo idealnych proporcjach, jak w pełnometrażowych filmach Marvela. Mała rzecz, a cieszy i jeśli naprawdę ma powstać serial o Agentce Carter, utrzymany w podobnym klimacie, ja kupuję to w pełni. Haylell Atwell posiada charyzmę i wdzięk, które pokazuje w każdej scenie, dzięki czemu tego One-Shota ogląda się z uśmiechem na ustach.

All Hail The King

Świetna kontynuacja jednego z punktów zapalnych krytyki „Iron Mana 3„, czyli prawdziwej tożsamości Mandaryna. Wielu było zawiedzionych rozwiązaniem fabularnym, które zastosowali twórcy. Uprzejmnie donoszę, że wszyscy niezadowoleni, powinni czym prędzej sięgnąć po „All Hail The King”, które w świetny sposób rozprawia się z prawdą o terroryście. Na dodatek świetnie wykorzystuje Bena Kingsleya, który kontynuuje dobrą passę grania swojego przesadzonego, nie dość rozgarniętego bohatera i robi to w znakomity sposób. A w bonusie dostajemy jeszcze nie lubianego przeze mnie Jusitna Hammera, który jednak w małej dawce sprawdza się całkiem w porządku. Aha – ta krótkometrażówka dostarcza też informacji na temat prywatnego życia obu panów, co stanowi pewne zaskoczenie dla widza.

Wszystkie filmy razem wzięte trwają mniej więcej tyle, co jeden epizod „Marvel Agents of S.H.I.E.L.D„. Zabawa, jaką przysparzają jest jednak nieporównywalnie większa, dlatego tym bardziej zachęcam Was do obejrzenia wszystkich „One Shotów„. Ja niezmiernie się cieszę, że wreszcie się na to zdecydowałem. Smakowita rozrywka, która umila czas w oczekiwaniu na „duże” obrazy. Po obejrzeniu tych filmików, kolejnych z serii będę wyczekiwać równie mocno, co samych przygód pojedynczych członków Avengers. Marvel, you did it again! <3

Ocena: 8/10

Najlepszy One-Shot: Agent Carter

 
Komentarze (2)

Napisane w kategorii Movies

 

Thor: The Dark World

08 lis

Sequel „Thora“ rozpoczyna się po wydarzeniach z „Avengers“. Loki trafia do więzienia, a Thor próbuje przywrócić pokój dziewięciu królestwom. Tymczasem nad Asgardem zbierają się ciemne chmury – widmo nowego zagrożenia, które może zagrozić wszystkiemu nad czym Thor uczynnie pracował przez ostatni czas. Nie wchodząc w zbytnie szczegóły fabuły, tak przedstawia się zarys historii przedstawionej w najnowszej produkcji Marvela.

„Dwójka“ jest dużo lepsza od „jedynki“ – bardziej napakowana akcją, żarcikami, dramatycznymi scenami i wszystkim innym za co widzowie pokochali uniwersum Marvela. „Mroczny Świat“ ogląda się jak opowieść, która porywa i przykuwa do ekranu już od pierwszych minut. Jak gdyby z motoru napędowego fabuły zdjęto „training wheels“ i pozwolono mechanizmowi działać na pełnej mocy. Akcja w większości dzieje się w Asgardzie i pozostałych Królestwach, co dodaje filmowi aury tajemniczości i ekscytacji z odkrywania nowych miejsc. Nawet Ziemia zostaje tym razem reprezentowana nie przez USA, a Wielką Brytanię, co także dodaje smaczku odkrywania nowej lokalizacji dla przygód naszych bohaterów.

Każdy element w najnowszym filmie przywołuje uśmiech na twarzy widza, tak dobrze jest spreparowany. Dramatycznych momentów jest tu więcej i są one świetnie poprowadzone, dając widzowi możliwość odczuwania całego spektrum różnorodnych emocji. Oglądając film nie można też pozbyć się wrażenia pewnego podobieństwa z inną szalenie popularną serią filmową. Mowa o „Gwiezdnych Wojnach“. Scena ataku na Asgard i bitwa statków kosmicznych silnie przywodzą na myśl nową Lucasowską trylogię, w pozytywnym tego słowa znaczeniu.

Aktorzy czują się jak ryby w wodzie grając swoje postaci. Mieli czas oswoić się ze swoimi bohaterami, dzięki czemu błyszczą na ekranie. Prym oczywiście wiedzie Loki, któremu pozwolono na większą niż wcześniej serię znakomitych one-linerów i ciekawych żartów sytuacyjnych. Ziemska ekipa wprowadza jeszcze więcej humoru niż dotyczsac, za sprawą świetnej relacji bohaterek Kat Dennings i Natalie Portman.

„Thor 2“ to świetna letnia komiksowa rozrywka, w sam raz na chłodne wieczory listopada. Przepraszam, że o filmie tak krótko i nieporadnie, ale proces odnowy recenzenckiego stylu przychodzi mi powolnie.

Ocena: 8,5/10

(Aż się zastanawiam czy nie pójść drugi raz! XD (Wtedy może coś dopiszę do tej „recenzji“).

PS. Oczywiscie, że jest scena po napisach. (Nawet dwie! XD) O tym chyba nie trzeba już nikomu przypominać.

 
Komentarze (7)

Napisane w kategorii Movies

 

Man and his Machine(s)

10 maj

Iron Man 3“ to najlepsza część serii o „Człowieku z Żelaza“, idealnie wpisująca się w chronologię zdarzeń, znaną z poprzednich filmów.

Tony, po wydarzeniach z Nowego Yorku, nękany jest atakami paniki, które nie dają mu spać, powodując koszmary senne. Nie potrafiąc odnaleźć się w swoim dawnym życiu, zaszywa się w swojej „piwnicy“, gdzie udoskonala swoje opus magnum, czyli pancerz Iron Mana. Nowe prototypy powstają w zaskakującym tempie, a Tony znajduje niecodziennego kompana swoich codziennych rytuałów. Z ukrycia wyrwie go dopiero głośna sprawa terrorysty ze Wschodu, który grozi Amerykanom atakami zakrojonymi na szeroką skalę, a jego słowa nie są rzucane na wiatr. Metody działania Mandaryna są tak nietypowe, że na miejscu katastrof nie można znaleźć nawet śladu ładunku wybuchowego, który doprowadził do potężnych zniszczeń.

Równolegle prowadzony jest wątek Aldricha Killiana, potentata, który przychodzi z intratną propozycją do Szefowej Stark Industries. Działanie Extremis, formuły proponowanej do produkcji na masową skalę, jest jednak zbyt ekstremalne, co widać doskonale w jednej ze scen, ilustrującej jej możliwości. Scena ta przekracza bowiem dozwoloną normę przesady, przysługującą na minutę filmu, nawet biorąc pod uwagę komiksowy rodowód dzieła. Na szczęście ten moment stanowi jedynie jeden z dwóch przesadzonych pomysłów scenariusza, który poza tym ogląda się z nieskrywanym zaangażowaniem i radością. Obraz posiada dobre tempo, które nie siada, nawet gdy na ekranie rozgrywane są sceny, mające stricte humorystyczny wydźwięk. Większość z nich zasadza się na urokliwym charakterze Tony’ego oraz jego nietypowych relacjach z innymi.

Aktorstwo stoi na dobrym poziomie i tym razem nie ma postaci do której można by się przyczepić. Wszyscy wypadają naturalnie, wpisując się w charakterystykę swoich bohaterów. Weterani serii czują się już tak swobodnie w swoich rolach, że czystą przyjemnością jest oglądanie ich na ekranie. Robert Downey Junior jest stworzony do grania Tony’ego Starka, dlatego również w trzeciej/czwartej części jego przygód czuje się jak ryba w wodzie. Partnerująca mu Gwyneth Paltrow sprawdza się na ekranie równie dobrze, co w poprzednich odcinkach, a jej relacja z Tonym jest bardzo wiarygodna. Tym razem nawet Don Cheadle przekonał mnie do swojej postaci. Kiedy aktor porządnie rozchodził już uciskające go obuwie poprzednika w drugiej części filmu, w trzeciej odsłonie poczuł się już swobodniej i z pełną werwą stawiał kroki, jako pułkownik James Rhodey, najlepszy przyjaciel Starka. Zaskakuje Ben Kingsley jako Mandaryn. To, co aktor zrobił ze swoją postacią stanowi niezwykły popis umiejętności, których po aktorze się nie spodziewałem. Widząc go zwykle w innym repertuarze, nie spodziewałem się, że z taką swobodą wpisze się w klimat filmu komiksowego, ani że tak dobrze będzie bawić się swoją rolą. Bardzo ciekawa kreacja, która urzeka w szczególności akcentem aktora. Niezły jest Guy Pearce, jako potentat Aldrich Killian. Killian jest człowiekiem, którego przeszłość związana jest z przeszłością samego Tony‘ego. A choć jego motywacja jest wręcz komiksowo prosta, nie sposób odmówić mu charyzmy i zdeterminowania w dążeniu do celu. Pearce sprawdza się ponadto o niebo lepiej od swojego poprzednika, czyli Justina Hammera w interpretacji Sama Rockwella, który niestety położył swoją postać, czyniąc z niej kogoś na wzór rozwydrzonego nastolatka. Skoro o młodych mowa – bardzo ciekawie wypadły sceny z Harleyem (Ty Simpkins), małym pomocnikiem Tony’ego, podczas jego śledztwa w stanie Tennessee. Wzajemna relacja obu panów jest niezwykle urokliwa i posiada wiele humorystycznych momentów. Ich przekomarzanie się ogląda się z przyjemnością. Tak jest też w przypadku scen z Rebeccą Hall, która całkiem zgrabnie poradziła sobie ze swoją rolą, tworząc postać charakterologicznie zbliżoną do Jane Foster (Natalie Portman) z „Thora“.

Dziwna jest muzyka skomponowana przez Briana Tylera. Przez większość seansu brzmi bowiem jak ścieżka dźwiękowa wyciągnięta z innego Uniwersum. Poszczególne motywy przypominają to, co słyszeliśmy już w innych filmach o superbohaterach (m.in w animowanej wersji Batmana). Nietypowe zagranie, nie posiadające niestety oryginalności. Warto ponadto dodać, że wraz z wypuszczeniem ścieżki dźwiękowej do filmu, wytwórnia Holywood Records wydała także krążek z muzyką „inspirowaną dziełem“. I choć na „Heroes Fall“ znajdują się wyjątkowo zgrabne rockowe kawałki takich grup jak Imagine Dragons, Walk The Moon, 3OH!3, czy frontmana Wolfmother, żaden z utworów, znajdujących się na krążku nie trafił do gotowego dzieła. Co zaskakujące – znalazło się w nim natomiast miejsce dla przeboju roku 1999, który wprowadza nas w nastrój „milenijnej“ imprezy sylwestrowej, czyli kawałka „I’m Blue“ grupy Eiffel 65. Nietypowe zagranie, doskonale jednak oddające styl tamtych czasów.

Brakuje słów, by opisać efekty 3D, gdyż takowych… zwyczajnie nie ma. W paru scenach próbowano wprawdzie zrobić zagranie „w stronę widza“, jednak nie wyszło to zbyt naturalnie. Trójwymiar jest więc tutaj po prostu zbędny.

„Iron Man 3“ jest godnym zwieńczeniem serii o Tonym Starku, które spokojnie mogłoby stanowić jej ostatni rozdział. Zgrabie wpisuje się w tematykę poprzednich odcinków, uzupełniając ją o nowe ciekawe motywy, a także dopowiadając dalszą część opowieści. (Na szczęście plansza na napisach końcowych rozwiewa wątpliwości, głosząc że „Iron Man powróci“). Zmiana na reżyserskim stołku (z Jona Favreau na Shane’a Blacka) wyszła płynnie i bezproblemowo. „Trójka“ przysparza wielu pozytywnych wrażeń i emocji, stanowiąc niezwkle zgrabny blockbuster, który wykorzystuje pełnię potencjału, kryjącego się w postaci Iron Mana.

Ocena: 8-/10

PS. Jest scena po napisach! I to JAKA! O, Bogowie! :D To wisienka na torcie dla wszystkich fanów serii! :)

Recenzja ukazała się również na łamach poratlu Hatak.pl

 
1 komentarz

Napisane w kategorii Movies

 

Dream Team

14 maj

Avengers” Jossa Whedona to film, na który przyszło nam długo czekać. Pierwsza wzmianka o jego powstaniu pojawiła się w 2008 roku, podczas napisów końcowych „Iron Mana„. Od tego czasu mogliśmy tylko zaostrzać swój apetyt na to, co nastąpi. Wszystkie następne ukryte scenki zapowiadały coraz większą zabawę. (Najlepsza to ta po napisach „Thora”).

„Avengers” to bowiem film, do którego najlepiej się wcześniej przygotować, oglądając produkcje, poświęcone bohaterom wchodzącym w skład ugrupowania. Po przygodach Człowieka z Żelaza przyszedł czas na opowieści o HulkuThorzeKapitanie Ameryce. Choć poszczególne filmy prezentowały różny poziom, muszę przyznać, że wszystkie „wysiłki”, które trzeba było podjąć, by być gotowym do wydarzenia, jakim jest premiera „Avengers”, w pełni się opłaciły!

Film ogląda się bowiem wyjątkowo dobrze. Siła tego projektu tkwi właśnie w interesującym zestawieniu wielu bohaterów oraz ciekawym ukazaniu ich różnorodnych interakcji. Twórcy mówili, że ten film to próba przeniesienia komiksowego pomysłu cross-overów i występów gościnnych postaci z różnych opowieści. Próba ukazania, że te historie należą do jednego świata. Unaocznienia, że są one ze sobą powiązane.
Trzeba przyznać – próba wyjątkowo udana. Strzałem w dziesiątkę było powolne przygotowywanie widza na przyszłe spotkanie postaci w jednym filmie. Poprzez umieszczanie wzmianek na ten temat w obrazach poświęconych każdemu z bohaterów, twórcy tylko wzbudzali naszą ciekawość, co z tej sytuacji wyniknie.
Udało się też dlatego, że wszyscy aktorzy doskonale czują się w kanwach swoich postaci, co umożliwiło tak dobre odebranie ich interakcji na ekranie. Każde z nich tak umiejętnie oddaje charakter swojego bohatera, że nie sposób oderwać od nich oczu. Dzięki temu sceny z udziałem każdego członka obsady oglądało się z satysfakcją i zadowoleniem. Sprawiło to, że świetnie wypadły zarówno sceny grupowe, jak i te, w których rozmawia ze sobą jedynie dwójka bohaterów. Najlepsze, że z każdego spotkania wynika coś ciekawego. Bardzo satysfakcjonujące jest również to, że wszyscy gracze mają tu znaczącą rolę do odegrania. Wkład każdej postaci jest widoczny i zarysowany w interesujący sposób. Dzięki temu ma się wrażenie, że bohaterowie są równoważni. Że to prawdziwa drużyna, choć złożona z wielu Osobowości.

Wszystko było możliwe, dzięki wyjątkowo dobremu aktorstwu. W tym filmie nie ma ani jednej złej roli. Wszyscy spisali się na medal. Na szczególną pochwałę zasługuje jednak trójka aktorów. Robert Downey Junior, który po raz kolejny bryluje na ekranie i czuje się, jak ryba w wodzie, gdy przychodzi mu grać Tony’ego Starka. Aktor przyzwyczaił nas do wyśmienitych występów, więc nie było to niczym zaskakującym. Słowa uznania należą się także Markowi Ruffalo, który sprawdził się jako Hulk. Ba, wypadł nawet bardzo przekonująco. Wręcz wyśmienicie. Na dodatek to pierwszy raz, kiedy twórcom udało się w odpowiedni i ciekawy sposób opowiedzieć historię z udziałem Zielonej Bestii. Dwóm filmom się nie udało, ogromnie więc cieszy fakt, że tutaj jego rola była już interesująca. Również Tom Hiddleston w roli Głównego Złego zaprezentował się z najlepszej strony. Jego Loki jest odpowiednio zapatrzony w siebie, dążący do odzyskania władzy dla polepszenia swojej wartości, a na dodatek działający pod wpływem pobudek osobistych, co zawsze stanowi najsilniejszą motywację. To właśnie ta trójka wypadła najlepiej, wśród morza intrygująco zarysowanych i zagranych postaci.

Pozostali członkowie obsady również zaprezentowali się z najlepszej strony. Chris Evans i Chris Hemsworth ciekawie odegrali problemy z dostosowaniem się do nowych warunków, w jakich przyszło im się znaleźć. Samuel L. Jackson i Clark Glegg, którzy pojawiali się sporadycznie w poprzednich produkcjach, dostali tu większą rolę do zagrania i włożyli w nią dużo zaangażowania, co unaoczniło czemu są tak ważnymi postaciami. To samo tyczy się Scarlett Johansson i Jeremy’ego Rennera. Sceny z ich udziałem oglądało się z dużym zainteresowaniem, dostrzegając czemu zostali zwerbowani do ugrupowania. Ten fakt cieszy tym bardziej, że poprzednie spotkanie z Czarną Wdową nie było niczym intrygującym. Tu na szczęscie jest inaczej.

Oczywiście scenariusz też był przyzwoity. Bardzo umiejętnie rozłożono w nim akcenty. Fabuła zawiera w sobie wiele różnorodnych elementów: momenty rozpędzonej akcji, humorystyczne wstawki, wielkie przemowy, czy sceny kameralne, prezentujące motywacje bohaterów. Sprawiło to, że historia była różnorodna i przysparzała szerokiej gamy wrażeń.

Bardzo dobrze sprawdziła się też strona techniczna. Obraz, dźwięk, efekty specjalne, czy spinający całość montaż – wszystko zostało dopięte na ostatni guzik. Mimo, że niektóre elementy przywodziły na myśl inne produkcje, (ktoś tu ewidentnie oglądał najnowszych  ”Transformersów”), całość dała bardzo satysfakcjonujący efekt, który oglądało się z uśmiechem na ustach. Muszę przyznać, że efekty 3D też były niezłe. Trójwymiar nie męczył i nie był jedynie znaczkiem na plakacie. W kilku scenach dość znacząco wykorzystano tę technologię, a podczas całego seansu zdjęcie okularów powodowało różnicę. Również kompozycje Alana Silvestriego* brzmiały dobrze, akompaniując wszystkim scenom. Wpadały w ucho i dodawały emocji. Nie były jednak na tyle przebojowe, by zostać w głowie na dłużej. Jednak w trakcie trwania seansu sprawdziły się wyjątkowo dobrze.

Dzięki temu „Avengers” oglądało się z dużym zainteresowaniem. (Zwłaszcza od momentu, gdy akcja nabrała porządnych rumieńców). To po prostu najwyższej klasy blockbuster, który bawi, emocjonuje i trzyma w napięciu. Seans upływa w świetnej atmosferze, a uśmiech niemal nie schodzi z naszych ust. Z tego powodu z chęcią wystawiam dziełu Whedona ocenę 8,5/10, szczerze zachęcając do jego obejrzenia.

PS. Tak, JEST scena po napisach, (no, w zasadzie po ich pierwszej partii).
PS2. W kinach amerykańskich są natomiast dwie sceny. (Check IMDB* & YouTube* (includes spoilers!!, także wchodzicie na własną odpowiedzialność)).

 
Komentarze (9)

Napisane w kategorii Movies

 

„If we can’t protect the World, you can be damn sure we’ll Avenge it!” :D”

12 paź

Jak wiecie, z nadzieją czekam na Projekt "Avengers", w reżyserii Jossa Whedona.

Film o przygodach ugrupowania superbohaterów, w którego skład wchodzą: Iron ManThorKapitan Ameryka i Hulk, zagości na ekranach kin 4 maja 2012. Niedawno pojawił się pierwszy pełnoprawny zwiastun tej produkcji. Postanowiłem go umieścić, jako że stanowi idealne zwieńczenie mojej filmowej "misji przygotowawczej" do tego jakże ważnego popkulturalnego wydarzenia.
Także Enjoy! :)


PS. Quentinho, dzięki za cynk! :)
[EDIT] PS2. Komentarz R.Sienickiego od "The Movie". So true! (Choć wg. mnie Ruffalo może dać radę!) :)
 
Komentarze (8)

Napisane w kategorii Bez kategorii

 

It’s not easy being green!

09 paź

Zasiadłem do filmu "The Incedible Hulk" z mieszanymi uczuciami.
Z jednej strony, z dużą obawą, gdyż pamiętałem bardzo męczący seans poprzedniego "Hulka" – obrazu z 2003 roku, w reżyserii Anga Lee.

Z drugiej – miałem nadzieję, że zasłyszane opinie, mówiące, że nowe spojrzenie na postać Bruce’a Bannera i jego zielone alter-ego, jest lepsze od wersji pierwotnej, okażą się prawdziwe.

Gdyby jednak nie chęć dokończenia "misji" obejrzenia wszystkich filmów, w których występują bohaterowie "Avengers", pewnie nie zasiadłbym do tego obrazu.

I szczerze mówiąc – niewiele bym stracił! Wprawdzie nowy film rzeczywiście jest lepszy od swojego poprzednika, ale nie zmienia to faktu, że "Incredible Hulk" w żadnym stopniu nie porywa! Początkowe sceny, rozgrywające się w Rio de Janeiro, są wprawdzie bardzo obiecujące i ciekawie poprowadzone, jednak kiedy akcja przenosi się do Ameryki, cały urok pryska.

Zawodzi charakterystyka postaci. Za mało wiemy o głównych bohaterach, by w pełni przejąć się ich losem. W fabule za dużo jest niedomówień, które psują nam seans, gdyż nie wyjaśniają motywacji bohaterów, ani nie tłumaczą konkretnych zjawisk. (Na przykład: czemu Abominaton potrafi mówić, skoro Hulk nie umiał?! Czemu (spoiler?!) Banner nie ginie po upadku na ziemię z ogromnej wysokości, skoro nie zdąrzył się przemienić? (end of spoiler!)

Momentami wydaje się wręcz, że brakuje tu pojedynczych scen, czy całych sekwencji, które splatałyby tę historię w spójną całość. Z tego, co wyczytałem* – dopiero na stole montażowym pozbyto się bardzo wielu scen, które przybliżały nam motywacje bohaterów. Nie wiem czemu je wycięto, ale zdecydowanie nie wyszło to filmowi na dobre.

Historia, w formie, w jakiej została zaprezentowana, zupełnie mnie nie zaangażowała. Seans nie wywołał w zasadzie żadnych emocji. Niby nie oglądało się tego tragicznie, ale jednak brakowało w tym filmie prawdziwego dramatyzmu. Losy bohaterów nie obchodziły mnie na tyle, by z zaciekawieniem oglądać ich walki między sobą. Zresztą nawet te nie prezentowały się zbyt ciekawie. Trwały jedynie kilka chwil i ograniczały się do uderzania pięściami.

Mimo gwiazdorskiej obsady, bohaterowie wypadli nienaturalnie.
Wydaje się jednak, że problemem był raczej nieciekawy zarys postaci, już na etapie scenariusza, niż brak umiejętności aktorskich obsady. W końcu jej członkowie już wielokrotnie dowiedli, że posiadają talent aktorski.

Edward Norton w początkowych scenach wypada naprawdę przyzwoicie, dopiero poźniej jego bohater "rozłazi się na wszystkie strony", stając się postacią niewiarygodną. Możliwe jednak, że w pierwotnym zarysie filmu, jego Banner wypadł dużo lepiej, ale skoro pozbyto się wielu fragmentów obrazu, nie dane nam było zobaczyć jego rozudowanej osobowości.

Reszta obsady wypadła już słabo, próbując wypowiadać swoje kwestie z realizmem; te były jednak tak nienaturalne, że trudno im w cokolwiek uwierzyć.

Jedyne, co podobało mi się w "The Incredible Hulk" to początek, (do momentu powrotu do USA) oraz samo zakończenie, scena finałowa. Wszystko pomiędzy wypadło wyjątkowo słabo.
Tym samym druga szansa, jaką dałem zielonemu monstrum, okazała się niewypałem. Wychodzi na to, że ten konkretny bohater zwyczajnie do mnie nie przemawia. Dlatego filmy o jego przygodach bardzo szybko wylatują z mojej głowy.

Także ostatecznie – nie polecam!
"The Incredible Hulk" okazał się najsłabszym filmem, prowadzącym do Projektu "Avengers"; na który zresztą jestem już w pełni gotowy! :D Szkoda tylko, że do maja jeszcze daleko!

PS. Tym razem scena ‚po napisach’ pojawiła się przed napisami. Jak gdyby twórcy wiedzieli, że wszyscy wybiegną z kina zaraz po skończeniu projekcji tej słabizny, więc nikt jej nie zobaczy.

 
Komentarze (4)

Napisane w kategorii Movies

 
 

  • RSS