RSS
 

Notki z tagiem ‘movie-guide’

Hunger

26 sty

Requiem for a dream” Darrena Aronofsky’ego to film, którego seans był dla mnie jak uderzenie obuchem w głowę, zabranie gruntu z pod nóg lub spadek windą z dużej wysokości. Film, który przeżyłem całym sobą, nie mogąc oderwać wzroku od ekranu, a jednocześnie bardzo tego pragnąc.

Zaczęło się niewinne, oglądało się normalnie, bez żadnych emocji. By potem, z każdą kolejną sceną, każdą następną sekwencją wgryzać się w moją wrażliwość i emocje coraz bardziej, coraz głębiej. Następujące po sobie sceny zaczynały mnie oblepiać, wprawiać w stan bliski temu, który przeżywają sami bohaterowie. Przykuwać uwagę, wciągać, silnie oddziaływać, a następnie wyżymać zainwestowane w seans emocje, aż do ostatniej kropli, pozostawiając bezradnym w wyrażeniu tego, co właśnie przeżyłem.

„Requiem dla snu” to obraz, w którym panuje brudna, zatęchła, duszna i oblepiajaca atmosfera. Obraz, którego sposób filmowania sprawia, że współodczuwałem lęki, bolączki oraz wizje bohaterów, nie potrafiąc uwolnć się od ich sposobu myślenia, nie potrafiąc odciąć od tego, co widziałem na ekranie.

Jednym z największych atutów tej produkcji jest doskonała ścieżka dźwiękowa, skomponowana przez Clinta Mansella. Oddająca stany emocjonalne bohaterów, ich obecny sposób percepcji rzeczywistości, z powracającym jak echo, jak widmo, utworem „Lux Aeterna”, ktory robi przeogromne wrażenie. Aż nie sposób opisać jak wielkie, jeśli nie przeżyło się go samemu. Motyw przewodni powracacjący wielokrotnie, za każdym razem niesie ze sobą inne treści,  wciąż zyskując nowy kontekst. Każde jego kolejne pojawienie się, jest jak zaciskająca się pętla na szyjach bohaterów. Na szyjach samych widzów. Coraz mocniej, coraz ciaśniej. Coraz silniej oddziałując, wciąż robiąc większe wrażenie, niosąc ze sobą jeszcze większe emocjonalne spustoszenie.

„Requiem dla snu” to film, który się przeżywa całym sobą, który trzyma w napięciu, raz po raz podbijając jego poziom. To nie jest obraz, którego seans chce się powtarzać. To film, który zostaje w człowieku; który nie odpuszcza; który sprawia, że będziemy go pamiętać na długo. Taki, po którym długo dochodzi się do rzeczywistości, wraca do normalnego sposobu myślenia.

Przepraszam, jeśli nie jest to dobra recenzja, a bardziej zapis moich myśli, mojego stanu emocjonalnego zaraz po seansie; sposób na ochłonięcie po nim, złapanie balansu, metoda na powrót do normalności. Zdecydowałem się też na formę pierwszoosobową, dla podkreślenia wielkości mocy tego przeżycia, własnego odbioru dzieła. Wiem na pewno, że „Requiem dla snu” dostaje ode mnie przemocne 9/10, a sam film trafia do kategorii: Obejrzeć Koniecznie! Choć trudno powiedzieć, bym go ‘polecał’, gdyż trudno komukolwiek polecać przeżycie takiego emocjonalnego spustoszenia! Dzieło przez duże D! Nie wierzę, że tyle zwlekałem z seansem. Dziękuję serdecznie za wszelkie namowy!

 
Komentarze (2)

Napisane w kategorii Movies

 

Siegfried & Hildi

18 sty

Django Unchained“ jest filmem, który dobitnie pokazuje dlaczego Quentin Tarantno jest Mistrzem Kina, posiadającym oddaną rzeszę fanów. Jego najnowsze dzieło to wspaniała jazda bez trzymanki, która kupi każdego prawdziwego kinomaniaka. Seans zaskakuje, bawi, chwilami wprawia w osłupienie, a w innych podsuwa myśl, że takie rozwiązanie mógł wymyśleć tylko i wyłącznie Tarantino. Nikt inny.

Opowieść o niewolniku, który zostaje oswobodzony przez „dentystę“, by pomagać mu w nietypowej pracy, pełna jest niespodziewanych rozwiązań, nietypowych pomysłów oraz cudownie surrealistycznego humoru, który sprawia, że raz po raz zaśmiewamy się w głos. Ponadto nie brak krwi oraz przesadzonych scen przemocy, które są umiejętnie osadzone w całej historii, silnie oddziałując na widza.

Scenariusz napisany został wyśmienicie, po raz kolejny udowadniając, że Tarantino jest mistrzem ciętego i pełnego humoru języka oraz kreatorem niezwykłych sytuacji. Dialogi, wymyślne sceny, łączenie dzisiejszego stylu myślenia z tym znanym z przeszłości, znakomite granie różnymi językami – wszystkie te elementy robią piorunujące wrażenie. Najlepszym przykładem cudowna scena, w której uczestnicy „nalotu“ konnego na naszych bohaterów, dywagują o sensie zakładania białych masek na twarz. Scena komiczna i rozbrajająca przez kontrast wyglądu bohaterów ze sposobem, w jaki wypowiadają się na temat swojego stroju. Oglądając tę wymianę zdań, nie sposób przestać się szeroko uśmiechać. Zresztą cała formuła „Django Unchained“ stanowi najlepszą, niczym nieskrępowaną zabawę kinem, intrygującą mieszankę: gatunków, form prowadzenia opowieści oraz licznych nawiązań.

Wolty scenariuszowe pod koniec filmu są tak wspaniałe, że aż nie do opisania. Trzeba je zobaczyć na własne oczy, by móc pojąć ich doskonałość. Dać się ponieść specyficznej wyobraźni Quentina i popłynąć z tokiem jego myśli. Zupełnie nie dziwi Złoty Glob za scenariusz. Należał się w pełni, gdyż został napisany przez Prawdziwego Kinomana dla podobnych mu Miłośników X Muzy. Znalazły się w nim nawet nawiązania do orygialnego „Django“, z którym obraz fabularnie ma niewiele wspólnego. Podobne są: główny motyw muzyczny, krój czcionki tytułowej, pojawienie się na ekranie Franka Nero (oryginalnego Django) oraz cudowna wymiana zdań między nim, a Jamiem Foxxem, o sposobie wymawiania imienia głównego bohatera. Wszystkie wymienione oraz niewspomniane smaczki wypadły znakomicie i z pewnością przypadną do gustu każdemu, kto widział dzieło Sergia Corbucciego.

Aktorzy znakomici. Christoph Waltz, który za swoją rolę otrzymał już Złotego Globa, prezentuje się tutaj z równą elegancją i urokiem, jak w „Bękartach Wojny“. Gra tak dobrze, że z przyjemnością spija się każde jego słowo padające z ekranu. Austriak jest tak doskonały, że nie możemy przestać się uśmiechać na jego widok. Dobry jest Jamie Foxx, który z każdą kolejną sceną bardziej się rozkręca, coraz mocniej przykuwając naszą uwagę i zaskakując swoim stylem bycia. Świetny jest Leonardo DiCaprio, który z wdziękiem i charyzmą gra swojego bohatera, wyraźnie bawiąc się rolą. Bardzo dobrze wypadł Samuel L. Jackson, jako podstarzały opiekun plantacji. Jego cięty język oraz bezpośredni sposób bycia, mocno nawiązuje do wcześniejszych ról aktora, również tych znanych ze świata Tarantino. Jest to celowe zagranie, które podkreśla jak dużą rolę pełni Jackson w świecie popkultury. Zaskakuje kilka wyborów castingowych pomniejszych ról. Niektórzy z przewijających się w kilku scenach aktorów wydają się być osobnikami z zupełnie innej bajki, którzy w żaden sposób nie przystają do świata przedstawionego. Taki zabieg jest jednak zamierzony i wywołuje pozytywne emocje.

Na pochwałę zasługują zdjęcia Roberta Richardsona. Piękne plenery, gra światłem i cieniem, czy nagłe zbliżenia twarzy budują intrygującą atmosferę, która szybko udziela się widzowi. Jest to sprzężone ze świetnym montażem, który buduje humor, bądź drugie dno wielu sekwencji, sprawiając, że cały obraz ogląda się z niegasnącym zainteresowaniem.

Wyśmienita jest muzyka. Różnorodność gatunkowa oraz brzmieniowa wykorzystanych utworów jest powalająca. Szczególnie zapada w pamięć chwila, gdy widzimy podróżników, poruszających się w rytm… hip-hopowego kawałka („100 Black Coffins“ Ricka Rossa). Nietypowe połączenie nieprzystających do siebie elementów (obrazu i dźwięku) jest tak zaskakujące, że aż odświeżające, budujące humor, a ponadto sprawiające wrażenie połączenia idealnego. Scena-miód, która jako jedna z wielu, kazała mi myśleć po seansie, że jak najszybciej muszę się zaopatrzeć w oficjalną ścieżkę dźwiękową. Świetne jest również wykorzystanie motywu muzycznego, znanego z oryginalnego „Django“. Piosenka „Django“ napisana przez Luisa Bacalova błyskawicznie wpada w ucho i nie daje o sobie zapomnieć. Zupełnie nie dziwi chęć podzielenia się nią z nową rzeszą widzów.

Najnowszy film Quentina Tarantino jest tak dobry, że aż trudno wymienić wszystkie jego najmocniejsze strony w jednym tekście. Każdy aspekt dzieła zasługuje na pochwałę, ponieważ został dopieszczony przez swojego twórcę. Trudno jest wybrać element, który zrobił największe wrażenie, gdyż wszystkie idealnie ze sobą współgrają, dając nam prawdziwą filmową ucztę. I choć jest moment, gdy seans się nieco dłuży, to potem następuje tak znaczący zwrot akcji, że można go porównać tylko do detonacji bomby. Jest tak dobry, że człowiek zupełnie zapomina o chwilowym momencie zbyt wydłużonej akcji i pod koniec projekcji raduje się jak małe dziecko, które dostało nową, wspaniałą zabawkę.

„Django Unchained“ jest produkcją, której seans kończy się z szerokim uśmiechem na ustach, łzą szczęścia w oku oraz okrzykiem kołaczącym się w głowie „Ja chcę jeszcze raz!“. Drugą myślą, która przechodzi przez głowę jest: „Muszę mieć ten soundtrack!“. Z czystym sercem wystawiam najnowszemu obrazowi Tarantino mocne 9/10, przy którym stawiam serduszko (ulubione), dodając przy tym, że poważnie zastanawiam się, czy w przyszłości nie podwyższę tej oceny. Tak mnie kupił i przypadł do gustu ten obraz. Serdecznie polecam!

PS. „I like the way you die boy!“ & „The D is silent!“ <3

 
Brak komentarzy

Napisane w kategorii Movies

 

Adrenaline Deficency

30 paź

Taken 2“, czyli sequel wyśmienitego filmu akcji z przed czterech lat to obraz dobitnie pokazujący ile jest w stanie przynieść sprawna reżyseria. Oba filmy posiadają bowiem dość zbliżoną, pretekstową fabułę. Ktoś porwał członka rodziny byłego agenta specjalnego, a ten, targany silnymi emocjami, postanawia odbić swoich najbliższych z rąk oprawców. Nie szczędząc przy tym środków i po trupach dążąc do celu.

Część pierwsza uczyniła z prostoty fabularnej swój główny atut, serwując nam rozpędzone sceny akcji, które gnały do przodu w takim tempie, że nie było czasu zastanawiać się nad sensem pokazywanych zdarzeń. To właśnie wyśmienite wyczucie tych scen, w połączeniu z interesującą choreografią walk sprawiły, że widz został wciągnięty w wir akcji, a zmieniające się jak w kalejdoskopie sceny nie dawały mu chwili oddechu. Narzucone tempo sprawiło, że wraz z bohaterem współodczuwaliśmy trwogę o los córki i kibicowaliśmy, by Bryan zdążył na czas.

„Taken 2“ niestety nie podąża tropem „jedynki“ i sceny akcji ukazuje już w inny sposób. Spokojniej, powolniej, niemal beznamiętnie. Styl kręcenia tych sekwencji niewiele się różni od sposobu, w jaki pokazuje się zwykłą rozmowę w hotelu. Brak dynamizmu sprawia, że opowieść nie wciąga, nie angażuje. Tempo akcji jak gdyby leżakuje, odpoczywa. Mimo, że coś się dzieje: bohaterowie biegają, strzelają i ścigają się samochodami, brak w tym wszystkim emocji, brak napięcia.

Zestawienie dwóch filmów ze sobą wyraźnie pokazuje ile wnosi sprawna rezyseria. Pierre Morel stanął na wysokości zadania, tworząc dzieło angażujące, wciągające i podbijające emocje. Oliver Megaton poprowadził swoją opowieść bez polotu, nieangażująco, stawiając na powolny sposób ukazywania akcji. To niezbyt sprawdziło się w obrazie tego typu. Filmy akcji powinny posiadać żwawe jej tempo, gdyż inaczej zaczynamy dostrzegać mielizny scenariusza. A choć „Taken” nie było pod tym względem arcydziełem, dynamizm odpłacił nam z nawiązką prostotę opowieści. „Dwójka” niestety tego nie oferuje, przez co tym wyraźniej dostrzegamy dawkę zaserwowanej przesady.

To sprawia, że „Uprowadzona 2” jest filmem jedynie przeciętnym, przypominającym wiele podobnych obrazów. O ile „jedynka” trzymała w napięciu i nie dawała o sobie zapomnieć na długo, o tyle seans dwójki spływa po człowieku jak woda po kaczce i już w kilkanaście minut po projekcji zupełnie ulatuje z glowy. Z przykrością więc stwierdzam, że „Taken 2” to przeciętniak, jakich wiele. Choć daje się oglądać i całkiem miło zobaczyć znanych bohaterów po raz kolejny (obsada znów wypadła przyzwoicie), nietrudno zauważyć, że „dwójka” rozmieniła sukces jedynki na drobne. Po obejrzeniu „Taken” żałowałem, że nie widziałem filmu w kinie. Po seansie „Taken 2” pomyślałem sobie, że spokojnie mogłem poczekać na seans domowy.

Ocena: (naciągnięte) 6/10

 
Komentarze (2)

Napisane w kategorii Movies

 

Abe wielding Axe!

22 wrz

Abraham Lincoln: Vampire Hunter” to obraz, którego fabułę idealnie streszcza sam tytuł. Tak – ten film opowiada alternatywną historię prezydenta Stanów Zjedonocznych, w której ten jest Łowcą Wampirów, walczącym z nieumarłymi przy użyciu… siekiery.

Taka tematyka nie mogła zostać ukazana na ekranie w sposób poważny i na szczęście, przez większość seansu opowieść jest niemal beztrosko niepoważna, dając nam krwiste sceny akcji. Wtedy ogląda się ją z nieukrywaną przyjemnością, raz po raz zaśmiewając się z przesady, wylewającej się z ekranu. Kiedy jednak uderza się tu w poważniejsze tony, jak ma to miejsce w całej środkowej sekwencji, obraz zupełnie traci tempo, przestaje angażować i ogląda się go dużo słabiej. Wtedy na szczęście rozpoczyna się finał i na pierwszy plan znów wysuwają się sceny akcji. Są nakręcone ciekawie, z wykorzystaniem slow-motion, wielu zbliżen, jak i licznych efektów specjalnych. Przyciągają wzrok i wkładają uśmiech na usta. Najlepszym momentem, dla którego warto sięgnąć w wolnej chwili po „Łowcę Wampirów”, jest scena pościgu konnego, w której dzieją się rzeczy zaprzeczające prawom fizyki. Przez to jednak są także widowiskowe i piekielnie zabawne. No, bo kto słyszał o czymś tak niedorzecznym jak rzut koniem?! ;)

Trzeba twórcom przyznać, że podjęli się ryzykownego, acz nietypowego i intrygującego projektu. Najlepsze jest to, że wyszli z niego obronną ręką. Przy odrobinie dobrej woli i specyficznym poczuciu humoru, ten film daje się oglądać z satysfakcją.

Cieszy fakt, że Seth Grahame-Smith pokazał, że potrafi pisać niezłe scenariusze. Poprzednim razem, w Burtonowskich „Mrocznych Cieniach”, nie poszło mu najlepiej. Teraz jego tekst jest chociaż o „czymś”. Być może spowodowane jest to tym, że łatwiej zadaptować własną powieść niż napisać wariację na temat znanego serialu telewizyjnego. Ciekawe czy przeniesienie „Lincolna” na ekran przyczyni się do przyspieszenia prac nad adaptacją innego dzieła Smith – „Dumy i Uprzedzenia i Zombie”. Gdyby tamta produkcja miała być równie niepoważna, co „Abraham”, możemy spodziewać się kolejnej przyjemnej letniej rozrywki.

„Abraham Lincoln: Łowca Wampirów” to obraz, który przykuwa uwagę już samym tytułem. Film wywiązuje się z obietnicy w nim złożonej. To rzeczywiście jest mieszanka biografii, z dodanymi elementami nadprzyrodzonymi. Jeśli ma się otwartą głowę i poczucie humoru, produkcja Timura Bekmambetowa powinna przypaść do gustu. Dla mnie to takie przyzwoite 6/10 i film lepszy od zeszłorocznego, równie przesadzonego, „Księdza 3D”. To rozrywkowa, odmóżdżająca produkcja, świetnie sprawdzająca się w wakacje.

 
1 komentarz

Napisane w kategorii Movies

 

Goon

31 sie

Boks na lodzie. Krew na lodzie. Walka o honor drużyny. Tak w skrócie można opisać obraz „Zabijaka“ Michaela Dowsego.

Historia Douga – hokeisty drużyny Halifax Highlanders, jest luźną adaptacją książki biograficznej, opowiadającej o Douglasie „Młocie“ Smithie. Smith stanowił „tajną broń“ swojej drużyny. Był zawodnikiem, którego wysyłało się na bójki z przeciwnikiem, gdy wymagała tego sytuacja na lodzie. Chłopak potrafił się bić i zwykle wychodził zwycięsko z takich potyczek. Tym samym ułatwiał pracę reszcie drużyny, gdyż bójki, choć dozwolone, wiążą się z otrzymaniem kilkuminutowej kary przez zawodników biorących w niej udział. Działania Douga umożliwiały więc drużynie grę przeciwko osłabionym siłom rywala.

Obraz Dowsego to zapis zapoczątkowanej przypadkiem kariery oraz spojrzenie na kilka z bardziej widowiskowych meczy. Historia rozkręca się powoli, ale do czasu meczu Halifax Highlanders kontra Concorde Minutemen, staje się na tyle angażująca, że przebieg spotkania ogląda się z zainteresowaniem. Zwłaszcza, że wielki wpływ na wynik ma interesująca postawa Douga i jego poświęcenie dla drużyny. Doug kieruje się bowiem jedną zasadą – dla drużyny zrobię wszystko. Jeśli będzie potrzeba bym krwawił, będę krwawił. Wprowadzając ją w życie na każdym kroku, działa tym samym na rzecz innych.

W tym kontekście ciekawie wypada scena walki między Dougiem, a Rossem „Bossem“ Rheą, który odgrywa podobną rolę w swojej drużynie. Na dodatek „Młot“ nazywanym jest drugim „Bossem“, zawodnikiem idącym w ślady starszego kolegi. Ich walka stanowi zatem starcie starego z nowym, przypominającą potyczkę mistrza z uczniem.

Seann William Scott tak gra swojego bohatera, że nietrudno uwierzyć w jego własną deklarację: „jestem głupi“. Doug rzeczywiście jest prostym, niegrzeszącym inteligencją chłopakiem, żyjącym z dnia na dzień, który nie zastanawia się czego chciałby więcej od życia. Kiedy przypadek zechce, że trafi do drużyny hokejowej, włoży wiele serca w to, co zacznie robić. Uwierzy w sukces drużyny i dla jej zwycięstwa będzie w stanie znieść bardzo dużo. Dzięki temu nie jest trudno zapałać do niego sympatią.

Zaskakuje Alison Pill, którą możemy ostatnio oglądać w bardzo ciekawej roli w serialu „The Newsroom“. Tam jest grzeczną, niewinną młodą kobietą, próbującą piąć się po szczeblach kariery. Tutaj wciela się w Evę, wyluzowaną dziewczynę, która zdradza swojego chłopaka i potrafi się zabawić. Umie też złapać wspólny język z  Dougiem, dzięki czemu szybko przypadną sobie do gustu.

W tle przewijają się także Liev Schreiber, Marc-Andre Grondin i Jay Baruchel, którzy tworzą bohaterów, nakreślonych grubą kreską i posiadających pojedyncze cechy charakterystyczne. Tak naprawdę niewiele o nich wiemy, a mimo to, jesteśmy w stanie uwierzyć, że takie osoby istnieją. (Warto wspomnieć, że Baruchel jest również współscenarzystą obrazu).

Muzyka jest całkiem przyzwoita. W tle słychać dużo instrumentalnych utworów, kojarzących się z konkretnymi częściami świata. Dobrano ją tak, by odzwierciedlała różnorodny charakter drużyn, z którymi walczyć będą Highlandersi, jak również miejsc, w których owe potyczki będą się rozgrywać. Muzyka nie nadaje tempa opowieści,  stanowi jedynie dodatek, element tła, który nie przytłacza samej akcji. Dzięki temu sprawdza się dobrze.

Film posiada lekki klimat. Brak tu podbijania napięcia i nadmiernego udramatyzowania pokazanych sytuacji. Wszystkie wydarzenia przedstawione są raczej w „zwyczajny“, nieco kronikarski sposób. To sprawia, że seans upływa w niezłej atmosferze, choć brak tu dużego stężenia emocji. „Zabijaka“ nie jest pokrzepiającym serca dramatem sportowym, który ogląda się wstrzymując oddech. To zwyczajna historia, w niecodzienny sposób opowiadająca o świecie hokeja. Jako, że seans nie niesie wielu emocjonujących wrażeń, uważam, że jest produkcją jednorazowego użytku. Spokojnie da się ją obejrzeć, jednak raczej nie zostanie z nami na dłużej.

Ocena: 6/10

 
Komentarze (3)

Napisane w kategorii Movies

 

Two-Faced

31 sie

Mientras Duermes„, czy jak mówi polskie tłumaczenie „Słodkich Snów“ to przyzwoity hiszpański thriller.

Cała historia skupia się na Ceasarze – dozorcy bloku mieszkalnego, który czuje się… nieszczęśliwy. Pewną dozę radości oraz cel w życiu, przynosi mu uprzykrzanie, czy wręcz niszczenie życia innych. Jak gdyby chciał tym sposobem sprowadzić ich do swojego poziomu, by nic nie przypominało mu o tym, czego sam nie potafi osiągnąć. Jego najnowszym celem staje się młoda dziewczyna Clara, która jest uosobieniem optymizmu. Ceasar będzie musiał nieźle się namęczyć, by zabić jej nieugietęgo ducha. Czy to zadanie mu się powiedzie? Dość powiedzieć, że mężczyzna nie poprzestanie, póki nie osiągnie celu.

Obraz Jaume’a Balaguero podejmuje ciekawy temat gry pozorów oraz różnych oblicz, jakie prezentujemy na codzień. Główni bohaterowie zachowują się bowiem zupełnie inaczej, gdy wydaje im się, że nikt ich nie widzi niż wtedy, gdy wchodzą w relacje społeczne. Niby nic odkrywczego, jednak jest to zarysowane w interesujący, dosadny sposób.

Film ogląda się dobrze, dzięki przekonującej grze aktorskiej. Choć jest ona wyrażona ograniczonymi środkami, sprawdza się w pełni. Sposób zachowania Luisa Teasara, wcielającego się w głównego bohatera, uchyla rąbka tajemnicy umysłu człowieka niezdolnego do prawdziwych ludzkich kontaktów, któremu blisko do prawdziwego psychopaty. Równie dobrze sprawdza się Marta Etura, jako wiecznie uśmiechnięta i zadowolona z życia Clara.

Mimo, że historia nie jest innowacyjna, ogląda się ją z zainteresowaniem. Postać Cesara na tyle przykuwa uwagę, że z chęcią oglądamy to, co zaplanował dla niewinnej Clary. Mimo, że nie jest najlepszy w tym, co robi, w jego determinacji jest coś, co intryguje i niepokoi.

Tym razem krótko, bo nie ma o czym się rozpisywać. W wolne popołudnie spokojnie można zobaczyć, choć niekoniecznie trzeba to robić w kinie. Daję (lekko naciągnięte) 7/10, bo bawiłem się przyzwoicie. :)

 
1 komentarz

Napisane w kategorii Movies

 

Barbaric

31 sie

W tym roku postanowiłem uczcić Blog Day nieco inaczej niż w latach poprzednich. Mianowicie – zaprezentować Wam kilka zaległych tekstów, które nie zdążyły jeszcze ujrzeć światła dziennego na blogu, mimo, że powstały już jakiś czas temu. Dziś postanowiłem je wreszcie umieścić. Tak w ramach Dnia Bloggera. ;)

Na pierwszy ogień idzie:

Roman Barbarzyńca (3D)“ to duński film animowany, który zdecydowanie nie jest skierowany do młodego widza.

Opowiada o chłopaku z plemienia Barbarzyńców, który jako jedyny nie posiadł nadludzkiej siły. Brak umiejętności przyczyni się do porwania jego ludzi i widma ich nieuchronnej zagłady. Jedyną nadzieją na ocalenie stanie się sam Roman. Z pomocą nowych przyjaciół będzie musiał odszukać starożytny artefakt i pokonać Złego Najeźdźcę. Czy stanie na wysokości zadania?

O tym, że animacja nie jest adresowana do najmłodszych, przekonuje już pierwsza scena. Król Kroll unicestwiając potężną bestię, zostaje silnie raniony, przez co ma… dziurę w brzuchu. To jeszcze nic. Przez siedem dni i siedem nocy krew wypływa z jego ran, by dać możliwość posilenia się nią członkom plemienia i przekazać im w ten sposób wielką moc. To tylko pierwsza scena, a już dostajemy porządny rozlew krwi. Później jest tego znacznie więcej. Róźnorodne ludzkie członki i zmasakrowane ciała przewijają się w wielu scenach. W momentach, w których takie widoki są nam oszczędzane, dostajemy rubaszne dowcipy z silnym podtekstem seksualnym. Ogólny poziom tej produkcji możnaby określić jako prostacki, ekhm, „barbarzyński“. Dość powiedzieć, że sceną, która wzbudziła największy śmiech na sali, jest ta, gdy Roman, stając się niewidzialnym, zapomina posmarować magicznym proszkiem swoich jąder. Przez co możemy oglądać latający w przestworzach fragment jego przyrodzenia. Nie ma co, boki zrywać!

Dodajmy do tego bohaterów drugoplanowych: Wrzaskiera, który chciałby uprawiać seks ze wszystkim, co się rusza, Ksenię, wojowniczą księżniczkę, która wyjdzie za tego mężczyznę, któremu uda się… pokonać ją w walce, czy jak sama mówi: „porządnie mi przygrzmocić“ oraz Elfa Przewodnika, który składa niemoralne propozycje otaczającym go panom. Każde z nich miało być w zamierzeniu zabawne, ale to, co reprezentują sobą te postaci, woła raczej o pomstę do nieba. Są tak karykaturalne, że momentami ich charakterystyka przekracza aż granice dobrego smaku.

Polski dubbing sprawdziłby się nieźle. Głosy Macieja Stuhra, Czesława Mozila, Anny Muchy, czy Tatiany Okupnik całkiem dobrze brzmią na ekranie. Pozytywny odbiór psuje jednak fakt, że zdania, które wypowiadają, są tak niskich lotów, że nawet nie podpadają pod kategorię: „tak głupie, że aż śmieszne“. One są zwyczajnie mało inteligentne.

Najlepiej jest, gdy bohaterowie nie mówią nic. Wtedy na pierwszy plan wysuwa się akcja. Trzeba przyznać – momentami całkiem niezła i ciekawie pomyślana. Niektóre sekwencje przywodzą na myśl przyzwoite filmy akcji, czy kadry ze znanych gier komputerowych. Gdyby nie ta nieszczęsna koślawa kreska. Film duńskich producentów nie jest bowiem „ładnie“ narysowany. Poszczególne sceny raczej odpychają wzrok niż go przyciągają. Postaci i plenery są przerysowane, przesadzone, a często zwyczajnie „brzydkie“. Niby wpisują się w „barbarzyński“ charakter opowieści, jednak animacja pozostawia wiele do życzenia.

O efektach 3D nie ma co pisać, gdyż zwyczajnie żadnych nie ma. Zdjęcie okularów nie powoduje żadnej różnicy. Ot, kolory są nieco wyblakłe. Kolejny raz trójwymiar okazał się jedynie znaczkiem na plakacie.

Jakkolwiek patrzeć – to zdecydowanie nie jest bajka dla dzieci. Jednak nie jest też animowana rozrywka dla starszego widza, w typie produkcji Setha MacFarlene‘a, z „Family Guy’em“ na czele. Tam, mimo że twórcy czasami szokują dla samego efektu szokowania, nietrudno odnaleźć ciekawe żarty, czy interesujące spostrzeżenia dotyczące otaczającego nas świata. W „Romanie“ ze świecą szukać takiego poziomu humoru. To sprawia, że trudno jest powiedzieć do kogo miał być skierowany ten obraz. Dla najmłodszych jest zbyt drastyczny i dosadny, dla starszych – zbyt prostacki.

Gdybym miał podsumować tę duńską animację jednym słowem, wybrałbym: „żenująca“. Drugim słowem, które ciśnie się na myśl jest angielskie „facepalm“. W wielu momentach właśnie ten gest towarzyszył mi podczas projekcji. Także, mówiąc w skrócie – odradzam seans. A już zdecydowanie radzę nie pokazywać tego filmu dzieciom.

Ocena: 3/10

 
Komentarze (2)

Napisane w kategorii Movies

 

Roman Holiday

25 sie

To Rome With Love”, najnowszy obraz Woody’ego Allena, jest luźnym zbiorem opowieści, dziejących się w stolicy Włoch. Naturalnie ze szczyptą charakterystycznej dla amerykańskiego reżysera ironii i humoru.

Co ciekawe, poszczególne historie składające się na obraz nie są ze sobą powiązane. To świadomy zamysł reżysera. Rozpoczynając pracę nad filmem, nazwał go nawet „Bop Decameron”, wyraźnie zaznaczając w ten sposób jakiego typu dzieło go interesuje. Chciał pokazać kilka historii, połączonych wspólną ramą kompozycyjną. Nie bez powodu film rozpoczyna i kończy się deklaracją „zwykłego Rzymianina”, który wprost do kamery mówi, że zna to miasto, jak własną kieszeń i że widzi wszystko, co się w nim dzieje. Zna losy przebywających tu ludzi i chętnie nam o nich opowie. Tak rozpoczną się cztery historie. Każda inna, rozgrywająca się w innej części miasta.

Obraz stanowi niejako pocztówkę z Wiecznego Miasta. Nawet specjalnie nie ukrywa się, że jest to także folder turystyczny dla potencjalnych zwiedzających. Wyraźnie unaocznia to ostatnie zdanie filmu, które brzmi: „Rzym to miasto wielu historii. Przyjedź i opowiedz swoją”. Wypowiedziane wprost i bezpośrednio do widowni, ma zachęcić ludzi do wybrania się w podróż do europejskiej stolicy.

„Zakochani w Rzymie” są również zbiorem starych, znanych pomysłów, eksploatowanych w filmach Allena wielokrotnie. Także miksem europejskich dzieł reżysera. Poszczególne historie garściami czerpią z tego, co Woody pokazywał nam na ekranie w ostatnich latach. I tak oto dostajemy narratorów historii, bezpośrednio mówiących do kamery, personifikację „sumienia”* bohatera, neurotyka z lękiem przed śmiercią i byciem zapomnianym, który pcha go w stronę przedziwnego projektu artystycznego (na dodatek gra go sam Allen), trójkąt miłosny, niepewny los świeżo upieczonego małżeństwa, a także przeintelektualizowane rozmowy bohaterów. Wszystko widzieliśmy już wiele razy, często pokazane ciekawiej, pełniej i zabawniej. Nie sposób pozbyć się myśli, że „to już było”, gdyż rwana opowieść nie potrafi przykuć uwagi tak mocno, jak wcześniejsze obrazy reżysera. Niektóre pomysły, choć niezłe, ogrywane są zbyt długo, przez co tracą siłę oddziaływania. Jest w tym filmie kilka sekwencji, bez których możnaby się obyć. Powielają bowiem prosty pomysł i wielokrotnie wprowadzają go w życie. Problemem jest, że są to sceny niemal identyczne, różniące się jedynie detalami. To zaś sprawia, że przy ponownej ich ekspozycji, zaczynają nawet nieco nużyć.

Na szczęście nie nuży aktorstwo. Choć bohaterowie nie posiadają głębi psychologicznej, dzięki sposobowi ich sportretowania przez członków obsady, nietrudno uwierzyć, by tacy ludzie istnieli naprawdę. Najlepiej wypadł Alec Baldwin, często rzucający ostrzeżenia w stronę bohatera Eisenberga. Niezła jest też Ellen Page, wcielająca się w wyluzowaną i wyzwoloną Monikę. Zabawna, choć przerysowana jest Penelope Cruz, a Roberto Benigni dobrze sprawdza się jako przeciętny Włoch, który znienacka zazna blasków sławy. Warto też wspomnieć, że po latach przerwy sam Woody Allen powraca do swojej roli neurotycznego mężczyzny, próbującego „zostawić po sobie jakiś ślad”, by odegnać myśli o śmierci. Ogląda się ich nieźle, gdyż prostymi środkami umiejętnie oddają charakter swoich postaci. Plusem jest także, że wiele dialogów mówionych jest tu jedynie po włosku. To dodaje realizmu i brzmi naturalnie.

Muzyka niestety nie robi wrażenia, a czasami wręcz zaskakuje tendencyjnością wyboru. Allen dobrał utwory najszybciej kojarzące się z Włochami, słyszane wielokrotnie, nieco pozbawione pierwotnego uroku. Ileż razy słyszeliśmy już „Volare” w różnorodnych wersjach? W „Zakochanych w Rzymie” pojawia się dwukrotnie. „Nessun Dorma” też nieodłącznie kojarzy się z Italią. Być może taki był zamysł. Być może celowo wykorzystano właśnie tak oklepane utwory. Nie mogę jednak pozbyć się wrażenia, że można było dobrać mniej oklepaną muzykę, wybierając jednocześnie utwory równie „włoskie”.

Mimo wszystkich krytycznych uwag, nie uważam, by czas spędzony na seansie „Zakochanych w Rzymie” był stracony. Nie należy oczekiwać po prostu po nim uniesień i humoru na miarę „Północy w Paryżu„. Poprzedni film reżysera ma tę przewagę nad tegorocznym, że umiejętnie wykorzystał prosty pomysł wyjściowy i dał nam wiele wariacji na jego temat. Tutaj za często ogrywa się dany zamysł na tę samą nutę, w ten sam sposób. Nie zmienia to faktu, że niektóre sceny są zabawne i pomysłowe, a kilka sekwencji potrafi umieścić uśmiech na twarzy widza.

Nie jest to jednak Allen w najlepszej formie. To raczej Allen, który próbuje sprostać swojemu tempu pracy jednego filmu rocznie, niezależnie czy ma świetny pomysł, czy jedynie przeciętny. Jego najnowsze dzieło da się wprawdzie obejrzeć bez zgrzytania zębami, jednak noty wyższej niż 6+/10 wystawić mu nie mogę.

 

PS. Ponoć następnym projektem Allena może być Polska. Chodzą słuchy, że reżyser miałby wybrać Kraków, jako miejsce akcji kolejnej historii. Polskie miasto nie potrzebuje wprawdzie allenowskiej pocztówki, by być popularne wśród turystów (zresztą podobnie, jak Paryż czy Rzym), jednak gdyby ten projekt wypalił, nie miałbym nic przeciwko. Ba, nawet wybrałbym się do dawnej stolicy, próbując schwytać reżysera na planie, by zadośćuczynić mojemu niezorientowaniu w temacie, gdy Allen kręcił „Vicky Cristinę Barcelonę“ dokładnie w czasie, w którym odwiedzałem to miasto. Zobaczymy jak się sprawy potoczą.

PS2. *Przez cały film nie wiadomo zresztą kim tak naprawdę jest postać Baldwina – czy to prawdziwy architekt, który wpadł przypadkiem na Jacka, czy może wymysł wyobraźni chłopaka. Bezpośrednie rozmowy i komentarze dotyczące bieżących wydarzeń, padające jakby z offu, sugerują, że jest to głos Rozsądku, starszej wersji chłopaka lub po prostu „życiowego mentora“ bohatera. Z drugiej strony – inne postacie też wchodzą z nim w dialog, co nieco zbija widza z tropu. Szczerze mówiąc – sam nie wiem kim jest John, gdyż obie wersje wydają się możliwe do obronienia.

 
Brak komentarzy

Napisane w kategorii Movies

 

Brave Heart

10 sie

Merida Waleczna“, najnowsze dziecko wytwórni Pixar (we współpracy ze Studiem Walta Disneya), to opowieść o młodej dziewczynie, królewnie rodu DunbRoch, nie mogącej pogodzić się z rolą, którą zaplanowali dla niej rodzice.

„Brave“ jest historią o Odwadze (tak zresztą brzmi oryginalny tytuł), którą trzeba posiadać, by móc kierować swoim losem. Merida nie zgadza się z propozycją rodziców, by wyjść za mąż za młodu, na dodatek za kandydata wyłonionego w turnieju. Szczęście chce, że dziedziczka rodu może wybrać dyscyplinę, w której zmierzą się pretendenci o jej rękę – pierworodni synowie władców klanów pięknej krainy, w której żyją. Merida, doskonała łuczniczka, wybiera oczywiście ten sport, jako decydujący o jej przyszłym losie. Na dodatek, podstępem sama bierze udział w zawodach, gdyż jest pierworodną córką swoich rodziców. Kiedy jednak plan dziewczyny nie do końca się uda, a między matką i córką dojdzie do poważnej kłótni, Merida ucieknie. Chęć wpłynięcia na decyzję matki w sprawie zamążpójścia, zaprowadzi ją do miejsca, w którym wszystko się zmieni. Zgadzając się na kuszącą propozycję, dziewczyna nieopatrznie sprowadzi na swoją rodzinę nie lada kłopoty. Teraz będzie musiała stanąć na wysokości zadania i udowodnić, że potrafi samodzielnie rozwiązać problemy, które spowodowała.

Takie przedstawienie historii sprawia, że jest ona również opowieścią o dorastaniu. O znalezieniu złotego środka między wolnością, chęcią kroczenia własną drogą życiową, a podtrzymywaniem tradycji, wypełnianiem woli rodziców. Opowieścią o tym, jak połączyć oba bieguny i zrozumieć co znaczy być wolnym i odważnie bronić swoich ideałów. Morał opowieści podany jest jednak bez zbędnego dydaktyzmu, ukradkiem i stopniowo. Nie stanowi centrum fabuły, a jedynie kanwę, na której osnute są losy bohaterki.

Animację Pixara ogląda się z uśmiechem na ustach, podziwiając rozmach przedstawionego świata, zabawną i momentami dramatyczną historię oraz wsłuchując się w doskonale dobrane głosy postaci. Polski dubbing udał się wyjątkowo. Dialogi brzmią wiarygodnie, są napisane z lekkością i pełno w nich humoru. Duża w tym zasługa aktorów. Szczególnie Andrzeja Grabowskiego jako Króla Fergusa. Aktor wyraźnie bawi się rolą, obdarzając swojego bohatera dużą dozą różnorodnych uczuć. Fergus pozostaje jednocześnie dzielnym wojownikiem i dobrym, choć nieco roztrzepanym ojcem. Świetna jest Dominika Kluźniak, jako Merida. Najlepiej wypada w momentach, gdy kłóci się z matką i pokazuje jak bardzo nie zgadza się z jej zdaniem i nie potrzebuje jej rad. Jej reakcje oraz intonacja głosu, to sposób zachowania prawdziwej nastolatki. Pozostali bohaterowie prezentują się przyzwoicie, nawet jeśli pojawiają się tylko na chwilę. Świetny jest na przykład Jacek Braciak, jako Kruk. I choć szybko znika z ekranu, jego obecność nie zostaje niezauważona. Polska ekipa stanęła na wysokości zadania.

Warto pochylić się także nad wizualną stroną obrazu. Animowane efekty komputerowe są dopracowane w tak najdrobniejszych szczegółach, że zupełnie nie dziwi dlaczego Pixar nieprzerwanie posiada wysokie notowania. Efekty są tak dopieszczone, że momentami łatwo zapomnieć, że oglądamy świat wykreowany jedynie na ekranie komputera, a nie zdjęcia z prawdziwych, „żywych“ miejsc. Bardzo wyraźnie widać to we wszystkich sekwencjach w lesie. Naturalne otoczenie jest tak prawdziwe, tak namacalne, że aż czuje się zapach ściółki leśnej. Niesamowite uczucie! Osobną kwestią są włosy Meridy, o których mówiło się już od momentu ukazania się plakatu z portretem bohaterki. Nieuczesane, splątane, pokręcone, niemal żyjące własnym życiem. Na dodatek zachowujące się jak prawdziwe włosy – powiewają na wietrze, a gdy zostaną zmoczone, diametralnie zmieniają konsystencję, stają się cięższe i układają zupełnie inaczej. No i ten kolor! Przykuwający wzrok, pulsujący, wbijający się w pamięć. Animatorom należą się owacje na stojąco, a wszelkie nagrody za efekty mają niemal w kieszeni. Fenomenalna robota!

Film Marka Andrewsa i Brendy Chapman emanuje pozytywną energią i staje się przyczynkiem do kilku wzruszeń. Były chwile, gdy na sali kinowej niemal wszyscy zaczęli mieć katar, spowodowany zwilżeniem oczu. Tak właśnie oddziaływują produkcje ze stajni Pixara. Są też momenty bardziej dramatyczne, na mroczniejszą nutę, jak Niedźwiedź z Piekła Rodem, Mor’du. Jednak nie odstają one zbytnio od tego, co Pixar i Disney pokazywali nam już kiedyś na ekranie. Jest też kilka dowcipów niższego rzędu, podobnych do tych, które wypełniały cały seans „Romana Barbarzyńcy“. Dzięki temu, że pojawiają się w minimalnej ilości, nie zabijają ciepłego ducha opowieści. Pozbawione zaś dwuznacznego kontekstu, nie są szkodliwe dla młodego widza.

„Merida Waleczna“ jest interesującą opowieścią, która przyciąga uwagę i nęci oko swoją naturalnością. Przyjemna historia powinna zadowolić wszystkich widzów, gdyż pełna jest ciepła i pozytywnych emocji, choć czasami na ekranie górują też ciemne barwy. „Brave“ jest filmem wyważonym, więc powinien trafić w szeroki gust publiczności. Ja na pewno nie żałuję czasu spędzonego z Meridą i jej przygodami.

PS. Dwa słowa o krótkometrażówce „La Luna“, która wyświetlana jest tuż przed seansem. Bardzo przyjemna opowiastka o różnicy pokoleń oraz o przyczynach zmiany wyglądu księżyca każdego dnia. Historia stanowi klimatyczny wstęp do tego, co będziemy oglądać w filmie właściwym i nastraja nasze zmysły na ciepły i nieco sentymentalizujący styl opowieści, z którego słyną opowieści Pixara. Aż miło robi się na sercu, gdy ogląda się ich dzieła. I tak jest też tym razem.

Ocena: 8-/10

 
Komentarze (3)

Napisane w kategorii Movies

 

The Final Chapter

28 lip

The Dark Knight Rises”, czyli zwieńczenie trylogii Christophera Nolana o Mrocznym Rycerzu, to film, który w ciekawy sposób domyka wątki opowieści o Batmanie.

Jako, że obraz stanowi jedną z najbardziej oczekiwanych premier tego roku, postanowiłem nie pisać zbyt wiele o samej fabule, by nie psuć Wam zabawy z odkrywania jej samemu. Zauważę jedynie, że scenariusz napisany jest z sensem, wydarzenia budzą emocje, zwroty akcji zaskakują, a dodatkowym plusem są liczne odniesienia do poprzednich części cyklu, dzięki którym widać, że ta historia to większa, spójna całość. Gdyby się uprzeć, dałoby się wprawdzie znaleźć kilka niedomówień, jednak zupełnie nie psują one seansu, gdyż rekompensowane są klimatem, wciągającą akcją oraz wyśmienitym aktorstwem.

Film stara się uderzać w wyższe tony i stawiać poważniejsze, egzystencjalne pytania. Jak mantra powraca tu znane z „Batman Początek”: „Czemu Upadamy?! (By nauczyć się podnosić z powrotem na nogi!)”. Mimo, że stawka jest wysoka, a podobne pytania się piętrzą, nie osiągnięto tu tak wysokiego poziomu podniosłości, jak w „Mrocznym Rycerzu“. Być może dlatego, że Bane, mimo całego swojego nikczemnego charakteru i dążenia do zniszczenia miasta, nie stanowi takiego wcielenia Zła, jakim był Joker. „Nikt nie panikuje, gdy wszystko idzie zgodnie z planem”, jak zauważył sam umalowany złoczyńca. I właśnie w tym tkwi chyba pewien problem z postacią Bane’a. Jego motywacja jest zbyt zrozumiała, za łatwa do opisania, by poruszać tak bardzo, jak działania poprzednika. To po prostu inny typ złoczyńcy. Łatwiej go zrozumieć, co sprawia, że nie budzi tak dużej grozy. Najbardziej obawiamy się przecież tego, kogo nie do końca rozumiemy. Taka osoba jest wtedy zupełnie nieprzewidywalna. Bane taki nie jest. Swój plan wprowadza w życie systematycznie i z pełną premedytacją. Mimo wszystko – jest godnym przeciwnikiem Batmana.

Dzieje się tak dlatego, że Tom Hardy staje na wysokości zadania i tworzy ciekawego bohatera. Mimo że dysponuje jedynie głosem oraz odsłoniętymi oczami, gdyż resztę twarzy skrywa za nietypową maską. Jego czyny stanowią jednak wystarczający dowód na nieugiętość jego charakteru. Bane jest interesującym wrogiem, ponieważ udaje mu się wprowadzić w życie to, co próbowali zrobić wcześniejsi przeciwnicy Batmana – doprowadzić do zagłady miasta, pogrążając je w totalnym chaosie, niszcząc urzędy władzy i oddając ją w ręce ludzi.

Równie dobrze sprawdziła się Anne Hathaway, jako włamywaczka Selina Kyle, znana również jako Catwoman. Jest kobieca, zadziorna i w ułamku sekund potrafi przejść od niewinnej, bezbronnej niewiasty, w pokazującą pazury dziewczynę, która doskonale wie czego chce i nie zawaha się przed niczym, by swój cel osiągnąć. Ta postać intryguje i przyciąga uwagę. A choć dowiadujemy się o niej wielu rzeczy, nie miałbym nic przeciwko, by bohaterka była jeszcze bardziej rozbudowana i pojawiała się na ekranie częściej.

Nieźle wypadł też Joseph Gordon-Lewitt, jako policjant, który wierzy w stare zasady i stara się żyć zgodnie z pewnym uznanym kodeksem wartości. Jest ciekawą postacią, zwłaszcza, gdy weźmiemy pod uwagę jego wpływ na komisarza Gordona oraz ich wzajemną, wręcz mentorską relację.
O tej dwójce chętnie dowiedziałbym się zresztą jeszcze więcej, jednak w napływie wątków rozumiem czemu nie było to możliwe. Uczucie pewnego niedosytu wynika zaś z faktu, że bohaterowie są tak interesująco zarysowani, że z przyjemnością spędziłbym z nimi więcej czasu.

Ekipa znana z poprzednich części również stanęła na wysokości zadania. Zaprezentowała się z najlepszej strony, urzekając nas występami, do któregych przyzwyczaiła w tej serii. Cieszy również fakt, że można tu oglądać niemal całą obsadę „Incepcji„. Sprawdziła się tutaj równie dobrze, co w poprzednim obrazie Nolana, dlatego jej angaż do finału Batmana cieszy. Duży uśmiech pojawił się na mej twarzy, gdy w króciusieńkiej roli pojawiła się nawet Ellen Page. (A przynajmniej aktorka wyglądająca, jak ona).

Zabrakło wprawdzie roli na miarę Jokera Heatha Ledgera, jednak trudno jest się też do czegokolwiek przyczepić. Na dodatek tym wyraźniej widać, jak doskonałą kreację stworzył świętej pamięci aktor i jak trudno jest ten wyczyn powtórzyć.

Muzyka jest znakomita. W dużej mierze dlatego, że często słychać tutaj główny temat muzyczny Batmanów Nolana, który robrzmiewał wielokrotnie w „Mrocznym Rycerzu”. Brzmi majestatycznie i podniośle, przez co nadaje filmowi klimatu. Utworów Hansa Zimmera słucha się doskonale, gdyż niosą one ogromny ładunek emocjonalny i nie sposób przejść obok nich obojętnie. Muzyka porusza w człowieku odpowiednie „struny” i wprowadza w odpowiedni nastrój. Warto też wspomnieć o umiejętnym wykorzystaniu momentów ciszy. Sekwencji bez akompaniamentu muzyki jest w tym filmie kilka i za każdym razem robią one wrażenie. Ten zabieg sprawia, że jeszcze bardziej przeżywamy to, co widzimy na ekranie, gdyż nic nie odciąga naszej uwagi od samego obrazu. Bardzo śmiały zabieg, który sprawdził się wyjątkowo dobrze. Te momenty mocno się dzięki temu wybijają, gdyż cisza aż rezonuje wtedy w uszach. Świetny pomysł!

Co tu dużo mówić – podobało mi się! Choć film nie porwał mnie i nie wciągnął tak mocno, jak poprzednik, bawiłem się wyjątkowo dobrze i bardzo chętnie udam się na ponowny seans! Na razie jednak stwierdzam, że finał zrobił na mnie mniejsze wrażenie niż wyśmienity „The Dark Knight”, dlatego po pierwszym seansie wystawiam mu „tylko” mocne 8/10. Do pełni szczęścia zabrakło mi tej nutki szaleństwa i nieokiełznania, która stanowiła największą siłę „drugiego rozdziału” opowieści. Poprzednim obrazem z serii Nolan postawił poprzeczkę tak wysoko, że trudno ją było przeskoczyć. I choć w moim odczuciu to zadanie się nie udało, nietrudno dostrzeć, że dostaliśmy film, stanowiący świetną rozrywkę, który ogląda się z dużym zainteresowaniem. Na pewno warto zobaczyć go w kinie i dać się porwać wizji Nolana, choć ta odbiega nieco od tego, co pokazywano w dwóch poprzednich filmach.

PS. Zastanawia mnie też czemu Gotham wygląda inaczej niż we wcześniejszych odsłonach opowieści. Bardzo mocno przypomina Nowy York, choć wcześniej było bardziej jak Chicago. Muszę przyznać, że ta zmiana mnie zaskoczyła, bo miejsce akcji przecież się nie zmieniło.

 
Komentarze (9)

Napisane w kategorii Movies

 
 

  • RSS