RSS
 

Notki z tagiem ‘music’

An evening with Jason Mraz and his guitar

14 mar

„An evening with Jason Mraz and his guitar”, czyli trzecie koncertowe spotkanie z Mr. A-Z było doświadczeniem innym od wcześniejszych (czyli Berlina i warszawskiego Palladium).

Poczynając od samego miejsca – Teatru Polskiego, gdzie wszystkie miejsca były siedzące, przez fakt, iż na scenie był tylko on – wokalista z gitarą (oraz drugą, „na potem”), który do kilku utworów usiadł przy keyboardzie, a kończąc na zestawie mniej oczywistych, najbardziej lirycznych piosenek – wszystko w tym kameralnym koncercie różniło się od poprzednich.

Gdyby to był koncert hip-hopowy można by rzec, ze artysta świetnie poradził sobie też bez tzw. zajawkarza, kogoś kto utrzymuje uwagę widowni między piosenkami. Amerykanin sam zabawiał słuchaczy między utworami, nie tylko dzieląc się zabawnymi anegdotami ze swojego życia, czy udzielając cennych rad dotyczących związków, ale także rzucając licznymi żartami wynikającymi z sytuacji (chociażby, strojąc gitarę, wspomniał, że ćwiczy się w wielu różnych dziedzinach, (jak joga czy ogrodnictwo(?)), ale także w „starożytnej chińskiej sztuce Tu-Ning (będącej zabawnym akcentowaniem angielskiego słowa „tuning”, czyli „strojenie”). Historie opowiadane między poszczególnymi piosenkami były urokliwe i zabawne, a opowieść o tym, jak doszedł do swojego brzmienia metodą prób i błędów i ćwiczenia głosu w najróżniejszy sposób, wydobywając z siebie coraz dziwniejsze onomatopeje, była chyba najciekawszą z nich. „Gdy zamiast dziwnych dźwięków, zacząłem specyficznie akcentować słowo „Love”, okazało się, że coraz więcej ludzi przychodzi na moje koncerty. Kiedy więc w trakcie jednego z nich ktoś krzyknął: „Zaśpiewaj swoją piosenkę o miłości” (a wtedy przecież wszystkie moje utwory zawierały to słowo), mogłem tylko odpowiedzieć: „-Czymże byłaby moja piosenka bez miłości?” „-Pewnie trwałaby dwie minuty”, usłyszałem w odpowiedzi”. Trzeba przygnać – niezwykle celna i prawdziwa riposta.

Poniedziałkowy koncert był też świetnym przykładem sztuki improwizacji i zabawy na scenie. Na początku występu Jason przedstawił nowy utwór, w którym zinkorporował tytułu piosenek z przebiegu całej swojej kariery, a inną rozpoczął niezwykle melodyjnym zaśpiewem słów „Blah Blah Blah”, unaoczniając przy tym nie tylko siłę swojego głosu, który był w stanie przesłonić treść utworów, co także potęgę zabawy i bycia obecnym w danym momencie. Opis tego zdarzenia nie jest bowiem równie zabawny i spontaniczny, co przeżycie go w danej chwili i poczucie pewnej jedności nie tylko z artystą, ale też z tłumem, który równocześnie wybuchnął śmiechem. W innych utworach często dodawał nowe fragmenty, czy dźwięki, „trochę na zasadzie jazzowej improwizacji, jestem ciekawy, gdzie mnie muzyka dziś poniesie”.

Zestaw piosenek był bardzo nieoczywisty i podpadający pod ideę-fix całego koncertu: „Wszystkie moje piosenki są o miłości”. Większość utworów stanowiły więc spokojniejsze, rozdzierające ballady w stylu „You and I Both”, „The Woman I Love”, „93 Million Miles”, czy śpiewane niemal na finał „I Won’t Give Up”. Świetnie wypadł w szczególności nowy materiał, zdający się być specjalnym zestawem piosenek koncertowych, nie pochodzących z żadnych dotychczasowych albumów, mający na celu rozruszanie widowni i ukazanie siły występu na żywo. Wspomniana wyżej piosenka, złożona z tytułów innych utworów, kawałek o „drugim dziadku”, jako kontrapunkt dla „Frank D. Fixer”, czy intrygujący utwór otwierający koncert, w którym artysta śpiewał o „byciu zmęczonym wojną” („I’m tired or the war”) (a sam utwór najprawdopodobniej nazywa się „Camouflage”). Wyśmienicie wypadł także utwór „Chocolate”, w którym artysta opowiadał jak należy udobruchać swoją partnerkę. „Po prostu daj jej czekolady” zdaje się być receptą Amerykanina na zły humor kobiety. Równie udany był kawałek „Work in Progress”, w którym padło piękne zdanie: „I’ve got few chapters left” („zostało mi jeszcze parę rozdziałów”), czy „Coming Undone”, który w refrenie brzmiał, jak coś co mogłoby wyjść spod ręki OneRepublic, bądź Justina Biebera, (w którym padł zresztą świetny tekst o tym, że to nie jest „fake music, this is not fake news, this is just my spirit”).

Największy hit artysty – „I’m Yours” pojawił się znienacka w samym środku setu, nie odciągając tym samym uwagi od reszty materiału, utrzymanego w innym stylu. Najżwawszym kawałkiem było w zasadzie „Butterfly”, zaśpiewane jednak w bardziej akustycznej, stonowanej wersji (co po części wynikało też z faktu, że na scenie był jedynie Mraz i gitara) oraz następujące tuż po nim wspomniane już „Chocolate”, które w niektórych fragmentach przypominało dokonania Justina Timberlake’a.

Ważnym momentem, będącym echem występu w Palladium było zaproszenie na scenę dziewczyny, która odezwała się do niego, by ponownie zaśpiewać z nim na scenie (poprzedni raz miał miejsce 6 lat temu w Pradze) kawałek „Lucky”. Moment ciekawy, dobry, ale jednak nie tak porywający, jak to, co wydarzyło się przed trzema laty.

Artysta wchodził też w inne interakcje z widownią. Czy raczej – widownia kilkakrotnie krzyczała do niego z sali, a ten odpowiadał na zaczepki ze sceny, zawsze przy tym żartując. Najciekawiej ograł sytuację, w której ktoś chciał „uścisnąć jego dłoń”. „Wiesz, poprzez ściskanie dłoni dzielimy się dużą liczbą zarazków. Lepiej się całować. Także po koncercie będę stał w lobby całując was wszystkich”.

Koncert był tak bardzo przemyślany i ustawiony pod konkretną koncepcję, że zabrakło w nim miejsca na prawdziwie spontaniczny moment, czyli… bis. Artysta zszedł ze sceny po dwóch godzinach grania i nie wrócił na nią, mimo ogromnego aplauzu widowni. Biorąc jednak pod uwagę, że poprzedni koncert, pierwszy w Polsce, Mraz dedykował wszystkim, którzy tak długo czekali na jego przybycie, że grał większość piosenek, które fani zasugerowali mu na Twitterze, można wybaczyć mu takie zagranie podczas występu w Teatrze Polskim. Zwłaszcza, że naprawdę dał z siebie wszystko, racząc nas prawdziwie emocjonującym zestawem nieoczekiwanych utworów.

Będąc na trzech różnych koncertach artysty, cieszę się niezmiernie, że były to diametralnie różne przeżycia. Pokazujące przy tym wszechstronność tego „zwykłego białego gościa z gitarą”, jak zdarza się o nim mówić (chociażby w „Family Guyu”). Trzy koncerty, na których byłem, były więc odmienne, różne i emocjonujące na innych poziomach. „An evening with Jason Mraz and his guitar” określiłbym więc jako wieczór idealny na wyciszenie, kontemplację, uspokojenie oddechu i ogólny relaks od znojów dnia codziennego. Innymi słowy – to naprawdę był wspaniały wieczór z Mrazem i jego gitarą. (A biorąc pod uwagę szybkie tempo ogłoszenia koncertu i rzeczywistego przyjazdu artysty, nie obraziłbym się, gdyby równie niespodziewanie odwiedził nas raz jeszcze w tym roku). W końcu „All you need is love”, cytując artystę, cytującego Beatlesów w jednym ze swoich kawałków opowiadającym o… miłości.

 
Brak komentarzy

Napisane w kategorii Music

 

Music for the Beginning of the Year

10 lut

As said in the previous music post – Best of 2013 – Music Edition, I would like to try out a new thing of showcasing my musical discoveries made every month. I gotta tell you – January and the beginning of February were filled with some pretty nice music. So, once more with feeling, without further ado, my choices of music lately.

ENJOY! :)

Global Concepts Robert Delong

The freshest discovery in the mix, made thanks to AK. And I’ve been listening to this song on constant repeat for about a week now. Pretty fucking awesome is the shortest description I suppose.

You Make Me Avicii

Not so much a totally new discovery, but this month finally got me the idea to get Avicii’s album. And mostly due to the two songs presented here ;)

Liar Liar Avicii

The Draw Bastille

Another perfectly timed Bastille song which kind of fitted extremely well to my mood at the beginning of January.

What Would You Do Bastille

A nice follow up to „The Draw” with smooth passage between the songs. Crazy yet inrtiguing lyrics.

Daniel in the Den Bastille

Apparently (:P) January was the month of Bastille’s music, cause for the better part of it, their second album „All This Bad Blood” was on instant repeat in my music player. But with songs like these it’s no wonder it happened. Also with the fact that they tend to sum up my thoughts pretty neatly too. ;)

Well, I guess that’s it. For now. (Kinda monothematic list, but what can I do – that’s what filled my month. (Well, with the exception of Erasmus Music and some other songs posted before). ;)

 
Brak komentarzy

Napisane w kategorii Music

 

Best of 2013 – Music Edition

08 lut

I actually wonder if it really is the best of the best music of 2013, but for sure the one I have been playing the most last year. (Of course with a special addition of Erasmus Music, which I posted some time ago).

And now, without further ado, my choices, ladies and gentlemen. ENJOY!

Counting Stars OneRepublic

I guess this song is my this years „Breath of Life” – the song I played the most times this year. So much so that now I am happily holding a ticket to OneRepublic’s concert. :)

Conquest of Spaces Woodkid

This year gave us a full album debut of Woodkid, the French artist that stole my heart in 2012 with Iron and Run Boy Run. Now, with the album in my hands, another song that captivated my attention is the „Conquest of Spaces”. My new favourite in the artists collection. Sounds perfect on the album and sounded awesome live on concert.

Arabella Arctic Monkeys

Arctic Monkeys’s album „AM” is one of the best things that happened to 2013 in music and this song is one of the best examples why it is so. The musical hook in Arabella combined with it’s so funny, yet so awesome lyrics (with my favourite line „The horizon tries, but it’s not just kind on the eyes”) is so amazing that every time I hear this song I just smile immensely. Of course almost EVERY song from this album could find it’s place on the list, but this one is my absolute favourite.

Love Illumination Franz Ferdinand

For the energy, fun, upbeat message and great sound live :)

Anywaican WALK THE MOON

Walk the Moon was one of my biggest discoveries of 2012 and now they gave us a new EP album, filled only with few songs, all of which made me smile immensely almost of the time. This song is a prime example of Walk The Moon’s power to lighten up a day.

True Blood Justin Timberlake

Timberlake gave us not one, but two albums last year, both of them filled with really catchy, dancy music. Although hit-wise the „20/20 Experience part 1″ is better thant „part 2″, the song that stayed with me the longest is the nice long tune „True Blood”, which just evokes the perfect atmosphere and musical magic that captivates my attention. #GoodJobJustin.

Evil Eye Franz Ferdinand

For all the craziness this song brings out, for the awesome scream at the beginning, and also, for the most gruesome music video of last year. :)

Let It Go The Neighberhoud

Just an awesome song, no explanation needed there. I got to thank Milczący Krytyk for showing me this band, with their cool song „Sweather Weather”, because this enabled me to listen to them even more.

Just One Yesterday Fall Out Boy

I guess Fall Out Boy’s album „Save Rock and Roll” was one of the few albums on which I adored almost every song this year (the other two being „AM” by Arctic Monkeys and „The Golden Age” by Woodkid). It’s mostly because the guys play around with their music style, combining rock with pop elements, giving us a cheerful and powerful mix. This song is a perfect example of this and my favourite from the whole album….

Where Did the Party Go Fall Out Boy

… accompanied by this one, which actually is a lead in to „Just One Yesterday” on the album. Those two fit together perfectly and gave me a lot of energy this year. :)

(Oh yeah – and I guess I should finally watch those music videos accompanying the album, cause they are shot like one big movie) xD

Can’t Hold Us Macklemore

Raw energy and shitload of fun! Sounds awesome live too. :) (No wonder I told you about this song already in February) ;)

Big Bad Wolves Walk The Moon

The shortest Walk the Moon song, a bit different in style, but that’s exactly why it’s so awesome! :D

Inhaler FOALS

My Number FOALS

I kind of run out of things to say, so let me just write – I like them very much. :) So much actually that I even went to their concert and had shitload of fun. And the songs sounded nice live too (proof)

+ Sounds Like Balloons Biffy Clyro

Known thanks to the Coke Live Music Festival, pretty awesome, just so! :) (+ „Black Chandelier” is awesome too. My two favourites! :) )

Let It Go I am Giant

Same title, different emotions. This song comes roughly from the beginning of the year and although I didn’t listen to it this much as the others, I still really like it. Not „the best”, nor „the most listened to”, but as a bonus to this list it will suit perfectly. ;)

 

Disclaimer: Yeah, I guess this list isn’t actually the longest and showcasing every major musical discovery I’ve made during the last few months. I just tried to put into use the songs that really stood out in my mind (and ears) this year. Maybe I should really steal the idea of putting my music discoveries online every month, so then I (and by proxy you, my dear reader), would be better informed of my musical journey and could nicely reflect on it in the future? :) #Iguessyoureontosomethingtheremate ;)

Disclaimer 2: Yeah, this list really isn’t full. I even kinda look at it and think that it even is a bit random with choices sometimes.

 
Brak komentarzy

Napisane w kategorii Music

 

MRAZ is a Four Letter Word

20 gru

Stało się! Czuję się spełniony! My life’s complete! Ze spokojem mogę oczekiwać Końca Świata*, gdyż wreszcie doczekałem się koncertu Jasona Mraza!

O moim uwielbieniu do tego artysty pisałem już wielokrotnie, FanPage wciąż zdobi zdjęcie z jego podobizną, a cytat z mojej ulubionej piosenki stanowił przez dłuższą chwilę nawet tytuł tego bloga. A teraz jestem już po koncercie. Marzenie i lata oczekiwań właśnie się spełniły. Nie pozostaje mi więc nic innego, jak spisać swoje wrażenia.

Berlin. Columbiahalle. Duży obiekt koncertowy, z parterem i piętrem, po brzegi wypełniony ludźmi w różnym wieku. Po wejściu do środka i ustawieniu się niedaleko sceny, moją uwagę przykuł transparent wywieszony na balkonie: „Poland waits for you. LOVE. Fans from Poland”. (Więcej na  jego temat później). Przed koncertem odbyły się jeszcze dwa występy supportujących artystów, z czego ja załapałem się na jeden. Wokalistka Ymani wypadła przyzwoicie, śpiewała melodyjnie i ogólnie była w porządku, niemniej nie przykuła mojej uwagi na dłużej. Nietrudno jednak powiedzieć dlaczego tak się stało. ;)

Oto bowiem nastąpił moment właściwy. Moment, na który wszyscy czekali. Mraz wychodzi na scenę. Ma kucyk, brodę, kapelusz i gitarę. (W pełni zdaję sobie sprawę, że ten opis jest w stylu tego dowcipu z „Family Guy’a”, ale jest też zgodny z prawdą. ;) ). Po nim wkracza ekipa muzyczna, która w najliczniejszym momencie, gdy wszyscy będą razem na scenie, liczy 10 osób. Saksofon, puzon, trąbka, perkusja, bębny, fortefian, dwie gitary, bas i drugi wokal, to całe wsparcie głosu Jasona, dzięki któremu każdy utwór jest wyjątkowo melodyjny i przykuwający uwagę.

Koncert zaczyna się w takt „Love Like Ours” i „Make It Mine”, a potem trwa przez 2 godziny i 5 piosenek na bis. Już przy pierwszych nutach wzruszyłem się ze szczęścia, bo tyle lat czekałem na ten moment. Silne emocje towarzyszyły mi zresztą wielokrotnie podczas tego koncertu, gdyż wirtuozeria Mraza i jego ‘wesołej kompanii’ objawiała się w każdym momencie. Muzycy stanęli na wysokości zadania, dostarczając świetnie zaaranżowanych kawałków. Niemal każdy utwór został zaprezenotwany w dłuższej wersji, poprzedzony improwizacją, czyli śpiewno-rapującym zagadywaniem publiczności.

Zabawa słowem i głosem oraz świetna dykcja to znaki firmowe Mr.A-Z’a i najmocniejsza strona koncertu. Najlepiej słychać te pozytywne przywary, w takich doskonałych kawałkach, jak moje ulubione „The Dynamo of Volition” i „You Fckn Did It„. Swoją drogą – usłyszeć na żywo (i to dwa razy) najlepszą frazę swojej ukochanej piosenki, na koncercie, na który czekało się od lat – bezcenne przeżycie. „I’m only a boy in a story, just a halucynatory” przez moment było nawet tytułem/nagłówkiem tego bloga. W wersji live zabrzmiało jeszcze lepiej niż na płycie i stanowiło dla mnie high-point całego występu.

Koncert obfitował w kawałki ze wszystkich płyt artysty, co stanowiło miły ukłon dla wieloletnich fanów. Największą radość tłumu wzbudziły jednak utwory z najnowszej płyty: „Love is a four letter word”, chyba najlepiej znane publiczności. Takie piosenki, jak „Lucky” i „I’m Yours”, które otworzyły Mrazowi drzwi do większej kariery również zostały przywitane gromkim wiwatem. Ten ostatni kawałek został zresztą tłumnie odśpiewany przez zgromadzoną publiczność i stanowił jeden z najjaśniejszych punktów całego występu. Interesująco wypadły też covery innych artystów, w szczególności „Three Little Birds” Boba Marleya, zaśpiewane w finale.

Artysta nie poskąpił też bisów, prezentując w tym czasie aż pięć dodatkowych utworów. Zaczął sam, będąc jedyną osobą na scenie, gdy śpiewał „This is what our love looks like”. W kolejnych kawałkach dołączało się do niego coraz więcej członków ekipy, by w finałowym „I Won’t Give Up” zaprezentować się już w pełnym składzie. Bardzo ciekawe zagranie, dające również towarzyszom Mraza możliwość wykazania się na scenie i dostania swoich pięciu minut.

Warto również wspomnieć, że w trakcie koncertu wyszło na jaw, jak liczna jest polska publiczność zgromadzona na sali. Gdy Jason dostrzegł plakat z napisem, zapraszającym go do Polski, wielokrotnie prosił, by to właśnie grupa polskich fanów śpiewała fragmenty utworów. (Potem śpiewali jeszcze Brazylijczycy, którzy również przyjechali ze swoją flagą, no i sami Niemcy oczywiście). Muszę przyznać, że chór polskich fanów był naprawdę głośny i zauważalny. W temacie plakatu warto również wspomnieć, że Jason zauważył ze sceny, że „zapraszają mnie do siebie”, a na koniec wskazał na napis, następnie na siebie, unosząc przy tym kciuki w górę, co dobrze rokuje na przyszłość i jego występowi w naszym pięknym, nadwiślańskim kraju. :)

Ja natomiast czuję się spełniony. Czekałem na ten koncert od lat, z emocji kilkukrotnie wzruszyłem się ze szczęścia, a przy moim najukochańszym „The Dynamo of Volition” tak dobrze się bawiłem i przy tym śpiewałem, że nie dość, że ludzie się na mnie obracali, to pod koniec nawet kazali uciszyć i stać spokojnie. Dziwni Ci Niemcy. Kto to widział – śpiewać na koncercie? :P

To chyba tyle, co mam do przekazania. Przepraszam za ogólniki, słabą jakość zdjęć oraz późny termin umieszczenia wpisu, ale wcześniej byłem pochłonięty sprawiami bieżącymi i nie potrafiłem go dokończyć. Cieszę się jednak, że wreszcie się udało. :)

PS. * – Pierwsze słowa tego wpisu pojawiły się już dawno temu, wtedy to zdanie miało mocniejszy wydźwięk. ;) Dzisiaj, w przeddzień Końca Świata, za długo się już nie naczekam. ;)

PS2. Duża liczba wideo z koncertu do odnalezienia tutaj!  :)

PS3. M, dziękuję serdecznie za gościnę! :)

 
Brak komentarzy

Napisane w kategorii Music

 

Ladies and Gentlemen, I present to you: the band Imagine Dragons

24 wrz

Chciałem przedstawić Wam moje najnowsze odkrycie muzyczne – amerykański zespół Imagine Dragons. Na dodatek w momencie, który zdecydowanie należy do nich. Na początku roku wydali (popularną) EPkę. W maju ich utwór pobrzmiewał w „Gossip Girl”. W czerwcu kawałek „Radioactive” trafił na mojego bloga. Dwa tygodnie temu wydali debiutancki album (który od razu trafił na #1 sprzedaży iTunesa). Ostatnio dostali się też na muzyczną playlistę serialu „Glee”. Ogólnie rzecz biorąc – mają dobrą passę.

I bardzo dobrze!

Imagine Dragons grają melodyjny pop, zmieszany z alternatywnym rockiem, gitarowymi brzmieniami, z dodatkiem elektroniki, instrumentów smyczkowych oraz ciekawym wokalem, przypominającym swoim tembrem kilku innych wykonawców. Na dodatek to trochę miks różnorodnych artystów. Każda piosenka budzi skojarzenia z dokonaniami innych zespołów. Da się tu odnaleźć dźwięki i muzyczne tropy przywodzące na myśl dokonania: (m.in) Kings of Leon, Coldplay, The Killers, OneRepublic, a momentami nawet Modest Mouse, 3OH!3, czy… Eminema. W tym braku stricte pojętej oryginalności i podobieństwie dźwiękowym do kilku grup, tkwi chyba siła zespołu. Dostajemy nowe utwory, ale podobne stylistycznie do innych kawałków, które znamy i lubimy, dlatego tak łatwo jest polubić też te nowe. Muzykę Amerykanów można po prostu określić jako: energetyczną, optymistyczną, przyjemną, wakacyjną.

Polubiłem ich już od czasu „Radioactive”, ale to kawałkami „Tiptoe” i „Bleeding Out” kupili mnie w 100%. Bardzo przyjemne granie, które obecnie niezmiernie mi się podoba.  Nie wiem czy tak będzie już zawsze, ale sądzę, że jest na to bardzo duża szansa. Bądź co bądź – wszystkich poprzednich artystów, których prezentowałem w tej serii, nadal słucham, lubię i cenię. Sądzę, że z Imagine Dragons będzie podobnie. Także polecam! :)

Dość gadania, czas przejść do słuchania. ;)

Enjoy!

 

 

 

 

 

Zaspół do odnalezienia na: Facebooku, MyspaceTwitterze oraz oficjalnej stronie.

 

PS. Kilka dni temu zespół ogłosił trasę po Europie. Najbliższy przystanek – Berlin, 3 listopada. Ktoś chce się wybrać? :)

PS2. A jakie są Wasze najnowsze odkrycia muzyczne?!

 
Komentarze (3)

Napisane w kategorii Music

 

Champion Sound(s), czyli Cool Times at CLMF ‘12

22 sie

W tym roku znów udało mi się odwiedzić Kraków podczas Coke Live Music Festival. I ponownie bardzo dobrze się bawiłem. Chętnie podzielę się swoimi wrażeniami, dlatego zapraszam na relację z tegorocznej edycji festiwalu.

Dzień 1

Pierwszy dzień rozpoczęliśmy wpadnięciem na kawałek koncertu grupy Kim Nowak, czyli kolejnego projektu braci Waglewskich, który oglądaliśmy w tym roku na żywo. Rockowe, żwawsze granie sprawdziło się dobrze, jako otwarcie imprezy. Również spokojniejsze kawałki prezentowały się przyzwoicie, choć wciągały nieco mniej. W skrócie – było OK.

Na drugi ogień poszedł występ grupy Fair Weather Friends. Ten polski zespół zaskoczył mnie bardzo pozytywnie. Wrażenie zrobiła na mnie różnorodna stylistyka utworów oraz interesujący tembr głosu wokalisty. Momentami brzmiał bowiem dokładnie jak Caleb Followill, by w innych utworach przywodzić na myśl specyficzny głos wokalisty Everything Everything. Za każdym razem brzmiał jednak dobrze i razem z muzyką mocno wpadał w ucho.
W zasadzie cały występ przypadł mi do gustu. Nie obszedł mnie jedynie jeden kawałek, w którym wykonawcy postanowili zsamplować utwory Blur i Florence + The Machine. Brzmiało to dziwnie i było zupełnie zbyteczne. Sam utwór miał wystarczająco dobry podkład muzyczny, by nie musieć podpierać go kawałkami innych artystów. Poza tym jednym utworem, rockowe, popowe, nieco hip-hopowe, czy wpadające w r&b kawałki grupy brzmiały już ciekawie. A wykorzystanie „Fortune Player” w niezłej reklamówce festiwalu uważam za strzał w dziesiątkę.

Koncert Mystery Jets był natomiast przeżyciem niemal detektywistycznym. Rozwiązywanie różnorodnych tajemnic zespołu zajęło nam znaczną część występu. Poszukiwaliśmy odpowiedzi na piętrzace się pytania: Czemu wokalista pryszedł o kulach? Gitarzysta jest jego ojcem? Co?! Jak to?! Czy Blaine ma flagę polską na kamizelce? Odkrywanie tych „tajemnic” umilała nam przyjemna popowo-rockowa muzyka zespołu. W głowie najbardziej zostało „Two Doors Down„, jednak wszystkie utwory szybko zdobyły naszą przychylność, dzięki swojemu interesującemu brzmieniu.
Ciekawymi były też podejmowane przez wokalistę próby mówienia po polsku, na czele z (niecodziennym) „Bóg z Wami”. Mystery Jets wywarli na nas na tyle pozytywne wrażenie, że byliśmy szczerze zawiedzeni, że grali jedynie godzinę.

Zwłaszcza, że muzycy z The Roots rozkręcali się powoli. Przez pierwsze pół godziny byli jedynie nieźli, ale nie przykuwający pełnej uwagi. Jak gdyby robili sobie rozgrzewkę przed właściwą cześcią występu. Ta nastąpiła, gdy perkusista z bębniarzem zrobili małą „bitwę na dźwięki”. Po tym „preludium” muzycy dostali energetycznego kopa i zaprezentowali się z dużo lepszej strony. Zaczęli grać bardziej „zadziorne”, rockujące utwory, zapętlajac muzykę tak, by dany utwór nie kończył się jak najdłużej. Wypadło to dobrze, gdyż publiczność rownież nie chciała końca co lepszych kawałków.
Rootsi oprócz swoich najbardziej znanych utworow (z „The Seed” na czele), zaprezentowali również dwa z repertuaru innych artystów. Konkretniej – Guns & Roses i Led Zeppelin. Ich wersje „Sweet Child o’ Mine” i „Immigrant Song” brzmiały przyzwoicie, choć nie umywały się do oryginałów.
Fajnymi momentami były również zastygnięcia muzyków jak w stopklatce. Najlepiej wypadł w tym gitarzysta, który w jednej pozycji wytrzymał trzy metry od barierki, znajdując się idealnie poza zasięgiem rąk fanek. Muzyk był nieubłagany i nie przysunął się ani o milimetr, pozostawiając fanki z niedosytem. Wyglądało to nad wyraz dobrze, choć fanki musiały być zawiedzione. ;)
Było dobrze, co tu dużo mówić.

The Killers zaczęli natomiast z grubej rury, już na samym początku grając „Somebody Told Me”, dzięki czemu już od pierwszych chwil zyskali przychylność publiczności i uruchomili w nich pokłady energii i tanecznych ruchów.
Póżniej było równie dobrze. Brandon ma bardzo dobry wokal na żywo, łapie niezły kontakt z publiką, także zabawa była przednia. Killersi zagrali dużo hitów, na czele z „Mr.Brightside„, „Read My Mind”, czy „Spacemenem”, a także uraczyli nas kilkoma nowymi kompozycjami, z czego najlepiej wypadł utwór „From Here On Out”, zagrany podczas bisów. Natomiast świetne i chóralne/tłumne wykonanie „All These Things That I’ve Done” sprawiło, że fraza „I’ve got soul, but I’m not a soldier” stała się niejako hymnem naszego wyjazdu, najczęściej śpiewaną piosenką.

Warto wspomnieć też o niezłym wystroju sceny, z konturem góry oraz postawioną na niej literką K. Uwagę przykuwał też Piorun, ustawiony (prawie) na środku sceny, skrywający keyboard Brandona. Zresztą w pewnym momencie w górę poleciala chmura konfetti, przyciętego w te dwa kształty, także każdy mógł zaopatrzyć się w swój prywatny zestaw symboli zespołu.
Na uwagę zasługuje też fakt, że podczas bisów, Brandon wyszedł na scenę w czerwonej koszulce z polskim godłem, co stanowilo bardzo mily akcent.

Killersi dali energetyczny, bardzo dobry występ, który jednak nie umywał się do tego, co na Openerze zaprezentował Franz Ferdinand. To chwilowo mój koncertowy #1 i chyba sporo czasu minie zanim jakiś zespół ich przebije.

Wpadliśmy też na kilka utworów polskiego tria Kamp!. Panowie grali wporządku elektronikę, której miło się słuchało, choć nie porwała nas do tańca. Niemniej dokonania kapeli prezentowały się na tyle dobrze, że koncert stanowił dobre zwieńczenie udanego dnia.

Pierwszy dzień skończylismy jednak tak naprawdę dopiero wypadem do Silent Disco. W końcu udało nam się dotrzeć na tę imprezę w słuchawkach. Od lat próbowaliśmy się na nią dostać, ale dopiero teraz dopięliśmy swego. Muszę przyznać, że było to całkiem zabawne doświadczenie. Dwa, a potem trzy kanały muzyczne – dwa klubowe i jeden pełen starych hitów, głównie z lat 80-tych, zapewniały nam dobrą rozrywkę. Szybko dało się zorientować, że większość osób wybrała właśnie trzeci kanał. Refreny piosenek śpiewane chóralnie wypełniały bowiem co chwila namiot Silent Disco. Wystarczyło na chwilę zdjąć słuchawki, by przekonać się, że brzmi to nad wyraz ciekawie. Zabawa była więc udana i dobrze przygotowała nas na emocje drugiego dnia.

Dzień 2

Niedzielę rozpoczęliśmy występem Crystal Fighters, którzy zaprezentowali się z najlepszej strony. Już od początku zaskoczyli dawką pozytywnej energii i muzyką, przywodzącą na myśl cygańskie granie. Tłum był zachwycony i chętnie podrygiwał w rytm kolejnych utworów. Mi też bardzo się podobało, wkręciłem się w większość kawałków, a największe wrażenie zrobiły na mnie: „Champion Sound” i „Xtatic Truth„. Zresztą te dwa utwory tak mocno zapadły mi w pamięci, że stanowiły też podkład pod pisanie tego tekstu. Bardzo ciekawe, wpadajace w ucho kompozycje, które automatycznie chce się puszczać na instant-repeatcie. Zresztą cały koncert wywarł na mnie wrażenie – swoim klimatem, energetycznymi bombami, zdetonowanymi przez żywą muzykę oraz kilkoma spokojniejszymi utworami, które rownież dobrze bujały publiczność. Szkoda, że muzycy grali tylko godzinę.

Występ Snoop Dogga też był przyzwoity. Artysta wyszedł na scenę przy dźwiękach jednego z najstarszych hitow – „Still Dre” i szybko zahaczył o swoje najbardziej znane dokonania. Włączając w to utwory, w których wystepuje gościnnie. Plusem było to, że odwrotnie niż Kanye w zeszłym roku, Snoop śpiewał całe kawałki, nie tylko swoje fragmenty tekstu. Tym sposobem usłyszeliśmy nawet jak nawija w takich utworach, jak „California Girls”, czy „Signs”. Wypadło to lepiej i naturalniej niż puszczanie samego podkładu, jak to zrobił West. Snoop zaprezentował też kilka utworów z nadchodzącego krążka, czyli owoc prac pod pseudonimem Snoop Lion (born in Zion). Reggujące kawałki wypadły nieźle, choć nie przykuły takiej uwagi, jak rapowe utwory artysty. Świetnie wypadł w szczególności kawałek „Young Wild and Free„, śpiewany wraz z tłumem na zakończenie występu.

Warto wspomnieć też o zaskakującej oprawie koncertu. O ile flaga w kolory rastafariańskie z podobizną Snoopa była jeszcze zrozumiała, o tyle obecność faceta w stroju psa już nieco dziwiła. Zwłaszcza, że oprócz podpalania ogromnego jointa, pies wymachiwał też ogromnym penisem. WTF?! Snoop wykazał się też bardziej wyszukanym poczuciem humoru, gdy podczas jednego z pierwszych utworów zachęcił publikę do wyciągnięcia telefonów, a następnie przybrał odpowiednią pozę i rzucił: „A teraz zróbcie zdjęcie”. Szczwany! ;) Ogólnie rzecz biorąc – było nieźle!

Koncert Placebo też należy zaliczyć do udanych. Mimo, że jedynie kilka utworów mocno mnie porwało, całość była na tyle melodyjna, przemyślana i dobrze dobrana, że nie sposób było się nudzić. Wielką radość sprawiło mi, że muzycy zagrali także mój ulubiony utwór w ich dorobku, który de facto jest coverem kogoś innego (Kate Bush). Mowa o utworze „Running Up That Hill”, który urzekł mnie swoim spokojnym brzmieniem i ogromnymi pokładami klimatu już za pierszym razem, gdy go usłyszałem kilka lat temu (w pierwszym odcinku czwartej serii „O.C”), a w wersji koncertowej wypadł równie dobrze. Sprawdziły się też utwory z nowej płyty, na czele z „Battle For The Sun”.

Muzycy utrzymywali też fajny kontakt z publicznością. Szczególnie gitarzysta, który nie dość, że schodził ze sceny, by przywitać się z fanami, to jeszcze zachęcał ich do działania podczas konkursu o głośne krzyczenie. Nawet Brianowi zdarzyło się rzucić kilka uwag w stronę publiczności, a to ponoć nie zdarza się często na koncertach jego zespołu. Ten musiał być więc wyjątkowy. :) Dla mnie był zwyczajnie udany!

Dzień zakończyliśmy występem grupy Azari & III. Było to przyjemne klubowe granie, które wyciągnęło z nas jeszcze kilka nieskrępowanych, tanecznych ruchów. Szczególnie dynamicznie było podczas takich kawałków, jak „Manic”, czy „Reckless with your love”. I mimo, że poznałem te kawałki dopiero podczas koncertu, bawiłem się tak dobrze, jakbym znał je od dawna. :) Także, jak dla mnie – idealne  zakończenie udanej dwudniowej imprezy.

 

I to by było tyle, jeśli chodzi o tegoroczną relację. Na zakończenie chciałem serdecznie pozdrowić moją festiwalową ekipę, podziękować za świetną zabawę, a jednocześnie przeprosić Was za grafomański styl tego wpisu. Po raz kolejny przekonuję się, że pisanie o muzyce to nie taka prosta sprawa. Może czas zrozumieć Pana Gouldę i jego teksty najeżone dziwnymi nazwami? ;P

PS. Sorry za brak wszystkich wideo do wersji live wymienianych piosenek, ale nie zawsze dało się znaleźć coś sensownego.

PS2. W bonusie dorzucam krótką przebieżkę po kilku koncertach, dzięki uprzejmości InteriaTV: The Killers, Crystal Fighters, Mystery Jets.

(Zdjęcia pochodzą z oficjalnego FanPage’a Coke’a: 1,2)

 
Komentarze (4)

Napisane w kategorii Music

 

Mleko i Papaja*, czyli: My Awesome Days at Open’er Festival 2012

14 lip
Po raz czwarty wybrałem się na gdyński festiwal, by chłonąć feerię dźwięków i przeżywać wiele muzycznych uniesień. Do tegorocznego Open’era starałem się nawet przygotować bardziej niż w latach poprzednich, sprawdzając większą liczbę artystów niż zwykle. (Co zresztą można było śledzić na Facebookowym FanPage‚u). To działanie się opłaciło, gdyż nowo-poznane utwory automatem brzmiały dużo ciekawiej w wersji live. 

Nowa ekipa też dopisała (pozdrawiam serdecznie!) i było tak dobrze, że pobyt zleciał wyjątkowo szybko i nim się obejrzeliśmy, czas było wracać. Teraz nie pozostaje więc nic innego, jak zgodnie z tradycją spisać wrażenia po konkretnych koncertach, dla utrwalenia wpomnień i pozostawienia pamiątki dla przyszłych pokoleń. :P
Także, bez dalszych słów wstępu, oto tegoroczna, lekko grafomańska relacja z Open’er Festival.

Dzień 1
Pierwszym koncertem, na jaki się w tym roku udaliśmy, był występ tria:Fisz Emade Tworzywo. Panowie wypadli nieźle, choć trudno było tu dosłuchać się poziomu, jaki Fisz prezentuje w swoich materiałach solo, na czele z hitami: „Czerwona Sukienka”* i „Warszafka Płonie”*. Niemniej „Huragan” na tyle przypadł mi do gustu, że przez następne dni zdarzało mi się słyszeć jego refren, kołaczący się po głowie, a usłyszany mimochodem tekst: „Na kolorowym ksero kseruję swoją krew” ubawił mnie tak mocno, że musiałem go zapisać i się nim podzielić. Występ był zwyczajnie dobry, ale nie pozostawiający za sobą niezapomnianego wrażenia.

The Kills zaprezentowali zaś bardzo dobre, gitarowe granie, które przypadło mi do gustu, mimo że nie porwało i nie zawładnęło moim umysłem i ciałem. Być może jednak, gdyby koncert trwał dłużej niż godzina dziesięć minut, wkręciłbym się w tę muzykę bardziej. A tak – występ Killsów był zwyczajnie przyzwoity i zaostrzył jedynie apetyt na artystów występujących później. Najlepiej wypadły zaś hity: „Fuck The People” i „Sour Cherry„, które miały werwę podobną do swoich płytowych odpowiedników.

Po tym jak dwa lata temu Yeasayer nie przypadł mi do gustu, w tym postanowiłem dać zespołowi drugą szansę, bo na płycie prezentują się naprawdę dobrze. I opłaciło się! Tym razem panowie zdecydowanie nie zawiedli i słuchało się ich wyjątkowo dobrze. Drugi wolalista nauczył się śpiewać/wyleczył się z choroby, więc od razu słuchało się go 100 razy lepiej. Piosenki były żwawe i żywiołowe, więc takie, jak lubię najardziej. Nie było wprawdzie (albo ja przyszedłem za późno) mojego ukochanego „Rome”, ale „O.N.E” wyszło im bardzo dobrze, także radość jednak była. :)
(Tylko moglyby być dlłuższe te koncerty. Bo co to jest – 1h10min? A i Killsi i Yeasayer tyle właśnie grali).

Björk mam do powiedzenia tylko, że jej muzyka była dla mnie za spokojna i za malo w moim stylu. Także pobyłem pod sceną tylko przez kilka utworów i w moim odczuciu ten koncert był jedynie OK. A w zasadzie to w ogóle mnie nie obszedł.

W przeciwieństwie do występu Gogol Bordello! To była energia w najczystszej postaci i świetny sposób na naładowanie akumulatorów. Muzycy wiedzieli jak porwać publiczność i w 110% przekonać ich do swojej muzyki. Ten koncert miał wyśmienity klimat i rozpędzone tempo, co przełożyło się na ogólnę radość i uniesienie. Moc zdecydowanie była! Najlepszym momentem był ten, gdy muzycy zaprezentowali utwór „Break The Spell”, którym porwali nas tak mocno, że stał się on najczęściej przypominanym kawałkiem podczas wyjazdu! Zwyczajnie najlepszy koncert pierwszego dnia, co automatem zagwarantowało mu miejsce w Topie całego festiwalu. :) Świetna robota!

Niestety trafiłem tylko na ostatni utwór koncertu The Ting-Tings, więc nie wiem jak spisał się duet podczas całego występu. Jeśli jednak ostatni kawałek był wyznacznikiem ogólnego poziomu tego wydarzenia, powiedziałbym, że artyści wypadli świetnie. „That’s Not My Name„, które grali na końcu było bowiem naprawdę fajne, żwawe i wpadające w ucho. Może Ting-Tings pojawią się jeszcze kiedyś w Polsce, to będę mógł ocenić całość ich dokonań na żywo.

New Order zaprezentowali dobre, gitarowe, rockowo-popowe granie w brytyjskim stylu. Koncert rozkręcał się powoli, ale odkąd artyści zagrali najlepszą piosenkę swojej koncertowej setlisty, czyli „586″, złapali temat i zaprezentowali naprawdę wysoki poziom. Słuchało się ich z uśmiechem na ustach, patrząc jak tłum podryguje w rytm kolejnych utworów.

+ Słyszane przelotem:
Tres.B – jedyne, co zapisałem w notatkach pisanych na świeżo, to „fajne, gitarowe brzmenie”. Teraz jednak zupełnie nie pamiętam ich koncertu (no, poza gitarą w kształcie motyla), więc chyba jednak nie było aż tak dobre, skoro wyparłem je z pamięci. Sorry.
Dva – z początku spoko, później powtarzające się w utworach dźwięki zaczęły być nieco denerwujące. Nic więc dziwnego, że poza tymi uwagami, z koncertu tych Młodych Talentów nie pamiętam nic.

Dzień 2
Drugi dzień przywitał nas wszechogarniającą, gęstą, lepką i mokrą mgłą, która osiadła na całym terenie festiwalowego miasteczka. Widoczność była niewielka, ale trzeba przyznać, że ta mleczna otoczka dodawała pewnego uroku. Najlepszym jednak jest to, że w mieście tego dnia była piękna pogoda, dopiero nad Babimi Dołami rozciągało się to pogodowe kuriozum. ;)

Dzień rozpoczęliśmy spóźnieniem się na koncert Dry The River, który ominął nas w całości, gdyż w momencie, w którym weszliśmy do namiotu, padła właśnie ostatnia nuta. Nie usłyszeliśmy nawet fragmentu końcowego utworu, bo całość porządnie zagłuszała nam scena Młodych Talentów, której głośniki ustawione były wyjątkowo głośno. No nic – aż tak nam nie zależało!

Na pocieszenie powiem, że Młode Talenty, które grały tak głośno, były naprawdę dobre. Pipes and Pints, bo to właśnie ten zespół grał wtedy na scenie, to porządne rockowe granie, z przytupem i w akompaniamencie dud i ostrej perkusji. Naprawdę przyzwoite!

Niewiele mam do powiedzenia o projekcie Penderecki/Greenwood, poza tym, że dziwna muzyka wraz z wzszechogarniającą mgłą, tworzyła lekko „schizowy” klimat. Jeśli mam być w pełni szczery to nie podeszła mi ta mieszanina muzyki klasycznej z elektroniką. Słyszałem ciekawsze zestawienia tych gatunków.

Pablopavo i Praczas byli tylko OK. Pamiętając chilloutowy występ Pablopavo i Ludzików w słonecznym Krakowie oraz świetną energetyczną bombę w postaci zeszłorocznego koncertu Vavamuffin na tej samej scenie, tegoroczny występ prezentował się wręcz przeciętnie. Kawałki były nieco za spokojne, choć broniły się niezłymi tekstami. Najlepszy i tak pozostał kawałek z repertuaru Vava, a reszta przeszła przez tłum bez większego echa. NicTo! Pablo już pokazał co potrafi, teraz może grać w nowych projektach, jeśli ma na to ochotę. Dobrze, że wraca jednak do zgranej ekipy, bo wtedy wypada najlepiej.

Cieszę się niezmiernie, że dałem szansę grupie Bon Iver. O ile próby słuchania ich nagrań, skończyły się nieoczekiwanym fiaskiem*, o tyle koncertowo mnie do siebie przekonali. Na ich występie dobrze się bawiłem, wokal mi się (wreszcie) podobał, a spokojna muzyka dobrze współgrała z mglistą aurą wokół. Na dodatek klimatu dodawały stojące na scenie świece, a muzyka sączyła się miło z głośników, otaczając nas z każdej strony i ogrzewając nasze serca i umysły. Naprawdę mi się podobało! :)

Energetyczny występ Major Lazer był wyjątkowo dobrym wstępem do koncertu Justice. Dynamiczne połączenie różnych stylów muzycznych: dobrej elektroniki, dupstepu i dancehallu, doprawionych serią różnorodnych remiksów sprawił, że pod sceną była naprawdę porządna zabawa. Kontakt z publicznością zachowany, a jeden śmiałek z tłumu(?) nawet rozebrany na scenie. Takie rzeczy tylko na World Stage!

Justice, czyli tegoroczne elektroniczne „pierdolnięcie” nie zawiodlo! :D Zabawa na poziomie 100%, rozpoczęła się już od świetnego „Genesis” (od czego by innego?) i trwała do samego końca. Wprawdzie trochę żałuję, że Francuzi zagrali tylko 30sek mojego ulubionego „On’N'On”, szybko przechodząc do nastepnego utworu, ale cóź – najwyraźniej nie można mieć wszystkiego. Na szczęście pozostałe kawałki wypadły wyjątkowo dobrze, także było do czego skakać i tańczyć razem z tłumem. Zresztą szaleliśmy tak mocno, że aż zgubiłem okulary! Na szczęście szybko udało się je znaleźć i dziękować Bogu, że były nierozdeptane. Także ogólnie rzecz biorąc: dużo emocji, jestem zdecydowanie na tak, a występ Justice najlepiej podsumuje słowo: czad!, bądź gromki okrzyk: TAK!!!! :)

Dzień 3
Bloc Party wypadli przyzwoicie i dobrze bawiłem się na ich koncercie. Kele zdecydowanie dał radę na wokalu, za to muzyka momentami brzmiała bardzo nietypowo. (Np. o tym, że usłyszałem kawałek „Flux” dowiedziałem się z setlisty (sic!), tak inaczej był on zagrany). Mimo wszystko – zabawa była, a sam występ oceniam jako dobry, choć nie świetny. Wybaczam jednak, bo bardzo ich kiedyś lubiłem i nadal dobrze się ich słucha.
Dostaliśmy zresztą sporo kawałków z trzeciej płyty (której akurat nie znam) oraz kilka nowych utworów. Te najnowsze brzmiały zresztą na tyle ciekawie, że chyba skuszę się na krążek „Four”, gdy pojawi się już na sklepowych półkach pod koniec sierpnia. W bonusie i zupełnie nieoczekiwanie dostaliśmy też mini-cover „We Found Love” Rihanny i Calvina Harrisa, który Kele zaśpiewał przed jedną z piosenek. Nie ma to jak nietypowy wybór. ;)

Występ Franza Ferdinanda to bez dwóch zdań najlepszy koncert tegorocznej edycji! Na dodatek najbardziej tłoczny! :) To, co działo się pod sceną jest aż nie do opisania słowami. Tam zwyczajnie trzeba było być! Eksplozja emocji, energii i euforii aż zwalała z nóg. Prawdziwe szaleństwo! Wszystkie piosenki zyskały takiego pazura, że aż nie dało się ich potem słuchać w wersji z płyty, bo bladły w porównaniu z koncertowym wykonaniem. Panowie zaprezentowali też kilka nowych utworów, na czele z niezłym i całkiem zabawnym: „King of the Earth/King Of The Trees and Animals”. Najlepszym momentem był natomiast ten, gdy wszyscy członkowie zespołu zaczęli wspólnie „nachrzaniać” na perkusji*. Miód dla uszu, energia dla ciała i szeroki uśmiech na twarzy. Co tu dużo mówić – Franz jest stworzony dla takich scen! Ich koncert w Stodole z przed kilku lat, choć dobry, nie zrobił na mnie aż takiego wrażenia, jak to, co panowie zaprezentowali w Gdyni. Klasa sama w sobie! Koncertowe zwierzęta, ot co!

Na występ M83 trafiłem pod koniec, przez co słyszałem jakieś cztery utwory. A, że wśród nich znalazło się też świeżo odkryte „Midnight City„, to nie narzekam. Końcówka była OK, ale nie wciągnął mnie ten koncert. Jedynie nieźle mi się go słuchało, choć może gdybym wpadł od początku wciągnąłbym się bardziej.

O ile na Franzu był dziki tłum, o tyle podczas występu The Cardigans pod sceną wiało pustkami. Luzy były tak duże, że bez najmniejszego problemu znaleźliśmy się tuż pod sceną. Dzięki temu z bliska mogliśmy zobaczyć, że Nina Persson nie wygląda na wokalistkę zespołu z dwudziestoletnim stażem. Muzycznie było natomiast przyjemnie, gdyż kawałki zespołu były w większości spokojne i chilloutowe, gdzieś pomiędzy popem, a lekkim rockiem, a takie brzmienie dobrze wypadło w ten ciepły lipcowy wieczór.

Ostatecznie nie dotarłem na występ Public Enemy, czego nieco żałuję, gdyż słyszałem, że był wyjątkowo udany. Na dodatek muzykom z Franza udało się na nim być, a nawet bawić na scenie. Ekipa z Bloc Party też gdzieś była w tłumie, bo Kele miał podczas swojego koncertu koszulkę z ich logo, a na swojej stronie zamieślili nawet to zdjęcie.

+ Słyszane Przelotem:
Panowie z Klezmafour, słyszani przelotem wypadli naprawdę nieźle, prezentując utwory z ciekawym akompaniamentem bębnów i skrzypiec, które szybko wpadły mi w ucho.
Przez chwilę byłem też na występie Julii Marcell, którą przywitały tłumy. Grane przez zespół utwory były przyzwoite, ale nie pozostały mi na dłużej w pamięci, dlatego nie mam o nich nic konkretnego do napisania.

Dzień 4
O ostatnim dniu można w skrócie powiedzieć, że w ogóle nie dało się odczuć, że to już finał. Jak na dzień zamykający, był on zwyczajnie za spokojny, zbyt melancholijny i nie robiący takiego wrażenia, jak powinien, pamiętając emocje z poprzednich lat. Na dodatek dzień rozpoczął się godzinnym seansem deszczu, który zmienił ziemię w błotnistą krainę. Trzeba przyznać, że takich warunków na Openerze jeszcze nie uświadczyłem. ;)

Tego dnia najlepiej wypadli chyba muzycy z Mumford and Sons, którzy zaprezentowali się z bardzo przyzwoitej strony, grając swoją mieszanką rocka i folku. W ucho w szczególności wpadł mi jeden z nowych utworów grupy oraz hit „Little Lion Man„, który na żywo brzmiał równie dobrze, jak na nagraniu. Artyści zrobili na mnie pozytywne wrażenie także tym, że nie tylko dziękowali widzom po polsku, ale odważyli się powiedzieć kilka słów więcej w naszym języku, serdecznie nas witając i ciesząc się z przyjazdu do naszego kraju. Miło z ich strony! ;) Ogólnie zrobili na mnie pozytywne wrażenie, także koncert oceniam na plus.

Występ The Mars Volta był za to nietypowym przeżyciem. Niby dobrze słuchało mi się dokonań grupy, ale zupełnie mnie one nie porwały. Nie wprawiły mojego ciała w ruch, choć pewne próby podgrygiwania do melodii były. To chyba przez brak chwytliwej linii melodycznej, która ustąpiła dźwiękom urywanym, ciągle zmienianym i nierozrkęcającym się w pełni. Jak gdyby muzycy nie mogli zdecydować, jaki fragment utworu chcą teraz grać, co chwila przeskakując do nowych nut, nowych zalążków melodii. Taka jest jednak chyba przypadłość rocka progresywnego, więc może nie powinienem się dziwić.
Wokalistę natomiast możnaby określić chyba tylko jako „dziwaka”. Dziwaka, który miał nietypowy i bardzo żywy kontakt z publicznością. Po odebraniu bukietu słoneczników od fanów, rozwalił je na perkusji, po czym cisnął pod scenę. Od innych pożyczył maskę koguta i zaśpiewał w niej cały utwór. Ogólnie rzecz biorąc starał się jak mógł, by urozmaicić ten występ i nawet nieźle mu to wyszło. Szkoda tylko, że mnie nie wciągnęło w pełni.

Na występie Janelle Monae byłem jedynie przez kilka utworów, w drodze z Maina do Tentu. Być może zostałbym nieco dłużej, gdyby nie kiepskie nagłośnienie tego koncertu, które sprawiło, że słabo było słychać wokalistkę. W związku z czym nawet te kilka utworów nie przykuło mojej uwagi na dłużej. Szkoda, bo singlowe „Tightrope” musiało brzmieć wyjątkowo ciekawie.

Na koncert Friendly Fires przyszliśmy lekko spóźnieni. Trafiliśmy na sam środek Tenta, w tłum ludzi. W ciągu 15 minut znaleźliśmy się jednak tuż pod sceną, tak łatwo było się tam przedostać. W trzecim rzędzie od barierki natrafiliśmy na lajtowe pogo, a co chwilę podnosiliśmy także kolejne osoby do stage-divingu. ;) Pod tym względem było więc wyjątkowo fajnie. Muzycznie też dopisało, choć trochę nie mogę odżałować, że nie usłyszałem na żywo ani „True Love”, ani „Photobooth”, ani nawet „Jump in the Pool„, czyli kawałków, które lubię chyba najbardziej z dorobku Brytyjczyków. Na szczęście było „Hawaian Air”, które utkwiło mi po tym koncercie w pamięci. W pełni wakacyjny klimat i przyjemne dźwięki sprawiły, że występ grupy Eda MacFalane’a bardzo mi się podobał.

Z koncertem The XX mam natomiast pewien problem. Sam nie do końca wiem co o nim myślę. Z jednej strony był udany i artyści zaprezentowali się z przyzwoitej strony. Z drugiej – był chyba nieco za spokojny, jak na Maina i tak dużą publikę. I czegoś mi w nim zwyczajnie zabrakło. Niby wszystko było na swoim miejscu, ale brakowało jakiegoś elementu, który przyciągnąłby moją uwagę i nie odpuścił. Może to jednak aura wszechogarniającego błota, nieprzerwanego tłumu i stania w nim samodzielnie? (Rozdzieliłem się wtedy z grupą, żeby znaleźć się jak najbliżej sceny). Nie mogę się pozbyć wrażenia, że ten koncert wypadłby lepiej, gdyby artyści grali w namiocie, bądź jakieś scenie klubowej. Być może ten występ wypadłby też inaczej, gdyby „był(a) możliwość odbioru w pozycji leżącej, na trawie, z gwiazdami nad głowami”, jak sugerowali autorzy strony Brotherhood of Opener. A tak – pełna ambiwalencja!
(Choć moje ulubione „Heart Skipped A Beat” wypadło dobrze!)

Ostatnim koncertem tegorocznej edycji był występ Brygady Kryzys, czyli jednego ze starych zespołów polskiej punk-rockowej sceny muzycznej. I cóż mogę o nim powiedzieć? Mógł być, choć niestety trochę bez polotu i szaleństwa. Widać, że panowie byli już nieco zmęczeni, a wiek też robił swoje. (Przepraszam). Na szczęście nie wypadli źle, tylko nie tak dobrze, jak mogilby, gdyby byli w pełni formy. Na koniec zagrali chyba najbardziej znaną „Centralę”, na bisa dorzucili „Gandzię” i ta próbka chyba wystarczy za opowieść, jak wyglądał cały koncert.

+ Koncert Cool Kids of Death był „bez szału”, jak mówią mi szybkie uwagi z telefonu. ;)
A słyszany przelotem występ grupy Volume w Alter Space był zwyczajnie masakryczny. „Rzępolenie” do potęgi czwartej, bez żadnego ładu, pomysłu, czy nawet linii melodycznej. Już wiem o co chodzi Tomowi B., gdy używa określenia: „bleeding ears” (krwawiące uszy). Tak – było aż tak źle! (Choć i tak pod sceną była garstka słuchaczy. Może przegrali jakiś zakład? :P)

Podsumowując: Najlepsze występy tegorocznej edycji to: Franz Ferdinand(!), Gogol Bordello, Justice i… (New Order?).

+ Kronikarska uwaga: Nie dotarliśmy na Silent Disco, choć byliśmy już trzy metry od wejscia :( Także zasada: „tak blisko, a tak daleko” w natarciu.

I to by było na tyle! Trochę się w tym roku rozszalałem z długością relacji, mam nadzieję, że dało się to czytać i że dotrwaliście do końca. ;) Na zakończenie dodam jeszcze, że bardzo serdecznie pozdrawiam moją wyjazdową ekipę, dzięki której bawiłem się wyśmienicie. :) Jeszcze raz: dzięki! :)
Podpisano: Kaczy, kurczę!* ;)

PS. * – Oh, the Inside Jokes! :P
PS2. Przepraszam za słabą jakość niektórych materiałów wideo, ale nie zawsze dało się znaleźć takie, które odpowiadałyby standardom. Na pocieszenie dorzucam odnaleziony zapis PEŁNYCH KONCERTÓW: The KillsPublic EnemyThe Mars Volta oraz Bloc Party, a jak w przyszłości znajdę zapis pozostałych wymienionych we wpisie utworów, to je tu dorzucę.
(PS3. Zdjęcia pochodzą z oficjalnego FanPage’a Openera, a konkretniej stąd: 1234).

 
Komentarze (4)

Napisane w kategorii Music

 

(Music) Intermission

05 cze


Jestem już po pierwszych egzaminach sesji letniej. Kolejne – w przyszłym tygodniu. Czas na krótki relaks i restart dla mózgu. A jaki jest lepszy na to sposób niż przy odpowiedniej muzyce? W zeszłym roku proponowałem Wam dynamiczne melodie, zagrzewające do boju (no, przynajmniej mnie) ;), teraz zapraszam na kilka spokojniejszych brzmień, idealnych na odpoczynek po naukowych bojach! :)

Także, bez dłuższych słów wstępu – muzyka!

Enjoy! :)

  

 

Radioactive” – Imagine Dragons
Świeżutkie (dwudniowe) odkrycie. :)
Brzmi trochę jak Coldplay, trochę jak Eminem, trochę jak 3OH!3 i jeszcze jedno skojarzenie kołacze mi się po głowie, ale nie umiem go na razie uchwycić (jakieś Fort Minor, coś?). Generalnie – świetnie się słucha! :)

Too Close” – Alex Clare
Odkrycie poczynione dzięki reklamie telewizyjnej Windowsa ;) Reklama średnia, ale piosenka od razu przykuła moją uwagę. Doskonałym posunięciem było umieszczenie na jej końcu wzmianki o tym, co to za utwór. Lubię takie zagrania! :)

(Zresztą – odnalezienie tej piosenki na iTunesie przyczyniło się do poznania utworu nr. 1 tej notki) ;)

The Funeral” – Band of Horses

Niedawno przypomniałem sobie o tym utworze. (Dzięki, MB!) Jest wyjątkowo spokojny, nawet lekko przygnębiający, ale mi sprawdził się idealnie jako podkład muzyczny pod pisanie pracy na zaliczenie. Może na zasadzie: pogódź się z losem, musisz to napisać! ;)

Bardzo mi się podoba i cieszę się, że ostatno odkryłem go na nowo. :)

Iron” – Woodkid

Utwór znaleziony na wallu zespołu StraightMinds. Od razu wpadł mi w ucho, dzięki ciekawemu, niemal minimalistycznemu podkładowi muzycznemu. Co tu mówić więcej – Posłuchajcie! :) (I obejrzyjcie, bo wideo też daje radę!) :D

To chyba tyle! :) Dzięki za uwagę! Mam nadzieję, że pomogłem Wam się zrelaksować! ;)

 
Komentarze (7)

Napisane w kategorii Music

 

The Discovery #8

06 maj

Notka na dobre zakończenie pozytywnej Majówki. :)

Przed Państwem przypadkowe odkrycie tegorocznego Długiego Weekendu, czyli coverujący piosenki w nietypowy sposób Mike Tompkins.

Bez zbędnych słów wstępu, oto próbka jego możliwości:

Enjoy!

Więcej kawałków w podobnym stylu do odnalezienia tutaj: oficjalna strona i YouTube 

Dziękuję za uwagę! ;)

 
Brak komentarzy

Napisane w kategorii Music

 

After These Messages, We’re Be Right Back! #2

20 sty


Drodzy Czytelnicy!

Drugi etap konkursu na Blog Roku dobiegł końca.

Chciałem w tym miejscu bardzo serdecznie podziękować wszystkim głosującym. Dzięki Waszemu poparciu udało mi się zająć 11-ste miejsce w rankingu kategorii Kultura, w której startowałem. (Miejsce znane także, jako: "Tak blisko, a tak daleko", gdyż do dalszego etapu przechodziła pierwsza dziesiątka).

Dzięki Waszej pomocy i przeprowadzonej ‚batalii na głosy’ przez cały tydzień udało mi się utrzymać wysoką pozycją w pierwszej dziesiątce. Ostatnie godziny okazały się jednak najbardziej znaczące. (To chyba dobra lekcja na przyszłość).

Jest mi niezmiernie miło i jestem przeogromnie wdzięczny za Waszą pomoc i Wsparcie.
Gdyby nie Wy, nie miałbym tak wysokiej pozycji. Także jeszcze raz – serdeczne, serdeczne dzięki! :)
No i zapraszam do częstych odwiedzin! :)

W ramach podziękowań oraz serdecznego przywitania tłumu Facebookowiczów, którzy ‚polubili’ moją stronę (bardzo mi z tego powodu miło), dorzucam "wyniki" projektu "My Top 25 Most Played", którym motywowałem Was do działania przez ostatnich kilka dni. Teraz wszystkie umieszczone piosenki możecie znaleźć w jednym miejscu. :)

Enjoy!

 
 


[Tym razem w kolejności rosnącej, dla odmiany od budującej napięcie kolejności malejącej, zastosowanej przy The Best of 2011. ;) ]

#1 "The Dynamo of Volition" by Jason Mraz

Mega pozytywna energia płynąca z tego kawałka zawsze dobrze nastraja mnie do rzeczywistości! :)

Zresztą swego czasu tekst z niej, (mianowicie: "I’m only a boy in a story, just a halucynatory") był nawet tytułem tego bloga! ;)

[+Bonus: Wersja live]

#2 "Brianstorm" by Arctic Monkeys 
Mój ulubiony utwór Małp, co tu dużo mówić! :)

#3 "Electric Feel" by MGMT

Świetnie się słucha. Po prostu! ;)

#4 "Ruby Blue" by Róisín Murphy

Energia! :)

#5 "Lisztomania" by Phoenix

Zespół i piosenka poznana dzięki serialom (namely "Cougar Town" i "Gossip Girl"), także rodowód jak najlepszy! :)

#14 "Take It With a Kiss" by The Pistolas

Super klimat i niezły teledysk. Kiedy mój brat cioteczny pokazał mi ten utwór po raz pierwszy, tego pierwszego dnia słuchaliśmy go na constant-repeat’cie. I wciąż mi się nie znudziło! :)

#17 "Love 2012" by 3OH!3 
Zupełnie inny klimat niż większość piosenek zespołu leży chyba u podstaw tak wysokiej pozycji tego kawałka. No i co tu dużo nie mówić – moment na jej słuchanie jest wręcz idealny! :)

#23 "I’m Yours" by Jason Mraz

Piosenka, od której zaczęła się Mrazowa miłość i poznanie wszelkich dokonań artysty. :)

To chyba tyle!

Jeszcze raz – wielkie dzięki! :)

 
Komentarze (5)

Napisane w kategorii Bez kategorii

 
 

  • RSS