RSS
 

Notki z tagiem ‘sherlock’

WhatUp, (new) TV Shows? (part 1: Elementary)

22 paź

Amerykańska stacja CBS pozazdrościła sukcesu brytyjskiemu BBC i postanowiła zrealizować własną wersję przygód Sherlocka Holmesa, żyjącego współcześnie. Twórcy produkcji „Elementary” pozmieniali jednak wiele w budowie postaci, zmienili płeć towarzysza głównego bohatera i przenieśli akcję z Londynu do Nowego Yorku. Wszystko to mogło przyczynić się do powstania interesującej, alternatywnej wizji opowieści o Sherlocku, zakorzenionej jednak w kanonie opowieści o nim, (jak ma to miejsce w serialu BBC).

O ile pierwszy odcinek całkiem nieźle spełnił to zadanie, zarysowując ciekawy pomysł wyjściowy (Sherlock prosto po odwyku musi mieszkać z „towarzyszką”, zajmującą się osobami uzależnionymi), o tyle w drugim zabito większość ineteresujących koncepcji. Epizod numer dwa to typowy przeciętniak, który niczym nie wyróżnia się na tle innych,  podobnych, proceduralnych produkcji. Na dodatek Holmes zachowuje się w nim kuriozalnie i zupełnie nie w Sherlockowym stylu. W ogóle nie czuć genialności jego umysłu, czy wspanialej dedukcji, z których przecież słynie. Zachowuje się wręcz jak przeciętny detektyw, skaczący od tropu do tropu, co chwila mylący się i zmieniający zdanie. Być może chciano w ten sposób pokazać, że to wszystko wina jego starego trybu życia i wyniszczenia organizmu przez narkotyki i alkohol. Sęk tkwi w tym, że gdy patrzymy na Jonny’ego Lee Millera, który wciela się w Holmesa, nie widzimy człowieka uzależnionego od substancji odużających. O uzależnieniu dużo się tu mówi, ale mało go tak naprawdę widać.

Co jednak ciekawe – poziom serialu znacznie meandruje. Po słabiutkim drugim epizodzie, pojawił się bowiem zaskakująco przyzwoity odcinek trzeci, który przyniósł ciekawą sprawę kryminalną, która obrała zaskakujący obrót. Sherlock nadal nie jest w pełni Sherlockiem, ale interesujący policyjny „case” sprawia, że „Child Predator” ogląda się bez zgrzytania zębami. A nawet z przyjemnością.

Z tego powodu znalazłem się w rozterce. Nie wiem czy kontynuować oglądanie czy już zarzucić produkcję. Po drugim odcinku byłem gotowy wymazać ją ze swojego grafiku, ale pomyślałem wtedy o „zasadzie trzech odcinków”, lansowanej przez Agniechę, autorkę zaprzyjaźnionego bloga filmowego. Spóbowałem więc wejść w tę historię po raz trzeci. I teraz, będąc już po seansie, odzyskałem nieco wiarę w ten format. Może powolutku Sherlock zacznie mnie przekonywać do swojej osoby, tak jak przekonał mnie wątek kryminalny zaprezentowany w trzecim odcinku?

Jedno jest pewne – „Elementary” to typowy procedural, który ma niewiele wspólnego z dziełami Artura Conana Doyle’a. Na razie bohaterowie za mało przypominają tych, którzy kojarzą się z postaciami z kart powieści, by uwierzyć im, gdy przedstawiają się jako Holmes i Watson. Czy to się zmieni? Chyba jednak sprawdzę następny odcinek, by się przekonać. (Nie oglądam kryminalnych procedurali, więc jeden mogę wpisać na swoją tygodniową listę). ;)

 
1 komentarz

Napisane w kategorii TV Shows

 

Sherlocked.

06 paź

Sherlock” produkcji BBC to uwspółcześniona wersja przygód najsłynniejszego detektywa świata, przenosząca akcję do Londynu dnia dzisiejszego.

Sherlock Holmes jest detektywem-konsultantem, który zostaje wezwany na miejsce zbrodni zawsze wtedy, gdy policja nie potrafi rozwiązać sprawy sama. A jako, że dzieje się to nad wyraz często, Sherlock ma pełne ręce roboty. Tak w telegraficznym skrócie możnaby streścić wartstwę fabularną serialu. Nie jest to jednak opis, który oddaje pełnię opowieści. Bowiem tym, co najbardziej przyciąga do tej produkcji, jest wyśmienicie napisany scenariusz, pełen doskonałych żartów, licznych niedopowiedzeń oraz sytuacji, posiadających drugie dno. Również bohaterowie nakreśleni są w tak interesujący sposób, że nie sposób oderwać wzroku od ekranu, gdy prowadzą ze sobą wymianę zdań.

Wyśmienicie sprawdza się obsada. Benedict Cumberbatch i Martin Freeman tak doskonale wcielają się w swoich bohaterów, że niemożliwe jest oglądanie ich poczynań bez uśmiechu na twarzy. Panowie różnią się od siebie, a jednocześnie doskonale się rozumieją, przez co ich wzajemne interakcje ogląda się z nieukrywanym zainteresowaniem. Sherlock – genialny umysł, nierozumiejący kontaktów społecznych, mówiący wszystko to, co myśli, kiedy o tym pomyśli oraz John – były lekarz wojskowy, spokojny i opanowany, patrzący na rzeczywistość trzeźwym okiem.

Główną obsadę wyśmienicie uzupełnia Andrew Scott, wcielający się w superłotra Moriarty’ego. Jest złoczyńcą doskonałym – nie pozostawiającym po sobie śladu, podnajmującym innych, by wykonywali za niego czarną robotę; do tego jest nieco szalony, nieobliczalny. Czyli taki, jaki powinien być każdy prawdziwy Czarny Charakter. Jego osoba robi na nas piorunujące wrażenie, wbija się w pamięć i nie pozwala o sobie zapomnieć. (A scena na basenie to jeden z najlepszych serialowych momentów ostatnich lat). Mimo, że wszyscy bohaterowie przewijający się przez ekran, przykuwają uwagę nietuzinkowym charakterem, to właśnie ta trójka przyciąga do serialu najbardziej. Relacje między panami są tak ciekawie zilustrowane, że aż nie sposób opisać słowami niektórych z ich wspólnych scen.

Twórcy zaskakują też umiejętnymi i inteligentnymi nawiązaniam do oryginalnych opowieści o brytyjskim detektywie oraz intrygującymi rozwiązaniami fabularnymi. Pomysł, by ciężar emocjonalny jednego odcinka unosiły jedynie idealnie dobrane dzwonki telefoniczne jest tyleż śmiały, co w pełni rozbrajający i wyjątkowo udany. Nie wiedziałem, że dźwięki komórek mogą przynieść tyle radości.

Od stony technicznej serial również wypada wyjątkowo dobrze. Zdjęcia są perfekcyjne. Umiejętnie skadrowanie, dobrze oświetlone i niekiedy sprawiające wrażenie prawdziwych obrazów, z taką precyzją zostały wykonane. Piorunujące wrażenie robi także prosty zabieg umieszczania słów SMSów, wiadomości i innych tekstów wprost na ekranie, obok sylwetek bohaterów. Prostota bijąca z tego pomysłu sprawia wrażenie doskonale wyważonej elegancji, tak bardzo pasującej do brytyjskiego stylu, panującego w tej produkcji. Warto zwrócić uwagę także na muzykę. Motyw przewodni serialu niesie ze sobą wiele emocji i odpowiednio nastraja na cały seans.

Muszę przyznać, że dużo łatwiej i lepiej ogląda się „Sherlocka” niż o nim pisze. Głównie dlatego, że doskonałość tej produkcji trudno opisać w słowach; trudno dobrać te najbardziej odpowiednie. Jego poziom wymyka się bowiem prostym komplementom. Te zdają się nie oddawać pełni wyśmienitego poziomu. Dość powiedzieć, że to klasa sama w sobie. Doskonała rozrywka: wciągająca, angażująca, wywołująca uśmiech na ustach. To po prostu trzeba obejrzeć!

PS. Mój ranking odcinków: 6. The Blind Banker (8/10) 5. The Hounds of Baskerville (8,5/10) 4. Study in Pink  (9/10) 3. The Great Game (9/10) 2. The Reichenbach Fall (10/10)  1. A Scandal in Belgravia. (10/10)
(Pod tytułami dwóch odcinków znajdują się moje recenzje, poczynione we współpracy z Hatak.pl) :)

 
Komentarze (3)

Napisane w kategorii TV Shows

 

Where’s the Mystery?

09 sty

"Sherlock Holmes: A Game of Shadows" to druga część opowieści o najsłynniejszym detektywie, widziana oczami Guy’a Ritchiego. Pierwsza niezmiernie mi się podobała, dlatego mocno czekałem na jej kontynuację.

Będąc już po seansie mogę powiedzieć, że nie jestem zawiedziony, choć bawiłem się nieco słabiej niż na świetnej części pierwszej.

Nowa odsłona jest już bowiem mniej klimatyczna i zagadkowa, stawiając więcej akcentów na wątki ‚akcyjne’. Jest tu więc nieco mniej błyskotliwej dedukcji, a więcej pościgów, wybuchów i bijatyk.
Zmiana ogólnej atmosfery obrazu może zaś wynikać z faktu, że akcja z dość ponurego Londynu przeniosła się do wielu miast Europy, które posiadają jednak nieco inną energię. Zresztą taka zmiana klimatu jest całkiem zaskakująca, biorąc pod uwagę podtytuł filmu. Na moje oko ‚cienia’ było tu zdecydowanie mniej niż poprzednio, co nieco nadgryzło urok obrazu. To właśnie ów półmrok Londynu był jednym z dużych atutów części pierwszej.

Sama intryga też poprowadzona jest w sposób, który słabiej przyciągająca uwagę. Pracy stricte detektywistycznej jest tu mniej. A przynajmniej nie skupiono na niej tak dużej uwagi, jak poprzednio. Tym razem dostajemy więcej scen ‚siłowych’ niż takich, w których oglądamy, jak Sherlock łączy ze sobą kolejne części łamigłówki, próbując nadać im sens. Rozwiązanie przychodzi więc ‚za łatwo’. Za szybko dowiadujemy się w jaki sposób działa główny przeciwinik Sherlocka, by obawiać się jego następnych, ‚nieprzewidywalnych’ ruchów. Być może wynika to z faktu, że na początku filmu możemy oglądać scenę, rozgrywającą się w pokoju, obwieszonym wycinkami prasowymi i sznurkami wiążącymi wszelkie dziwne światowe wydarzenia z osobą Profesora Moriarty’ego. Szczerze mówiąc nie obraziłbym się, gdyby choć kawałek filmu poświęcono temu, jak Sherlock zbierał informacje, by dojść do swoich wniosków. Nie pokazując nam tego procesu, twórcy za szybko dają nam gotową odpowiedź. Tym samym zmniejszając dawkę emocji, które mogliby nam dostarczyć.

Mimo wszystko – części drugiej nie ogląda się źle, choć brak tu niewymuszonego uroku, lekkości oraz pewnego ‚powiewu świeżości’, które charakteryzowały "jedynkę". Jak gdyby twórcy, skupiając się na warstwie akcyjnej, zapomnieli czemu pierwszy obraz miał taką siłę oddziaływania. (A było to spowodowane właśnie świetnym zarysowaniem fabuły i samej detektywistycznej intrygi). Dali nam więc obraz zwyczajnie dobry, ale nie wciągający do swojego świata tak mocno, jak poprzednik.

Na szczęście aktorstwo znów stoi na wysokim poziomie.

Oglądanie Roberta Downey’a Juniora jako Sherlocka przypomina oglądanie Johnny’ego Deppa jako Jacka Sparrowa. Obaj czują się jak ryba w wodzie, gdy przychodzi do grania swoich charakterystycznych postaci. Obaj skupiają na sobie całą uwagę. Potrafią bawić się rolą i wyciągać z niej wszystkie możliwe emocje. Sprawiają, że widz chciałby jak najdłużej obcować z ich bohaterami. Są tak interesująco spostretowani, że nie sposób nie chłonąć każdego z ich zachowań. I choć kolejne obrazy z ich udziałem są nieco słabsze od poprzednich, ich gra niezmiennie trwa na bardzo wysokim poziomie. Brawa należą się więc w stu procentach.

Niezmiernie ucieszył mnie fakt, że w części drugiej powróciła cała obsada znana z pierwotnego obrazu. Jude Law, Rachel McAdams, Kelly Reilly, a nawet Geraldine James, czy pies Gladstone, (który dostał nawet własny plakat ;)), pojawiają się na ekranie. Ich występ jest równie udany, co poprzednio, także oceniam go zdecydowanie na plus.

Nowy aktorski "narybek" serii, czyli Jared Harris, Noomi Rapace i Stephen Fry również wypadają przyzwoicie w swoich rolach, mimo że żadne z nich nie porywa swoją kreacją. O to jednak trudno, gdy dzieli się ekran z niedoścignionym Downeyem Jr., który kradnie każdą scenę dla siebie.

Muszę jednak powiedzieć, że moim zdaniem Profesor Moriarty mógłby być nieco bardziej ‚diaboliczny’ i nieobliczalny, gdyż jego osoba budziła zdecydowanie mniej emocji niż Lord Blackwood, choć ten bohater jest bardziej wpływowy i posiada szerszy arsenał możliwości działania. Być może jednak Moriarty celowo jest tak niecharakterystyczny, wyciszony i opanowany, skoro działa w sposób, który uniemożliwia powiązanie go z konkretnymi wydarzeniami? Trudno mi jednak w pełni uzasadnić takie scharakteryzowanie postaci. Na szczęście jest to uszczerbek, który nie psuje seansu, a jedynie pozostawia życzenie: mogło być lepiej.

Muzyka* Hansa Zimmera to wariacja na temat motywów znanych z części pierwszej. Bardzo zbliżona stylem, a mimo to nieco różniąca się od pierwowzoru. Tym razem jednak nie oddziaływała na mnie tak mocno, jak ta z "jedynki". Może dlatego, że współgrała z jaśniejszymi kadrami niż poprzednio i dlatego nie niosła tak dużej dawki emocjonalnej?

Pierwszy "Sherlock" Ritchiego podobał mi się tak bardzo, że widziałem go już ponad pięć razy. Nowa odsłona nie wciągnęła mnie tak mocno, jednak myślę, że ten film może zyskać przy ponownych seansach. Na razie stawiam 7/10, czyli oczko w dół względem wyśmienitej części pierwszej. (Także – zachęcam, choć już nie tak ochoczo, jak poprzednim razem).

 
Komentarze (9)

Napisane w kategorii Movies

 

M is for Murder and Mystery

18 maj

"Sherlock Holmes", czyli opowieść o najsłynniejszym detektywie świata, opowiedziana przez Guy’a Ritchiego, jest wyjątkowo ciekawie zarysowana i doskonale przyrządzona. Historia detektywa z Baker Street jest intrygująca, zabawna, nieco mroczna i szalenie wciągająca.

Oto jesteśmy świadkami nadprzyrodzonych wydarzeń, które mają miejsce w Londynie na przełomie XVIII/XIX wieku, w środek których zostaje wplątany Sherlock Holmes i jego wierny przyjaciel John Watson. Obaj panowie muszą rozwiązać zagadkę zmartwychwstania(!) tajemniczego Lorda Blackwooda, nim ten sterroryzuje całą ludność Londynu i dopuści się kolejnych wymyślnych morderstw.

Scenariusz filmu jest wyjątkowo ciekawy, bowiem zarówno zagadka krymialna, jak i intrygujący rys psychologiczny bohaterów, są na wysokim poziomie.
Ogromna w tym zasługa nie tylko samych scenarzystów, ale i ekipy aktorów, którzy stworzyli bardzo wyraziste i wielowymiarowe postaci.

Robert Downey Jr. jako Holmes wydaje się doskonale bawić swoją postacią, obdarzając ją specyficznymi cechami charakteru, wśród których są: nadludzka spostrzegawczość, specyficzne poczucie humoru, czy nieco szalone spojrzenie, które mówi, że po Sherlocku można spodziewać się naprawdę wszystkiego.
Jude Law jako dr. Watson także sprawdza się znakomicie. Panowie tak idealnie oddtwarzają swoje postacie, że podczas seansu nie wyobrażałem sobie, by mogli oni kiedykolwiek grać kogoś innego.

Równie dobrze radzą sobie Rachel McAdams i Mark Strong, którzy doskonale wczuwają się w rolę byłej narzeczonej oraz pałającego się czarną magią przeciwnika Holmesa.
Wszyscy sprawiają wrażenie, jak gdyby urodzili się w kanwach swoich postaci i w mistrzowski sposób nadają im życie.

Warto zauważyć też, że film Ritchiego jest niezmiernie klimatyczny. Scenografia wiktoriańskiej Anglii, stroje bohaterów i ich brytyjskie wychowanie, doskonała smyczkowa muzyka, czy panujący tutaj wszechobecny półmrok, tworzą razem bardzo tajemniczy i nastrojowy klimat, który szybko udziela się widzowi, pochłaniając go bez reszty.

Ogromnym atutem jest także ścieżka dźwiękowa*, przepełniona dźwiękami skrzypiec, cymbałów i pianina. Przywodzi ona na myśl irlandzkie pieśni i nadaje całości lekki, niezobowiązujący charakter. Odpowiedzialny za jej kompozycję Hans Zimmer, stworzył wspaniałe dzieło, które świetnie uzupełnia się z obrazem, i którego doskonale słucha się podczas seansu.
Nie dziwi więc szerokie uznanie dla utworów pana Zimmera, przejawiające się w licznych nominacjach do prestiżowych nagród.

Zresztą nie tylko muzyka zyskała uznanie. Także scenografia oraz kreacje aktorskie zostały dostrzeżone przez krytyków. W drugiej kategorii film zresztą odniósł ogromny sukces. Robert Downey Jr. został bowiem uhonorowany Złotym Globem dla Najlepszego Aktora, za swoją kreację słynnego detektywa.

Ogólnie rzecz ujmując – "Sherlock Holmes" w wizji Guy’a Ritchiego, jest świetnie przyrządzoną rozrywką, która przysparza wielu pozytywnych wrażeń i emocji. Z opisanych wyżej powodów, z całym sercem mogę go też serdecznie polecić.

Na zakończenie chciałem napisać jeszcze, że wiadomo już, że powstanie część druga przygód Sherlocka i że cała ekipa zgodziła się na kolejny występ. Te informacje szalenie mnie cieszą i już nie mogę się doczekać kolejnych przygód ekscentrycznego detektywa w wykonaniu tandemu Ritchie-Downey Jr.. :)

 
Brak komentarzy

Napisane w kategorii Movies

 
 

  • RSS