RSS
 

Notki z tagiem ‘true-blood’

To The Rescue!

20 mar

Po zaliczeniu „Dziewczyn” i „Spojrzeniu” na kalifornijskich chłopaków, przyszedł czas, aby napić się „Czystej”. ;) Tak, tak, HBO ostatnio rządzi moim kalendarzem. (A poniższy tekst jest lekko spoilerowy).

Szósty sezon „Czystej Krwi” rozpoczyna się dokładnie w momencie, w którym skończyła się poprzednia seria. Bill powstający z kałuży własnej krwi przeraża zgromadzonych w Authority, którzy ochoczo biegną do wyjścia, by się ratować. Do tego już pierwsze minuty pokazują jego nowe zdolności. To właśnie one staną się jednym z ważniejszych punktów sezonu, gdyż Bill (czy też, jak nazywa się go w nomenklaturze serialu, Billith) będzie kluczem do rozwiązania głównego problemu nowego sezonu. (A przynajmniej sam tak myśli). Głównym problemem „szóstki” jest natomiast otwarta wojna z wampirami, które zostają łapane i wywożone do specjalnego więzienia, w którym testowane są ich zdolności.

Wampirze więzienie to zresztą jeden z najciekawszych wątków sezonu, którzy grzęźnie w mnogości historii. Jest interesujący, gdyż stawia większość bohaterów w ciągłym zagrożeniu. Pod tym względem przoduje odcinek piąty, który wraz z finałem stanowią najlepsze odcinki sezonu. Pozostała część wątków, przez większość trwania szóstej serii prowadzona jest osobno i w zasadzie żadna z nich nie potrafi przykuć należytej uwagi. Najgorzej prezentują się wątki Alcide’a oraz Sama. Ten pierwszy, odkąd stał się Liderem Watahy, stracił cały zdrowy rozsądek oraz jakiekolwiek oznaki przyzwoitości. (Wilkołaki zresztą wciąż są najsłabszym elementem tego serialu. Produkcja HBO nie zyskała zbyt wiele po dodaniu tych istot do swojego świata. A przynajmniej ostatnimi czasy wątki z nimi związane wieją naprawdę złymi historiami. I pomyśleć tylko jak dobre rzeczy robią z tymi istotami producenci „Teen Wolfa”). Sam natomiast straszliwie miota się w tym sezonie, właściwie nie wiedząc co ze sobą robić, napędzany jedynie strachem. Mimo prób dramatyzacji tego wątku, naprawdę trudno się nim przejąć. A już momenty łączenie historii Alcide’a i Sama w jedną całość, wołają o pomstę do nieba. Na szczęście jednak koniec sezonu zapowiada uspokojenie się tych relacji oraz zarysowuje jakiś konkretniejszy cel dla wspomnianych postaci.

Szósty sezon to też kolejne rewelacje natury nadprzyrodzonej. Kiedy myślisz, że widziałeś już wszelkie możliwe nadprzyrodzone istoty w serialu, który niemal chlubi się tym, że co chwila wprowadza nowe stworzenia do swojej mitologii, nie zapomnij pomyśleć o hybrydach, które również mogą stąpać po tej ziemi. Tak, tak – „True Blood” zrobił to po raz kolejny i znów zaskoczył scenariuszowym pomysłem, wprowadzającym nowy gatunek istot nadprzyrodzonych. Na dodatek, jeśli myśleliście, że bycie pół-wróżką to najdziwniejsze, co ten serial zrobi z Sookie, spróbujcie tysiącletniego rodu Pierwszych Wrózek, którego Panna Stockhouse jest… księżniczką. Ach, ten guilty-pleasurowy poziom abstrakcji tego serialu, jest czasami taki rozkoszny.

Twórcom udało się także przekroczyć kolejną granicę dobrego smaku, poprzez ukazanie kolejnej niepotrzebnej eksplozji przemocy. Jeśli myśleliście, że dotychczas widzieliście już najbardziej obrzydliwą scenę morderstwa/wampirzego żywienia się, (a trzeba przyznać, że jest w czym wybierać), pomyślcie ponownie. Przedostatni odcinek serwuje nam wyjątkowo bolesną (na pewno z męskiego punktu widzenia) metodę uśmiercenia człowieka.

Zawodzi także to, co twórcy robią z postacią Worlowa. Pod koniec poprzedniej serii wydawało się, że to będzie Główny Zły nowej serii. Aż szkoda gadać co tak naprawdę z tego wyszło. Nieźle wypadają za to powroty starych twarzy (przoduje w tym Sarah Newlin, której zachowanie jest jeszcze bardziej pokręcone i sukowate, niż dotyczczas) oraz pojawienie się nowych postaci. Willa, córka gubernatora oraz wampirzyca Violet (grana przez Polkę, Karolinę Wydrę, znaną również z „Doktora House’a) dodają serialowi trochę humoru oraz „świeżej krwi” napędowej. Nieźle wypada też ścieżka dźwiękowa, a w szczególności piosenki, wieńczące odcinki. Moją uwagę w szczególności przykuły „Who Are You, Really?” Mikky’ego Ekko, „The Sun” The Naked And The Famous, zaskoczyły słowa „Fuck The Pain Away” … (lekko mówiąc jest disturbing) oraz, co chyba oczywiste, „Radioactive” Imagine Dragons. Zupełnie nie kupiła mnie zaś muzyka z „Dead Meat”.

Na szczęście ostatni odcinek bardzo ładnie zamyka większość wątków tej serii, a nawet… całego serialu, prezentując całkiem przyzwoity poziom. „Radioactive” spokojnie mogłoby służyć za finał produkcji, gdyby wyciąć z niego ostatnią scenę przed knajpą Sama. Z drugiej strony kolejna wariacja na temat koncepcji „my kontra oni” może jeszcze przynieść coś ciekawego, o ile twórcy wyciągną jeszcze jakiegoś asa z rękawa. Czy tak się stanie, przekonamy się już za kilka miesięcy.

Ostatni odcinek posiada jedną z najlepszych scen tej serii, która sprawia również, że „Radioactive” mogłoby stanowić zwieńczenie produkcji. Chodzi o moment skupiony na Tarze. Bardzo zgrabna scena, która pokazuje co leżało kiedyś u serca sukcesu tego serialu – nietypowe relacje (nie tylko) międzyludzkie.

Mimo morza goryczy, wylanego w tym wpisie, muszę stwierdzić także, że nadal mi się to całkiem nieźle oglądało. Może to magia oglądania serialu hurtem, wszystkich odcinków za jednym zamachem (a szóstą serię obejrzałem w przeciągu dwóch, trzech dni), ale dzięki niektórym wątkom, serial nadal przysparzał mi radość. Mniejszą i nie w takim natężeniu, jak kiedyś, ale jednak przyjemność z oglądania. Mimo wszystko czekam więc na kolejny sezon, który ma być zresztą zwieńczeniem historii. Jeśli więc siódma seria utrzyma poziom ostatnich dwudziestu minut ostatniego odcinka, szykuje się naprawdę niezła zabawa.

Ocena: 5+/10

+ Najlepsze Odcinki:

6×05 „Fuck The Pain Away” Interesujące zawiązanie akcji (większość bohaterów w niebezpieczeństwie), ciekawe retrospekcje oraz wreszcie porządny cliffhanger, sprawiający, że nie można się doczekać kolejnego odcinka.

6×10 „Radioactive” Głównie za bardzo zgrabny segment „sześć miesięcy później”, ukazujący interesującą rzeczywistość, swoisty „new age”, jak mówi się o nim w rytm najlepszej piosenki Imagine Dragons.

 
Komentarze (2)

Napisane w kategorii TV Shows

 

Us against Them!

07 mar

Idąc za ciosem Milczącego Krytyka, który po kilku miesiącach od obejrzenia, opisał swoje wrażenia po „True Blood”, postanowiłem uczynić to samo i odświeżyć swoje luźne notatki utworzone tuż po obejrzeniu piątej serii. Żeby tradycji stało się zadość i żeby wejść w szósty sezon z lekką przypominajką tego, co widziałem w poprzednich dwunastu odcinkach.

Piąty sezon „True Blood” przypadł mi do gustu bardziej niż czwarta odsłona serialu. Wątki, choć równie przesadzone, co wcześniej, wydały mi się jednak ciekawsze i przysparzające innych wrażeń. Tym, czym sezon różni się od poprzednich jest fakt, iż dostajemy tu więcej równoległych, niepowiązanych ze sobą historii. W zasadzie brak też konkretnego głównego wątku. Niby za taki może uchodzić wampirza sekta wierzących w boginię Lilith, jednak muszę przyznać, że jedynie fragmenty tego wątku przypadły mi do gustu, a większość tej historii pozostawiła mnie zupełnie obojętnym. Udało mi się jednak wynotować interesującą uwagę dotyczącą tej historii: Choć sezon piąty przedstawia dużo dziwniejsze wątki, to jednak, zaskakująco, są one także bardziej prawdopodobne. Kult wampirów? „Piątka” pokazuje jak mocno silne przekonania i religia są w stanie zamroczyć zdrowy rozsądek i spowodować wypaczenie pierwotnych założeń. Ta prosta teza zostaje ukazana w chory, odpowiednio pokręcony, „true-bloodowy” sposób. Chyba ostatecznie nieco zbyt pokręcony, jak na mój gust, bo gdzieś w połowie straciłem do niego serce.

Wątkiem, który przypadł mi do gustu najbardziej, to część sezonu, związana z poszukiwaniami Russella Edgingtona, który został przez kogoś wykopany z miejsca pochówku. Poszukiwania wiążą się z ponowną współpracą zwaśnionych: Billa, Erica oraz Sookie, z gwiazdą towarzysząca w postaci Alcide’a. Odcinek, w którym Drużyna S udaje się na „misję” był jednym z lepszych w tej serii. Jak więc widać na tym prostym przykładzie – niezłe wątki mieszają się tu ze słabymi.

Resztę wątków możnaby opisać jako: My kontra Oni. Dostajemy kilka niecodziennych połączeń zwaśnionych stron: Bill i Eric kontra Authority; Bill, Eric oraz Authority kontra świat; „The Obamas” kontra „Sups” w Bon Temps; Alcide kontra wataha. Do tego niezłe wątki: Terry i klątwa Bogini Ognia, czy Andy i jego relacja z Holly oraz rozwiązanie jednonocnej zabawy z wróżką. Najciekawszym z nich jest chyba kwestia Tary i jej prób odnalezienia się w rzeczywistości jako wampir (ze szczególnym uwzględnieniem jej relacji z Pam).

W ogólnym rozrachunku – nie jest źle, choć to juz powoli cień serialu, którym „Czysta Krew” była kiedyś. Nowy sezon oddalił się od tego, czym produkcja byla na początku. Żądło krytyki amerykańskiego południa i podejścia do „inności” nieco się już stępiła, wchdząc raczej w stronę produkcji, ukazującą najdziwniejsze pomysły wyobraźni scenarzystów (oraz autorki książek Charlane Harris). Widać to chociażby w fakcie, iż nowy sezon jest brutalniejszy. Nie chodzi tylko o częstotliwość zabójstw i ilość przelanej krwi, ale o mniejsze uzasadnienie tego przelewu. Zdaje się, że brutalność stała się obecnie celem samym w sobie, mającym na celu jedynie szokowanie widza.

Ostatni zalew produkcji o tematyce nadprzyrodzonej sprawił, że True Blood nie znajduje się już w ścisłej czołówce opowieści z elementem supernaturalnym. Nie oznacza to jednak, że źle się go ogląda. To takie guilty-pleasure, które przestało właśnie udawać, że jest czymś więcej niż tylko przesadzoną wariacją na temat tych nadprzyrodzonych istot. Chyba więc dobrze, że sezon siódmy będzie już tym finałowym.

PS. Piąty sezon zdradza nam też mimochodem, że Albert Einstein był pół-wróżką. Naprawdę coraz ciekawsze te rewelacje! ;)

 
Brak komentarzy

Napisane w kategorii TV Shows

 

„Vamp Up!”

11 mar
Czwarty sezon "True Blood" jest najspokojniejszą ze wszystkich dotychczasowych odsłon serialu. 

Produkcja Alana Balla wytraciła gdzieś swoje zawrotne tempo wydarzeń i zaskakujące zwroty akcji, które tak mocno przyciągały uwagę w dwóch pierwszych sezonach. Nowa seria, jeszcze bardziej niż poprzednia, skupiła się na życiu osobistym bohaterów, tajemnicze wydarzenia spychając na dalszy plan.
Na szczęście nie oznacza to, że nową "Czystą Krew" ogląda się źle. Serial wciąż przysparza różnorodnych wrażeń, choć już na zdecydowanie mniejszą skalę niż dwa sezony temu. Nie jest to już emocjonalna jazda bez trzymanki, którą twórcy fundowali nam wcześniej, a raczej "spokojna" opowieść o "zwyczajnym" życiu na Południu Stanów. (Oczywiście w ramach przyjętej konwencji, stąd użycie cudzysłowów). Nowy sezon ogląda się z zainteresowaniem, ale już nie z wypiekami na twarzy. Niestety. 

Końcówka "trójki" zapowiadała, że wątek umiejętności Sookie będzie stanowił jedną z najważniejszych osi fabularnych nowego sezonu. "Czwórka" pokazała jednak, że: Nic z tych rzeczy! Wątek bohaterki w tym kontekście dość szybko znika ze świadomości twórców. W najnowszych odcinkach skupiają się raczej na innych aspektach jej osobowości. Ten fragment opowieści nadal obfituje więc w większą liczbę niewiadomych niż odpowiedzi. Być może najnowsze odcinki skupią się w większym stopniu na "magiczności" Sookie. Ostatnie odcinki zdają się na to wskazywać. Może wtedy serial znów ruszy z kopyta? Szczerze na to liczę. 

O ile nie rozwinięto w pełni opowieści o "gatunku", z jakiego wywodzi się Sookie, o tyle mocno skupiono się na drugiej grupie nadprzyrodzonych istot, które pojawiły się w Bon Temps, pod koniec sezonu trzeciego. Obecność Konwentu Czarownic w miasteczku, stanowi jeden z najważniejszych wątków nowej serii. Na czele Ugrupowania stoi Marnie. Kobieta, która czuje się osamotniona i odrzucona przez społeczeństwo. Praktyki magiczne pozwalają jej poczuć, że ma kontrolę. Szybko zacznie więc wykorzystywać swoje zdolności przeciwko innym. 
W roli Marnie wystąpiła Fiona Shaw, znana z serii o "Harrym Potterze". Ta irlandzka aktorka wypadła wyjątkowo ciekawie, tworząc interesującą postać. Ba, nawet dwie postaci. W pewnym momencie czarownica dzieli bowiem ciało z Duchem spalonej na stosie wiedźmy, która tułała się przez wieki po zaświatach, pragnąc zemsty na swoich oprawcach. Teraz, dzięki Marnie, ma szansę wprowadzić swój plan w życie. Aktorka świetnie poradziła sobie z podwójną rolą. Dzięki temu zabiegowi, jej bohaterka jest niejednoznaczna. A to sprawia, że bardzo dobrze ogląda się ją na ekranie. 

Drugim ważnym wątkiem "czwórki", jest opowieść o "Łagodnym Ericu". Szeryf Bon Temps zostaje zaczarowany przez czarownice, w wyniku czego traci pamięć, do stanu nowonarodzonego wampira. Eric, nie pamiętający swojej mrocznej przeszłości, zachowuje się niemalże jak napalony nastolatek. Do tego zaczyna w łagodny sposób okazywać swoje uczucia wobec Sookie. Muszę przyznać, że taka "wersja" wampirzego szeryfa średnio przypadła mi do gustu. Eric był dużo ciekawszy, gdy był pozbawionym wszelkich skrupułów wampirzym Wikingiem. W wersji "light" jest zbyt pokorny i wrażliwy. Zbyt zagubiony w otaczającej go rzeczywistości. (Aż chciałoby się do niego powiedzieć to, co w jednej ze scen mówi Bill do Jessici: "Vamp Up!"). 

Pozostałe wątki, wśród których możemy znaleźć: kryzys w związku Hoyta i Jessici, dalsze niesnaski i problemy w rodzinie Merlottów, nadprzyrodzone zdolności Jesusa i Lafayetta, nieciekawe położenie policjanta(!) Jasona, czy "szatańskie" dziecko Arlene, stanowią tło dla dwóch głównych Historii sezonu czwartego. 

Plusem najnowszej serii jest fakt, że nie wprowadziła ona do świata przedstawionego żadnych nowych nadprzyrodzonych stworzeń. Czwarty sezon operuje "jedynie" bytami, które pojawiły się w poprzednich odsłonach produkcji. I dobrze. Gdyby twórcy utrzymali zawrotne tempo pojawiania się istot nadprzyrodzonych, narzucone w poprzedniej serii, do końca czwartej zabrakłoby w serialu ludzkich bohaterów. I choć przeczuwam, że z końcem ostatniego odcinka, rzeczywiście tak się stanie, dobrze, że chwilowo zbastowano z tempem wprowadzania nie-ludzi do fabuły. 

Dwa słowa o muzyce. Jest dobra. ;) Zwróciłem w szczególności uwagę na dwa utwory: "Burning Down The House" Talking Heads, (w wykonaniu The Used) i "When I Die" zespołu The Heavy. 

Plotki* o filmie kinowym, wieńczącym serial, okazały się nieprawdziwe, (przynajmniej na razie). Najnowszy sezon wraca na ekrany telewizorów w czerwcu. Mimo słabnącej formy, na pewno ponownie zasiądę do serialu. W oczekiwaniu na nowe odcinki, obejrzę natomiast najnowszy sezon zaskakująco przyzwoitych "The Vampire Diaries". Być może wkrótce napiszę czemu i Wam to polecam. 

PS. Ciekawostką, z którą zostawiam Was na koniec, jest informacja, że Ludwik Pasteur był/jest wampirem. Tę rewelację chyba najlepiej skomentuje "nieomal cytat" z samego badacza: O, cholera! ;)

 
Komentarze (2)

Napisane w kategorii TV Shows

 

„We drink the True Blood. The Human Blood.”

30 sty


Trzeci sezon "True Blood" stracił sporo z werwy, cechującej poprzednie serie.
Tempo jest słabsze, dylematy bardziej wydumane, zagadki mniej tajemnicze, a cliffhangery nie zachęcają już tak bardzo do następnych odcinków, jak kiedyś.


Wszystko to wynika z innego zarysu fabuły. Poprzednio motorem napędowym były zagadki, których rozwiązaniem zajmowali się bohaterowie. Teraz więcej czasu poświęcono na zgłębienie charakterów poszczególnych postaci i przybliżenie ich sposobu myślenia, i zachowania. Nie mogę powiedzieć, że nie jest to ciekawe, jednak zdecydowanie mniej porywające niż wydarzenia dwóch poprzednich serii.

Można powiedzieć, że trochę spiłowały się kły tego serialu. Jest to o tyle zaskakujące, że w tym sezonie kłów akurat przybyło. Głównie za sprawą watahy wilków-wilkołaków(!).
Niestety potencjał, wynikający z pojawienia się tych stworzeń w Bon Temps, nie został w pełni wykorzystany. Ich rola sprowadza się bowiem jedynie do bycia podwładnymi wampirów (sic!). Właściwie – jednego wampira. Russella Edigntona. Nieumarłego, którego ambicją jest… rządzić światem(!).
Postać Edingtona jest jednym z najciekawszych elementów nowego sezonu. Russell jest bowiem doskonałym "bad-guyem". Szalonym, nieobliczalnym i żądnym władzy. Na dodatek cechuje go wysoka kultura osobista oraz ciekawe poczucie humoru, objawiające się częstymi sarkastycznymi uwagami. Edington interesująco wypada na ekranie, gdyż to, co robi, jest zaskakujące i szokujące (najlepszym przykładem – jego specyficzny występ w telewizji!).

Znaczącym elementem fabuły jest także wątek rodziny Sama. W "trójce" poznajemy jego matkę shape-shifterkę, zwyczajnego ojca oraz brata(!), który też odziedziczył nadprzyrodzone zdolności.

Pod koniec drugiego sezonu niezmiernie się cieszyłem, że dowiemy się czegoś więcej na temat pochodzenia umiejętności Sama. Oglądając "trójkę" niestety nieco się zawiodłem. Nowe odcinki nie oferują bowiem odpowiedzi na nurtujące mnie pytanie o przyczynę tych zdolności. Jedyne, czego się dowiadujemy, to fakt, że matka oddała Sama do adopcji rodzinie Merlottów, zaraz po jego narodzinach. Liczyłem na więcej!

Ten wątek jest niezły, ale nieco zbyt "zwyczajny", jak na mój gust. Za mało w nim nadprzyrodzonych elementów, rzucających światło na charakterystykę dziwnego zjawiska, jakim jest przekształcanie się w dowolne zwierzę.
Być może historia rodziny Sama rozkręci się w następnym sezonie?! Oczywiście, jeśli ten wątek jeszcze się nie zakończył. (Serię kończy cliffhanger, więc nic nie jest pewne).

Warto wspomnieć także o wątku wyjaśniającym zdolności Sookie.
W odróżnieniu od wątku Sama, tutaj dowiadujemy się jaka jest przyczyna szczególnych umiejętności głównej bohaterki. Tym razem odpowiedź jest jednak aż nadmiernie nadprzyrodzona. Dość powiedzieć, że sama Sookie powie: "I’m a …?! How fucking lame!", gdy dowie się o pochodzeniu swoich zdolności. Nie chcąc zdradzać więcej, napiszę jedynie, że wyjaśnienie jest szalenie zaskakujące, a komentarz bohaterki – uzasadniony.

"Trójka" postawiła również na znaczną rozbudowę wątków homoseksualnych. Napięcie erotyczne pomiędzy przedstawicielami tej samej płci jest tu mocno wyczuwalne, a niektóre "parowanie" bohaterów mocno zaskakujące, (scena z Billem i Samem w jednym z pierwszych odcinków była strasznie dziwna).

Poza rozwijaniem głównych elementów fabuły, twórcy "pojechali też po bandzie", szokując widza "pokręconymi" scenami seksu (dosłownie!), czy puszczczając wodze wyobraźni bez ograniczeń, przy wprowadzaniu nowych nierzeczywistych istot.
W sezonie trzecim dowiadujemy się o istnieniu tak dziwnych nadprzyrodzonych stworzeń, że pytanie, które pada z ust Jasona: "Czy Święty Mikołaj też istnieje?", staje się w pełni uzasadnione. Okazuje się bowiem, że w świecie tego serialu, wszystko jest możliwe.

Nie chcę wchodzić w więcej szczegółów dotyczących fabuły.
Napiszę jedynie, że sezon trzeci dobrze się ogląda. Mimo, że rozrywka jest mniejsza niż przy poprzednich odsłonach. "Trójka" nie budziła we mnie tak silnych emocji, jak wcześniejsze serie, a rozwiązania fabularne mniej mnie przekonywały. Jest po prostu dobrze. Szkoda, że nie świetnie.

Niedawno wyczytałem, że sezon czwarty ma być ostatnią telewizyjną odsłoną serialu, po której mamy dostać film kinowy. Patrząc na lekką tendenję spadkową formuły, takie rozwiązanie bardzo mi odpowiada. (Zobaczymy jednak jak się sprawy potoczą).

PS. Z zadowoleniem stwierdziłem, że smak napoju Tru Blood się nie zmienił. Mogłem więc nadal delektować się jego słodkim smakiem, podczas seansu kolejnych odcinków.
Odkryłem też, że sprzedaż butelkowanej "Czystej Krwii" prowadzona jest już nie tylko przez serwis HBO.com, ale również przez sieć amerykańskich sklepów Borders. Jeśli więc będziecie mieli szansę być w jednym z nich, serdecznie polecam Tru Blood. :) Napój prawdziwego fana! ;)

 
Komentarze (4)

Napisane w kategorii TV Shows

 

The Confession

10 paź

Jakiś czas temu odkryłem stronę internetową MyEpisodes.com. Pozwala ona być na bieżąco ze wszystkimi terminami premier najnowszysch odcinków oglądanych seriali, jak również oferuje bardzo ciekawą funkcję nazwaną: "Time I’ve wasted". System w szybki sposób podlicza wszystkie obejrzane odcinki i mówi człowiekowi jaką część swojego życia spędził przed telewizorem/komputerem, zapatrzony w życie swoich ulubionych serialowych postaci.

W tym wpisie chciałem zaprezentować wszystkie oglądane przeze mnie seriale, których oglądanie zajęło mi łącznie*: 2 miesiące, 3 tygodnie i 20 godzin.
Swoją drogą będzie to też wersja 2.0 wpisu, którym reaktywowałem działalność swojego bloga w listopadzie 2008.

NEW(EST) SHOWS

 

Glee
Objawienie zeszłego serialowego sezonu, choć posiada kilka wad, to dzięki ciekawym aranżacjom znanych hitów, doskonale śpiewającej obsadzie i karykaturalnym postaciom, zdecydowanie daje radę i powala widzów swoją pozytywną energią!
No i ta Jane Lynch jako Sue Sylvester! :)

Cougar Town 
Komediowe spojrzenie na kryzys wieku średniego. "40-tka to nowa 20-tka" i te klimaty. Jules Cobb stara się na nowo przeżyć swoją młodość, co prowadzi do ciekawego zestawienia tego, co wypada jej robić, z tym, co rzeczywiście robi.
Specyficzni, zabawni bohaterowie i powrót Courtney Cox do komediowych korzeni. Choć mogłoby się wydawać, że temat nie jest pierwszej świeżości, to jego intrygujące wykonanie, pokazuje, że jeszcze nie wszystko zostało powiedziane.

Chuck 
Zwyczajny "nerd", pracujący w sklepie elektronicznym, przez przypadek staje się posiadaczem wszystkich rządowych sekretów. Zestawienie jego rutynowego życia z nowymi obowiązkami, rodem ze świata agentów specjalnych, daje bardzo zaskakujące efekty i tworzy intrygującą fabułę. Dodatkowo pełno tu odwołań do science-fiction, gier i komiksów, a także szeroko rozumianej kultury popularnej.

Royal Pains 
Wakacyjny serial, opowiadający o "concierge doctor" – lekarzu, który przyjedzie do domu i na miejscu wykona wszystkie niezbędne zabiegi. Z tego powodu Hank Lawson ma w sobie coś z McGayvera, gdyż niektóre sprzęty ratujące życie potrafi stworzyć ze zwykłych przedmiotów domowych. Oprócz ciekawych przypadków medycznych, intrygują także relacje lekarza z rodziną i znajomymi. Najzabawniejszym elementem tego przyjemnego serialu jest natomiast brat głównego bohatera – człowiek ze smykałką do interesów i burzą niecodziennych pomysłów.

True Blood 
Wampiry są wśród nas! Dzięki syntetycznej krwi, stworzonej przez Japończyków, mogą żyć tak, jak normalni ludzie. Oczywiście niektóre preferują swój stary tryb odżywiania, co z wiadomych względów budzi zastrzeżenia ludzi. W dotychczasowych dwóch sezonach (trzeci jeszcze przede mną) najciekawszym wątkiem w mojej opinii były zmagania wampirzej braci z Kościołem Fanatyków, pod wdzięczną nazwą: Fellowship of the Sun.
Ta produkcja posiada bardzo ciekawy, mroczny klimat oraz intrygujących bohaterów, dzięki czemu wyśmienicie się ją ogląda.

OLD(ER) SHOWS

Heroes 
Zwykli ludzie, którzy odkrywają, że posiadają nadprzyrodzone zdolności, to bardzo ciekawy, choć niekoniecznie innowacyjny, koncept. Pierwszy sezon "Herosów" pokazał jednak, że z takiego tematu można naprawdę wiele wyciągnąć. "Jedynka" jest bowiem doskonale napisana, a kolejne odcinki ogląda się z dużym zaangażowaniem. Niestety później poziom meandruje – obok bardzo dobrych epizodów są te zwyczajnie kiepskie. Choć "czwórka", którą obecnie oglądam, jest już zbliżona do poziomu "jedynki", to jednak nie była to wystarczająca poprawa, by uchronić serial od kasacji.

House 
Cyniczny i denerwujący pacjentów doktor oraz dziwne przypadki medyczne, a także bardzo specyficzne, często niejednoznaczne relacje lekarza z otoczeniem, są tym, co najbardziej przyciąga w tej produkcji. Swoją drogą im dalej, tym lepiej. Za najlepsze sezony uważam bowiem piąty i czwarty (w tej kolejności). Z niewiadomych powodów ciągle nie obejrzałem jeszcze "szóstki", ale już szykuję się, by zacząć nadrabiać te zaległości.

Desperate Housewives 
Mieszkanki Wisteria Lane i ich specyficzne problemy. "Gospodynie domowe" z Fairview rzeczywiście są "Gotowe na wszystko", by dopiąć swego. Nawet, jeśli będą musiały użyć "desperackich" środków, by tego dokonać.
Kolejne sezony, choć stopniowo upadają na poziomie, dalej dają radę i przysparzają wielu sytuacji do szczerego śmiechu.

Gossip Girl 
NYC, Manhattan, Upper East Side. To tam dzieje się akcja serialu, którego głównymi bohaterami są bogate i piękne nastolatki. Fabuła to w zasadzie masa intryg i knowań oraz miłosna rotacja pomiędzy poszczególnymi postaciami. W przeciągu trzech lat twórcom udało się zapełnić większość kombinacji zasady "każdy z każdym".
W skrócie – "totalny guilty pleasure". ;)

Grey’s Anatomy 
Rozterki uczuciowe grupy stażystów z Seattle Grace Hospital, w połączeniu z zaskakującymi, a często też dziwnymi przypadkami medycznymi, stanowią o sile tego serialu. Dostajemy też wiele skłaniających do śmiechu sytuacji oraz doskonały soundtrack. Wszystko to sprawia, że "Chirurgów" ogląda się z dużą przyjemnością.

How I met your mother
Choć przygody Teda i spółki przypominają te, które przeżywali "Przyjaciele", serial posiada własny, odmienny styl i prezentuje nieco inny styl humoru. Mnie ogląda się go doskonale. Sam nie wiem czy to z powodu podobieństw, czy właśnie dzięki różnicom.
Dodatkowo jest to serial, który wspomógł mnie podczas obu sesji zimowych na uczelni i już szykuję się na to, że przy najbliższej będzie podobnie. :)

+ Bonus: ANIMATED SHOWS

Family Guy
Animacja zdecydowanie skierowana do dorosłych. Twórca kreskówki – Seth McFarlane nabija się w niej bowiem dosłownie ze wszystkiego i wszystkich, często przełamując tematy tabu, czy wręcz szokując dla samego efektu szokowania. Panujący tu humor jest jednak szalenie ciekawy i piekielnie zabawny, momentami przekraczając nawet granice absurdu.
(Moja przygoda z tym obrazem zaczęła się przy odcinkach specjalnych, parodiujących "Gwiezdne Wojny". W te wakacje poszedłem o krok dalej. Dzięki darmowemu pilotowi, rozdawanemu na iTunesie, który szalenie mi się spodobał, jestem obecnie po dwóch seriach oraz kilku odcinkach z innych sezonów).

Kim Possible 
Disneyowska opowieść o cheerleaderce ratującej świat pełna jest zabawnych scen, ciekawych odniesień do kultury popularnej oraz zaskakujących zwrotów akcji. Serial ogląda się z dużą przyjemnością, gdyż zwyczajnie relaksuje i przysparza pozywytnych wrażeń.

The Emperor’s New School 
Serialowa wersja przygód cesarza Kuzco, znanego z "Nowych szat króla" ("Emperor’s New Groove"). Wyjątkowo zgrabna i udana, bo korzystająca z doskonałych chwytów, sprawdzonych już w pierwowzorze, (który nota bene zaliczam do swoich ulubionych filmów). :)

C.D.N

 
Komentarze (2)

Napisane w kategorii TV Shows

 

A Drop of Blood

12 cze

W poprzednim wpisie jedynie o nich wspominałem, teraz pomyślałem sobie – co mi szkodzi, żeby je umieścić?
Mowa o sześcioodcinkowej serii mini-epizodów, zatytułowanych "A Drop of True Blood", które mają umilić czas fanom w oczekiwaniu na najnowszy sezon serialu. A jako, że powrót nastąpi już jutro wieczorem (u nas w środku nocy), to bardzo odpowiedni moment, by je obejrzeć. :)
Sam z ogromną chęcią się za nie zabiorę, także umieszczam pliki wideo bezpośrednio na stronie.
Enjoy!

   

   

   

 
Brak komentarzy

Napisane w kategorii Bez kategorii

 

A Drop of Blood

12 cze

W poprzednim wpisie jedynie o nich wspominałem, teraz pomyślałem sobie – co mi szkodzi, żeby je umieścić?
Mowa o sześcioodcinkowej serii mini-epizodów, zatytułowanych "A Drop of True Blood", które mają umilić czas fanom w oczekiwaniu na najnowszy sezon serialu. A jako, że powrót nastąpi już jutro wieczorem (u nas w środku nocy), to bardzo odpowiedni moment, by je obejrzeć. :)
Sam z ogromną chęcią się za nie zabiorę, także umieszczam pliki wideo bezpośrednio na stronie.
Enjoy!

   

   

   

 
Brak komentarzy

Napisane w kategorii TV Shows

 

Nothing but the Blood

11 cze

Drugi sezon "Czystej Krwi" rozpoczyna się dokładnie w momencie, w którym skończył się pierwszy – gdy Sookie wraz z Tarą i Samem odnajdują czyjeś ciało w samochodzie, na parkingu przed barem.
Okazuje się, że jest to ciało kobiety, która ma wycięte serce(!).
To dziwne morderstwo będzie pierwszą z zagadek nowego sezonu.

W "dwójce" dostajemy dwa główne wątki napędzające fabułę oraz całą masę pomniejszych historii, które także są szalenie intrygujące, a czasami nawet okazują się częścią większej całości.
Dwoma przewodnimi wątkami, o których mowa są: tajemnicza kobieta Maryann, która wydaje się mieć jakąś magiczną moc nad mieszkańcami miasteczka, oraz zatarg pomiędzy wampirami, a Fellowship of the Sun, chrześcijańską organizacją, która nienawidzi tych "stworzeń Ciemności". 

Choć oba wątki są intrygujące i ciekawie poprowadzone, mi do gustu dużo bardziej przypadł ten z "boskim ugrupowaniem". Może dlatego, że jest krótszy, przez co napakowany akcją do granic możliwości?
Szczególne wrażenie zrobiły na mnie odcinki 7 i 8 ("Release Me" i "Timebomb") , w których otrzymujemy "misję ratunkową", mającą na celu oswobodzenie schwytanego przez Kościół 2000-letniego wampira Godryka oraz nagły przebłysk rozumu w głowie Jasona Stockhouse’a i jego zmianę frontu działania. Te dwa odcinki to po prostu szalona rollercoasterowa jazda i chyba najlepsze odcinki serialu. Chociażby dla nich warto sięgnąć po dzieło Alana Balla.

Kilka pobocznych wątków też jest niezmiernie ciekawych. Poczynania Jessici, czyli wampirzycy stworzonej przez Billa w pierwszym sezonie, należą właśnie do tej kategorii. Jessica nie do końca radzi sobie ze swoją nową rolą i dość ciężko przystosować się jej do sytuacji, w której się znalazła. Sprawy dodatkowo utrudnia fakt, że Jessica bliżej zaznajamia się z Hoyttem Fortenberrym, co choć jest dla niej niezmiernie pozytywnym doznaniem, ukazuje jej jak bardzo jej obecny stan różni się od zwykłego ludzkiego życia. Jej historia jest ciekawie poprowadzona i przysparza wielu pozytywnych wrażeń, gdyż często związana jest z całkiem zabawnymi i zaskakującymi sytuacjami.

Jedną z nich jest przygotowywanie przez Hoytta odpowiedniego nastroju dla ich pierwszej wspólnie spędzonej nocy, (która na dodatek będzie ich inicjacją seksualną), przy dźwiękach "Bleeding Love" Leony Lewis. Szczerze mówiąc bardzo odpowiada mi takie poczucie humoru. ;)

Ciekawe są również wątki dotyczące ludzi ze zdolnościami. Okazuje się bowiem, że na świecie żyje więcej telepatów, takich jak Sookie oraz shape-shifterów, takich jak Sam. Wprawdzie innych przedstawicieli ich "gatunków" nie oglądamy długo, jednak ich pojawienie się jest bardzo ciekawe, ze względu na informacje, jakich dzięki nim dowiadujemy się o naszych bohaterach i ich umiejętnościach. Cieszę się też na to, że w sezonie trzecim najprawdopodniej dowiemy się o nich jeszcze więcej, gdyż rozwój wydarzeń wskazuje na dokładnie taki obrót spraw.

Nie chcę wchodzić już w więcej szczgółów dotyczących fabuły. Powiem jedynie, że "True Blood" jest nadal doskonale napisany, wyreżyserowany i zagrany, tak że każdy odcinek jest szalenie wciągający i niezmiernie emocjonujący. Ostatnimi czasy mało który serial budzi we mnie aż tak silne fizyczne reakcje i głębokie emocjonalne zaangażowanie. I choć pod koniec sezonu zawrotne tempo wydarzeń nieco spowalnia, to i tak serial nadal bardzo dobrze się ogląda.
Z ogromną chęcią sięgnę po sezon trzeci, (którego premierowy odcinek wyemitowany zostanie już 13 czerwca), kiedy już uzbiera się odpowiednia pula nowych odcinków. To dlatego, że cliffhangery w tym serialu są tak perfekcyjnie skonstruowane, że nie wyobrażam sobie, żebym mógł oglądać jedynie jeden odcinek na tydzień.

To w zasadzie tyle z informacji, jakimi chciałem się podzielić w temacie drugiego sezonu "True Blood". To jednak nie koniec tego wpisu, gdyż chciałem poruszyć jeszcze kilka dodatkowych spraw.


Pierwszą z nich jest kilka słów o napoju Tru Blood. Tak jak zapowiadałem, podczas swojego zeszłorocznego wyjazdu zbadałem czy krwisty napój rzeczywiście dostępny jest w sklepach.
Odpowiedź jest następująca – i tak, i nie!
Nie, ponieważ w zasadzie dystrybucja napoju prowadzona jest jedynie przez internetowy sklep HBO.com, gdzie można zamówić sobie czteropak, bądź większą ilość syntetycznej krwi, za dość przystępną cenę 16 dolarów za cztery 400ml butelki. (Niestety dostawa przewidziana jest tylko na terenie USA i Kanady, ale są ludzie na eBay’u, którzy sprzedają napój już na globalną skalę).
Tak, ponieważ jakimś niespodziewanym zbiegiem okoliczności natrafiłem na pojednyczny sklep, który sam zamówił opakowania "krwi", wprowadzając ją do zwykłej dystrybucji. Możliwe więc, że nie tylko sprzedawcy Hot Topica w centrum Hollywood & Highland wpadli na ten pomysł.

Stałem się więc (prze)szczęśliwym posiadaczem "syntetycznej krwi". :D I z chęcią podzielę się zdobytymi wrażeniami.
Tru Blood jest bardzo smacznym i bardzo słodkim napojem o smaku "krwawej pomarańczy". Jego konsystencja jest jak konsystencja innych lekko-gazowanych napojów, a nie taka jaka "być powinna", czyli gęsta i lepka, jak sama krew. (Co zresztą byłoby do osiągnięcia, chociażby poprzez zastosowanie mikstury, jaka stosowana jest do wytworzenia serialowej "syntetycznej krwi").
Jeśli chodzi o sam smak napoju, to zaskakująco przypomina on mocno… tabletki musujące Plusssz zmieszane z pomarańczowo-brzoskiwiowym napojem Tymbarka. Dodatkowo znajduje się w nim duża zawartość cukru, co daje bardzo słodki posmak.
Choć nie jestem do końca przekonany czy samodzielne zmieszanie tych składników dałoby identyczny efekt smakowy, to jednak właśnie takie konkretne skojarzenia przyszły mi i S. do głowy po spróbowaniu tego napoju.
Jedno jest jednak pewne – Tru Blood jest naprawdę smaczne i mogę je szczerze polecić jako przemiły dodatek do doskonałego serialu. :) (Jako prezent dla fana sprawdza się więc znakomicie).

Drugą ciekawą sprawą jest informacja dotycząca zlotu fanów serialu, który ma się odbyć w dniach 6-8 sierpnia w Northampton, w Wlk. Brytanii. Więcej na ten temat można przeczytać tutaj. Może ktoś z Was akurat będzie miał szansę się tam wybrać? :)

Ostatnią rzeczą, o jakiej chciałbym wspomnieć, są mini-epizody, stworzone przez Allana Balla, aby umilić widzom czas oczekiwania na trzeci sezon serialu. Ich sześcioodcinkowa seria jest do odnalezienia chociażby tutaj.

Teraz to już wszystko, czym chciałem się podzielić.

 
1 komentarz

Napisane w kategorii TV Shows

 

The First Taste

17 wrz

"True Blood" to jeden z najnowszych seriali HBO, skupiający się na tematyce wampirów. Twórcą serialu jest Alan Ball, człowiek który stworzył "Sześć stóp pod ziemią", a sama opowieść oparta jest na serii książek pani Charlaine Harris.

"Czysta Krew" jest intrygującym serialem, ponieważ podejście twórców do wampirzej tematyki jest bardzo ciekawe.

Po pierwsze – wizja wampirów pozostała w zgodzie z "kanonem" opowieści o nich. Wampiry nie mogą wychodzić na światło słoneczne, mogą zginąć od drewnianego kołka, niektóre potrafią zamienić się w nietoperze lub inne zwierzęta, a do tego są super-szybkie (tak jak to było już w "Wywiadzie z wampirem", który udało mi się ostatnio, (w końcu), obejrzeć).

Pewne zmiany też są, ale są one bardzo intrygujące i mieszczące się w zasadach "kanonu". Wampiry obawiają się… srebra (tak jak to normalnie przystało wilkołakom), natomiast ani czosnek, ani woda święcona zupełnie na nie nie działają. Potrafią mesmeryzować ludzi (innymi słowy oczarowywać), a mieszkając wspólnie, w "hordach" robią się bardziej niebezpieczne i trzymają się swojej krwiożerczej natury. Natomiast jeśli zamieszkają same, niewiele będą się różnić od zwykłych ludzi. Ot, czasami będą musiały wypić trochę krwi.

Co sprowadza nas do następnego punktu – czyli napoju "Tru Blood", stworzonego przez Japończyków, będącego syntetyczną krwią. :)
Dzięki niemu wampiry mogą zaspokoić swoje potrzeby żywieniowe i swobodnie żyć wśród zwykłych śmiertelników.

Po trzecie – "coming out of coffins", wyjście z ukrycia.
Od niedawna wampiry "wyszły ze swoich trumien" i żyją wspólnie z normalnymi ludźmi. Dzięki syntetycznej krwi jest to dla nich możliwe i relatywnie mało uciążliwe.
Jest nawet Liga Wampirów – organizacja walcząca o większe prawa dla tej "mniejszości społecznej".


Po czwarte – nie tylko wampiry wysysają krew. Także ludzie zaczęli żywic się krwią wampirów, dla własnych celów. Dzięki tzw. "v-juice" człowiekowi rośnie libido, a wszystkie zmysły są bardzo wyczulone na otaczający świat, także zażywający zupełnie "odlatuje" po jej wypiciu. Z tego powodu “V” traktuje się jak narkotyk. Do tego należy jeszcze dodać, że jest to doskonałe… lekarstwo, ponieważ odżegnuje wszelkie choroby.

To nie wszystkie powody, dla których "Czysta Krew" jest intrygująca i wciągająca zarazem.

Dochodzą do tego nietypowe postacie.
Główna bohaterka Sookie Stockhouse jest kelnerką, posiadającą pewną zaskakującą umiejętność. Potrafi bowiem… czytać ludziom w myślach. Jest to zarazem jej dar, jak i przekleństwo. Utrudnia ono bowiem normalne kontakty z innymi. (Dlatego, gdy do miasta wprowadza się wampir Bill, a ona nie potrafi usłyszeć ani jednej jego myśli, jest nim oczarowana i chętna bliższego poznania. Przy nim po prostu może odpocząć, nie musi się starać nie "podsłuchiwać" myśli swoich bliskich).

Jej przyjaciółka Tara, jest pyskatą młodą kobietą, nie potrafiącą ostać się w żadnej pracy. Od lat podkochuje się w bracie Sookie – Jasonie, który nie dość, że jest podrywaczem, to jeszcze seksoholikiem.
Właściciel baru, w którym pracuje Sookie – Sam Merlott, od dawna zakochany jest w swojej podopiecznej. Sam jest samotnikiem i osobą, która sprawia wrażenie jakby skrywała jakąś tajemnicę.
Do tego wszystkiego dochodzi nowy/stary mieszkaniec Bon Temps – wampir Bill Compton. Bill za życia mieszkał w miejscowości, dopóki nie wyruszył na wojnę (Secesyjną), a w wampira został zamieniony tuż przed powrotem do domu.
Fakt, iż jest wampirem sprawia, że jest to wyjątkowo ciekawa postać. To on wprowadza nas w arkana zasad rządzących ich światem.
Pojawiają się też inne postacie, które wnoszą wiele smaku i rozywki do tej opowieści. Dość wspomnieć o kucharzu Lafayettcie, który jest wyjątkowo dającą się lubić postacią, czy babci Sookie – kobiecie, która zawsze posłuży dobrą radą.
Dochodzi do tego jeszcze "mistyczny pies", jak go nazwała S. – zwierzę, które pojawia się zawsze, gdy naszej bohaterce grozi jakieś niebezpieczeństwo. ;)

Siłą
napędową intrygi są jednak niewyjaśnione morderstwa młodych kobiet, mieszkających w miasteczku. Ktoś zabija je z wielkim okrucieństwem, a władze nie potrafią ustalić tożsamości sprawcy. Głównym podejrzanym jest brat Sookie – Jason Stockhouse, gdyż to on był ostatnią osobą, z którą kontaktowały się wszystkie zabite kobiety. Podejrzenia padają także na Billa, gdyż to właśnie jego przyjazd rozpoczął okres morderstw w miasteczku.
Na rozwiązanie zagadki trzeba będzie poczekać do końca sezonu. Po drodze jednak dostaniemy ogromną liczbę cliffhangerów – akcja zostanie przerwana w najbardziej intrygującym momencie, a my nie będziemy mogli się doczekać, co będzie dalej.
Co sprowadza mnie do kolejnej rzeczy, które niezmiernie mi się w "True Blood" podoba. Jest nią linearność historii – nowy odcinek zaczyna się dokładnie w momencie, w którym skończył się poprzedni. Dzięki temu ma się wrażenie, jak gdyby samemu było się mieszkańcem miasteczka, uczestniczącym dzień po dniu w oglądanych wydarzeniach.

Serial jest bardzo klimatyczny. Poprzez umieszczenie akcji gdzieś wśród bagien Luizjany, atmosfera wydaje się duszna i gorąca. Odczuwa się panujący w Bon Temps klimat. Dochodzą do tego mroczne nocne kadry oraz obecność wampirów, po których nie wiadomo czego się spodziewać.
Zestawienie tych dwóch światów – małomiasteczkowego życia i nieśmiertelnego wampirzego żywota, daje bardzo ciekawe efekty i prowadzi do ciekawych refleksji na temat życia i podejścia ludzi do nieznanego.
Atmosferę budują także śmiałe sceny seksu oraz ukazana w realistyczny sposób przemoc.

Poza tym wszyscy bohaterowie mówią z południowo-amerykańskim akcentem, do którego trzeba się przyzwyczaić. Mi przyszło to bardzo latwo, ale niektórzy z moich znajomych nie przebrnęli nawet jednego odcinka, tak ich ten akcent do siebie zraził. Dlatego też zawczasu uprzedzam o jego występowaniu. Mam nadzieję, że wy nie dacie mu się zrazić, gdyż serial jest naprawdę wart oglądania. :)

Na zakończenie warto wspomnieć także o bardzo klimatycznej, specyficznej czołówce serialu. Widać w niej zarówno martwe zwierzęta, modlących się ludzi, jak i uprawiającą seks parę, czy osoby tańczące w nocnym klubie. A wszystko to w rytm piosenki "Bad Things" Jace’a Everetta, która jest bardzo dynamiczna i przyjemna, a z drugiej strony posiada nutkę tajemniczości, a nawet grozy. Daje to istną mieszankę wybuchową i czołówkę ogląda (i słucha) się z zaskoczeniem i przyjemnością.
(Moja ulubiona część to ta, w której oglądamy etapy rozpadu martwego lisa) ;)

Interesting info:
-> "True Blood" otrzymało bardzo wiele nagród środowiska filmowego, w tym najważniejsze: Złoty Glob dla Anny Paquin, za jej rolę Sookie Stockhouse, Sattelite Awards dla Anny Paquin i Nelsana Ellisa (Lafayette), a także Emmy w kategorii najlepszy casting oraz nagrodę magazynu Entertainment Weekly w kategorii: najlepszy serial dramatyczny.
Do tego czytelnicy serwisu Popcorner uznali serial za najlepszy debiut 2008 roku.
-> W serialu pojawiają się aktorzy znani z innych produkcji. Oprócz Anny Paquin, którą mogliśmy oglądać chociażby w "X-Menach", w "Czystej Krwi" możemy oglądać Lizzie Caplan, znaną z "Cloverfielda" i "Mean Girls", Todda Lowe’a, znanego z "Gilmore Girls" (chłopak Lane) oraz Zelijko Ivanka, który występował w ostatnim sezonie "Heroes".
-> Serial jest raczej ponury i mroczny, jednak da się odnaleźć w nim wiele humorystycznych momentów. Mnie szczególnie podobała się ta wymiana zdań:
-"Can I ask you a personal question?
-Well, you were just licking the blood from my head, it doesn’t get more personal than that." ;)
-> Bardzo podoba mi się też nazwa baru prowadzonego przez wampiry. Zwie się on bowiem "Fangtasia" :)
-> Umieszczono nawet odniesienie do stacji HBO, która jest producentem serialu. W rozmowie telefonicznej jedna z bohaterek mówi swojej córce, żeby nie oglądała strasznych filmów na HBO. ;)
-> Twórcy cytują tutaj inne produkcje filmowe. Wspomina się tutaj nie tylko Buffy, czy Blade’a (czyli "pogromców wampirów"), ale nawet serial "Heroes" :)
-> Bardzo podoba mi się też dopracowanie szczegółów w serialu. W pewnym momencie widzimy bowiem okładkę magazynu z napisem "Angelina adoptowała wampirze dziecko". Uważam, że to bardzo zabawne. :D
-> Soundtrack serialu, wraz z genialną piosenką "Bad Things" można znaleźć tutaj. (via iTunes)
-> Należy także dodać, że akcja promocyjna serialu jest bardzo ciekawa.

Nie dość, że serial promują bardzo pomysłowe i dopracowane wizualnie plakaty, to jeszcze twórcy zdecydowali się wypuścić na rynek… napój "Tru Blood".
Poniżej znajdziecie plakaty reklamujące ten produkt. We wrześniu miał trafić na sklepowe półki, więc pewnie na wyjeździe sprawdzę te doniesienia. :)

 
1 komentarz

Napisane w kategorii TV Shows

 
 

  • RSS