RSS
 

Notki z tagiem ‘tv-shows’

Ground Floor

27 lut

Ground Floor” („Między Piętrami„), czyli nowa komedia Billa Lawrence’a, twórcy „Scrubs„ i „Cougar Town„, to opowieść o firmowych stereotypach i różnicy między pracownikami pierwszego a ostatniego piętra tego samego wieżowca. Produkcja z potencjałem, która jedynie momentami wznosi się na wyżyny humoru.

Brody (Skylar Austin, znany z „Pitch Perfect” i „21 and Over„) to młody biznesmen pracujący w firmie maklerskiej na jednym z najwyższych pięter pewnego wieżowca w San Francisco. Jego życie obraca się wokół pracy, przez co rzadko kiedy znajduje czas na jakąkolwiek rozrywkę. Kiedy więc podczas krótkiej przerwy poznaje w barze Jennifer (Briga Heelan), postanawia wziąć sprawy w swoje ręce i… oboje od razu lądują w łóżku. To wydarzenie zmienia postrzeganie codzienności przez Brody’ego, który zaczyna zastanawiać się, czy może w życiu liczy się coś więcej niż samo „przekładanie papierków”. Już sam punkt wyjściowy historii jest więc nieco oklepany, a w trakcie trwania serialu twórcy nie grzeszą oryginalnością, powielając przekomarzania się między „rywalizującymi” pracownikami tego samego budynku.

Na plus na pewno można zaliczyć przesadzony styl bycia szefa firmy, granego przez stałego współpracownika Lawrence’a, Jonhna C. McGinleya, którego nietypowe przemowy potrafią przykuć uwagę. Jego specyficzne relacje z pracownikami oraz podejmowane decyzje, mające wpływ na ich motor motywacyjny i walkę między sobą, potrafią wywołać uśmiech na twarzy. Jego wspólne sceny z Brodym oraz nietypowe, wręcz ojcowskie podejście do poczynań podopiecznego, stanowią najlepszy element serialu. Pełne są niecodziennego humoru, ukazującego różnorodne sposoby podejścia do rzeczywistości. Koronnym tego przykładem najlepsza scena z najlepszego odcinka serialu – „The Gift„. Mansfield, dający podopiecznemu rady dotyczące Jenny, po raz kolejny zbliża ich relacje do ojcowsko-synowskiej. Ich wspólne sceny ogląda się z największą przyjemnością w całym serialu – zwłaszcza takie, gdy panowie wspólnie piją najlepsze wino, jakie przyjdzie im zasmakować, by zaraz potem spróbować szklaneczki drugiego najlepszego, które pojawi się w ich życiu. Odmienność reakcji na smak obu trunków jest odpowiednio komediowo przerysowana, by zwyczajnie bawić widza.

Intrygujące rozwiązanie twórcy serwują także w ostatnim odcinku sezonu (całego serialu?), gdy Brody staje przed wyborem: Kariera czy Miłość? Sposób, w jaki rozwiązano ten problem jest wyjątkowo ciekawy i zgodny z twardą rzeczywistością. Mansfield o ile kocha Brody’ego, jak mówi mu wielokrotnie w ostatnim odcinku, nie może sobie pozwolić, aby jego subordynowany tak bardzo lekceważył jego polecenia, zwłaszcza gdy te są tak wielkie jak przenosiny do nowego biura. Zakończenie jest więc słodko-gorzkie, co stanowi miłą odmianę od typowych happy endów, jakie serwują nam seriale. Dobre jest też to, że serii nie zakończono na cliffhangerze w stylu „dokąd biegnie Brody”, tylko domknięto całą historię. W ten sposób, nawet jeśli serial nie dostanie drugiego sezonu, widzowie zapoznali się z całą historią pewnej biurowej pary. Biorąc pod uwagę, że „Ground Floor” nie przysparza bólu żołądka ze śmiechu, a jedynie przelotny uśmiech na twarzy, jest to dość rozsądne rozwiązanie.

W ostatecznym rozrachunku serial Billa Lawrence’a nie wyróżnia się bowiem niczym szczególnym na tle konkurencji. Za dużo tu punktów stycznych z produkcjami o podobnej tematyce, by „Ground Floor” stało się serialem, do którego będzie się wracać po latach. Jedynym elementem, który mógłby stanowić wkład dodany przez produkcję, byłoby wykorzystanie karaoke jako sposobu na rozwiązanie problemów. Sęk tkwi w tym, że w pewnym momencie to rozwiązanie staje się swoistą deus ex machina wyzerowującą jakiekolwiek rozterki uczuciowe bohaterów. Prawdą jest, że momentami sceny śpiewania wypadają zabawnie, jak chociażby w odcinku piątym („Take Me Out to the Ballgame„), gdy Brody śpiewa przed stadionem pełnym ludzi, a by zadowolić Jenny, dopinguje drużynę przeciwną swojej. (Najzabawniejszym momentem tego odcinka jest scena końcowa, w której Brody zdradza, że ten czyn umożliwił mu przybicie piątki z każdym z członków drużyny oraz rzucenie pierwszej piłki w kolejnej grzej. Świetna gratka dla antyfana każdego zespołu). Trzeba jednak przyznać, że co za dużo, to niezdrowo, a w ostatecznym rozrachunku nawet ten element nie powala na kolana.

 ”Ground Floor„ jest po prostu lekkim, łatwym i przyjemnym serialem, który choć dostarcza miłych chwil, wypada z głowy już po kwadransie. Niby można obejrzeć, bo ma swoje dobre momenty, pytaniem jednak pozostaje – właściwie po co, skoro jest tyle lepszych produkcji walczących o naszą uwagę. Jak chociażby świetne „Cougar Town„, czyli to „lepsze dziecko” Billa Lawrence’a.

Ocena: 6-/10

Powyższy tekst jest trochę patchworkiem poszczególnych recenzji, napisanych podczas emisji poszczególnych odcinków. Jeśli macie ochotę zajrzeć do oryginału, zapraszam pod poniższe odnośniki: Pilot, odcinek 2 i 3, odcinek 4, reszta sezonu.

 
Komentarze (4)

Napisane w kategorii TV Shows

 

„Gossip Girl is dead”?!

20 gru

Nadszedł ten dzień. Dzień, w którym przychodzi mi pożegnać „Gossip Girl„. Serial, który tak mocno przykuł moją uwagę na początku swojej emisji i który przysparzał mi tylu pozytywnych wrażeń przez lata. Chwilami przyprawiał wprawdzie też o ból brzucha, czy umożliwiał gromki śmiech, dzięki przesadzie wylewającej się z ekranu. Ostatni, szósty sezon również zaliczył swoje wzloty i upadki, o których pisałem więcej w recenzjach pojedynczych odcinków na łamach Hatak.pl. Poszczególne teksty można odnaleźć pod poniższymi linkami:

6×01 Gone, Maybe Gone | 6×02 High Infidelity | 6×03 Dirty Rotten Scandals | 6×04-6×08 5 odcinków zbiorczo | 6×09 The Revengers | 6×10 New York I Love You XOXO

Pozwolę sobie również umieścić tutaj tekst, napisany na potrzeby finału produkcji, w całej jego okazałości.

Finałowy odcinek „Plotkary” to w zasadzie dwa odcinki w jednym. Ten satysfakcjonujący, odwołujący się do przeszłości i ukazujący przyszłość oraz ten, który zdradza nam, że końcowa scena poprzedniego epizodu wydarzyła się naprawdę.

New York I Love You XOXO” zaczyna się dokładnie w miejscu, w którym skończył się poprzednik. Chuck i Blair uciekają z miejsca tragicznego wypadku. Policja poszukuje Bassa Juniora, by zadać mu kilka pytań, jako że był jedną z ostatnich osób, które widziały Barta żywego. Młodzi kochankowie ukrywają się przed policją, aż z pomocą przyjdzie im Jack Bass. Wujek Chucka podsunie parze rozwiązanie, które pomoże im wymigać się od jakiejkolwiek odpowiedzialności. Tym sposobem jest zawarcie małżeństwa. „Żona nie musi zeznawać w sprawie męża”, więc byłoby to idealne wyjście z sytuacji. „To pokręcone, ale też bardzo… hmmm… (romantyczne)” mówi o tej propozycji sam Jack.

Takie rozegranie sprawy pokazuje, że pięknym i bogatym mieszkańcom Upper East Side wszystko naprawdę ujdzie na sucho. Po Chucku i Blair spływa zresztą jak po kaczce fakt, że mieli swój udział w śmierci Barta. Stawiając sprawę w ten sposób, utrudnia się widzowi kibicowanie bohaterom. Oglądając ich, jak od razu kombinują jak zataić swój udział w tragicznym wydarzeniu, tracimy sporą część szacunku, jakim mogliśmy ich darzyć. Wydaje się zresztą, że takie rozwiązanie tej sytuacji podyktowane jest krótkim czasem odcinka i próbą popchnięcia akcji do przodu, nie zważając na budowę postaci. Sądzę, że gdyby wydarzyło się to w innym momencie, ten wątek zostałby rozegrany inaczej, z większą korzyścią dla charakterów postaci.

Tu zresztą pojawia się główny problem finałowego odcinka. Cały wątek ze śmiercią Barta Bassa, przez sposób, w jaki go zaprezentowano w „The Revengers„, stanowi zwyczajnie ogromną ość, która staje widzowi w gardle i jest niezwykle trudna do przetrawienia. Trudno bowiem przejść do porządku dziennego nad jednym z najgłupszych i najbardziej tandetnych rozwiązań, które pojawiły się w tym serialu.

Niestety to właśnie należy zrobić, gdyż twórcy szybko przechodzą do właściwej części odcinka, która prezentuje już ciekawy poziom i przynosi niespodziewane rozwiązania. Druga część finału, od momentu, w którym wszyscy zbierają się razem, by spotkać się w MET – Muzeum Metropolitan, stanowi interesujące zawiązanie akcji. Zaskakujący jest w szczególności powód, dla którego wszyscy się tam zebrali. Ślub Chucka i Blair w jednym z najbardziej rozpoznawalnych miejsc Manhattanu nie jest chyba najrozsądniejszym pomysłem, gdy poszukuje ich policja. Do wydarzenia mimo wszystko dochodzi i wszyscy są bardzo szczęśliwi.

Najciekawszą częścią odcinka jest jednak ta, w której poznajemy prawdziwą tożsamość Gossip Girl. Rozwiązanie, które zeserwowali nam scenarzyści jest tyleż przewrotne, zaskakujące i niespodziewane, co rodzące wiele pytań. Głównym z nich pozostaje: jak mu się to wszystko udało?! Dla własnego dobra lepiej nie oglądać starych odcinków, gdyż zaserwowane rozwiązanie wydaje się być szyte grubymi nićmi. A jednak w dużym stopniu interesujące, satysfakcjonujące i scalające wszystkich bohaterów w ciekawy węzeł wzajemnych powiązań.

Druga część epizodu obfituje zresztą w więcej intrygujących momentów. Przewrotna i zaskakująca jest na przykład scena, w której pojawia się Kristen Bell, która od samego początku podkładała głos pod Gossip Girl. Jej obecność na ekranie stanowi intrygujące puszczenie oka w stronę publiczności. Jest ono tym większe, gdyż Bell towarzyszy Rachel Bilson, aktorka znana z poprzedniej produkcji Josha Schwartza, (pomysłodawcy „Gossip Girl”), czyli serialu „The O.C”. Cała scena to zwyczajnie świetne zagranie!

Dobrze sprawdziły się również kilkusekundowe sceny z udziałem starych znajomych, którzy zniknęli z produkcji kilka sezonów temu, ukazujące ich reakcje po ogłoszeniu tożsamości Gossip Girl. Zdziwienie na twarzach Loli, Vannessy, Juliet, czy Agnes wypada naturalnie i interesująco.

Ciekawa jest również sekwencja „Pięć lat później”, usiana interesującymi detalami, wiele mówiącymi o przyszłości postaci. Wyśmienita jest na przykład reklama przedstawienia, zatytułowanego „Ivy League”. Jest to adatacja teatralna powieści, napisanej przez Ivy Dickens o tym, co robiła na Upper East Side. Główne role grają natomiast Lola Rhodes i Olivia Burke. Drugim interesującym detalem jest torba, niesiona przez Jenny, z inskrypcją „J for Waldorf”. Nietypowe jest także zestawienie par, które uczestniczą w ślubie z finału odcinka. Jack i Georgina? Zaskakująco – całkiem do siebie pasują, ale co z jej dzieckiem? Lily ponownie jest z Williamem, a Rufus z piosenkarką Lisą Loeb, choć widać wyraźnie, że stosunki między nimi wyraźnie się poprawiły. Nate, prowadzący nadal NYSpectator, zastanawiający się nad kandydowaniem na burmistrza, przychodzi na spotkanie sam. Szczęśliwe małżeństwo Chuck i Blair, w których domu odbywa się uroczystość, zdają się prowadzić dostatnie życie rodzinne, z zadowolonym synkiem Henrym, który biega po pokoju, z uśmiechem na ustach.

Ciekawym jest, że przy przypomnieniu większości ważniejszych bohaterów, którzy przewinęli się przez wcześniejsze sezony serialu, twórcy celowo pominęli przedziwny wątek, który wprowadzili w sezonie numer 3. Mowa o Scottcie, czyli przyrodnim bracie Sereny i Dana, który mógłby stanąć na drodze ich szczęścia, bo przecież czymś przedziwnym jest branie ślubu między osobami, które są ze sobą w ten sposób skoligacone. Twórcy pewnie plują sobie w brodę, że wymyślili ten wątek, świadomie wrzucając go teraz w mroki zapomnienia.

Ostatnia scena unaocznia natomiast, że Danowi wreszcie powiodło się to, o czym zawsze marzył. Wreszcie, już prawdziwie i nieodwołalnie, jest „Inside”, wewnątrz środowiska Upper East Side, stając się mężem swojej pierwszej miłości, dla której tyle zrobił.

Co jednak znamienne, wyraźnie mówi się tutaj, że cała historia toczyć się będzie nadal. Finałowe zdania mówią bowiem o narodzinach nowej Gossip Girl, wyłaniającej się z nowego środowiska młodych bogatych Nowojorczyków.

Warto wspomnieć o wyśmienitym miksie muzycznym, który towarzyszył finałowi. Muzyka od początku stanowiła jeden z atrybutów produkcji, a finał potwierdził tylko umiejętność Alexandry Patsavas w wyszukiwaniu doskonałych utworów. Każda piosenka z ostatniego odcinka, przykuwała uwagę i cieszyła ucho. „Bonnie & Clyde” Great Northern, „It’s Time” Imagine Dragons, „Road to Nowhere” Release the Sunbird, „Body of Work” The Mynabirds, czy „You’ve got the love” Florence + the Machine brzmiały wyśmienicie.
(W temacie muzyki mocno polecam tę stronę, na której znajduje się dokładna rozpiska utworów, wykorzystanych w każdym odcinku).

New York I Love You XOXO” stanowi przedziwny odcinek, który w nietypowy sposób wieńczy serial, który przez lata rozbudzał tyle emocji. Ostatnie sezony prezentowały jednak tak zróżnicowany poziom i obfitowały w wątki tak zbliżone do rozwiązań telenowelowych, że zdecydowanie nastał czas tej produkcji. Gdyby serial skończył się szybciej, pewnie chętniej by się do niego wracało. Teraz, po tylu wzlotach i upadkach, powroty wydają się już mniej prawdopodobne.

Na zakończenie nie pozostaje jednak nic innego, jak powiedzieć: Żegnaj Nowy Yorku, żegnaj Gossip Girl. Stanowiłaś nielada rozrywkę, choć bywały momenty, gdy z trudem się do Ciebie wracało. Jednak wiedz, że Cię Kochaliśmy. XOXO :P

 
1 komentarz

Napisane w kategorii TV Shows

 

WhatUp, (new) TV Shows? (part 1: Elementary)

22 paź

Amerykańska stacja CBS pozazdrościła sukcesu brytyjskiemu BBC i postanowiła zrealizować własną wersję przygód Sherlocka Holmesa, żyjącego współcześnie. Twórcy produkcji „Elementary” pozmieniali jednak wiele w budowie postaci, zmienili płeć towarzysza głównego bohatera i przenieśli akcję z Londynu do Nowego Yorku. Wszystko to mogło przyczynić się do powstania interesującej, alternatywnej wizji opowieści o Sherlocku, zakorzenionej jednak w kanonie opowieści o nim, (jak ma to miejsce w serialu BBC).

O ile pierwszy odcinek całkiem nieźle spełnił to zadanie, zarysowując ciekawy pomysł wyjściowy (Sherlock prosto po odwyku musi mieszkać z „towarzyszką”, zajmującą się osobami uzależnionymi), o tyle w drugim zabito większość ineteresujących koncepcji. Epizod numer dwa to typowy przeciętniak, który niczym nie wyróżnia się na tle innych,  podobnych, proceduralnych produkcji. Na dodatek Holmes zachowuje się w nim kuriozalnie i zupełnie nie w Sherlockowym stylu. W ogóle nie czuć genialności jego umysłu, czy wspanialej dedukcji, z których przecież słynie. Zachowuje się wręcz jak przeciętny detektyw, skaczący od tropu do tropu, co chwila mylący się i zmieniający zdanie. Być może chciano w ten sposób pokazać, że to wszystko wina jego starego trybu życia i wyniszczenia organizmu przez narkotyki i alkohol. Sęk tkwi w tym, że gdy patrzymy na Jonny’ego Lee Millera, który wciela się w Holmesa, nie widzimy człowieka uzależnionego od substancji odużających. O uzależnieniu dużo się tu mówi, ale mało go tak naprawdę widać.

Co jednak ciekawe – poziom serialu znacznie meandruje. Po słabiutkim drugim epizodzie, pojawił się bowiem zaskakująco przyzwoity odcinek trzeci, który przyniósł ciekawą sprawę kryminalną, która obrała zaskakujący obrót. Sherlock nadal nie jest w pełni Sherlockiem, ale interesujący policyjny „case” sprawia, że „Child Predator” ogląda się bez zgrzytania zębami. A nawet z przyjemnością.

Z tego powodu znalazłem się w rozterce. Nie wiem czy kontynuować oglądanie czy już zarzucić produkcję. Po drugim odcinku byłem gotowy wymazać ją ze swojego grafiku, ale pomyślałem wtedy o „zasadzie trzech odcinków”, lansowanej przez Agniechę, autorkę zaprzyjaźnionego bloga filmowego. Spóbowałem więc wejść w tę historię po raz trzeci. I teraz, będąc już po seansie, odzyskałem nieco wiarę w ten format. Może powolutku Sherlock zacznie mnie przekonywać do swojej osoby, tak jak przekonał mnie wątek kryminalny zaprezentowany w trzecim odcinku?

Jedno jest pewne – „Elementary” to typowy procedural, który ma niewiele wspólnego z dziełami Artura Conana Doyle’a. Na razie bohaterowie za mało przypominają tych, którzy kojarzą się z postaciami z kart powieści, by uwierzyć im, gdy przedstawiają się jako Holmes i Watson. Czy to się zmieni? Chyba jednak sprawdzę następny odcinek, by się przekonać. (Nie oglądam kryminalnych procedurali, więc jeden mogę wpisać na swoją tygodniową listę). ;)

 
1 komentarz

Napisane w kategorii TV Shows

 

Sherlocked.

06 paź

Sherlock” produkcji BBC to uwspółcześniona wersja przygód najsłynniejszego detektywa świata, przenosząca akcję do Londynu dnia dzisiejszego.

Sherlock Holmes jest detektywem-konsultantem, który zostaje wezwany na miejsce zbrodni zawsze wtedy, gdy policja nie potrafi rozwiązać sprawy sama. A jako, że dzieje się to nad wyraz często, Sherlock ma pełne ręce roboty. Tak w telegraficznym skrócie możnaby streścić wartstwę fabularną serialu. Nie jest to jednak opis, który oddaje pełnię opowieści. Bowiem tym, co najbardziej przyciąga do tej produkcji, jest wyśmienicie napisany scenariusz, pełen doskonałych żartów, licznych niedopowiedzeń oraz sytuacji, posiadających drugie dno. Również bohaterowie nakreśleni są w tak interesujący sposób, że nie sposób oderwać wzroku od ekranu, gdy prowadzą ze sobą wymianę zdań.

Wyśmienicie sprawdza się obsada. Benedict Cumberbatch i Martin Freeman tak doskonale wcielają się w swoich bohaterów, że niemożliwe jest oglądanie ich poczynań bez uśmiechu na twarzy. Panowie różnią się od siebie, a jednocześnie doskonale się rozumieją, przez co ich wzajemne interakcje ogląda się z nieukrywanym zainteresowaniem. Sherlock – genialny umysł, nierozumiejący kontaktów społecznych, mówiący wszystko to, co myśli, kiedy o tym pomyśli oraz John – były lekarz wojskowy, spokojny i opanowany, patrzący na rzeczywistość trzeźwym okiem.

Główną obsadę wyśmienicie uzupełnia Andrew Scott, wcielający się w superłotra Moriarty’ego. Jest złoczyńcą doskonałym – nie pozostawiającym po sobie śladu, podnajmującym innych, by wykonywali za niego czarną robotę; do tego jest nieco szalony, nieobliczalny. Czyli taki, jaki powinien być każdy prawdziwy Czarny Charakter. Jego osoba robi na nas piorunujące wrażenie, wbija się w pamięć i nie pozwala o sobie zapomnieć. (A scena na basenie to jeden z najlepszych serialowych momentów ostatnich lat). Mimo, że wszyscy bohaterowie przewijający się przez ekran, przykuwają uwagę nietuzinkowym charakterem, to właśnie ta trójka przyciąga do serialu najbardziej. Relacje między panami są tak ciekawie zilustrowane, że aż nie sposób opisać słowami niektórych z ich wspólnych scen.

Twórcy zaskakują też umiejętnymi i inteligentnymi nawiązaniam do oryginalnych opowieści o brytyjskim detektywie oraz intrygującymi rozwiązaniami fabularnymi. Pomysł, by ciężar emocjonalny jednego odcinka unosiły jedynie idealnie dobrane dzwonki telefoniczne jest tyleż śmiały, co w pełni rozbrajający i wyjątkowo udany. Nie wiedziałem, że dźwięki komórek mogą przynieść tyle radości.

Od stony technicznej serial również wypada wyjątkowo dobrze. Zdjęcia są perfekcyjne. Umiejętnie skadrowanie, dobrze oświetlone i niekiedy sprawiające wrażenie prawdziwych obrazów, z taką precyzją zostały wykonane. Piorunujące wrażenie robi także prosty zabieg umieszczania słów SMSów, wiadomości i innych tekstów wprost na ekranie, obok sylwetek bohaterów. Prostota bijąca z tego pomysłu sprawia wrażenie doskonale wyważonej elegancji, tak bardzo pasującej do brytyjskiego stylu, panującego w tej produkcji. Warto zwrócić uwagę także na muzykę. Motyw przewodni serialu niesie ze sobą wiele emocji i odpowiednio nastraja na cały seans.

Muszę przyznać, że dużo łatwiej i lepiej ogląda się „Sherlocka” niż o nim pisze. Głównie dlatego, że doskonałość tej produkcji trudno opisać w słowach; trudno dobrać te najbardziej odpowiednie. Jego poziom wymyka się bowiem prostym komplementom. Te zdają się nie oddawać pełni wyśmienitego poziomu. Dość powiedzieć, że to klasa sama w sobie. Doskonała rozrywka: wciągająca, angażująca, wywołująca uśmiech na ustach. To po prostu trzeba obejrzeć!

PS. Mój ranking odcinków: 6. The Blind Banker (8/10) 5. The Hounds of Baskerville (8,5/10) 4. Study in Pink  (9/10) 3. The Great Game (9/10) 2. The Reichenbach Fall (10/10)  1. A Scandal in Belgravia. (10/10)
(Pod tytułami dwóch odcinków znajdują się moje recenzje, poczynione we współpracy z Hatak.pl) :)

 
Komentarze (3)

Napisane w kategorii TV Shows

 

Spaced

20 wrz

Daisy zrywa ze swoim chłopakiem. Tim zostaje rzucony przez dziewczynę. W wyniku tych wydarzeń oboje potrzebują znaleźć dla siebie nowe lokum. Kiedy przypadkiem spotykają się w londyńskiej kawiarnii, postanawiają sobie pomóc i… zamieszkać razem.

Tak rozpoczyna się brytyjski serial komediowy „Spaced“. W tym wpisie chciałem go Wam nieco przybliżyć. Po raz kolejny w kooperacji z Tomem Braiderem, autorem Filmstock.blog.pl, gdyż obaj bardzo szybko wkręciliśmy się w tę produkcję. Teraz postanowiliśmy przedstawić Wam 10 powodów dla których warto w wolnej chwili sięgnąć po „Spaced“.

1. Żeby zobaczyć początki współpracy tria: Simon Pegg – Edgar Wright – Nick Frost, czyli ekipy, która dała światu doskonałe komedie „Wysyp Żywych Trupów“ i „Ostre Psy“.

2. Żeby zobaczyć jak tworzyć interesującą historię, nawet jeśli dotyczy ona czegoś tak trywialnego, jak wspólne mieszkanie dwójki ludzi. Z odcinkami dotyczącymi tak codziennych rzeczy, jak: niemoc twórcza, niechęć zabrania się do pracy, czy wypad na imprezę.

3. Dla dynamicznego montażu niedynamicznych scen i licznych przebitek w głąb myśli bohatera. Montaż kontrastujący z tempem wydarzeń jest niemalże znakiem firmowym Wrighta i już tutaj widać czemu reżyser zyskał szerokie grono fanów, którzy uwielbiają takie zagrania w jego produkcjach.

4. Gdyż serial opowiada o przeciętnym życiu przeciętnych ludzi, przez co łatwo można się odnaleźć w towarzystwie bohaterów. Bo każdy był, aktualnie jest, bądź będzie w punkcie, w którym nie wie dokąd zmierza jego życie i jest jakby „zawieszony w próżni”

5. Dla popkulturalnych smaczków. To nimi stoi serial i to one stanowią dużą część jego uroku. Cytuje się tu wiele produkcji. Bohaterowie uwielbiają komiksy i science-fiction. Do tego Tim ma w swoim pokoju plakat „Buffy”, do którego się modli, prosząc o radę. Także – jak można nie polubić tego bohatera?

6. Bo jest na tyle brytyjski aby wiedzieć, że nie oglądasz kolejnego wytworu Hollywood, a na tyle amerykański, aby nie zarzucać zbytnim absurdem, który zdarza się w niektórych wyspiarskich produkcjach.

7. Bo jakimś cudem, mimo iż większość postaci to kompletne dziwaki, to lubisz wszystkich; (a Brian to już bije wszelkie rekordy pod względem proporcji: szleństwo/sympatia).

8. Warto sięgnąć po serial, dla scen, takich jak ta:

9. Bo od razu, gdy obejrzycie wszystkie odcinki, w normalnym życiu znajdą się okazje, by zacytować sytuacje z serialu. (Ja miałem tak ze sceną, w której Tyres tańczy na środku ulicy, gdyż jest tak nabuzowany, że muzykę słyszy wszędzie – w światłach drogowych, klaksonach samochodów, pisku opon, itd., więc stoi na przejściu i bouncuje).

10. To tylko czternaście 25-minutowych odcinków, także: co macie do stracenia? :)

Bonus: Ulubiony odcinek: Kaczy: „Art”, Tom: „…”

To tyle! Generalny przekaz jest taki: sięgnijcie, nie pożałujecie! :)

 
Komentarze (2)

Napisane w kategorii TV Shows

 

Teen Wolf

11 wrz

Zachęcony pozytywnymi opiniami na Hataku oraz pochlebnymi komentarzami znajomych, sięgnąłem po serial „Teen Wolf“. Zrobiłem to też trochę w ramach wyrobienia tegorocznej normy guilty-pleaserowych letnich produkcji.

Muszę przyznać, że serial pozytywnie mnie zaskoczył. Okazało się bowiem, że jest całkiem przyzwoity. To, co rzuciło mi się w oczy od razu, to bardzo dobre tempo wydarzeń. Kolejne zdarzenia następują po sobie w żwawy, dynamiczny sposób, podkreślany dodatkowo przez dobrze dobraną muzykę. Na dodatek – od razu zostajemy wrzuceni w wir wydarzeń, bez zbędnych rozwlekłych wstępów, czy udawania, że nie wiadomo o co chodzi. Główny bohater i jego najlepszy kumpel bardzo szybko wpadają na to, co dzieje się ze Scottem, dzięki czemu unikamy długiego wątku poszukiwań i niepewności. Od razu przechodzimy do problemów, jakie wiążą się z nową „umiejętnością“, nabytą przez bohatera. A tych jest całkiem sporo; na dodatek z każdym odcinkiem się mnożą. Dość powiedzieć, że bohaterom przyjdzie zmierzyć się z nieobliczalnym wilkiem alfa, czy ugrupowaniem łowców.

Teledyskowe tempo zdarzeń nie powinno dziwić w serialu stacji, która zasłynęła z puszczania teledysków. „Teen Wolf“ wyprodukowało bowiem MTV. Zrobiło to jednak na tyle dobrze, iż sądzę, że serial spokojnie mółgłby sobie znaleźć miejsce w jakiejś innej stacji telewizyjnej, (chociażby w takim ABC Family, czy The CW), gdyż poziomem nie odstaje od innych młodzieżowych produkcji, pokroju „Vampire Diaries“.

„Teen Wolf“ stanowi bowiem wyjątkowo udaną mieszankę serialu dla nastolatków oraz opowieści o istotach nadprzyrodzonych. Oferuje zarówno przykuwające uwagę wątki romansowe, dużo momentów komediowych (głównie dzięki niezawodnemu przyjacielowi Stilesowi, chłopakowi o polskich korzeniach), jak i fragmenty stricte horrorowe, czy podbijające napięcie. Do tego serial ma tak żwawe tempo akcji, że czas spędzony na oglądaniu kolejnych odcinków zlatuje w mgnieniu oka.

Można się wprawdzie przyczepić do wyraźnych efektów komputerowych, czy samej stylizacji Scotta jako wilkołaka. Jest tu też trochę taniego i przesadzonego efekciarstwa. Jednak seans jest na tyle angażujący, że spokojnie można przymknąć oko na te techniczne mankamenty. Zwłaszcza, że z kolejnymi odcinkami zaczyna to wyglądać coraz  lepiej.

Pozytywnie zaskoczyła mnie muzyka. Sprawdza się wyjątkowo dobrze. Nadaje nastroju scenom, podbija emocje i uwypukla tempo zdarzeń. Na dodatek w wielu momentach tak silnie przykuwa uwagę, że aż chce się od razu sprawdzić co to za utwór. W drugim sezonie dostajemy zresztą taką informację wprost na ekranie. Muszę przyznać, że to świetne posunięcie. Zwłaszcza, że na ścieżce dźwiękowej* można znaleźć takie perełki, jak moje niedawne odkrycia: „Iron“ i „Run Boy Run” Woodkida, „At Home“ Crystal Fighters(!), kilka kawałków DeadMau5a, czy przebojowe „Just A Little Bit“ Kids of 88.

Muszę przyznać, że sam jestem zaskoczony, jak dobrze oglądało mi się tę produkcję. Najwyraźniej pasują mi takie seriale. Być może nie jest to rozrywka wysokich lotów, ale ogląda się to naprawdę przyjemie. Zwłaszcza, że klimatem i stylem serial przypomina „Vampire Diaries“. Oba są produkcjami młodzieżowymi, rozgrywającymi się w małym miasteczku, o zbliżonej paranormalnej tematyce. Oba umieją przykuć uwagę i intrygować zagadkami oraz cliffhengerowymi zakończeniami odcinków. Kupuję to i chętnie sięgam po nowe epizody. Z tego powodu jestem gotowy wystawić „Teen Wolfowi“ mocne 7/10. W wolnej chwili spokojnie można obejrzeć! Powinno się spodobać w szczególności fanom „True Blood“ i wspomnianych już „Pamiętników Wampirów“.

O sukcesie serialu niech świadczy również fakt, że MTV zamówiło już trzecią serię, która ma mieć 24 odcinki. Mam nadzieję, że mimo podwojenia liczby epizodów, serial zachowa swój największy atut – dynamiczne tempo wydarzeń. Bardzo chętnie sprawdzę bowiem w przyszłym roku co nowego u Scotta i jego ekipy.

 
Komentarze (2)

Napisane w kategorii TV Shows

 

Terra Nova

08 wrz

Zdając sobie sprawę, że dotąd nie napisałem jeszcze uwag po skończeniu serialu „Terra Nova”, postanowiłem nadrobić tę zaległość.

Terra Nova”, czyli serial o podróży w czasie, do ery dinozaurów, by dać ludzkości drugą szansę, to przede wszystkim produkcja… rodzinna. Temat rodziny stanowi motyw przewodni i mimo swojej otoczki z pogranicza science-fiction, serial stanowi raczej typową family-drama.

Podążamy bowiem za losami rodziny Shannonów, którzy jako jedni z wielu cofnęli się w czasie, by zasiedlić osadę Terra Nova. Zamiast skupić się na intrygującym miejscu w którym się znaleźli, badać ciekawą okolicę i wykorzystywać możliwości, jakie niesie podróż w czasie, głównymi zmartwieniami członków rodziny są sprawy tak prozaiczne, jak: pierwszy dzień w szkole, pierwsza miłość, godzina policyjna, czy kłótnie z rodzicami. Naprawdę „fascynujące”. (Najgłupszym momentem jest za to ten, gdy Matka rodziny spotyka swojego byłego na terenie kolonii. Nie ma to jak „zbieg okoliczności”).

Największym mankamentem jest właśnie owo skupienie się na rodzinie. Perypetie członków familii zajmują za dużo czasu ekranowego, zabierając go wątkom przygodowym, czy wprowadzaniu kolejnych zagadek. Właśnie – zagadek! Przez ich pojawienie się, serial przyrównywano do „Lost”. Jednak w żadnym stopniu nie zbliżono się do tego, co stanowiło siłę tamtego serialu. Byli nią ciekawi bohaterowie, niecodzienna formuła i tona nierozwiązywalnych, przykuwających uwagę zagadek. W „Terra Nova” brakuje w zasadzie każdego z tych elementów. Poza nietypowym pomysłem, serial nie oferuje nic nowego, ani zaskakującego.

Nic dziwnego, że produkcję skasowano po pierwszym sezonie. Z całej dwunasto-odcinkowej serii, bronią się jedynie pilot i finał, reszta ma jedynie przebłyski dobrych scen, których trzeba szukać w zalewie przeciętności. Za plus można jednak zaliczyć fakt, że wprowadzone zagadki (które stanowiły największy „przyciągacz” do serialu) dostały swoje rozwiązanie. Szkoda tylko, że tak mało odkrywcze, czy zaskakujące. Ogólnie rzecz biorąc – potencjał był, szkoda że go nie wykorzystano. Takze ostatecznie – szkoda (było) czasu na tę produkcję.

Tym razem krótko, bo nie ma też o czym się rozpisywać. Zwłaszcza, że w trakcie emisji popełniłem też kilka krótkich wpisów, które można odnaleźć tutaj!

 
Brak komentarzy

Napisane w kategorii TV Shows

 

Everybody Dies?!

28 maj
Dobiegła końca moja przygoda z "Doktorem Housem". W poprzedni poniedziałek wyemitowano ostatni odcinek serialu i przyszedł czas pożegnać się z ulubionym aroganckim lekarzem. Muszę przyznać, że ostatni sezon był dla mnie nietypowym przeżyciem, gdyż zacząłem oglądać odcinki w formacie raz-na-tydzień. Na dodatek po każdym episodzie starałem się przelać moje myśli na papier. Stanowiło to zupełnie inne doświadczenie od oglądania serialu hurtem.


Na początek muszę przyznać, że ósmy sezon prezentował całkiem przyzwoity poziom. Mimo kilku wpadek w postaci słabszych odcinków, całość dało się oglądać bez zgrzytania zębów, a niektóre epizody przypominały czasy świetności serialu. Na pewno oglądało mi się go przyjemniej niż przeciętną "siódemkę", która była najsłabszym sezonem całego serialu. Najnowsza seria dostała ode mnie natomiast średnią ocen w wysokości: 6,7/10, co jest całkiem przyzwoitym wynikiem.

Więcej szczegółów i konkretniejszych uwag na temat wrażeń z pojedynczych odcinków, znajdziecie we wpisanych wpisach, pisanych na bieżąco.

8×15 "Blowing The Whistle" | 8×16 "Gut Check" | 8×17 "We Need The Eggs" | 8×18 "Body & Soul

8×19 "The C-Word" | 8×20 "Post Mortem" | 8×21 "Holding On" | 8×22 "Everybody Dies

Pozwalam sobie też umieścić tekst na temat finału, w jego pełnej okazałości:

Gra słów użyta w tytule ostatniego odcinka, przypominająca tytuł pilota, nie jest tylko zabiegiem estetycznym – znajduje doskonałe odzwierciedlenie w fabule finału. Rozwiązanie, które zaserwowali nam twórcy w przewrotny sposób łączy ze sobą oba sformułowania.

"Everybody Dies", ostatni odcinek ósmego sezonu, a zarazem finał całego serialu, zaczyna się tak, jak zaczynało się kilka z najlepszych epizodów produkcji. Zagadką. W pierwszej scenie widzimy Grega leżącego na podłodze, w jakimś obskurnym budynku, przy martwym ciele nieznanego mężczyzny. Na dodatek diagnosta ucina sobie pogawędkę z… Kutnerem! Lekarzem, który kilka lat wcześniej popełnił samobójstwo. Na usta od razu ciśnie się kilka pytań: Co właściwie oglądamy? Gdzie znajduje się House? Dlaczego rozmawia ze zmarłym?

Ostatni odcinek odpowiada na dwa z tych pytań. W trakcie jego emisji nie dowiemy się bowiem, jak doszło do tego, że Greg znalazł się w odludnym budynku, który powoli zajmuje się ogniem. Skupiono się raczej na odpowiedzi na pytanie: dlaczego House rozmawia (nie tylko) ze zmarłymi? Kutner jest bowiem dopiero pierwszą z osób, z którymi lekarzowi przyjdzie konwersować tego wieczora. Zaraz po nim pojawią się: Amber, Stacy (była żona House’a) oraz Cameron. Każde z nich jest wytworem wyobraźni diagnosty, czy wręcz – wycinkiem jego sumienia. Lekarz, prowadząc z nimi dyskusję, tak naprawdę prowadzi dyskusję z samym sobą. Ten zabieg był już kilkakrotnie stosowany w serialu. Ciekawym jest, że twórcy bardzo często wykorzystywali go właśnie w finałach. Pokazywali jakieś wydarzenie, by na koniec wyjawić, że wszystko co do tej pory oglądaliśmy, działo się jedynie w głowie Grega. Tym razem jednak jedynie rozmowy są wymysłem lekarza. Miejsce akcji pozostaje takie samo. (Tym bardziej ciekawi przyczyna, dla której House trafił właśnie do tego budynku).

Sceny rozmów z dawnymi członkami ekipy oraz osobami ważnymi dla Grega ogląda się nieźle, choć są one nieco zbyt bezpośrednie. Mówi się w nich wprost o wewnętrznych dylematach lekarza i rozwiązaniach, które może podjąć, by wydostać się z sytuacji, w jakiej się znalazł. Czasami rozmowy te prowadzone są niemalże łopatologicznie. Na szczęście ich ton daje się przełknąć, gdyż ich prostą formę wynagradza obecność starych, dobrych znajomych. Zresztą te sceny są dopiero wstępem do najlepszych, a zarazem najdziwniejszych momentów w finałowym odcinku. Dużo bardziej interesujące jest to, co dzieje się po sekwencji "płonącej pułapki".

Szczególnie cieszy fakt, że w finale powróciła większość bohaterów, których przez lata poznaliśmy. Mogliśmy dowiedzieć się, co dzieje się w ich życiu, jak również posłuchać, co mają do powiedzenia na pożegnanie House’a. Usłyszeć jak arogancki lekarz wpłynął na ich życie. Co w nim zmienił. Ten moment wypadł przekonująco i ciekawie. Niestety, bardzo wyraźnie brakowało w tym odcinku Cuddy. Pojawili się przecież wszyscy najważniejsi bohaterowie. Wszyscy, poza nią. Przeogromna szkoda, że nie zobaczyliśmy Lisy choć przez moment, gdyż jej obecność byłaby wyjątkowa. Jej uczestnictwo w uroczystości, upamiętniającej House’a, byłoby idealnym zwieńczeniem jej obecności w jego życiu. Skoro można było pokazać, co dzieje się z dawnymi członkami zespołu, dlaczego nie można było tego samego uczynić z Cuddy? Jej powrót stanowiłby piękną klamrę kompozycyjną dla serialu i świetnie zamknąłby wszystkie jego wątki. Wydaje się przecież, że Lisa pojawiłaby się na pogrzebie Grega. Mimo tego wszystkiego, co razem przeszli. Jej brak może jednak sugerować, jak bardzo ją zranił. Jak bardzo jej postawa: "Nie chcę go więcej znać. On dla mnie umarł", którą przyjęła pod koniec zeszłego sezonu, nadal ma zastosowanie.

 

Doskonałym posunięciem był świadomy powrót w ostatnich odcinkach do wątku przyjaźni Wilsona i House’a. Zaznaczono w nim bardzo wyraźnie, że jeden jest w stanie zrobić dla drugiego wszystko. Finał, w ekstremalny sposób pokazał, jak wiele to oznacza. To, co House robi, by być z przyjacielem przed jego śmiercią, jest wyjątkowe i niespodziewane. Pokazujące, że nawet tacy ludzie, jak on, są w stanie zrobić wszystko z miłości i oddania drugiej osobie. 

Odcinek kończy się zresztą pewnym niedopowiedzeniem. Pozornie na pozytywną nutę, ale gdzieś pod tym kryje się zapowiedź tego, co ma wkrótce nastąpić. (Wyraźnie podkreślaną słowami lecącego w tle utworu "Enjoy Yourself (It’s Later Than You Think)", w wykonaniu Louisa Primy. Co stanie się wtedy? Tego twórcy nie zdradzają. Może i lepiej? W ten sposób dają widzom możliwość własnego dopowiedzenia finału historii ulubionego diagnosty. Tym zagraniem sprawili, że każdy ma możliwość napisania takiego zakończenia, które usatysfakcjonuje go najbardziej.

Ja tymczasem nie jestem jeszcze w stanie w pełni pojąć, że to już prawdziwy koniec przygody z "Doktorem Housem". Szkoda rozstawać się z Gregiem. Mimo wzlotów i upadków, serial stanowił nieprzeciętną rozrywkę, którą będę wspominał z sentymentem.
Dziękuję!

 
1 komentarz

Napisane w kategorii TV Shows

 

„Follow That Limo!”

27 maj
Najnowszy sezon "Gossip Girl" zaliczył znaczny spadek formy. Już początek sezonu wypadł mniej przekonująco niż zwykle, jednak odcinki do przerwy świątecznej dało się jeszcze oglądać (do gustu przypadł mi w szczególności wątek książki Dana). Niestety, odkąd serial wrócił do ramówki w 2012 roku, widzów czekała tylko spirala przesady, która z tygodnia na tydzień zataczała coraz większe kręgi.


Czego w tym roku doświadczyliśmy? Dostaliśmy: ciążę i problemy z prawdziwą tożsamością ojca dziecka, dziwny wypadek samochodowy, poronienie, kontrakt z Bogiem, by zachować przy życiu ukochanego, ślub z Księciem i natychmiastową(!) chęć rozwodu, fałszywe matki, zmartwychwstałych ojców, przyrodnie siostry*, dziewczyny podające się za przyrodnie siostry, różne zamienniczki Gossip Girl i wiele innych kuriozalnych pomysłów. Nietrudno zauważyć, że w najnowszym sezonie "Gossip Girl" dość poważnie zbliżyło się do poziomu absurdu "Mody na Sukces", czy innych tandetnych telenowel. 

U podłoża problemu leży chyba fakt, że twórcy zaczęli pisać scenariusze kolejnych odcinków jedynie na zasadzie "shock-value" – wyszukując elementy, które zaskoczą, zszokują widza. Nieważna jest motywacja bohatera, czy spójność jego charakteru. To sprawa drugorzędna. Najważniejsze jest wywołanie krótkotrwałego zaskoczenia, które oczywiście w następnym tygodniu musi być przebite czymś jeszcze mocniejszym. Bardziej nieoczekiwanym i zaskakującym. Niestety, idąc tym tropem twórcy zapędzili się w kozi róg. Coraz mniej zależy nam na bohaterach, gdyż zachowują się irracjonalnie i niespójnie z tym, co robili i mówili jeszcze kilka odcinków wcześniej. A kolejne "zwroty akcji" powodują jedynie przewracanie oczami, bądź wzruszenie ramion. Szkoda, bo to był kiedyś taki przyjemny serial. 

Na szczęście ostatni odcinek wypadł całkiem przyzwoicie. Było w nim sporo ciekawych scen, które w bezpośredni sposób odnosiły się do wydarzeń z przeszłości. Kilkoro bohaterów znów zaczęło zachowywać się tak, jak kiedyś, a niektóre rozwiązania rzeczywiście zaskakiwały. Mowa tu w szczególności o zachowaniu Barta oraz jego rozmowie z Chuckiem na dachu Empire. Ten bohater znów staje się "Głównym Złym", przeciwko któremu trzeba walczyć. 
Wydaje się też, że Blair przestała oszukiwać samą siebie i znów przyznała się do uczucia, którym darzy Chucka. Chciałoby się rzec – wreszcie. I tak wiedzieliśmy, że wszystko do tego zmierza. Twórcy zupełnie niepotrzebnie kazali jej wplątywać się w związki bez przyszlości, które pokazywały tylko niestabilność uczuciową bohaterki. 
Dobrze wypadły też sceny bezpośrednio odwołujące się do tych, które oglądaliśmy w pierwszym odcinku serialu. Zaskakuje wprawdzie podobieństwo zachowań niektórych bohaterów. Wydawać by się mogło, że pojedyncze postacie diametralnie się zmieniły przez ostatnie lata, ale najwyraźniej niektóre rzeczy zawsze pozostaną podobne. Serena popełnia ten sam błąd, co sześć lat temu – przesypia się z chłopakiem najlepszej przyjaciółki, po czym ucieka z miasta. Czy niczego się nie nauczyła? 


Wydaje się, że zdanie: "Im bardziej rzeczy się zmieniają, tym bardziej pozostają takie same" świetnie kwituje ostatni odcinek piątego sezonu. "The Return of the Ring" tak naprawdę dużo bardziej pasuje do starego klimatu serialu, niż cały piąty sezon, który wystawił cierpliwość widzów na porządną próbę. Aż do stopnia, w którym poważnie zaczęli się zastanawiać nad porzuceniem produkcji.

Dużym problemem pozostaje jednak fakt, że ten epizod wydaje się być czymś wyjątkowo spóźnionym. Na oko patrząc – o jakieś trzy lata. W tym odcinku powracamy bowiem mniej więcej do punktu wyjścia, który poznaliśmy trzy sezony temu. Zestawienie par jest podobne, problemy rodzinno-personalne też. W odcinku pojawia się nawet Gabe Saporta – lider zespołu Cobra Starship. Saporta w 2009 roku zaprosił do współpracy Leighton Meester, czyli serialową Blair, by wspólnie z nim zaśpiewała utwór "Good Girls Go Bad". Jego pojawienie się w "The Return of the Ring" tym bardziej odsyła właśnie do drugiego i trzeciego sezonu serialu. Wydaje się wręcz, że zatrudniając wokalistę, twórcy chcieli pokazać, że zdają sobie w pełni sprawę z wyprodukowania odcinka, który powinien był ujrzeć światło dzienne dużo wcześniej. Że świadomie powracają do momentu, gdy serial budził jeszcze pozytywne emocje. Rozumiem ich chęć wymazania zdarzeń z ostatniego roku, zamiecenie ich pod dywan i próbę powrotu do "starych, dobrych czasów", gdy serial oglądało się jeszcze z przyjemnością. Uważam jednak, że nie da się tak łatwo zapomnieć i wybaczyć pojawienia się ogromnej liczby błędów, które popełniono w ostatnim roku. Były zbyt duże i zbyt kuriozalne. Słaby poziom widać jeszcze wyraźniej, gdy zestawi się go z nieco ciekawszymi historiami, które pokazano w ostatnim odcinku, bezpośrednio odwołując się i cytując wydarzenia z czasów świetności serialu. 

Jeden lepszy odcinek wiosny wprawdzie nie czyni, ale może istnieje jeszcze cień szansy, by serial powrócił na przyzwoity poziom? Wiadomo już, że powstanie kolejny, krótszy, 11-odcinkowy sezon, który ma zakończyć wszystkie wątki serialu. Czy będzie to zakończenie w starym stylu? Czy jest jeszcze szansa na rehabilitację zszarganej reputacji serialu? Mam szczerą nadzieję. 

PS. * Warto zwrócić uwagę na fakt, że ten wątek jest wyjątkowo wtórny, bo przecież od paru sezonów wiemy już o przyrodnim bracie Dana i Sereny – Scottcie. Po co wprowadzać nowy wątek przyrodniego rodzeństwa, skoro jeden istnieje już od dawna?!

 
Brak komentarzy

Napisane w kategorii TV Shows

 

„Vamp Up!”

11 mar
Czwarty sezon "True Blood" jest najspokojniejszą ze wszystkich dotychczasowych odsłon serialu. 

Produkcja Alana Balla wytraciła gdzieś swoje zawrotne tempo wydarzeń i zaskakujące zwroty akcji, które tak mocno przyciągały uwagę w dwóch pierwszych sezonach. Nowa seria, jeszcze bardziej niż poprzednia, skupiła się na życiu osobistym bohaterów, tajemnicze wydarzenia spychając na dalszy plan.
Na szczęście nie oznacza to, że nową "Czystą Krew" ogląda się źle. Serial wciąż przysparza różnorodnych wrażeń, choć już na zdecydowanie mniejszą skalę niż dwa sezony temu. Nie jest to już emocjonalna jazda bez trzymanki, którą twórcy fundowali nam wcześniej, a raczej "spokojna" opowieść o "zwyczajnym" życiu na Południu Stanów. (Oczywiście w ramach przyjętej konwencji, stąd użycie cudzysłowów). Nowy sezon ogląda się z zainteresowaniem, ale już nie z wypiekami na twarzy. Niestety. 

Końcówka "trójki" zapowiadała, że wątek umiejętności Sookie będzie stanowił jedną z najważniejszych osi fabularnych nowego sezonu. "Czwórka" pokazała jednak, że: Nic z tych rzeczy! Wątek bohaterki w tym kontekście dość szybko znika ze świadomości twórców. W najnowszych odcinkach skupiają się raczej na innych aspektach jej osobowości. Ten fragment opowieści nadal obfituje więc w większą liczbę niewiadomych niż odpowiedzi. Być może najnowsze odcinki skupią się w większym stopniu na "magiczności" Sookie. Ostatnie odcinki zdają się na to wskazywać. Może wtedy serial znów ruszy z kopyta? Szczerze na to liczę. 

O ile nie rozwinięto w pełni opowieści o "gatunku", z jakiego wywodzi się Sookie, o tyle mocno skupiono się na drugiej grupie nadprzyrodzonych istot, które pojawiły się w Bon Temps, pod koniec sezonu trzeciego. Obecność Konwentu Czarownic w miasteczku, stanowi jeden z najważniejszych wątków nowej serii. Na czele Ugrupowania stoi Marnie. Kobieta, która czuje się osamotniona i odrzucona przez społeczeństwo. Praktyki magiczne pozwalają jej poczuć, że ma kontrolę. Szybko zacznie więc wykorzystywać swoje zdolności przeciwko innym. 
W roli Marnie wystąpiła Fiona Shaw, znana z serii o "Harrym Potterze". Ta irlandzka aktorka wypadła wyjątkowo ciekawie, tworząc interesującą postać. Ba, nawet dwie postaci. W pewnym momencie czarownica dzieli bowiem ciało z Duchem spalonej na stosie wiedźmy, która tułała się przez wieki po zaświatach, pragnąc zemsty na swoich oprawcach. Teraz, dzięki Marnie, ma szansę wprowadzić swój plan w życie. Aktorka świetnie poradziła sobie z podwójną rolą. Dzięki temu zabiegowi, jej bohaterka jest niejednoznaczna. A to sprawia, że bardzo dobrze ogląda się ją na ekranie. 

Drugim ważnym wątkiem "czwórki", jest opowieść o "Łagodnym Ericu". Szeryf Bon Temps zostaje zaczarowany przez czarownice, w wyniku czego traci pamięć, do stanu nowonarodzonego wampira. Eric, nie pamiętający swojej mrocznej przeszłości, zachowuje się niemalże jak napalony nastolatek. Do tego zaczyna w łagodny sposób okazywać swoje uczucia wobec Sookie. Muszę przyznać, że taka "wersja" wampirzego szeryfa średnio przypadła mi do gustu. Eric był dużo ciekawszy, gdy był pozbawionym wszelkich skrupułów wampirzym Wikingiem. W wersji "light" jest zbyt pokorny i wrażliwy. Zbyt zagubiony w otaczającej go rzeczywistości. (Aż chciałoby się do niego powiedzieć to, co w jednej ze scen mówi Bill do Jessici: "Vamp Up!"). 

Pozostałe wątki, wśród których możemy znaleźć: kryzys w związku Hoyta i Jessici, dalsze niesnaski i problemy w rodzinie Merlottów, nadprzyrodzone zdolności Jesusa i Lafayetta, nieciekawe położenie policjanta(!) Jasona, czy "szatańskie" dziecko Arlene, stanowią tło dla dwóch głównych Historii sezonu czwartego. 

Plusem najnowszej serii jest fakt, że nie wprowadziła ona do świata przedstawionego żadnych nowych nadprzyrodzonych stworzeń. Czwarty sezon operuje "jedynie" bytami, które pojawiły się w poprzednich odsłonach produkcji. I dobrze. Gdyby twórcy utrzymali zawrotne tempo pojawiania się istot nadprzyrodzonych, narzucone w poprzedniej serii, do końca czwartej zabrakłoby w serialu ludzkich bohaterów. I choć przeczuwam, że z końcem ostatniego odcinka, rzeczywiście tak się stanie, dobrze, że chwilowo zbastowano z tempem wprowadzania nie-ludzi do fabuły. 

Dwa słowa o muzyce. Jest dobra. ;) Zwróciłem w szczególności uwagę na dwa utwory: "Burning Down The House" Talking Heads, (w wykonaniu The Used) i "When I Die" zespołu The Heavy. 

Plotki* o filmie kinowym, wieńczącym serial, okazały się nieprawdziwe, (przynajmniej na razie). Najnowszy sezon wraca na ekrany telewizorów w czerwcu. Mimo słabnącej formy, na pewno ponownie zasiądę do serialu. W oczekiwaniu na nowe odcinki, obejrzę natomiast najnowszy sezon zaskakująco przyzwoitych "The Vampire Diaries". Być może wkrótce napiszę czemu i Wam to polecam. 

PS. Ciekawostką, z którą zostawiam Was na koniec, jest informacja, że Ludwik Pasteur był/jest wampirem. Tę rewelację chyba najlepiej skomentuje "nieomal cytat" z samego badacza: O, cholera! ;)

 
Komentarze (2)

Napisane w kategorii TV Shows

 
 

  • RSS