RSS
 

Notki z tagiem ‘twilight’

Finally!

17 lis

Wyliczania alfabetu ciag dalszy! Skoro zmęczyłem każdą z części „Zmierzchu„, nie pozostało mi nic innego, jak zobaczyć również jej „epickie” zwieńczenie. Także stało się – jestem po seansie „Breaking Dawn, part II”.

Już na samym początku muszę przyznać, że część druga jest dużo lepsza od rozciągniętej i nudnej części pierwszej. Tempo wprawdzie wciąż jest niespieszne, ale tym razem na ekranie dzieje się więcej niż poprzednio. Obraz zaczyna się dokładnie tam, gdzie skończył się poprzednik – po przebudzeniu Belli, która odkrywa, że jest teraz wampirzycą. Informację tę przyjmuje z pełnym entuzjazmem, mówiąc nawet: „Urodziłam się po to, by zostać wampirem”. Czuje się lepiej i sprawniej. Wreszcie czuje, że żyje. Wszystko zdaje się ukladać po jej myśli. Powiększona rodzina przeżywa radosne chwile. Aż do czasu, gdy nad ich losem po raz kolejny zawiśnie ręka Volturi. Nie wchodząc w zbyt duże szczegóły (zresztą sam film pobieżnie opisuje motywację włodzarzy wampirzych klanów), Cullenowie muszą szykować się do bitwy z włoskimi krwiopijcami. Zaczyna się zbieranie sprzymierzeńców.

Ostatni film sagi można opisać następującymi przymiotnikami: kuriozalny,  uproszczony, schematyczny, stereotypowy, przesadzony i patetyczny. Dwie ostatnie cechy aż wylewają się z ekranu, zupełnie nie przystając do opowieści i ukazanych zdarzeń. Wszystko jest w tym filmie bowiem Tak-Śmiertelnie-Poważne, że jedyną reakcją, która przychodzi do głowy, jest śmiech. No, bo jak można z kamienną twarzą oglądać to, co bohaterowie wyczyniają na ekranie?! Odpowiednie, prześmiewcze podejście pomaga nie zwariować w trakcie oglądania podkręconych melodramatycznych sytuacji, a nawet wyciągnąć z nich sarkastyczną radość. Seans wypełniony parsknięciami śmiechu naprawdę nie jest tak straszną rzeczą.

Wydaje się zresztą, że umieszczenie całej gamy przesadzonych elementów mogło być założeniem twórców. W jakim innym wypadku tworzyliby sceny walk, zaprzeczających siłom grawitacji i wyglądającym jak wyjęte z kreskówek, niskoklasowych filmów akcji, czy gier wideo z początku lat 90-tych? Chyba nie sądzą, że takie sceny będziemy traktować śmiertelnie poważnie? Wystarczy, że sami bohaterowie nadmuchują wydarzenia nieproporcjonalnie do ich rzeczywistej wielkości. Myśli o celowym operowaniu kiczem przechodzą człowiekowi przez głowę kilkukrotnie podczas seansu. Niestety, śmiertelnie poważna reszta dzieła sprawia, że trudno jest wyzbyć się wrażenia, że jest to raczej wypadek przy pracy niż celowy zabieg twórców. Co tym gorzej świadczy o ich wyobrażeniach względem stanu umysłu widzów.

Warto dodać, że finałowa scena bitwy daje dużą dozę satysfakcji. Jest wprawdzie mocno przesadzona i podrasowana, jednak jest coś ciekawego w oglądaniu kiczowatej śmierci kolejnych postaci. Jakieś poczucie, że to definitywny koniec ich historii. Groteskowy sposób pozbawienia życia jako zadośćuczynienie za fakt, że ich losy nie były ciekawsze, pełniejsze, lepsze. Muszę też przyznać, że rozwiązanie tej sytuacji jest zaskakujące. Tak proste i śmiałe, że nie sposób zareagować na nie niczym innym jak gromkim śmiechem. Odważne posunięcie, prawdziwe deus ex machina, które tym mocniej unaocznia, jak bardzo seria podlana jest niepotrzebnym patosem.

Nie ma sensu rozwodzić się nad aktorstwem, gdyż mimo upływu lat, jego poziom niespecjalnie się poprawił. Każdy z bohaterów znów operuje tym samym zestawem min, który prezentował w poprzednich odcinkach. Wydaje się jednak, że aktorzy traktują swoje role coraz mniej poważnie, momentami grając je tak, że dostrzegamy nieprawdopobieństwo sposobu ich zachowania. Ostatnia część przynosi także całą plejadę nowych postaci. Żadna z nich nie zostaje jednak rozwinięta. Każda jest bardziej stereotypowa od poprzedniej, a na dodatek większość przewija się po ekranie tylko w scenach grupowych. Poziom kuriozalności i uproszczenia bohaterów widać zresztą już na samych plakatach poświęconych każdemu z nich.

Muzyka poprawiła się za to względem poprzedniej części. Tym razem w tle przewija się wiele popowo-rockowych balladyjek, które są miłe dla ucha. Niby nie zostają w głowie na dłużej, ale pasują do klimatu i odpowiednio go podbijają. Na słowa uznania zasługuje również ciekawa, klimatyczna czołówka. Cykl pór roku ukazany w skali makro i mikro, z dodatkiem czerwono-białych napisów i takichż filtrów obrazu przyciąga wzrok i zaskakuje spójnością stylistyczną. Widać niezłą realizację pomysłu stojącego za tymi kadrami.

Muszę przyznać, że po bolączkach „part I” spodziewałem się, że w trakcie seansu „dwójki” będzie ze mną dużo gorzej. A zaskakująco bawiłem się całkiem nieźle. Cała saga „Twilight” jest po prostu wdzięczną pożywką dla śmiechu, gdyż zawiera w sobie wiele tandetnych, nieprzystających elementów, pozorowanych na głębokie i szalenie poruszające. Cała (grzeszna) przyjemność, którą możemy z niej czerpać wynika więc w dużej mierze z odpowiedniego nastawienia. Jeśli nastawimy się, że będzie można pośmiać się z licznych absurdów, spokojnie przetrwamy seans. W innym wypadku może być naprawdę ciężko.

W ostatnim filmie jest scena, w której bohater czeka na dwustronny atak wrogów. Gdy ten następuje i przeciwnikom udaje się go unicestwić, tuż przed śmiercią, mówi: „Wreszcie!”. I tak chyba należy skwitować zakończenie całej sagi Zmierch. Wreszcie nadszedł jej koniec!

 
Brak komentarzy

Napisane w kategorii Movies

 

Bizzarre.

26 lis

No i poszedłem za ciosem. Obejrzałem najnowszą część "Zmierzchu", czyli "Przed Świtem (część I)".

Wyszedłem z założenia, że skoro powiedziało się A, trzeba też powiedzieć B. (A, że w zasadzie powiedziałem już A, B i C, to wypadałoby dodać D). Zresztą każda kolejna część Sagi na podstawie powieści pani Meyer, podobała mi się bardziej od poprzedniej. (Choć to chyba kwestia zaniżonych oczekiwań). Liczyłem więc, że ta passa się utrzyma.

No i cóż – przeliczyłem się! Czwarta część sagi o miłości dziewczyny i wampira wypada zdecydowanie najsłabiej. Już w momencie ogłoszenia, że ostatni tom bestsellerowej powieści zostanie podzielony na dwa filmy, było wiadomo że jest to decyzja czysto ekonomiczna. Seans filmu tylko to potwierdził.

Tempo akcji jest niezmiernie powolne. Wydarzenia tej części możnaby spokojnie zawrzeć w (maksymalnie) połowie czasu trwania produkcji, a nie rozwlekać je na prawie dwugodzinny spektakl.
Oto Bella poślubia Edwarda. Wyjeżdża z nim na miesiąc miodowy, w czasie którego para konsumuje swój związek. Okazuje się jednak, że seks z wampirem może doprowadzić do ciąży. Na dodatek takiej, która wysysa z człowieka życie, czyniąc go niemiłosiernie anorektycznym. Bella zostaje więc pod nadzorem rodziny Cullenów, którzy sami nie wiedzą ani jak do ciąży mogło dojść, ani "co" rośnie w brzuchu dziewczyny. Wszystko zostanie rozwiązane, gdy dojdzie do bolesnego i męczącego dla widza odebrania porodu, który postawi Bellę w całkiem nowej sytuacji.
Dostajemy jeszcze wątek Jacoba, ale ten jest już tak bezsensowny i nie wnoszący nic do opowieści, że aż szkoda o nim pisać.

Po seansie, wraz z moją współtowarzyszką, zastanawiałem się czy przez takie ukazanie ciąży i problemów z nią związanych, autorka nie chciała przypadkiem rozpopagować koncepcji wstrzemiężliwości seksualnej, nawet po ślubie. W końcu przebieg stanu błogosławionego Belli oraz poród, są tu tak przedstawione, że człowiekowi aż włos się jeży na głowie. Przedziwna koncepcja, szczerze mówiąc.

Nie będę rozwodzić się nad poziomem aktorstwa, gdyż to w Sadze zawsze stało na niskim poziomie. Ewidentnym zadaniem aktorów było dobrze prezentować się na ekranie. W najnowszej części bywają jednak momenty, kiedy nawet to nie wychodzi im najlepiej.

Tym razem nawet muzyka wypadła słabo. Ciągle wałkuje się tu jeden powolny i jednostajny motyw, który podkreśla rozwleczone tempo wydarzeń. Jedynie w pojedynczej scenie tempo nabiera jako takich rumieńców, właśnie dzięki muzyce. Gdy Bella przygotowuje się do swojej nocy poślubnej, a w tle leci "Sister Rosetta" The Noisettes, od razu film wypada lepiej. Gdyby twórcy postawili na bardziej dynamiczną ścieżkę dźwiękową, produkcja by na tym zyskała. A tak – po prostu się dłuży.

Co tu dużo mówić – "Breaking Dawn" to najsłabsza część sagi. Nie ratują jej nawet wstawki humorystyczne. Choć kilka pojawia się na początku, potem zupełnie zanikają, oddając miejsce… nie wiem nawet czemu. Ten film był po prostu tak niedobry, że nawet nie mogę sobie przypomnieć "wydarzeń" z połowy seansu, mimo że minęło dopiero kilka godzin, odkąd opuściłem salę kinową.
Ogólnie rzecz biorąc – czwarta część to zupełny niewypał! Być może dlatego, że pod koniec procesu pisania, wyobraźnia pani Meyer weszła na dziwne tory rozwiązań, które są nieco "sick and twisted" i nie do końca współgrają z wcześniejszymi pomysłami. Także chyba można już zacząć się bać o pomysły, jakie zostaną zrealizowane w "part II".
O ile przy poprzednich odsłonach pisałem, że seans daje się przeżyć, tym razem nie jestem tego pewien. Także oglądacie na własną odpowiedzialność! ;)

 
Brak komentarzy

Napisane w kategorii Movies

 

Total Eclipse of the Heart

08 sie

"Zaćmienie", czyli trzecia część sagi "Zmierzch" wydaje się być najlepszą z dotychczasowych odsłon opowieści o miłości nastolatki i wampira.

Spowodowane jest to tym, że w tej części dostajemy największą dawkę akcji. Oczywiście ogromną rolę nadal odrgywa tu wątek romantyczny, tym razem jeszcze bardziej nakierowany na trójkąt miłosny, jednak dostajemy też wiele sekwencji czystej akcji.
Dzięki temu fabuła całego filmu idzie do przodu w żwawym tempie, nie ma niepotrzebnych dłużyzn i ogólnie całkiem przyjemnie się to wszystko ogląda.
Trzeba przyznać, że kolejna zmiana reżysera znów pozytywnie wpłynęła na film.

Tym razem nie będę wchodzić w zbyt dokładne szczegóły, jeśli idzie o fabułę, napiszę jedynie, że akcja toczy się wielotorowo i dostajemy tutaj zarówno wątek miłosny i kwestię wyboru przed jakim staje Bella: wybrać wampira Edwarda, czy wilkołaka Jacoba; bitwę pomiędzy (dobrymi) wampirami, asekurowanymi przez wilkołaki, a złymi, nowonarodzonymi krwiopijcami; podchody Victorii, by wreszcie uśmiercić Bellę; a także historię o początkach klanu wilkołaków oraz takie backstory opowiedziane przez przedstawicieli rodziny Cullenów: Jaspera i Rosalie.

Mimo tej różnorodności elementów, wszystko jest dobrze wywarzone i ukazane w odpowiednim momencie, także zupełnie nie występuje uczucie zagubienia czy chaosu.
Wszystko jest też w pełni zrozumiałe, nawet bez znajomości pierwowzoru.
Piszę o tym, gdyż przy poprzedniej części czytałem opinie, że nie dało się w pełni zrozumieć filmu bez wcześniejszej znajomości samej książki. Trudno mi było się na ten temat wypowiadać, gdyż akurat znałem dwie pierwsze części pierwowzoru. Tym razem było inaczej, gdyż ostatecznie nie przebrnąłem przez tom numer trzy. Także teraz mogę już powiedzieć, że spokojnie da się oglądać i rozumieć wydarzenia z "Eclipse", nawet jeśli nie włożyło się nosa do powieści pani Meyer.

Po raz kolejny zdarzają się elementy przesadzone i humorystyczne. Tym razem jednak wyraźnie widać, że twórcy zdają sobie z tych momentów sprawę. To znaczy ja przynajmniej tak odbieram te sytuacje, w których bohaterowie mówią do siebie zdania jak: "I’m hotter than you", czy "Doesn’t he own a shirt?". Poprzednio takie chwile wydawały się być "przypadkowe" i w zamierzeniu mające posiadać nieco inny wydźwięk. Tu natomiast widać, że twórcy chcą nam powiedzieć: "Tak, wiemy jak to brzmi. I o to nam właśnie chodzi!" ;)

Aktorsko film nie odbiega od swoich poprzedników i właściwie cała obsada sprawdza się tu tak samo jak wcześniej. Zdążyłem się już do ich sposobu gry przyzwyczaić, więc przestałem już nawet zauważać niektóre oczywiste uchybienia.
Jedna postać zmienia jednak twarz, co niestety nie wychodzi jej na dobre. Mowa o Victorii, która grana jest tu przez inną aktorkę. Choć Bryce Dallas Howard gra poprawnie, to brak jej tej osłony tajemniczości, wojowniczości i pewnej zadziorności, którymi cechowała się Victoria w wykonaniu Rachelle Lefevre. Victoria Bryce wydaje się mówić co innego, a robić co innego, przy okazji nie wzbudzając takich samych, jak poprzedniczka, emocji. Da się z tym jednak przetrwać, gdyż ogólnie Bryce nie odbiega poziomem gry od reszty obsady.

Muzycznie jest przyzwoicie. Wprawdzie nie ma tu utworów, które zapadłyby na dłużej w pamięć, jednak podczas seansu da się usłyszeć kilka piosenek, które wpadają w ucho i miło się ich słucha. Nie przechodzą też niezauważone, jak to czasami się zdarza, więc ogólnie soundtrack oceniam na plus.

Ogólnie rzecz ujmując – "Eclipse" okazało się być całkiem przyjemnym, luźnym filmem, który dało się obejrzeć bez jakichś większych bolączek. Także nie jest źle. Widać, że seria powoli zaczyna "wychodzić na ludzi", co dobrze wróży kolejnemu obrazowi. ;)

PS. Choć polski plakat wygląda identycznie jak oryginalny, to ma dużo lepszy tagline. "Czy namiętność pokona przyjaźń?" brzmi bowiem zdecydowanie lepiej niż "It all begins… with a choice".
 
Komentarze (3)

Napisane w kategorii Movies

 

New Moon

27 lis

Obejrzałem dzisiaj "Księżyc w Nowiu", czyli drugą część cyklu "Zmierch" na podstawie książek Stephanie Meyer.
Ku mojemu zaskoczeniu, film okazał się całkiem niezły i przyjemnie mi się go oglądało. Może to kwestia obniżonych oczekiwań, ale uważam, że "dwójka" była zdecydowanie lepsza niż "jedynka".
Wszystko było tu naprawdę sprawnie pokazane, nie miałem odczucia, że film się jakoś wybitnie dłuży, tak jak to momentami było podczas seansu "Zmierchu". Zmiana reżysera zdecydowanie pozytywnie wpłynęła na film. Akcja tutaj po prostu sprawniej posuwa się do przodu i pokazana jest w dużo lepszy sposób.
Być może to także kwestia innego materiału źródłowego. Tutaj nie musieliśmy już oglądać tych wszystkich sielankowych obrazków z Bellą i Edwardem biegających wspólnie po łące i leżących na trawie, kiedy wpatrują się w siebie przez bardzo-długi-okres-czasu, które były tak drażniące w "Zmierzchu".
Po seasnie doszliśmy razem z E. do wniosku, że być może tym, co uratowało ten film był właśnie… brak Edwarda. O ile w książce (dwójkę też zdarzyło mi się przeczytać) jego nieobecność była bardzo wyraźna poprzez nieustanne komentarze i lamentację Belli na ten temat, o tyle w filmie jej ból był łatwiejszy do strawienia, bo łączył się też z jakąś akcją dziejącą się na ekranie. O ile w książce trzeba było czekać aż Bella pomarudzi sobie przez x stron, a dopiero potem rzeczywiście coś zrobi, tak tutaj od razu oglądaliśmy jak coś robi, a jej lament słyszeliśmy z offu. Taka forma zdecydowanie bardziej mi się podobała, gdyż zdecydowanie usprawniła akcję i nie sprawiała wrażenia ciągnięcia się w nieskończoność.

Sama historia jest oczywiście niezmieniona i zaczyna się, gdy Cullenowie urządzają Belli przyjęcie urodzinowe, podczas którego ta rozcina sobie palec, a jej krew bardzo silnie oddziaływuje na Jaspera, który rzuca się na nią z żądzą mordu wymalowaną na twarzy.

Po tym incydencie Edward postanawia, że najlepiej dla bezpieczeństwa Belli będzie, jeśli on i cała jego rodzina wyjadą z Forks i dadzą pannie Swan "żyć normalnym życiem". Wmawia jej też, że już jej nie kocha i rozstaje się z nią… w środku lasu(!). (Akurat ten fakt uważam za straszliwie absurdalny, bo skoro Ed chce, by Bella była bezpieczna, to czemu porzuca ją w lesie, gdzie mogą zaatakować ją dzikie bestie, jak chociażby polująca na nią wampirzyca Victoria? No, ale to już raczej pytanie do pani Meyer, bo także w książce Edward postanawia rozstać się z Bellą alurat w takich okolicznościach przyrody).
Kiedy ktoś wreszcie odnajduje Bellę w lesie (dziewczyna zemdlała z nadmiaru emocji) i odprowdza ją do domu, zaczyna się właściwa akcja filmu (i książki), czyli rozpacz dziewczyny i jej coraz dziwniejsze zachowanie. Rozpoczyna się także coraz bardziej zażyła przyjaźń z Jacobem Blackiem, który później okazuje się być… wilkołakiem.
Fakt ten prowadzi do wielu bardzo zabawnych (choć raczej niezamierzenie) scen z jego udziałem, na czele ze sceną podczas której cała sala wybuchła gromkim śmiechem, a która pokazuje jak Jacob… zdejmuje koszulkę. Sposób w jaki to robi jest po prostu tak groteskowy i dziwny, że aż nie można powstrzymać śmiechu. Innym komicznym elementem są aluzje na temat seksualności wilkołaków, przejawiające się nie tylko w tym, że chłopcy nieustannie biegają wspólnie bez koszulek, ale też w tekstach takich jak Jacobowe "ostatnio on dziwnie się na mnie patrzy, jak gdyby czegoś ode mnie chciał", czy Belli do Jake’a: "You’re so… beautiful". Trudno powiedzieć na ile zamierzony jest to komizm, niemniej jednak zdecydowanie tutaj występuje i sprawia, że film dobrze się ogląda.
Jeśli idzie o fabułę warto również wspomnieć o tym, że w pewnym momencie akcja przenosi się do malowniczej miejscowości we Włoszech, gdzie poznajemy wampirów-arystokratów Volturi, a jedną z jego przedstawicielek gra 15-letnia już Dakota Fanning. Niezmiernie lubię tę atorkę i choć jej rola tutaj jest w zasadzie niewielka, to naprawdę miło ją było zobaczyć na ekranie. Akcja we Włoszech zresztą też jest niczego sobie i prowadzi do nieźle nakręconej walki pomiędzy Edwardem, a przedstawicielami włoskiego rodu.
Zakończenie wskazuje, że w następnej części możemy oczekiwać konfliktu na tle wampiry-wilkołaki (być może także konfktu z Volturi, a także Victorią) oraz zostawia widza z pytaniem bez odpowiedzi: "Will you merry me?". Co zresztą jest nieco zaskakujące, bo książka tak się nie kończyła.

Po tym długim opisie fabuły, pełnym spoilerów i dygresji przejdę jeszcze do omówienia kwestii muzycznej.
Muzyka, dobrana przez moje muzyczne guru – Alexandrę Patsavas, jest naprawdę niezła. Brakowało mi tutaj wprawdzie hitu na miarę "Supermasive Black Hole" zespołu Muse z pierwszej części, jednak muszę przyznać, że utwór, który pojawił się w momencie gdy Bella zamierzała skoczyć z klifu, czyli "Possibility" Lykke Li, był naprawdę przyjemny dla ucha. [EDIT – To jednka utwór Thoma Yorke’a "Hearing Damage" pojawia się w tym momencie. "Possibility" jest w scenie z porami roku.]

Na uwagę zasługuje także fakt, że tym razem, w przeciwieństwie do części pierwszej, pojawiają się tutaj nowe piosenki(!), które zostały napisane specjalnie na potrzeby filmu. A zespołami i wykonawcami, którzy podjęli się takiego zadania są między innymi: Death Cab for Cutie, Editors, Thom Yorke, Lupe Fiasco, Muse, OK Go, czy The Killers, czyli artyści cieszący się dużym uznaniem w świecie muzyki. Soundtrack można odnaleźć tutaj i zapoznać się z tym, co te zespoły mają do zaoferowania. Fragmenty niektórych piosenek zasłyszane na iTunesie przypadły mi do gustu, choć jednak nie na tyle, bym miał zamiar zaopatrywać się w całą płytę.
To tyle, ile chciałem napisać o filmie.

Na zakończenie chciałem poruszyć jeszcze jedną kwestię związaną z sagą "Zmierch".
Mianowicie zastanawia mnie popularność tej serii. Od zeszłego roku, kiedy na ekrany kin weszła pierwsza część filmu, na podstawie książki Stephanie Meyer, wręcz nieustannie widzę w komunikacji miejskiej i "na mieście" ludzi, którzy zaczytują się w kolejnych tomach cyklu. Wśród moich znajomych też znajdą się osoby, które przeczytały większość sagi. Kurczę – ja przecież też przeczytałem już dwie części!
Moje pytanie wynika z tego, że podczas rozmów ze znajomymi, doszliśmy do wniosku, że ta książka jest zwyczajnie źle napisana, momentami nieskładna, pełna uproszczeń, a bohaterowie są "prości jak budowa cepa". Każde z nas narzekało na książkę pani Meyer, twierdząc, że sami potrafiibyśmy napisać podobną historię lepiej, z większą gracją i lepszym stylem literackim. Jednak każde z nas z jakiegoś powodu sięgało po kolejny tom.
Właśnie ów powód intryguje mnie najbardziej. Co jest takiego w tych książkach, że mimo swoich licznych uchybień są tak chętnie czytane przez tak duże rzesze ludzi?
Czy to fakt, że to swojego rodzaju współczesna wersja "Romea i Julii"? Opowieść o miłości niemożliwej do spełnienia? Czy może to działanie na zasadzie siły promocji? Ktoś powiedział, że "Zmierzch" miał tyle, a tyle milionów czytelników, a my na zasadzie "podążania za stadem" robimy to samo? Czemu jednak, kiedy orentujemy się, że książka jest naprawdę źle napisana, chcemy ją czytać dalej? Czemu także mnie, od czasu do czasu kusi, by zabrać się za czytanie kolejnego tomu, mimo że tak narzekałem czytając poprzednie? Co takiego tkwi w tej książce, że jest ona tak popularna?
Naprawdę ciężko mi odpowiedzieć na to pytanie, stąd tyle pytań pomocniczych. Jeśli ktoś zna jakąś prostą odpowiedź, proszę niech się nią podzieli.
Ja tymczasem kończę moje "Zmierchowe" dywagacje.

 
1 komentarz

Napisane w kategorii Movies

 

This year’s movie guide, part I

21 gru

High School Musical 3
Trzecia odsłona przygód Dzikich Kotów z East High trafiła prosto … do kin! :)
(Dzięki temu zabiegowi Disney mógł zarobić dużo więcej kasy niż gdyby wypuścił film telewizyjny).
Poza tym trzecia odsłona, zatytułowana Senior Year, jest taka bardziej kinowa, zrobiona z większym rozmachem niż części poprzednie.
Jednak ogólny koncept to nadal stary poczciwy High School, czyli film podnoszący na duchu i wprawiający w baaardzo dobry nastrój.
Muzyka, jak zwykle zresztą, też jest bardzo spoko. Tym razem jednak, mam wrażenie, że utwory są bardziej "radio-friendly". Mam na myśli, że niektóre z nich są bardzo radiowe i można ich słuchać jako utworów "samych z siebie", niekoniecznie powiązanych z filmem. Chodzi o to, że piosenki z poprzednich filmów były bardziej złączone z filmem, a takie "Walk Away" chociażby, możnaby normalnie puścić w radiu jako nową popową piosenkę (zresztą bardzo w stylu Kelly Clarkson), a "Boys are Back" to piosenka baaaardzo boysbandowa. (Hmm – swoją drogą ostatnimi czasy boysbandy wyszły już chyba z mody, nieprawdaż? (Chociaż z drugiej strony są tacy Jonas Brothers, czyli inny "produkt" Disney’a, którzy robią ogromną karierę za Oceanem)).
Najlepszymi piosenkami z High Schoola Trójki są jednak "I want it all", "Night to remember"(!) i "Now or Never" (które trafiło na mojego Top 25 Most Played w dniu premiery filmu, bo było dostępne już od lipca na iTunesie (a dzięki temu była to też jedna z naszych (moich i Soft) background songs from this-year’s-Spain-vacation)). Do tej listy dodałbym jeszcze "Scream". => Generalnie wychodzi na to, że większość piosenek z Trójki jest bardzo spoko. Tak samo zresztą jak sam film. :)
Ogólnie rzecz ujmując mogę polecić ten film jako taki, który bardzo poprawia humor. :D
I to tyle o High School’u! (Krótkie recenzje poprzednich części można natomiast znaleźć tu i tu)

Na deser: plakat z filmu :)

Image Hosted by ImageShack.us 

Quantum of Solace
Pomyślałem sobie, że skoro dwa lata temu pisałem recenzję Casino Royale, czyli pierwszego z nowych Bondów, to teraz mógłbym napisać coś o kolejnej odsłonie nowego Bonda z Danielem Craigiem w roli głównej.
I właściwie chciałem powiedzieć tylko parę rzeczy, porównać oba Bondy między sobą.
Najnowszy, 22 już, James Bond jest już zupełnie nie-Bondowy. Nawet porównując tylko i wyłącznie dwa najnowsze Bondy, czyli te z panem Craigiem w roli głównej, Casino Royale góruje nad Quantum of Solace pod wieloma względami. Nie mówię tutaj, że najnowsza część jest zupełnie zła, ale nie jest to Bond. Film akcji – spoko, ale nie agent 007. Bardziej mu tutaj do dokonań Bourne’a niż Agenta Jej Królewskiej Mości. W sumie film oglądało się nieźle, ale akcji i fajnych momentów jest zdecydowanie mniej niż w poprzednich filmach z serii, a zbędne wprowadzanie dramatyzmu (dziewczyna Bonda, która chce pomścić śmierć swojej rodziny) jest jak dla mnie zbędne (bo trochę zbyt naciągane) (tzn. vendetta Jamesa jest jeszcze zrozumiała, i OK, ale wątek dziewczyny jest juz taki… ech! enough already!). No i w tej części brakowało mi sceny na miarę tej z lotniska z poprzedniej części.
Muszę jednak powiedzieć, że piosenka tytułowa – "Another way to die" Jacka White’a i Alicii Keys – jest spoko. Wprawdzie nie ma takiego powera jak "You know my name" Chrisa Cornella, czyli piosenki z Casino Royale, ale i tak od czasu napisów początkowych chodziła mi po głowie do końca filmu i długo po seasnie. Wprawdzie, gdy słyszałem jej fragmenty przed filmem, w radiu i TV, średnio mi się podobała, ale po seansie i zapoznaniu się z całością, po prostu musiałem sobie ją ściągnąć. ;)
(Kurcze – zastanawiam się czy nie za bardzo zjechałem Quantum of Solace, po prostu jednak nie bawiłem się na nim aż tak dobrze jak na częściach poprzednich.)
A właśnie – jeszcze jedno. Czy ktoś wie co właściwie oznacza ten tytuł? ;)
(That’s the end of new Bond talk)

Image Hosted by ImageShack.us

Twilight
The most recent movie I’ve seen (because I’ve watched it just today ;) ).
It’s a movie based on a book by Stephanie Meyer and it tells a story about love between a teenage girl and a… vampire. Hmm – sounds promising and very Buffy-like, doesn’t it? Well – it’s a bit different, unfortunately.
For starters I gotta say that I’ve also recently read the book. And it turned out to be 3/4 a big fat romance novel, and in the other 1/4 a good old action vampire story. But I’ve survived reading it and it was fun at times and at a lot of times fun-to-make-fun-of (for example – one of the most made-fun-of-things was the use of Edward Cullen’s name on every second page.
Jeśli jego imię nie padło przynajmniej co drugą stronę, autorka (a za jej sprawą nasza główna bohaterka – Bella) czuła się wręcz chora). Dało się jednak jakoś przebrnąć przez tę książkę i ogólnie było śmiesznie.

Having said that I can go back to reviewing the movie itself.
Well – it was kinda… tiring to watch this movie. There was no action, it was all so slow and so… romance’y. I think that the fact that the music was really slow&quiet made it difficult to watch. (Because there is one point were during all the talking between our main characters, the background music is faster and then it is enjoyable to watch). At other times it’s just… hmm… too slow. I wonder if the fact that I knew what’s going to happen had anything to do with that. But giving in the fact that I’ve watched several movie adaptations and enjoyed them very much, I think that there must be a problem with that one in particular. I guess it might be something, which Esther said after we saw the film – it was just too "skondensowane". Because when you read the book you do it for some time and you "dawkujesz" the story and all the things that Bella thinks about Edward. And here you have it all during the two hour movie.
Pewnie musisz być grupą docelową pani Meyer (czyli 14-15 lat), żeby móc się w pełni cieszyć urokami tego filmu (a także książki). O ile książka mi się nawet podobała (oczywiście oprócz wszystkich swoich uchybień, dzięki którym mogłem się nieźle pośmiać), o tyle w filmie zdecydowanie czegoś mi brakowało i po seansie wyszedłem bardziej zmęczony niż napełniony pozytywnymi emocjami/wrażeniami. Ogólnie rzecz ujmując byłem zawiedziony tym co obejrzałem.

Napisawszy to wszystko przejdę do sekcji ciekawostek i jednego high pointa filmu.
Jeśli o ciekawostki idzie, to chciałem wykazać ciekawe połączenie filmu Twilight z… The O.C! Ha! ;)
Otóż w obsadzie filmu pojawiaja się dwójka aktorów znanych z tego zacnego serialu. Są to Cam Gigandet i Nikki Reed, czyli Volchok i Sadie – supporting cast trzeciego sezonu O.C. Na dokładkę do tego wszystkiego muic supervisorem filmu była Alexandra Patsavas, która była też jednym z music supervisorów w O.C. Ok – koniec z tymi połączeniami. (Hmm – chociaż mam jeszcze jedno, tym razem z innym serialem – "Grey’s Anatomy". Matkę Edwarda – Esme – gra aktorka Elizabeth Reaser, która jest supporting cast w "Chirurgach" w trzecim i czwartym sezonie). Cool, isn’t it? ;)

Muzyka w filmie generalnie rzecz biorąc była taka sobie (tak jak już pisałem – spowalniała tempo), ale nie przeczę, że były i spoko momenty. Jednym z takich momentów jest mecz baseballowy rodziny Cullenów, z zajebistą piosenką Muse w tle. "Supermassive Black Hole", bo o niej mowa, jest po prostu genialna i ostatnimi czasy słucham jej niemal na okrągło. :D
Aha – i jeszcze jedno – (to już ostatni rzecz na temat Twilight, obiecuję) – jeśli high pointem filmu jest fragment, w którym główny bohater pokazuje jaki z niego mega-lanser i przyjeżdża pod szkołę swoją bryką w swoich cool Ray-Banach, to pokazuje z jak "dobrym" filmem mieliśmy do czynienia. ;)
Na koniec jeszcze zdjęcie obsady "Twilight" (specjalnie nie umieszczam plakatu, bo ten tak średniawo mi się podoba):

Image Hosted by ImageShack.us 

(yeah – it’s sort of my new style to put many pictures here. I think it’s more fun this way, don’t you?)

 
Brak komentarzy

Napisane w kategorii Movies

 
 

  • RSS