RSS
 

Notki z tagiem ‘type-of-cinema’

Chemistry. (a.k.a Romantics type of cinema?)

04 gru

The Adjustment Bureau
Romans w otoczce kina science-fiction. 
Obraz George’a Nolfiego przekonuje nas, że na świecie istnieje grupa, znana jako Biuro Korekt, która ma dostęp do "Ścieżek życia" wszystkich ludzi. Pracownicy Biura pilnują zaś, by każdy człowiek był na odpowiedniej "drodze" własnego rozwoju, bo inaczej "konsekwencje będą niewyobrażalne".

Kiedy kandydat na senatora zakochuje się w dziewczynie, przypadkowo poznanej w hotelu, niezgodnie ze swoim "życiowym planem", będzie musiał podważyć zasady tego świata i uciec przed Pracownikami Biura, żeby móc być z ukochaną.

Film Nolfiego ogląda się całkiem nieźle, głównie z powodu chemii między Mattem Damonem, a Emily Blunt, którzy wcielają się w kochanków, którzy muszą walczyć z przeciwnościami losu. Przyzwoite sekwencje akcji też umilają seans.
Obraz obfituje jednak w tak dużą ilość uproszczeń i naiwnych rozwiązań fabularnych, a przekaz o "miłości, która pokona wszystko" jest tak widoczny, że nie sposób nazwać obrazu Nolfiego inaczej, jak ‚bajką o sile miłości’. Trzeba jednak przyznać, że jest to bardzo interesujące podejście do tematu. I choć obraz posiada wiele błędów, seans upływa w przyjemnej atmosferze. Z tego powodu jestem skłonny przyznać produkcji ocenę 6/10.

Love and other drugs
Ten film o romansie sprzedawcy Viagry i chorej na Parkinsona dziewczyny, cierpi na brak zdecydowania w kwestii gatunku, który reprezentuje.

Temat ‚miłości skazanej na porażkę’ nadaje się raczej na dramat obyczajowy, czy melodramat, twórcy zaś starają się na siłę zrobić z tego filmu komedię romantyczną. Problem polega na tym, że w następujących po sobie scenach łączą elementy zaczerpnięte z różnych gatunków, a te nie zawsze do siebie pasują. To zaś sprawia, że film zamiast silnie oddziaływać, (w którąkolwiek ze stron), staje się raczej nijaki i nie wciąga w swoją historię.

Niemoc twórczą scenarzystów rekompensują jednak aktorzy. Jake Gylenhall i Anne Hathaway dobrze sobie radzą, portetując swoje nietypowe postaci. Nie wydaje mi się jednak, by był to już poziom Złotych Globów, do których zostali nominowani. Mimo, że ich role różnią się od tych z ich wcześniejszego repertuaru, nie ma w nich nic, co przykułoby naszą uwagę i zapadło w pamięć. Ot, dobrze grają, i tyle. Plusem jest jednak to, że posiadają chemię, a na dodatek co chwilę przewijają się nago po ekranie, uprawiając seks w najróżniejszych miejscach.

Najciekawszym elementem produkcji jest natomiast postać brata głównego bohatera. Josh (w tej roli Josh Gad) stanowi chyba największe źródło humoru i wypada naprawdę przyzwoicie. Problemem jest jednak jego nieprzystosowanie do raczej dramatycznego wydźwięku reszty filmu. W komedii romantycznej odnalazłby się idealnie. Wydaje się jednak, że "Miłość i inne używki" miało być ‚czymś więcej’.

Produkcja Edwarda Zwicka jest przez to filmem ‚letnim’. Twórcy nie wykorzystują pełni potencjału drzemiącego w pomyśle wyjściowym, nie za bardzo wiedząc w którą stronę poprowadzić swoją historię. Mimo wszystko ich film daje się oglądać bez zgrzytania zębów. Stąd moja ocena to 5,5/10. 

Friends with Benefits 
Najnowszy obraz Willa Glucka to film, który opiera się na chemii między Justinem Timberlakiem, a Milą Kunis. Ta jest wyczuwalna już od pierwszych scen, dzięki czemu łatwo kupujemy ich nietypową relację. 

Film opiera się na prostym pomyśle – najpierw seks, potem miłość. Bohaterowie zostali tak źle potraktowanie przez ‚miłość’ w przeszłości, że chwilowo zupełnie porzucili wiarę w jej istnienie. Nie chcąc jednak rezygnować z uciech cielesnych, postanawiają umówić się na seks bez zobowiązań. Jak nietrudno się domyślić, uczucia wkrótce zaczną mieszać w tym ‚prostym’ układzie. Pytanie tylko – jak sobie z tym poradzą bohaterowie?

Twórcy komedii "To tylko seks", (tak Polacy przetłumaczyli oryginalny tytuł!), starają się, by ich film nie był typową komedią romantyczną. Ostatecznie jednak to właśnie momenty rodem z rom-comów wychodzą w tej produkcji najlepiej. (A przynajmniej mnie końcowa scena na dworcu, ograna do bólu w innych obrazach, podobała się najbardziej). Reszta jest za mało zabawna, za mało prześmiewcza, by rzeczywiście przekonać nas, że parodiuje jakiś temat.

Mimo wszystko – film Glucka ogląda się nieźle. Seans nie wywołuje wprawdzie zbyt silnych emocji, ale też nie męczy. Ot, jest i tyle. Momentami udaje się w nim, że ten film jest czymś więcej niż w rzeczywistości. Ta sztuczka zadziałała jednak dużo lepiej w poprzednim obrazie reżysera, czyli produkcji "Łatwa Dziewczyna", gdzie umiejętnie grano ze schematami kina młodzieżowego. Tutaj granie ze schematem "rom-comów" jest zbyt bliskie prawdziwego produktu, byśmy mogli te żarty potraktować na serio. Film jest po prostu zbudowany ze zbyt wielu klisz, by wyróżniał się czymś na tle konkurencji. (Paradoksalnie – obraz "Brzydka Prawda", z którego twórcy nabijają się wprost w pewnym momencie, wypada dużo ciekawiej niż film Glucka). 
Mimo wszystko "Friends with benefits" sprawdza się nieźle, jako przyjemny "film na raz", do szybkiego wyrzucenia z głowy, niedługo po seansie. Ot, taki film na 5/10.

 
Komentarze (8)

Napisane w kategorii Movies

 

Make Them Laugh! (a.k.a Ladies type of cinema?)

08 mar


It’s Complicated
Ciepła komedia obyczajowa, opowiadająca o rozwiedzionej parze, która w dziesięć lat po rozstaniu, znów zaczyna darzyć się głębokim uczuciem.

Reżyserka Nancy Meyers potrafiła wycisnąć morze emocji z tej historii, pokazując nam zabawne sceny spotkań byłych małżonków oraz ich interesujące relacje z innymi. Historia opowiedziana jest w subtelny i zabawny sposób, a panujący tu pozytywny klimat szybko udziela się widzowi.

Jest to spokojny film, którego akcja powoli snuje się do przodu. Jednak dzięki wyrazistym bohaterom obraz przykuwa naszą uwagę i wielokrotnie przyczynia się do poprawy nastroju. Rozmowy koleżanek czy dialogi pomiędzy różnorodnymi członkami rodziny są bowiem wyśmienicie napisane. Posiadają w sobie dużą dawką pozytywnych emocji i humoru, przez co sprawiają, że szeroki uśmiech często pojawia się na naszej twarzy.

Sukces tego filmu tkwi w ciekawie napisanym scenariuszu oraz doskonałym aktorstwie. Trójkę głównych aktorów świetnie się ogląda, gdyż tworzone przez nich postaci są ludźmi z krwi i kości. Trudno się jednak dziwić. Gdy w głównych rolach obsadzamy Meryl Streep, Aleca Baldwina i Steve‘a Martina, film po prostu musi się udać.

"To Skomplikowane" świetnie mi się oglądało. Lekkość, z jaką prowadzona jest ta historia oraz umiejętność pisania przezabawnych dialogów, w połączeniu z bardzo dobrym aktorstwem, przyczyniły się do powstania filmu, który doskonale odpręża, a momentami bawi do łez.
Film przysporzył mi tylu dobrych emocji, że z przyjemnością wystawiam mu notę 8,5/10. Obraz Meyers mogę serdecznie polecić wszystkim poszukującym lekkiej, wyważonej i "wyrafinowanej" rozrywki.

Down with love 
Przyjemna komedia romantyczna. Tym, co spodobało mi się w niej najbardziej, były: odpowiednio skomplikowana fabuła oraz duża ilość zabawnych dwuznaczności słownych i sytuacyjnych.

Film opowiada o nietypowej parze. Ona – kobieta wyzwolona, napisała książkę zachęcającą kobiety, by zaczęły traktować seks jak mężczyźni (seks bez zobowiązań, "seks a la carte") i zajęły się swoją karierą. On – niepoprawny kobieciarz i rozchwytywany redaktor magazynu dla mężczyzn. Ich ścieżki zejdą się, gdy Ona będzie chciała wypromować swoją książkę. On nie zgadza się z tym, co Ona w niej opisuje. Z tego powodu postanawi uwieść autorkę, rozkochać ją w sobie, a potem upublicznić fakt, że sama pomysłodawczyni nie wierzy we własne "rewolucyjne" teorie.
Tak rozpocznie się gra pozorów i udawanych ról, która dostarczy nam wielu przezabawnych scen i ciekawych nieporozumień.

Akcja filmu dzieje się w otoczeniu luksusu lat 60-tych. Luksusu świata przepełnionego gadżetami, wymyślnymi strojami, ładnymi wnętrzami i pastelowymi barwami. Trzeba przyznać, że jest to przyjemna sceneria.

Aktorstwo stoi na przyzwoitym poziomie. Szczególnie dobrze wypada Ewan McGregor, który przez sporą część filmu mówi z południowoamerykańskim akcentem. Wtórująca mu Renee Zellweger również ciekawie radzi sobie na ekranie. Wzajemne gierki głównych bohaterów przyjemnie się ogląda, gdyż aktorzy odnajdują ze sobą wspólny język.
Świetne są również postacie drugoplanowe, czyli przyjaciele pary bohaterów. Grający ich David Hyde Pierce i Sarah Paulson wypadają tak przekonująco, że momentami kradną ekran tylko dla siebie.

"Do diabła z miłością" to zabawna produkcja, która zasługuje na mocne 7,5/10, momentami ocierając się nawet o 8/10. Rozrywka gwarantowana!

Date Night
Dobra komedia akcji, opowiadająca o małżeństwie z wieloletnim stażem, które próbując wyrwać się z monotonii ułożonego, wręcz nudnego życia, przez przypadek wplątuje się w mafijną aferę.

Produkcja jest zabawna, żwawa i przepełniona scenami szalonej akcji. Historia idzie do przodu w szybkim tempie, dzięki czemu widz nie ma chwili na nudę.
Najbardziej przypadły mi do gustu dwie sceny: pościg samochodami z połączonymi maskami oraz taniec bohaterów w klubie go-go. Najzabawniejsze są jednak sceny niewykorzystane, pojawiające się na napisach końcowych. W szczególności zaś rozmowa w restauracji, gdy aktorzy mówią z różnorodnymi zagranicznymi akcentami.

W filmie przewija się plejada gwiazd. Parę małżeńską grają Tina Fey i Steve Carrell. Aktorzy, których nazywa się czasami "najzabawniejszymi ludźmi Hollywood". W tym filmie rzeczywiście są zabawni, ale do mistrzowskiego poziomu jeszcze im daleko. Wypadają jednak przyzwoicie i widać, że starają się, by ich gra była przyczynkiem do śmiechu. Często udaje im się wywołać uśmiech na naszej twarzy, dlatego ja kupuj ich kreacje.
W epizodach możemy oglądać natomiast Marka Wahlberga, Raya Liottę, Willama Fichtnera, Jamesa Franco, Milę Kunis, Marka Ruffallo, czy Leighton Meester. Wszyscy wyciskają sporo humoru ze swoich zarysowanych grubą kreską postaci, umilając nam tym seans.

"Nocna Randka" to niezobowiązujący, pozytywny film, który przyjemnie się ogląda. I choć rzadko zdarza nam się wybuchnąć gromkim śmiechem, wiele jest momentów szczerego uśmiechu. "Date Night" to produkcja na przyzwoitym poziomie, która zasługuje na 7/10. Film do obejrzenia w nudne popołudnie, czy chłodny wieczór.

PS. Najlepszy cytat z filmu "Down with love": "Catchers Block [wymawiane: Kaczy’s blog] is gorgeous". Trudno się z tym zdaniem nie zgodzić. :D

PS2. Wszyskiego Najlepszego Drogie Kobiety! :) (Nie ma co – trafiłem z odpowiednią notką w odpowiednim terminie) ;)
 
Brak komentarzy

Napisane w kategorii Movies

 

Teen type of cinema, part II

28 kwi

Grind
Film o deskorolkowcach i ich wyprawie po zdobycie sławy.

Grupa przyjaciół przejeżdza pół kraju, by móc zabłysnąć swoimi zdolnościami i zostać dostrzeżonymi przez sponsorów. Po drodze napotyka wiele przeciwności losu, co prowadzi oczywiście do wielu zabawnych sytuacji i zaskakujacych zwrotów akcji.

Problem w tym, że większość dowcipów granych jest na tę samą, kloaczną, nutę, co dość szybko staje się nużące. Na szczęście film ma też swoje dobre momenty, chociażby kiedy koncentruje się na deskorolkowej jeździe i różnorodnych trickach wykonywanych przez głównych bohaterów, czy ukazywaniu determinacji z jaką bohaterowie podążają za swoim marzeniem.

Choć "Grind" nie jest filmem wysokich lotów, na szczęście nie jest też zupełnym nie-dającym-się-oglądać dnem i posiada momenty, w których rzeczywiście można się uśmiechnąć.

W obsadzie pojawia się kila znajomych twarzy. Poza grającym główną rolę Mikiem Vogelem, możemy tutaj oglądać Adama Brody’ego z "O.C", Jennifer Morrison z "House’a", czy Vince’a Vielufa grającego tutaj identycznie jak w (nota bene przezabawnym) "Wyścigu Szczurów", z którego go znamy.

Ogólnie rzecz ujmując – mimo, że "Grind" nie jest filmem, który można polecać, nie jest też filmem, który trzeba stanowczo odradzać. Także ja nie będę robił ani jednego ani drugiego. ;)

Fired Up
Dwóch przyjaciół, którzy słynni są ze swoich miłosnych podbojów, postanawia wyjechać na obóz dla cheerleaderek, by tam móc dodać kolejne "zdobycze" do swojej listy. Jak się jednak na miejscu okaże, zacznie im także zależeć na zespole, do którego dołączą, a na dodatek sprawią, że drużyna odzyska wiarę w siebie.
Niby to znane i ograne, jednak dzięki dobrze dobranej obsadzie, zabawnym tekstom i sytuacjom, a także kilku parodystycznym momentom*, seans odbywa się bez większych zgrzytów, a nawet budzi pozytywne emocje.

(*-najlepsze są te momenty, w których drużyna cheerleaderek wykrzykuje z entuzjazmem co właśnie robi. (np. "My jedziemy. My my jedziemy", czy "Teraz jemy. Te-Teraz jemy")) ;)

Para głównych bohaterów, granych przez Nicholasa D’Agosto i Erica Christiana Olsena, jest zabawna i wygadana. Posiada też dobrą dynamikę we wzajemnej relacji, także bardzo dobrze się ten duet ogląda. Pozostali bohaterowie, choć zarysowani grubymi kreskami, też potrafią wywołać uśmiech widza.

Ogólnie rzecz biorąc "Fired Up" to lekka młodzieżowa komedia, która mimo swojej schematyczności, potrafi widza rozbawić, a jej seans wiąże się bardziej z przyjemnością niż znużeniem.

Adventureland
Osadzona w klimacie lat 80-tych opowieść o urokach i zmorach pracy w starym parku rozrywki, jest także historią o urokach pierwszej miłości oraz problemach z nią związanych.

"Adventureland" to film z serii tych, które "po prostu są". Ani nie wywołuje burzy pozytywnych emocji, ani szczególnie nie nudzi. Jest zgrabnie opowiedziany, mimo faktu, ze fabuła jest prosta i dałoby się ją zawrzeć w zaledwie kilku zdaniach. Bohaterowie są sympatyczni, aczkolwiek nie na tyle, by budzili jakieś głębokie pokłady pozytywnych emocji. Momentami jest całkiem zabawnie, jednak głównie w specyficzny, ironiczny sposób. Taki styl humoru jest w zasadzie największym plusem tego dzieła. I choć akcja biegnie powoli, to widz nie nudzi się, tylko z pewną przyjemnością ogląda kolejne, czasami zaskakujące perypetie bohaterów i słucha ich ironicznych uwag dotyczących życia, miłości i planów na przyszłość.

Główne role zostały powierzone Jessiemu Eisenbergowi oraz Kirsten Stewart, a w tle przewijają się Bill Hader i Ryan Reynolds. W zasadzie wszyscy grają w podobny, dość beznamiętny sposób, który jednak dobrze oddaje stan emocjonalnego zagubienia bohaterów.

Ogólnie rzecz ujmując "Adventureland" nie jest szczególnie pasjonującym filmem, aczkolwiek ma w sobie "to coś", co sprawia, że całkiem dobrze się go ogląda. (Być może chodzi o to, co zawarte zostało w taglinie filmu: "Nothing brings people together like a crappy summer job", czy umiejscowieniu akcji w realiach lat 80-tych?)
(+ pojawia się też polski akcent, w postaci bohatera o polskich korzeniach, który nosi na sobie koszulkę z napisem "Solidarność") :)


Muzyka
"Grind" także od strony muzycznej nieszczególnie zapada w pamięć. Wprawdzie pojawia się tutaj kilka znanych hitów, jak chociażby "Get Busy" Sean Paula, czy "I’m Just a Kid" Simple Plan, a bohaterowie tańczą w pewnym momencie do "Bust A Move" Young MC, to jednak w ogólnym rozrachunku soundtrack filmu (via Amazon.com) jest raczej poprawny niż szczególnie przebojowy.

W "Fired Up" pojawia się natomiast kilka świetnych, znanych mi utworów, wśród których są: "Girlfriend" Avril Lavigne, "That’s not my name" The Ting-Tings, "Ride with me" The Vines, czy nawet "Mambo no 5" Lou Begi, także sytuacja wygląda całkiem przyzwoicie.
Pełny soundtrack do usłyszenia tutaj. (via iTunes)


Muzycznie "Adventureland" też prezentuje się całkiem nieźle. Dostajemy tu bardzo przyjemne "stare" utwory, w wykonaniu Davida Bovie, The Cure, INXS, a nawet "Rock me Amadeus" zespołu Falco. Wszystkich dobrze słucha się na soundtracku, a także jako muzycznego tła podczas filmu.

W ogólnej ocenie: "Grind" zyskuje 4/10, "Fired Up" 6/10 i "Adventureland" 6/10.
 
1 komentarz

Napisane w kategorii Movies

 

Teen type of cinema

27 kwi

Nick and Norah’s Infinite Playlist
Film opowiada o grupie przyjaciół, którzy przemierzają nocą ulice Nowego Jorku, w poszukiwaniu ulubionego zespołu (nieistniejącego "Where’s Fluffy?"). Jest też o licznych perypetiach jakie przydarzą im się podczas tej wyprawy.

Dzieło Petera Solletta momentami jest zabawne, jednak nie na tyle, by szczególnie zapaść widzowi w pamięć. Ot, całkiem przyjemny film, choć nie szczególnie pasjonujący.

Dwie najzabawniejsze rzeczy w tym filmie to: motyw gumy do żucia, która przechodzi bardzo długą i pokręconą drogę, cały czas jednak zachowując swoją "świeżość" oraz utwór muzyczny alt-rockowego zespołu głównego bohatera, pod wdzięcznym tytułem "Screw the man", ze świetną rockową melodią i zabawnym tekstem. Reszta jest już na średnim poziomie i nie wybija się szczególnie na tle innych tego typu obrazów. 

W obsadzie dostajemy Michaela Cerę, znanego z "Juno", czy (nota bene bardzo zabawnego) "Superbad" oraz Kat Dennings. Ani para głównych aktorów, ani przewijające się w tle postaci drugoplanowe, niczym szczególnym się nie wyróżniają; prowadzą raczej swoją minimalistyczną grę, oddającą zagubienie i niezdecydowanie głównych bohaterów.

"Nick and Norah’s Infinite Playlist" to przyjemne małe dziełko, które posiada całkiem niezły klimat, dziwacznych bohaterów i za-mało przebojową (jak dla mnie) muzykę. W wolnej chwili można jednak poświęcić mu czas, gdyż momentami bywa całkiem zabawne.

Assassination of a High School President
Połączenie kina młodzieżowego z filmem noir.
Głównym bohaterem jest dziennikarz szkolnej gazety, który prowadzi śledztwo na temat tego, kto mógł wrobić "prezydenta szkoły" w niecny proceder, odbywający się na kampusie.
Film czerpie z kina noir (klimat, ciemne kadry, ubiór, czy styl bycia bohatera), jednak zestawia go z realiami szkoły średniej, co daje ciekawe, zabawne efekty.

Obraz Bretta Simona jest naprawdę dobrze zrobiony i wciągający, gdyż zagadka kryminalna poprowadzona jest w ciekawy sposób, a główny bohater jest specyficzną i intrygującą postacią. Śledztwo, które zaczyna prowadzić na własną rękę, jest równie ciekawe, jak on i jego otoczenie, a klimat panujący w filmie, udziela się także widzowi.

Dużym atutem jest także obsada. Główną rolę gra tutaj Reece Thompson, który świetnie odnalazł się w swojej roli. Wtórują mu Mischa Barton, która pokazuje, że stać ją na całkiem znośną i wiarygodną grę oraz… Bruce Willis(!), w roli surowego, acz dziwacznego dyrektora szkoły, który rządzi swoją placówką wedle specyficznego zestawu zasad.

Ogólnie rzecz biorąc – "Assassination of a High School President" jest ciekawym mariażem gatunkowym, który przyjemnie się ogląda i który przysparza czegoś więcej niż tylko kilku uśmiechów. Mam też wrażenie, że warto mu poświęcić chwilę czasu, chociażby dla intrygującego klimatu.


BandSlam
Film o młodzieńczej miłości do muzyki i chęci wyrwania się z ryzów roli narzuconej przez szkolnych kolegów. Jest o drodze jaką trzeba przejść by odnaleźć siebie oraz o ścieżce prowadzącej do spełnienia marzeń.

Największym atutem filmu jest pojawiająca się tu w dużej ilości przebojowa muzyka. Również przyjemny, ciepły klimat, opierający się na prostych, acz zabawnych żartach i dowcipnych sytuacjach, jest czymś co szybko przekonuje do siebie. Warto też wspomnieć o dających się lubić, ciekawych postaciach, które zjednują widza w dość szybkim tempie.

W obsadzie znalazły się tzw. "gwiazdki Disney’a": Vannessa Hudgens i Ali Michalka. Główną rolę gra natomiast Galean Connell, a w tle przewijają się też Lisa Kudrow oraz Ryan Donowho (znany z 3 sezonu "O.C"). Wszyscy spisują się dobrze, kreując swoje postaci, które dają się lubić i budują z widzem emocjonalną więź. Na dodatek bohaterowie są wiarygodni, także trzeba przyznać, że ekipa dobrze wywiązała się ze swojego zadania.

"BandSlam" jest wyjątkowo przyjemnym i zabawnym filmem, który na dodatek jest jak zastrzyk pozytywnej energii. Dodatkowo nie jest kolejną przesłodzoną "disneyowską" opowieścią, mimo uczestnictwa aktorek ze "stajni Disney’a". Z przekonaniem mogę go też polecić jako film na poprawę humoru.



Muzyka
Zaskakująco jak na film z "playlistą" w tytule, "Nick i Norah" od strony muzycznej nie prezentuje się szczególnie przebojowo. Wprawdzie podczas słuchania fragmentów soundtracku, kilka utworów wydało mi się całkiem przyjemnych, jednak nie było takich, które na dłużej przykułyby moją uwagę. Na szczęście pozostaje jeszcze najlepsza rzecz z całego filmu, czyli piosenka "Screw the man" (nieistniejącego zespołu The Jerk-Offs), która ma naprawdę niezłą, rockową energię, i która została ze mną na długo po seansie.

Muzycznie z "Assassination…" jest chyba najsłabiej. Utwory wykorzystane w filmie w większości "wpadają jednym, a wypadają drugim uchem", nie pozostawiając po sobie żadnego wrażenia. Na szczęście znalazł się jeden utwór, który szczególnie zapadł mi w pamięć, gdy pojawił się w scenie domowej imprezy. Piosenka "Dr. Love" zespołu Bumbleebeez, którą wtedy słyszymy, jest naprawdę niezła i szybko wpada w ucho.


"BandSlam" od strony muzycznej prezentuje się najlepiej. (Pewnie dlatego, że to film o muzykach). Soundtrack wypełniony jest niezłymi, chwytliwymi kawałkami, także w wykonaniu samych bohaterów. Na największą uwagę zasługują takie utwory jak: "I want you to want me" Hot Trick’a (znane już z niezłego "10 things I hate about you", w coverze Letters for Cleo), "Amphetamine" Aly Michalki, "Everything I own" nieistniejącego zespołu I can’t go on, I’ll go on, czy "Stuck in the Middle" The Burning Hotels.


W ogólnej ocenie "Nick i Norah" dostają 5/10, "Assassination of a High School President" 7/10, a "BandSlam" 8/10.
(Oceny w skali 10-tnej, dla większej dywersyfikacji przyznawanych punktów, oraz bardziej jednorazowy niż stały element na blogu).
 
Brak komentarzy

Napisane w kategorii Movies

 

Guys type of cinema

08 lis

The Ugly Truth
"Brzydka prawda" to komedia z pikantnym humorem.

Ona (Katherine Heigl, znana z "Chirurgów") jest prezenterką lokalnej telewizji, posiadającą nienaganne maniery i nie mogąca znaleźć sobie odpowiedniego partnera. On (Gerard Butler, znany z "300") prowadzi swój autorski program telewizyjny, w którym mówi o relacjach damsko-męskich. Jego programy opierają się na tym, że mówi kobietom jaka jest "brzydka prawda" dotycząca mężczyzn i kobiet – że w zasadzie obu grupom chodzi głównie o seks, ale jedni się z tym nie ukrywają, a drudzy (drugie) tworzą ogromną otoczkę wokół tego, zakrywając o co im właściwie chodzi.
Kiedy los zetknie tych dwoje, problemy będą nieuniknione, ponieważ posiadają oni zupełnie odmienny światopogląd, jeśli idzie o sprawy damsko-męskie. Kiedy jednak okaże się, że rady Mike’a Chadwaya mogą pomóc Abby w zddobyciu faceta swoich marzeń, ta nie zawaha się z nich skorzystać. Ta sytuacja doprowadzi do bardzo wielu gagów, związanych z odmiennym podejściem obojga bohaterów.
Styl dowcipu jest tutaj podobny, do tego, który znamy z "Seksu w wielkim mieście". Nie ma tematów tabu, o wszystkim można mówić wprost i bez owijania w bawełnę. To sprawia, że film jest naprawdę zabawny i wychodząc z kina po seansie miałem naprawdę dobry humor. :)

Kac Vegas
Po pierwsze brawa dla tłumaczy za tytuł. Polski jest dużo ciekawszy niż oryginalny – "The Hangover", oznaczający po prostu kaca.

Po drugie – fabuła filmu jest prosta. Czterech przyjaciół jedzie do Las Vegas na wieczór kawalerski, którego nigdy nie zapomną. Impreza jest tak udana, że jednak zapomnieć im się udaje, ponieważ rano budzą się nie tylko z ogromnym kacem, ale także z zupełnym brakiem wspomnień z ostatniego wieczoru.
Przez cały film będą próbowali dowiedziec się co właściwie się z nimi działo, nie tylko żeby odnaleźć swojego przyjaciela Douga, który "zaginął w akcji", ale także żeby uzyskać odpowiedzi na dręczące ich pytania: czemu "there’s a fucking tiger in the bathroom?!", czy brakuje mi zęba?, czy ja byłem w szpitalu? , a nawet  - czyje to dziecko? To dopiero początek pytań, które staną przed trójką przyjaciół, bo kolejne tajemnice piętrzą się z każdą sceną.

Perypetie bohaterów są czasami bardzo zaskakujące, a czasami zwyczajnie dziwne, czy wręcz niesmaczne (jak scena z obsługą paralizatora), jednak w większości przypadków naprawdę zabawne. Za przykład można podać chociażby scenę, w której Mike Tyson śpiewa piosenkę Phila Collinsa "In the Air tonight", czy moment parodiujący "Rain Mana". ;)

Ogólnie rzecz biorąc film ogląda się bardzo przyjemnie i często wywołuje on uśmiech widza.
"Kac Vegas" był tak pozytywnie przyjęty przez widownię na całym świecie, a także przez rzeszę krytyków, że twórca reżyser Todd Phillips postanowił stworzyć sequel swojego dzieła. Nie wiadomo na razie w jaką stronę ma pójść akcja drugiej części, jeśli jednak będzie tak zabawnie, jak w "jedynce", z chęcią zobaczę tę kontyunację. :)

I love you, man
Paul Rudd, czyli Mike z "Przyjaciół" oraz Jason Segel, czyli Marshall z "Jak poznalem waszą matkę", grają główne role w tej komedii opowiadającej o męskiej przyjaźni.
Peter (bohater Rudda) oświadcza się swojej dziewczynie. Ta przyjmuje oświadczyny. I wszystko byłoby dobrze, gdyby tylko Peter miał kogo wybrać na swojego drużbę. Nie ma bowiem żadnych męskich przyjaciół, gdyż zdecydowanie lepiej dogaduje się z kobietami.
Sprawa jest jednak poważna – drużba na ślubie musi być, więc Pete zacznie poszukiwać sobie najlepszego przyjaciela.
Dzięki tym poszukiwaniom dostaniemy niezliczoną ilość dowcipów dotyczących różnic pomiędzy przyjaźnią damsko-męską, a "prawdziwą męską przyjaźnią". ;)
Film ogląda się przyjemnie, wiele scen wywołuje uśmiech na ustach, a ogólny zarys historii daje pole do popisu scenarzystom. Mimo, że nie jest tak dobry, jak dwa wyżej wymienione, to w wolnej chwili można mu dać szansę i nieźle się pośmiać. :)

Muzyka
W dwóch pierwszych filmach muzyka stanowi jedynie tło dla głównej akcji i nie wybija się jakoś specjalnie na pierwszy plan. Co jednak ciekawe oba filmy kończy przebojowy utwór Flo Ridy "Right Round", który doskonale oddaje luźny i niezobowiązujący charakter obu komedii.
W ostatniej prdukcji muzyka gra nieco ważniejszą rolę. Nasz bohater i jego nowy najlepszy kumpel są bowiem ogromnymi fanami zespołu Rush i wiele razy oglądamy jak starają się grać ich utwory w garażu. Muzyka ta jednak nie była dla mnie tak porywająca, jakbym tego oczekiwał. Z tego powodu nie poznałem żadnego nowego intrygującego utworu, dzięki wymienionym filmom. Niemniej jednak, jeśli ktoś byłby zainteresowany muzyką, to soundtracki można odnaleźć tutaj: "Brzydka prawda", "Kac Vegas", "Stary, kocham cię" (via Itunes).

 
1 komentarz

Napisane w kategorii Movies

 

Guys type of cinema

08 lis

The Ugly Truth
"Brzydka prawda" to komedia z pikantnym humorem.

Ona (Katherine Heigl, znana z "Chirurgów") jest prezenterką lokalnej telewizji, posiadającą nienaganne maniery i nie mogąca znaleźć sobie odpowiedniego partnera. On (Gerard Butler, znany z "300") prowadzi swój autorski program telewizyjny, w którym mówi o relacjach damsko-męskich. Jego programy opierają się na tym, że mówi kobietom jaka jest "brzydka prawda" dotycząca mężczyzn i kobiet – że w zasadzie obu grupom chodzi głównie o seks, ale jedni się z tym nie ukrywają, a drudzy (drugie) tworzą ogromną otoczkę wokół tego, zakrywając o co im właściwie chodzi.
Kiedy los zetknie tych dwoje, problemy będą nieuniknione, ponieważ posiadają oni zupełnie odmienny światopogląd, jeśli idzie o sprawy damsko-męskie. Kiedy jednak okaże się, że rady Mike’a Chadwaya mogą pomóc Abby w zddobyciu faceta swoich marzeń, ta nie zawaha się z nich skorzystać. Ta sytuacja doprowadzi do bardzo wielu gagów, związanych z odmiennym podejściem obojga bohaterów.
Styl dowcipu jest tutaj podobny, do tego, który znamy z "Seksu w wielkim mieście". Nie ma tematów tabu, o wszystkim można mówić wprost i bez owijania w bawełnę. To sprawia, że film jest naprawdę zabawny i wychodząc z kina po seansie miałem naprawdę dobry humor. :)

Kac Vegas
Po pierwsze brawa dla tłumaczy za tytuł. Polski jest dużo ciekawszy niż oryginalny – "The Hangover", oznaczający po prostu kaca.

Po drugie – fabuła filmu jest prosta. Czterech przyjaciół jedzie do Las Vegas na wieczór kawalerski, którego nigdy nie zapomną. Impreza jest tak udana, że jednak zapomnieć im się udaje, ponieważ rano budzą się nie tylko z ogromnym kacem, ale także z zupełnym brakiem wspomnień z ostatniego wieczoru.
Przez cały film będą próbowali dowiedziec się co właściwie się z nimi działo, nie tylko żeby odnaleźć swojego przyjaciela Douga, który "zaginął w akcji", ale także żeby uzyskać odpowiedzi na dręczące ich pytania: czemu "there’s a fucking tiger in the bathroom?!", czy brakuje mi zęba?, czy ja byłem w szpitalu? , a nawet  - czyje to dziecko? To dopiero początek pytań, które staną przed trójką przyjaciół, bo kolejne tajemnice piętrzą się z każdą sceną.

Perypetie bohaterów są czasami bardzo zaskakujące, a czasami zwyczajnie dziwne, czy wręcz niesmaczne (jak scena z obsługą paralizatora), jednak w większości przypadków naprawdę zabawne. Za przykład można podać chociażby scenę, w której Mike Tyson śpiewa piosenkę Phila Collinsa "In the Air tonight", czy moment parodiujący "Rain Mana". ;)

Ogólnie rzecz biorąc film ogląda się bardzo przyjemnie i często wywołuje on uśmiech widza.
"Kac Vegas" był tak pozytywnie przyjęty przez widownię na całym świecie, a także przez rzeszę krytyków, że twórca reżyser Todd Phillips postanowił stworzyć sequel swojego dzieła. Nie wiadomo na razie w jaką stronę ma pójść akcja drugiej części, jeśli jednak będzie tak zabawnie, jak w "jedynce", z chęcią zobaczę tę kontyunację. :)

I love you, man
Paul Rudd, czyli Mike z "Przyjaciół" oraz Jason Segel, czyli Marshall z "Jak poznalem waszą matkę", grają główne role w tej komedii opowiadającej o męskiej przyjaźni.
Peter (bohater Rudda) oświadcza się swojej dziewczynie. Ta przyjmuje oświadczyny. I wszystko byłoby dobrze, gdyby tylko Peter miał kogo wybrać na swojego drużbę. Nie ma bowiem żadnych męskich przyjaciół, gdyż zdecydowanie lepiej dogaduje się z kobietami.
Sprawa jest jednak poważna – drużba na ślubie musi być, więc Pete zacznie poszukiwać sobie najlepszego przyjaciela.
Dzięki tym poszukiwaniom dostaniemy niezliczoną ilość dowcipów dotyczących różnic pomiędzy przyjaźnią damsko-męską, a "prawdziwą męską przyjaźnią". ;)
Film ogląda się przyjemnie, wiele scen wywołuje uśmiech na ustach, a ogólny zarys historii daje pole do popisu scenarzystom. Mimo, że nie jest tak dobry, jak dwa wyżej wymienione, to w wolnej chwili można mu dać szansę i nieźle się pośmiać. :)

Muzyka
W dwóch pierwszych filmach muzyka stanowi jedynie tło dla głównej akcji i nie wybija się jakoś specjalnie na pierwszy plan. Co jednak ciekawe oba filmy kończy przebojowy utwór Flo Ridy "Right Round", który doskonale oddaje luźny i niezobowiązujący charakter obu komedii.
W ostatniej prdukcji muzyka gra nieco ważniejszą rolę. Nasz bohater i jego nowy najlepszy kumpel są bowiem ogromnymi fanami zespołu Rush i wiele razy oglądamy jak starają się grać ich utwory w garażu. Muzyka ta jednak nie była dla mnie tak porywająca, jakbym tego oczekiwał. Z tego powodu nie poznałem żadnego nowego intrygującego utworu, dzięki wymienionym filmom. Niemniej jednak, jeśli ktoś byłby zainteresowany muzyką, to soundtracki można odnaleźć tutaj: "Brzydka prawda", "Kac Vegas", "Stary, kocham cię" (via Itunes).

 
1 komentarz

Napisane w kategorii Bez kategorii

 

Boys and girls type of cinema: Bonus

08 maj

Kiedy poszukiwałem zdjęć z "Dragonballa" do poprzedniej notki, natknąłem się też na screeny z live-action movie innego znanego anime. I to takiego, które w dzieciństwie bardzo lubiłem. Były to bowiem zdjęcia z aktorskiej wersji… "Yattamana". :)

Najśmieszniejsze jest to, że mimo, że pamiętam, że bardzo lubiłem oglądać tę bajkę, za nic w świecie nie mogłem sobie przypomnieć o co w niej konkretnie chodziło. Pamiętałem tylko refren piosenki tytułowej oraz to, że była tam jakaś taka dziwna zabawka z piłeczką, którą bawił się zawsze główny bohater.
Na szczęście z pomocą przyszli mi znajomi oraz Internet, i teraz już wiem, że wiązało się to wszystko z… walkami robotów i tym, że "nasi" bohaterowie zwalczali "bad-guys" w postaci "Drużyny Drombo", a do pomocy mieli "Yatta-Psa", "Yatta-Rybę" i jeszcze parę innych "yatta"-zwierząt. ;)
Wiem teraz, że zabawka głównego bohatera to tzw. kandema, i że jest to najprawdopodobniej wymysł… Francuzów. Ale to w Japonii zyskała największą popularność. Nieco więcej na ten temat tutaj. :)
Dowiedziałem się też, że anime pod nazwą "Yattaman", czyli taką jak w oryginale, nazywało się w ten sposób tylko w naszym kraju, bo we wszystkich innych nazywało się już "Yatterman". Zupełnie nie wiem co skłoniło dystrybutorów do zmiany nazwy, i czym było to spowodowane. Wiem natomiast, że "yattaman" oznacza tyle, co… "superman" ;)

Wiem też, że serial posiadał… 108 odcinków (Lost się kłania ;) ), a pierwotna emisja odbyła się pod koniec lat 70-dziesiątych. Natomiast w 2008 powstał animowany remake. (Podobnie było zresztą w przypadku Dragonballa).
U nas kreskówka leciała (i co ciekawe – nadal leci(!), jak się ostatnio przypadkiem dowiedziałem) na kanale Polonia 1, po włosku(!) z polskim lektorem. :)
Udało mi się nawet dotrzeć do internetowego źródła "polskich" odcinków tego anime, tutaj, więc jeśli ktoś ma ochotę wskrzesić wspomnienia z dzieciństwa, to serdecznie zapraszam. Ja na razie się nie odważyłem, i nie wiem czy to zrobię. Myślę, że pewne rzeczy powinny jednak pozostać "in the past" w swojej wyidealizowanej formie.
Nie mogłem się jednak oprzeć obejrzeniu czołówki tego anime, z tą pamiętną piosenką. :)
Zapraszam zatem do oglądania:

Powiedziawszy to wszystko, czas na clue notki, czyli zdjęcia z tej produkcji oraz jej trailer. ;)


Podobni, prawda?

Zanim obejrzycie poniższy trailer, ostrzegam – oglądacie go na własną odpowiedzialność! Ja za pierwszym podejściem nie przebrnąłem do końca. Poziom kiczu (i ta jedna obrzydliwa scena) aż mnie zniesmaczył, i nie byłem w stanie obejrzeć go za jednym zamachem. Później jakoś się udało. Trailer wskazuje na to, że film będzie dokładną adaptacją anime, bo poszczególne sceny wyglądają identycznie z tymi pokazanymi w czołówce bajki. I tutaj w zasadzie "jest pies pogrzebany". Co wolno bajce i da się w niej oglądać, w normalnym aktorskim filmie wygląda już zupełnie inaczej, czasami wręcz tragicznie i zniechęcająco.
Dlatego też nie podjąłem jeszcze decyzji czy skuszę się na ten film, mam po prostu bardzo mieszane uczucia. Z jednej strony kieruje mną czysta ciekawość, z drugiej martwię się poziomem mojego zdrowia psychicznego po seansie. ;) A oprócz tego nie wiadomo czy w ogóle film będzie u nas dostępny.
To tyle, co chciałem powiedzieć. Czas na trailer, o którym tyle się już napisałem. ;)
Tym razem zamiast "Enjoy!" raczej "Beware!" ;)



(Tak btw. czy to oznacza, że za kilka/naście lat możemy się spodziewać aktorkskiej wersji Kim Possible? ;P)

 
Brak komentarzy

Napisane w kategorii Bez kategorii

 

Boys and girls type of cinema: Bonus

08 maj

Kiedy poszukiwałem zdjęć z "Dragonballa" do poprzedniej notki, natknąłem się też na screeny z live-action movie innego znanego anime. I to takiego, które w dzieciństwie bardzo lubiłem. Były to bowiem zdjęcia z aktorskiej wersji… "Yattamana". :)

Najśmieszniejsze jest to, że mimo, że pamiętam, że bardzo lubiłem oglądać tę bajkę, za nic w świecie nie mogłem sobie przypomnieć o co w niej konkretnie chodziło. Pamiętałem tylko refren piosenki tytułowej oraz to, że była tam jakaś taka dziwna zabawka z piłeczką, którą bawił się zawsze główny bohater.
Na szczęście z pomocą przyszli mi znajomi oraz Internet, i teraz już wiem, że wiązało się to wszystko z… walkami robotów i tym, że "nasi" bohaterowie zwalczali "bad-guys" w postaci "Drużyny Drombo", a do pomocy mieli "Yatta-Psa", "Yatta-Rybę" i jeszcze parę innych "yatta"-zwierząt. ;)
Wiem teraz, że zabawka głównego bohatera to tzw. kandema, i że jest to najprawdopodobniej wymysł… Francuzów. Ale to w Japonii zyskała największą popularność. Nieco więcej na ten temat tutaj. :)
Dowiedziałem się też, że anime pod nazwą "Yattaman", czyli taką jak w oryginale, nazywało się w ten sposób tylko w naszym kraju, bo we wszystkich innych nazywało się już "Yatterman". Zupełnie nie wiem co skłoniło dystrybutorów do zmiany nazwy, i czym było to spowodowane. Wiem natomiast, że "yattaman" oznacza tyle, co… "superman" ;)

Wiem też, że serial posiadał… 108 odcinków (Lost się kłania ;) ), a pierwotna emisja odbyła się pod koniec lat 70-dziesiątych. Natomiast w 2008 powstał animowany remake. (Podobnie było zresztą w przypadku Dragonballa).
U nas kreskówka leciała (i co ciekawe – nadal leci(!), jak się ostatnio przypadkiem dowiedziałem) na kanale Polonia 1, po włosku(!) z polskim lektorem. :)
Udało mi się nawet dotrzeć do internetowego źródła "polskich" odcinków tego anime, tutaj, więc jeśli ktoś ma ochotę wskrzesić wspomnienia z dzieciństwa, to serdecznie zapraszam. Ja na razie się nie odważyłem, i nie wiem czy to zrobię. Myślę, że pewne rzeczy powinny jednak pozostać "in the past" w swojej wyidealizowanej formie.
Nie mogłem się jednak oprzeć obejrzeniu czołówki tego anime, z tą pamiętną piosenką. :)
Zapraszam zatem do oglądania:

Powiedziawszy to wszystko, czas na clue notki, czyli zdjęcia z tej produkcji oraz jej trailer. ;)


Podobni, prawda?

Zanim obejrzycie poniższy trailer, ostrzegam – oglądacie go na własną odpowiedzialność! Ja za pierwszym podejściem nie przebrnąłem do końca. Poziom kiczu (i ta jedna obrzydliwa scena) aż mnie zniesmaczył, i nie byłem w stanie obejrzeć go za jednym zamachem. Później jakoś się udało. Trailer wskazuje na to, że film będzie dokładną adaptacją anime, bo poszczególne sceny wyglądają identycznie z tymi pokazanymi w czołówce bajki. I tutaj w zasadzie "jest pies pogrzebany". Co wolno bajce i da się w niej oglądać, w normalnym aktorskim filmie wygląda już zupełnie inaczej, czasami wręcz tragicznie i zniechęcająco.
Dlatego też nie podjąłem jeszcze decyzji czy skuszę się na ten film, mam po prostu bardzo mieszane uczucia. Z jednej strony kieruje mną czysta ciekawość, z drugiej martwię się poziomem mojego zdrowia psychicznego po seansie. ;) A oprócz tego nie wiadomo czy w ogóle film będzie u nas dostępny.
To tyle, co chciałem powiedzieć. Czas na trailer, o którym tyle się już napisałem. ;)
Tym razem zamiast "Enjoy!" raczej "Beware!" ;)


(Tak btw. czy to oznacza, że za kilka/naście lat możemy się spodziewać aktorkskiej wersji Kim Possible? ;P)

 
Brak komentarzy

Napisane w kategorii Movies

 

Boys and girls type of cinema

03 maj

Ostatnio obejrzałem dwa filmy skierowane do młodej publiczności. Oba na podstawie bardzo popularnych seriali telewizyjnych.
Filmami tymi były „Dragonball: Evolution” na podstawie japońskiego anime, bardzo popularnego kilkanaście lat temu, także w Polsce, oraz bieżącego hitu wśród "młodych nastolatków" (a.k.a „hot fourteens”) – serialu Disneya – Hannah Montana, który szczerze mówiąc, gdy mam dostęp do Disney Channel, zdarza mi się obejrzeć.

Dragonball: Evolution

Nie wiem co mnie podkusiło, żeby zobaczyć ten film, zwłaszcza, że nigdy animowanego "Dragonballa" nie lubiłem, a o filmie czytałem same złe recenzje.
Mam wrażenie, że mogła to być chęć sprawdzenia czy naprawdę jest aż tak źle, jak to wszyscy opisują?! Zdaję sobie sprawę, że to dość pokręcona logika, ale inaczej nie potrafię wyjaśnić mojej motywacji. ;)

Oczywiście okazało się, że tak – może być aż tak źle jak zapowiadali. (Ech!) ;)
Głównym błędem tego filmu jest fakt, że fabuła nie do końca "trzyma sie kupy", poszczególne sceny nie "kleją" się ze sobą, a całość jest zwyczajnie niespójna.
Drugim błędem jest umieszczenie akcji w dzisiejszych czasach. To znaczy, ta koncepcja mogłaby się obronić, gdyby coś z tego wynikało albo chociażby akcja działa się w jakimś znanym z dzisiejszego świata miejscu. Bo tutaj niby jest "dzień dzisiejszy", ale jakoś w ogóle tego nie widać, bo bohaterowie biegają sobie po pustyni "out of nowhere", gdzie pod ziemią znajdują wrzącą lawę, itd. Gdzie tu "dzisiejszy dzień", dzisiejsza rzeczywistość? Co z tego, że to "present day", skoro tego nawet nie widać?
O tym, że Goku chodzi do amerykańskiego ogólniaka nawet nie będę się rozwodzić, bo to też uważam za kiepski pomysł.
(Choć ksywa Goku – "Geek-O" i "bitwa" przed imprezą mi się podobały) :)
Trzecim błędem są te nieszczęsne efekty specjalne, które nie dorównują pod żadnym względem dzisiejszym możliwościom technicznym. Gdyby ten film wyszedł 10 lat temu, to jeszcze bym zrozumiał czemu to tak wygląda, ale w 2009 roku? Not so much.
Po czwarte – "drewniane" dialogi i wysilone żarty. Nawet nie chce ich cytować, tak były „nijakie”.
Po piąte – przemiana Goku w demona, który wyglądał zupełnie jak… wilkołak, była już zupełnie bez sensu! ;)
Aha – no i nawet nie można się było nacieszyć obecnością Jamesa Marsters’a (czyli Spike’a z "Buffy") w obsadzie, gdyż był zupełnie nierozpoznawalny.

Myślę, że ten film posiadał pewien potencjał (chociażby dlatego, że bardzo wiele osób uwielbiało anime, i myślałem, że w tym filmie dostanę "pigułkę" z najlepszych elementów tej serii), ale nie do końca udało się twórcom przekonać widzów do swojej wizji. Stworzyli "dziełko", którego największą wadą jest to, że w zasadzie jest to film nudnawy, nie mający nic do zaoferowania ani fanom serialu, ani tym bardziej tym, którzy z "Dragonballem" zetknęli się po raz pierwszy. Poza tym nic nie wskazuje na to, że to jest nowa produkcja. A raczej niedobrze świadczy o filmie fakt, że już w momencie swojej premiery, wygląda na przestarzały.

(+bonus: w filmie cytuje się "Zagubionych", tekstem: "Everything happens for a reason", ale z niewiadomych powodów mówi się o nich "daytime TV")

Hannah Montana. The Movie

Aż wstyd się przyznać, ale całkiem podobał mi się ten film.
Nie jest to oczywiście żadne dzieło, ani film z ambicjami, ot – kolejny bardzo lekki film z serii podobnych filmów Disneya (jak High School Musical czy Cheetah Girls), i jako taki, da się go bezboleśnie obejrzeć.

„The movie” opowiada o tym jak zaciera się granica pomiędzy grzeczną Miley, a jej „secret identity” gwiazdą pop – Hanną Montanną. Oraz o krokach podjętych przez jej ojca, by temu zapobiec. Dlatego też większość filmu dzieje się gdzieś na ranczu w Tennessee, gdzie Miley jeździ konno, pracuje na targu, zbiera kurze jajka, (itd.), czyli styka się z „normal side of life”.
Do tego wszystkiego nadal śpiewa, a z czasem okazuje się, że przemiana w Hannę jest jednak konieczna i tym razem nawet ojciec musi się z tym zgodzić. ;)
Tyle jeśli idzie o fabułę.
Parę scen było całkiem zabawnych (jak tekst o tym, ze "Hannah zawsze podróżuje ze wschodu na zachód, dzięki temu… czas leci do tyłu, a ona młodnieje", czy "błotna" rozmowa telefoniczna, pomiędzy facetem siedzącym w prawdziwym bagnie, a jego przełożoną siedzącą w bagnie w spa). Do tego parę ładnych obrazków krajobrazowych, kilka starych jak świat tricków narracyjnych i parę stałych głupawych dowcipów znanych z serialu, plus trochę popowej muzyki i ogólny efekt był naprawdę znośny, a momentami wręcz bardzo przyjemny. Myślałem, że będzie znacznie gorzej, a naprawdę nieźle się bawiłem podczas tego filmu. Mimo pewnych jego dziur scenariuszowych i dość prostych rozwiązań fabularnych.

Pojawił się też niezamierzony dowcip, polegający na tym, że chłopak mówi Miley, że śpiewając, "prawie nie fałszowała", a ona bardzo się na to oburza, a my mamy się z czego pośmiać. ;)
No właśnie – jak to jest z muzyką w tym filmie o gwiazdce pop?
Muzyka jest niezła, ale nie aż tak porywająca, jak w innych muzycznych/"musicalowych" produkcjach Disney’a wymienionych powyżej, w których muzyka czasami jest naprawdę bardzo "radio-friendly" i bardzo dobrze się jej słucha. ;)
Do tego wszystkiego należy pamiętać, że Miley Cyrus/Hannah Montanna nie posiada wielkiego głosu, śpiewa w sposób, w jaki każda nastolatka mogłaby śpiewać, gdyby trochę się postarała, (zgodnie z zasadą, która pojawia się w serialu, czyli „Everyone’s a Star!”). Czasami wychodzi jej to nieco lepiej, a czasami nieco gorzej, przez co zastanawia mnie kwestia prawdziwego głosu panny Cyrus. W trakcie filmu bowiem, śpiewając różne piosenki, posiada ona odmienne barwy głosu, nie do końca podobne do siebie. Zastanawiało mnie czy któryś (i jeśli tak to który?) „głos” należy rzeczywiście do niej?

Nieważne czy śpiewana prawdziwym, czy zmiksowanym głosem, pioseneczka "Hoedown Throwdown" jest całkiem śmieszną i prawdopodobnie najlepszą piosenką w tym filmie. Chociażby dlatego, że wg. Miley jest to "hip-hop", a ktoś ładnie określił ją jako "country-pop". ;) Piosenka ta ma prosty rytm i łatwe słowa, na dodatek jest dość skoczna, a scena, w której Miley porywa nią tłumy, jest całkiem zabawna. Z tych powodów zostaje ona w głowie także po seansie (no i może też dlatego, że leci podczas napisów końcowych ;) ).
Inne piosenki nie zostają, ale w trakcie oglądania całkiem dobrze się ich słucha, mimo tego, że wszystkie posiadają prosty rytm i łatwy do zapamiętania refren, nie wyróżniając się przy tym szczególnie od swoich poprzedniczek.
Najśmieszniejszy przypadek jest jednak z piosenką "The Climb", której daje się bezproblemowo posłuchać w filmie, ale kiedy próbowałem to zrobić na iTunesie (gdzie nota bene piosenka ta znajduje się obecnie na siódmej pozycji wśród najczęściej kupowanych utworów), efekt jest już zupełnie inny, i bardziej mnie ten utwór denerwuje niż wywiera jakieś pozytywne emocje.

Jednak ogólnie rzecz biorąc film mi się spodobał, mimo tego, że jego twórcy popełnili parę błędów, które wypominałem "Dragoballowi". Może, gdyby w tamtym filmie bohaterowie też śpiewali, byłbym mu nieco przychylniejszy? ;P

That’s all I wanted to post this time! :)

 
Brak komentarzy

Napisane w kategorii Movies

 
 

  • RSS