RSS
 

Notki z tagiem ‘woody-allen’

Magia w blasku księżyca

22 sie

Oglądając najnowszy film Woody’ego Allena „Magic In The Moonlight” przez głowę cały czas kołatało mi się zdanie z napisanej przed laty recenzji „To Rome with Love”: To nie Allen w szczytowej formie, a Allen, który wyrabia normę jednego filmu rocznie.

Najnowszy obraz reżysera jest bowiem lekki, łatwy i przyjemny, niestety jednak już nie piekielnie zabawny (pod tym względem nawet wspomniane „To Rome with Love” wypadło lepiej) i wylatujący z głowy w jakieś 10 minut po seansie. Tym, co trzyma ten film w ryzach i tym na czym tak naprawdę się on w całości opiera to fakt, jak bardzo urokliwą osobą jest Emma Stone. Jej bohaterka to młoda dziewczyna, która w niecodzienny sposób wkupiła się w łaski bogatej rodziny, właśnie przez wspaniałą aurę, którą za sobą roztacza. Gdy więc bohater Colina Firtha przyjeżdża, by zdemaskować jej sztuczki, sprawy nie mogą obrócić się inaczej niż w stronę, w której mężczyzna sam zacznie kwestionować swoje dawne przyzwyczajenia, oddając się czarowi młodej kobiety.

Emma rzeczywiście błyszczy na ekranie, rozświetlając każdą scenę, w której się pojawia. Skradając przychylność widzów już w pierwszych minutach, przez resztę seansu jest równie urokliwa co na początku, przez co z przyjemnością ogląda się jej występ na ekranie. Co jednak znamienne – nie jest to rola ani wybitna, ani przełomowa w dokonaniach młodej aktorki, a zwyczajnie świetny występ, który pieczętuje jej wysoką pozycję na uznanej liście aktorów.

Różnica wieku między Stone, a Firthem przez większość seansu nie sprawia problemu, gdyż bohaterowie jedynie radośnie się ze sobą przekomarzają, bardzo powoli zaczynając darzyć się raczej platonicznym uczuciem. Niestety w finale wspomniana różnica aż bije po oczach, a przez głowę aż przelatuję myśli: „przecież on mógłby być jej ojcem”. Stanowi to pewien mankament filmu, także dlatego, że Colin Firth wypada jedynie przyzwoicie w swojej roli. Nie gra jej z taką gracją i zacięciem, jak Owen Wilson w „Midnight in Paris”, jedynie bywa niezły, jednak w jego kreacji czuć pewien zgrzyt. Nie w pełni bowiem widać w nim tego cynika i pesymisty, którym jest jego bohater.

Magic in the Moonlight” to trochę taka mieszanka poprzednich filmów Allena. Scena z początku filmu przywodzi na myśl początek „Scoop”, dom w Prowansji jest jak domek w „Vicky Christina Barcelona”, znane motywy muzyki klasycznej przywodzą na myśl wykorzystanie sprawdzonych włoskich hitów w „To Rome with Love”. Niestety nie do końca jest to „the best of” reżysera, na miarę sarkastycznego do bólu „Whatever works”, które w pewien sposób zamykało serię manhattańskich obrazów reżysera. To raczej film-drobnostka, przyjemna i urokliwa zabawa, która przemija wraz z końcem księżycowej nocy.

W skrócie: przyjemny film na raz. Taki idealny na spokojny wieczór spędzony w kapciach przed kanapą. Tylko tyle i aż tyle!

Ocena: 6,5/10

PS. Po seansie aż nabrałem ochoty na powtórkę drugiej części „Spidermana”, a obecnie najchętniej zobaczyłbym Emmę Stone w innym filmie reżysera, sparowaną z Jessiem Eisenbergiem, z którym świetnie współpracowała na planie „Zombieland”, a który wypadł równie korzystnie co ona w jednym z poprzednich filmów reżysera. Sądzę, że z takiej mieszanki mogłoby wyjść smakowite danie, a przynajmniej takie na miarę samego „Magic in the Moonlight” – lekkiej niezobowiązującej rozrywki, która choć nie porywa, przyjemnie umila czas.

 
Komentarze (3)

Napisane w kategorii Movies

 

Roman Holiday

25 sie

To Rome With Love”, najnowszy obraz Woody’ego Allena, jest luźnym zbiorem opowieści, dziejących się w stolicy Włoch. Naturalnie ze szczyptą charakterystycznej dla amerykańskiego reżysera ironii i humoru.

Co ciekawe, poszczególne historie składające się na obraz nie są ze sobą powiązane. To świadomy zamysł reżysera. Rozpoczynając pracę nad filmem, nazwał go nawet „Bop Decameron”, wyraźnie zaznaczając w ten sposób jakiego typu dzieło go interesuje. Chciał pokazać kilka historii, połączonych wspólną ramą kompozycyjną. Nie bez powodu film rozpoczyna i kończy się deklaracją „zwykłego Rzymianina”, który wprost do kamery mówi, że zna to miasto, jak własną kieszeń i że widzi wszystko, co się w nim dzieje. Zna losy przebywających tu ludzi i chętnie nam o nich opowie. Tak rozpoczną się cztery historie. Każda inna, rozgrywająca się w innej części miasta.

Obraz stanowi niejako pocztówkę z Wiecznego Miasta. Nawet specjalnie nie ukrywa się, że jest to także folder turystyczny dla potencjalnych zwiedzających. Wyraźnie unaocznia to ostatnie zdanie filmu, które brzmi: „Rzym to miasto wielu historii. Przyjedź i opowiedz swoją”. Wypowiedziane wprost i bezpośrednio do widowni, ma zachęcić ludzi do wybrania się w podróż do europejskiej stolicy.

„Zakochani w Rzymie” są również zbiorem starych, znanych pomysłów, eksploatowanych w filmach Allena wielokrotnie. Także miksem europejskich dzieł reżysera. Poszczególne historie garściami czerpią z tego, co Woody pokazywał nam na ekranie w ostatnich latach. I tak oto dostajemy narratorów historii, bezpośrednio mówiących do kamery, personifikację „sumienia”* bohatera, neurotyka z lękiem przed śmiercią i byciem zapomnianym, który pcha go w stronę przedziwnego projektu artystycznego (na dodatek gra go sam Allen), trójkąt miłosny, niepewny los świeżo upieczonego małżeństwa, a także przeintelektualizowane rozmowy bohaterów. Wszystko widzieliśmy już wiele razy, często pokazane ciekawiej, pełniej i zabawniej. Nie sposób pozbyć się myśli, że „to już było”, gdyż rwana opowieść nie potrafi przykuć uwagi tak mocno, jak wcześniejsze obrazy reżysera. Niektóre pomysły, choć niezłe, ogrywane są zbyt długo, przez co tracą siłę oddziaływania. Jest w tym filmie kilka sekwencji, bez których możnaby się obyć. Powielają bowiem prosty pomysł i wielokrotnie wprowadzają go w życie. Problemem jest, że są to sceny niemal identyczne, różniące się jedynie detalami. To zaś sprawia, że przy ponownej ich ekspozycji, zaczynają nawet nieco nużyć.

Na szczęście nie nuży aktorstwo. Choć bohaterowie nie posiadają głębi psychologicznej, dzięki sposobowi ich sportretowania przez członków obsady, nietrudno uwierzyć, by tacy ludzie istnieli naprawdę. Najlepiej wypadł Alec Baldwin, często rzucający ostrzeżenia w stronę bohatera Eisenberga. Niezła jest też Ellen Page, wcielająca się w wyluzowaną i wyzwoloną Monikę. Zabawna, choć przerysowana jest Penelope Cruz, a Roberto Benigni dobrze sprawdza się jako przeciętny Włoch, który znienacka zazna blasków sławy. Warto też wspomnieć, że po latach przerwy sam Woody Allen powraca do swojej roli neurotycznego mężczyzny, próbującego „zostawić po sobie jakiś ślad”, by odegnać myśli o śmierci. Ogląda się ich nieźle, gdyż prostymi środkami umiejętnie oddają charakter swoich postaci. Plusem jest także, że wiele dialogów mówionych jest tu jedynie po włosku. To dodaje realizmu i brzmi naturalnie.

Muzyka niestety nie robi wrażenia, a czasami wręcz zaskakuje tendencyjnością wyboru. Allen dobrał utwory najszybciej kojarzące się z Włochami, słyszane wielokrotnie, nieco pozbawione pierwotnego uroku. Ileż razy słyszeliśmy już „Volare” w różnorodnych wersjach? W „Zakochanych w Rzymie” pojawia się dwukrotnie. „Nessun Dorma” też nieodłącznie kojarzy się z Italią. Być może taki był zamysł. Być może celowo wykorzystano właśnie tak oklepane utwory. Nie mogę jednak pozbyć się wrażenia, że można było dobrać mniej oklepaną muzykę, wybierając jednocześnie utwory równie „włoskie”.

Mimo wszystkich krytycznych uwag, nie uważam, by czas spędzony na seansie „Zakochanych w Rzymie” był stracony. Nie należy oczekiwać po prostu po nim uniesień i humoru na miarę „Północy w Paryżu„. Poprzedni film reżysera ma tę przewagę nad tegorocznym, że umiejętnie wykorzystał prosty pomysł wyjściowy i dał nam wiele wariacji na jego temat. Tutaj za często ogrywa się dany zamysł na tę samą nutę, w ten sam sposób. Nie zmienia to faktu, że niektóre sceny są zabawne i pomysłowe, a kilka sekwencji potrafi umieścić uśmiech na twarzy widza.

Nie jest to jednak Allen w najlepszej formie. To raczej Allen, który próbuje sprostać swojemu tempu pracy jednego filmu rocznie, niezależnie czy ma świetny pomysł, czy jedynie przeciętny. Jego najnowsze dzieło da się wprawdzie obejrzeć bez zgrzytania zębami, jednak noty wyższej niż 6+/10 wystawić mu nie mogę.

 

PS. Ponoć następnym projektem Allena może być Polska. Chodzą słuchy, że reżyser miałby wybrać Kraków, jako miejsce akcji kolejnej historii. Polskie miasto nie potrzebuje wprawdzie allenowskiej pocztówki, by być popularne wśród turystów (zresztą podobnie, jak Paryż czy Rzym), jednak gdyby ten projekt wypalił, nie miałbym nic przeciwko. Ba, nawet wybrałbym się do dawnej stolicy, próbując schwytać reżysera na planie, by zadośćuczynić mojemu niezorientowaniu w temacie, gdy Allen kręcił „Vicky Cristinę Barcelonę“ dokładnie w czasie, w którym odwiedzałem to miasto. Zobaczymy jak się sprawy potoczą.

PS2. *Przez cały film nie wiadomo zresztą kim tak naprawdę jest postać Baldwina – czy to prawdziwy architekt, który wpadł przypadkiem na Jacka, czy może wymysł wyobraźni chłopaka. Bezpośrednie rozmowy i komentarze dotyczące bieżących wydarzeń, padające jakby z offu, sugerują, że jest to głos Rozsądku, starszej wersji chłopaka lub po prostu „życiowego mentora“ bohatera. Z drugiej strony – inne postacie też wchodzą z nim w dialog, co nieco zbija widza z tropu. Szczerze mówiąc – sam nie wiem kim jest John, gdyż obie wersje wydają się możliwe do obronienia.

 
Brak komentarzy

Napisane w kategorii Movies

 

The Golden Age

01 wrz

Najnowsze dzieło Woody’ego Allena, obraz "Midnight in Paris", jest jak filmowa pocztówka z francuskiej stolicy; pokazujące, że w takim mieście, jak Paryż, wszystko może się zdarzyć. Nawet rzeczy najbardziej niewyobrażalne.

"O północy w Paryżu" jest filmem o niezadowoleniu z otaczającej nas rzeczywistości i nudzie "dnia dzisiejszego". Opowiadającym o marzeniu, o powrocie lepszych czasów, gdy wszystko było piękniejsze, ciekawsze, prostsze. Marzeniu o powrocie Złotego Wieku. 
Mimo takiej tematyki, film posiada zaskakująco lekki i urzekający klimat, który jest jedną z cech charakterystycznych kina Allena. Reżyser potrafi opowiadać o sprawach poważnych w wyjątkowo rozbrający i zabawny sposób, który zjednuje mu widzów na całym świecie. Przeogromnie lubię tego reżysera właśnie za to niecodzienne spojrzenie na rzeczywistość.

Pomysł wyjściowy jego najnowszej produckji jest prosty, przewrotny, szalenie zaskakujący i konsekwentnie wprowadzony w życie. Zamysł twórczy, na którym opiera się cała koncepcja filmu, był dla mnie tak nieoczekiwany, że nie będę Wam nawet pisał na czym polega, byście mogli być równie mile zaskoczeni, jak ja, kiedy zawitacie już do sali kinowej.
Przed seansem warto jedynie wiedzieć, że film obfituje w ogromną ilość przezabawnych scen, które sprawią, że uśmiech nie będzie schodzić z Waszych ust przez cały czas trwania projekcji. Źródłem humoru jest, jak zwykle, bardzo rozbudowana warstwa słowna oraz zestawienie nietypowych charakterów, pojawiających się na ekranie postaci.

Aktorzy są bardzo przekonujący. Zupełnie to nie dziwi, gdyż to standard w produkcjach reżysera. Mimo, że niektórzy bohaterowie są zarysowani w niemal karykaturalny sposób, nie można odmówić im wiarygodności, czy uroku.
Najciekawsze, że u Allena niemal zawsze oglądamy tę samą postać pierwszoplanową, niezależnie od aktora, który się w nią wciela. Profil psychologiczny bohaterów Allena zawsze oscyluje wokół takiego opisu – nieco neurotyczny mężczyzna w średnim wieku, nie potrafiący w pełni odnaleźć się w meandrach rzeczywistości; skupiający się na drobnych uchybieniach i odnajdujący usterki w otaczającym go świecie.
Owen Wilson, dzierżący rolę protagonisty w najnowszym obrazie reżysera, dobrze sprawdził się jako taki bohater. Jest to zaskakująca rola w jego dorobku, a aktor wyjątkowo dobrze odnalazł się w kanwach tej postaci, co wyjątkowo mu się chwali. 

Doskonale sprawdza się także drugi i trzeci plan. Narzeczona bohatera i jej rodzice są nieco przerysowani, ale dzięki temu sceny z ich udziałem stają się nieodzownym źródłem humoru. To samo można powiedzieć o Paulu, czyli mężczyźnie, który "doskonale zna się na wszystkim". Rachel McAdams, Michael Sheen oraz Kurt Fuller i Mimi Kennedy wypadli bardzo przyzwoicie, jako nietypowi bohaterowie.

Najbardziej podobały mi się jednak sceny z udziałem Corey’a Stola i Adriena Brody’ego. Ich sposób zachowania jest tak ‚niecodzienny’, że w zasadzie dla kreacji tych dwóch aktorów warto obejrzeć "O północy w Paryżu". Nie chcę zdradzać*, w jakie charakterystyczne postaci się wcielają; wystarczy wiedzieć, że robią to tak doskonale, że nie pozostaje nic innego, jak tylko szczerze się uśmiechać, gdy raczą nas swoimi przezabawnymi kwestiami. 
(*Nie mogę się jednak powstrzymać, by nie uronić rąbka tajemnicy i napisać, że bohater jednego z nich uwielbia… nosorożce). ;) (Po obejrzeniu produkcji, wszystko stanie się jasne!)

Najbardziej zwyczajną i najbardziej "realną" bohterką jest natomiast postać, grana przez Marion Cotillard. Aktorka świetnie radzi sobie na ekranie, a jej relacja z Gilem (bohaterem Wilsona), jest bardzo wiarygodna i pełna subtelnych emocji.

Przyjemna, spokojna muzyka nie skupia na sobie uwagi, tworząc jedynie nastrojowe tło. Mimo swojego podobieństwa do melodii, znanych z wcześniejszych filmów reżysera, świetnie oddaje klimat opowieści. Można powiedzieć, że to taka typwo allenowska "ilustracja muzyczna", która dobrze komponuje się z obrazem, nie odbierając uwagi od tego co najważniejsze, czyli samych ekranowych wydarzeń.

Podczas seansu uśmiech nie schodził z mojej twarzy. Wydaje mi się, że ostatnio z taką częstotliwością szczerze śmiałem się w kinie na przedostatnim filmie Allena, "Whatever Works". Właśnie z powodu radosnego nastroju, w jakim kończę oglądać jego filmy, tak lubię i cenię tego reżysera, stawiając go wśród moich ulubionych twórców filmowych.

Swoim najnowszym filmem, reżyser udowodnił, że potrafi tworzyć interesujące kino "w starym stylu": opowiadać historię w niespieszny, ale przykuwający uwagę sposób; umie uraczyć nas codziennymi "prawdami życiowymi", o których jednak często zapominamy. Allen przypomina nam o nich w wyjątowo urokliwy sposób.

"O północy w Paryżu" podobało mi się tak bardzo, że z chęcią wystawiam mu notę (lekko naciągniętego) 8/10. Fani reżysera nie będą zawiedzeni. Reszta widzów też powinna być zadowolona, choć tu akurat trudniej mi wyrokować, bo Allena niezmiernie lubię już od seansu pierwszego jego filmu, który obejrzałem wiele lat temu. A choć "Midnght" nie jest najlepszym obrazem reżysera, jaki widziałem, niezmiernie cieszy fakt, że Woody wciąż tworzy film za filmem, ciągle mając nowe, ciekawe pomysły.

PS. Międzynarodowy plakat świetnie oddaje klimat i zamysł filmu. (Polski* to już nieporozumienie).

 
Komentarze (3)

Napisane w kategorii Movies

 

M is for Manhattan

21 maj

Najnowszy film Woody’ego Allena "Whatever Works" to powrót reżysera nie tylko do ukochanego Nowego Jorku, ale i powrót do starych zasad swojego kina.

Po udanym "urlopie" w Europie, który zaowocował intrygującymi dramatami, ciekawym romansem i średnią komedią, Allen powrócił na Manhattan, gdzie ze zdwojoną siłą serwuje nam swój największy atut – doskonałe dialogi, pełne ironicznych uwag i kontrowersyjnych punktów widzenia.
Wprawdzie w "Whatever Works" w dużej mierze dostajemy akurat monologi, nie zmienia to jednak faktu, że są one piekielnie zabawne. Już dawno tak często i tak szczerze nie śmiałem się w kinie.
Allen posiada doskonałą umiejętność tworzenia ironicznych i zaskakujących tekstów, które są tak skonstruowane i wypowiedziane, że nie sposób się z nich głośno nie śmiać. W ogromnej mierze właśnie to sprawia, że tak lubię jego kino.

Fabuła jego ostatniego filmu kręci się wokół kilkorga bohaterów, którzy starają się odnaleźć szczęście w życiu. Główny bohater – Boris Yielnikow, podstarzały "geniusz", wiecznie niezadowolony z kondycji otaczającego go świata i negatywnie nastawiony do innych, wyznaje przy tym zasadę "whatever works" – cokolwiek działa. Sprowadza się ona do założenia, że szczęście i zadowolenie z siebie, można odnaleźć wszędzie. Ot, cokolwiek wpływa na poprawę twojego stanu emocjonalnego, jest narzędziem, które przybliża cię do szczęścia.
I choć tylko główny bohater werbalizuje ową zasadę, mówiąc, że to nią kieruje się w życiu, tak naprawdę wszyscy bohaterowie podlegają jej regułom i zachowują się zgodnie z  jej wytycznymi.

Film pełen jest też różnorodnych zawirowań fabularnych i szczęśliwych zbiegów okoliczności, jednak tym, co stanowi o sile jego uroku, są ogromne ilości ironicznych i przezabawnych tekstów. Można wręcz uznać, że dziejąca się akcja, jest tylko przyczynkiem do tego, by reżyser mógł uraczyć nas kolejną porcją "życiowych mądrości" Borisa Yielnikowa.
Takie potraktowanie fabuły zupełnie jednak nie przeszkadza, gdyż zachowanie Borisa i innych postaci oraz dowcipna wymiana uwag między nimi, zupełnie rekompensują brak "odkrywczego", dramatycznego scenariusza.

Od strony aktorskiej film wypada bardzo dobrze. Wszyscy aktorzy stanęli na wysokości zadania, tworząc ciekawe i specyficzne postacie. To jednak nie zaskakuje, gdyż zawsze u Allena aktorzy dają z siebie wszystko.
Poza Larrym Davidem, grającym głównego bohatera, szczególnie do gustu przypadły mi Evan Rachel Wood, wyglądająca zupełnie inaczej niż zwykle i mówiąca tu z południowo-amerykańskim akcentem, oraz Patricia Clarkson, grająca kobietę, która diametralnie zmieni się pod wpływem "magii Nowego Jorku", (z purytańskiej katoliczki w wyzwoloną artystkę).
Reszta obsady, choć przez ekran przewija się w dużo mniejszym stopniu, także bardzo dobrze sobie radzi.


Ogólnie rzecz ujmując – Whatever Works" jest doskonałą komedią, zachowaną w stylu Allena. Bardzo zabawną i przepełnioną doskonałymi tekstami. Ja bawiłem się na niej znakomicie, także z czystym sercem mogą ją polecić osobom, które przepadają za tego rodzaju humorem i mają ochotę sporo się pośmiać.

Na zakończenie chciałem poruszyć jeszcze kwestię tłumaczenia tytułu. Nie wiem kto wpadł na pomysł, by "Whatever Works" (dosł. Cokolwiek działa) przełożyć na "Co nas kręci, co nas podnieca". Słowa te nijak bowiem się mają do fabuły filmu.
Nadanie obrazowi takiej nazwy, wygląda na zwyczajny chwyt marketingowy, który ma sprawić, że więcej osób obejrzy film w kinie. Nawet plakaty promujące diametralnie się od siebie różnią. Prawdą jest, że poster w wersji polskiej jest dużo bardziej zachęcający do seansu, kiedy porówna się go z oryginałem, ale czy samo nazwisko świetnego reżysera nie jest wystarczającym powodem dla obejrzenia jego kolejnego filmu?

 
Komentarze (2)

Napisane w kategorii Movies

 

Tragic

23 maj

Cassandra’s Dream
Tego samego dnia, kiedy obejrzałem ostatni film Allena, udało mi się też (w końcu) zobaczyć jego poprzednie dzieło – Sen Kasandry. Tym samym widziałem już wszystkie filmy z "trylogii brytyjskiej" i "tetralogii europejskiej".

W "Śnie Kasandry" nie bez powodu mówi się o tragediach greckich. Tak samo jak we "Wszystko Gra" nie bez powodu mówiło się o Dostojewskim. Już nawet sam tytuł pokazuje nam z jakiego typu dziełem mamy do czynienia. Tragedia grecka pod każdym względem, łącznie z tym najbardziej oczywistym, odróżniającym ten gatunek od swojego przeciwieństwa – komedii. Film pokazuje proces podejmowania decyzji o zamordowaniu kogoś oraz konsekwencje jakie pojawiają się w wyniku wprowadzenia tego planu w życie. I robi to w sposób bardzo bliski życiu, nie uwzniaślając niczego. Normalny człowiek przechodziłby właśnie takie stany emocjonalne jak nasi bohaterowie, gdyby stanął w obliczu takiej decyzji jak oni.
Oczywiście to, co się im przydarza, jest bardziej skrojone według zasad greckiej tragedii niż zasad normalnego życia. No, bo czy komuś zwykle zdarza się, że wujek "oferuje" mu "zabójcze zlecenie"?

Akcja filmu dzieje się w Anglii. I tak jak kadry pokazujące Barcelonę aż mnie grzały, tak teraz oglądając ulice Londynu i okolic, czułem chłód angielskiego klimatu i panującą tam specyficzną pogodową aurę. Muszę zatem przyznać, że operatorzy obu filmów wykonali naprawdę doskonałą pracę. :)

Atmosfera jest gęsta, a z każdą kolejną sceną gęstnieje jeszcze bardziej. To już zupełnie nie jest kino w stylu Allena, jakiego dotychczas znaliśmy. Co nie oznacza oczywiście, że nie jest to kino ciekawe i dobre. Wręcz przeciwnie. Taka zmiana klimatu wręcz działa na korzyść reżysera. :)

W obsadzie aktorzy pochodzenia irlandzkiego i szkockiego – Colin Farrell i Ewan McGregor. Do tego angielski aktor Tom Wilkinson oraz jego rodaczka Haylel Atwell. Czyli film brytyjski "pełną gębą". :)

"Sen Kasandry" okazał się bardzo ciekawym obrazem i zdecydowanie nie żałuję czasu spędzonego na jego oglądanie. ;)
+ Remember: "Family is family. Blood is blood." To tekst z plakatu, ale jako że nie do końca jest on tutaj czytelny, to cytuję, gdyż jest to jedno z ważniejszych zdań z tego filmu. :)
That’s all this time!

 
Brak komentarzy

Napisane w kategorii Movies

 

Beautiful

23 maj

Vicky Cristina Barcelona
W końcu udało mi się zobaczyć ten film. I to w sposób w jaki chciałem, czyli – w kinie! :)
Wrażenia po seansie bardzo pozytywne.

Historia pokazana w filmie to właściwie opis wakacji spędzonych w Katalonii, a dodatkowo krótka przypowieśc o miłości i odmiennych sposobach jej pojmowania i przeżywania.
I choć jest to kolejny film w tzw. nurcie niekomediowych filmów Allena, były momenty, kiedy nie mogłem przestać się uśmiechać. Wszystko bowiem pokazane jest w taki hiszpański, niespieszny sposób, a z ekranu aż bije ciepło. :) Wszystko jest tu takie spokojne, błogie i relaksujące.

Film uchwycił hiszpański temperament, klimat oraz piękno krajobrazu. Allenowi bardzo dobrze zrobiły wakacje w Europie, gdyż film ten jest żródłem wielu pozytywnych emocji i pozytywnej energii. Z kina wyszedłem podbudowany do życia, zrelaksowany i wypoczęty. Jakbym sam własnie wracał z wyprawy do Barcelony ;)

W obsadzie znajdziemy nową muzę reżysera, jak ją sam nazywa – Scarlett Johansson, parę hiszpańskojęzycznych aktorów – Javiera Bardema i Pelenopę Cruz, a na dokładkę mniej znaną Rebecę Hall oraz narratora o bardzo ciepłym głosie (dzięki wikipedii wiem, że nazywa się on Christopher Evan Welch). Bardzo dobrze się ich wszystkich razem ogląda. ;)
Penelope Cruz doskonale odnalazła się w swojej roli postrzelonej byłej żony. Jej postać przypadła mi do gustu, zwłaszcza że Maria Elena często wyraża swoje emocje po hiszpańsku, a mi bardzo miło było usłyszeć ten piękny język (zwłaszcza, że w większości rozumiałem co mówi, bez czytania napisów :D). Rola Penelope nie tylko mi się spodobała. Także Akademia Filmowa doceniła panią Cruz i uhonorowała ją Oscarem dla najlepszej aktorki drugoplanowej, właśnie za graną przez nią postać. :)

Od strony muzycznej film też jest urokliwy. Dostajemy wiele spokojnych utworórw hiszpańskich, które tworzą bardzo ciepłą i przyjemną atmosferę. :)
No i ta piosenka – "Barcelona" Giulii y los Tellarinich. Po prostu przepiękna. :)

Ogólnie rzecz ujmując film wart obejrzenia i serdecznie go polecam. :)

Na zakończenie kilka informacji "życiowych" związanych z filmem i samym Allenem.
Kiedy Woody Allen kręcił ten film w Barcelonie, ja osobiście też byłem w tym mieście. Niestety nie dane mi było zobaczyć reżysera i aktorów, gdyż dopiero po powrocie do domu, dowiedziałem się, że ekipa filmowa była tam dokładnie w tym samym momencie, co ja.
Jednak dzięki dobremu zrządzeniu losu, udało mi się zobaczyć Allena na żywo. :) Było to podczas koncertu jego New Orleans Jazz Band, który odbył się pod koniec zeszłego roku. Byłem bardzo zaskoczony, gdyż zwykle, gdy widzi się osoby znane z filmów, człowiek myśli sobie: "O mój Boże – on/ona wygląda zupełnie inaczej niż na ekranie". W przypadku Allena było wręcz odwrotnie. W szok wprawiło mnie to, że wyglądał dokładnie tak, jak go znałem z ekranu. Dość niski, szczupły człowiek w okularach. Ale i tak bardzo się cieszę, że mogłem go zobaczyć, a na dodatek usłyszeć jak, wraz z zespołem, gra jazz. ;)
I to chyba tyle, co chciałem powiedzieć tym razem.
See you next time! :)

 
Brak komentarzy

Napisane w kategorii Movies

 

Movie note, mate

31 mar

Testosteron
Film Andrzeja Saramowicza i Tomasza Koneckiego jest polską komedią opowiadającą o kilku facetach, którzy spotkali się na weselu (czy raczej na niedoszłym weselu, bowiem bohater, który miał się ożenić, ostatecznie tego nie zrobił) i o relacjach damsko-męskich. Ten film nie "jest jakąś masakrą" (to jest tekst, który zapewne juz na stałe będzie mi się kojarzyć z tym filmem, bowiem jeden z bohaterów używa go w tym filmie nieustannie, prawie przy każdym otwarciu ust).
Ogólnie rzecz biorąc bardzo przyjemnie się to ogląda. :)

Woody’s movies.
Jakiś czas temu obejrzałem najnowszy film Allena, czyli "Scoop" (w polskich kinach od 13 kwietnia, a na mojej półce DVD (region 1) stoi już od jakiegoś czasu), który opowiada o młodej dziennikarce ("Scarletta" J.), która prowadzi śledztwo w sprawie zabójcy ("Tarot card killer"), ponieważ dostaje cynk na temat tego, kto może owym zabójcą być od zmarłego niedawno (!) świetnej klasy dziennikarza. W całej sprawie pomaga jej magik (grany przez Allena), dzięki któremu spotkała się z nieżywym dziennikarzem.
Oglądając ten film parę rzeczy skojarzyło mi się z przedostatnim filmem Allena "Wszystko Gra" (w którym by the way też gra Johannson), jednak nie będę tutaj pisać o jakie elementy chodzi, bowiem to zdradziłoby wam za dużo, jeśli idzie o oba filmy.
Powiem jedynie tyle – warto jest obejrzeć oba, bo są naprawdę spoko.
Przy okazji w "Scoopie" mamy kolejną porcję (choć tutaj nieco mniejszą) genialnych tekstów Allena. :)
Plus – dzięki Woody’emu nareszcie odkryłem jak nazywa się utwór, który chciałem poznać już daaawno temu (mam nawet nagranie w komórce z 26 października 2005 roku, gdzie nucę sobie tę melodię, aby jej nie zapomnieć i móc później odnaleźć). I nareszcie wiem co to jest! Wiem, że utwór ten to… fragment z "Jeziora Łabędziego" Czajkowskiego. Poznanie kompozytora tego utworu zawdzięczam Allenowi. Thanks Woody! ;)

She’s The Man
Po obejrzeniu przeze mnie tego filmu od razu, z marszu trafił on na listę moich ulubionych. Jest po prostu zajebisty. Strasznie mi się podobał. Jest bardzo śmieszny i pokazuje bardzo ciekawą rzeczywistość. ;)
Plus – "Sebastian Heysting’s is a girl!" "No, I’m not. I can prove that!" and sru! – pants down. And than – "How do we know you really are a girl?" and Viola podnosi swoją koszulkę do góry, okazując swoje kobiece atrybuty całej drużynie i widowni zasiadającej na trybunach. "In this game there is more nudity than in any other" (by Viola’s and Sebastian’s father. Ale i tak tekst na "okazanie" się Sebastiana: "That’s my boy" jest zdecydowanie lepszy!). :D
Plus oglądając ten film można w końcu zrozumieć te wszystkie zawirowania fabuły, które były pokazane w trailerze, który możecie zobaczyć tutaj.
It’s really complicated, I gotta tell you.
Kolejnym plusem filmu "Ona to On" jest to, że dzięki niemu dowiedziałem się jak nazywa się zajebista piosenka z czołówki "Atomic County" (o którym pisałem już jakiś czas temu). It’s "Invincible" by Ok Go and you can find it in my "Alternative compilation", I made for Marty (and recently upgraded version for Toudi). No i ogólnie muzyka z tego filmu jest bardzo spoko. (Soundtrack w drodze) :)
"She’s the Man" is a must-watch :)

"This is Sparta!"
Dzisiaj zupełnie przypadkiem, totalnie niezaplanowanie trafiłem razem z Zośką, Martyną i Pietią do kina na "300". Nasza trójka bardzo chciała ten film zobaczyć i ostatecznie Softka się zgodziła, żebyśmy poszli. So I’ve seen "300", dudes! :D :P
Film jest oparty na komiksie Franka Millera (tak, tak – tego od "Sin City") i jest opowieścią o armii 300 Spartan, którzy walczą przeciwko kilkudziesięciotysięcznej armii Persów.
Film jest całkiem spoko (przy okazji – jakoś ostatnio nadużywam tego słowa). Strasznie fajnie jest zrobiony, tak jak "Sin City" – wszystko wygląda dokładnie jak komiks. Krew z zabijanych Persów również lata w bardzo ciekawy, komiksowy sposób! :)
W ogóle bardzo fajnie się to ogląda. Całość dopełnia bardzo dobra muzyka Tylera Bates’a, momentami bardzo podobna do tej z "Władcy Pierścieni", a w pewnym momencie słychać nawet motyw podobny do tego z "Matriksa". Poza tym są dwie naprawdę genialne piosenki. Jedną z nich najprawdopodobniej jest "To Victory", a ja jestem w trakcie jej ściągania. :) Poza tym jeśli idzie o muzykę to soundtrack z "300" jest bardzo wysoko na liście sprzedaży w iTunesie i na amazon.com, co wcale mnie nie dziwi, bo była naprawdę dobra. ;)
A na zakończenie tej filmowej notki umieszczam trailer "300", co to byście mogli na własne oczy zobaczyć i usłyszeć to, o czym pisałem oraz zobaczyć super scenę "This is Sparta!":
:) Enjoy!

 
Komentarze (2)

Napisane w kategorii Bez kategorii

 

Movie note, mate

31 mar

Testosteron
Film Andrzeja Saramowicza i Tomasza Koneckiego jest polską komedią opowiadającą o kilku facetach, którzy spotkali się na weselu (czy raczej na niedoszłym weselu, bowiem bohater, który miał się ożenić, ostatecznie tego nie zrobił) i o relacjach damsko-męskich. Ten film nie "jest jakąś masakrą" (to jest tekst, który zapewne juz na stałe będzie mi się kojarzyć z tym filmem, bowiem jeden z bohaterów używa go w tym filmie nieustannie, prawie przy każdym otwarciu ust).
Ogólnie rzecz biorąc bardzo przyjemnie się to ogląda. :)

Woody’s movies.
Jakiś czas temu obejrzałem najnowszy film Allena, czyli "Scoop" (w polskich kinach od 13 kwietnia, a na mojej półce DVD (region 1) stoi już od jakiegoś czasu), który opowiada o młodej dziennikarce ("Scarletta" J.), która prowadzi śledztwo w sprawie zabójcy ("Tarot card killer"), ponieważ dostaje cynk na temat tego, kto może owym zabójcą być od zmarłego niedawno (!) świetnej klasy dziennikarza. W całej sprawie pomaga jej magik (grany przez Allena), dzięki któremu spotkała się z nieżywym dziennikarzem.
Oglądając ten film parę rzeczy skojarzyło mi się z przedostatnim filmem Allena "Wszystko Gra" (w którym by the way też gra Johannson), jednak nie będę tutaj pisać o jakie elementy chodzi, bowiem to zdradziłoby wam za dużo, jeśli idzie o oba filmy.
Powiem jedynie tyle – warto jest obejrzeć oba, bo są naprawdę spoko.
Przy okazji w "Scoopie" mamy kolejną porcję (choć tutaj nieco mniejszą) genialnych tekstów Allena. :)
Plus – dzięki Woody’emu nareszcie odkryłem jak nazywa się utwór, który chciałem poznać już daaawno temu (mam nawet nagranie w komórce z 26 października 2005 roku, gdzie nucę sobie tę melodię, aby jej nie zapomnieć i móc później odnaleźć). I nareszcie wiem co to jest! Wiem, że utwór ten to… fragment z "Jeziora Łabędziego" Czajkowskiego. Poznanie kompozytora tego utworu zawdzięczam Allenowi. Thanks Woody! ;)

She’s The Man
Po obejrzeniu przeze mnie tego filmu od razu, z marszu trafił on na listę moich ulubionych. Jest po prostu zajebisty. Strasznie mi się podobał. Jest bardzo śmieszny i pokazuje bardzo ciekawą rzeczywistość. ;)
Plus – "Sebastian Heysting’s is a girl!" "No, I’m not. I can prove that!" and sru! – pants down. And than – "How do we know you really are a girl?" and Viola podnosi swoją koszulkę do góry, okazując swoje kobiece atrybuty całej drużynie i widowni zasiadającej na trybunach. "In this game there is more nudity than in any other" (by Viola’s and Sebastian’s father. Ale i tak tekst na "okazanie" się Sebastiana: "That’s my boy" jest zdecydowanie lepszy!). :D
Plus oglądając ten film można w końcu zrozumieć te wszystkie zawirowania fabuły, które były pokazane w trailerze, który możecie zobaczyć tutaj.
It’s really complicated, I gotta tell you.
Kolejnym plusem filmu "Ona to On" jest to, że dzięki niemu dowiedziałem się jak nazywa się zajebista piosenka z czołówki "Atomic County" (o którym pisałem już jakiś czas temu). It’s "Invincible" by Ok Go and you can find it in my "Alternative compilation", I made for Marty (and recently upgraded version for Toudi). No i ogólnie muzyka z tego filmu jest bardzo spoko. (Soundtrack w drodze) :)
"She’s the Man" is a must-watch :)

"This is Sparta!"
Dzisiaj zupełnie przypadkiem, totalnie niezaplanowanie trafiłem razem z Zośką, Martyną i Pietią do kina na "300". Nasza trójka bardzo chciała ten film zobaczyć i ostatecznie Softka się zgodziła, żebyśmy poszli. So I’ve seen "300", dudes! :D :P
Film jest oparty na komiksie Franka Millera (tak, tak – tego od "Sin City") i jest opowieścią o armii 300 Spartan, którzy walczą przeciwko kilkudziesięciotysięcznej armii Persów.
Film jest całkiem spoko (przy okazji – jakoś ostatnio nadużywam tego słowa). Strasznie fajnie jest zrobiony, tak jak "Sin City" – wszystko wygląda dokładnie jak komiks. Krew z zabijanych Persów również lata w bardzo ciekawy, komiksowy sposób! :)
W ogóle bardzo fajnie się to ogląda. Całość dopełnia bardzo dobra muzyka Tylera Bates’a, momentami bardzo podobna do tej z "Władcy Pierścieni", a w pewnym momencie słychać nawet motyw podobny do tego z "Matriksa". Poza tym są dwie naprawdę genialne piosenki. Jedną z nich najprawdopodobniej jest "To Victory", a ja jestem w trakcie jej ściągania. :) Poza tym jeśli idzie o muzykę to soundtrack z "300" jest bardzo wysoko na liście sprzedaży w iTunesie i na amazon.com, co wcale mnie nie dziwi, bo była naprawdę dobra. ;)
A na zakończenie tej filmowej notki umieszczam trailer "300", co to byście mogli na własne oczy zobaczyć i usłyszeć to, o czym pisałem oraz zobaczyć super scenę "This is Sparta!":
:) Enjoy!

 
Komentarze (2)

Napisane w kategorii Bez kategorii

 

Pictureless

26 sty

31/1
I know it’s loooong after Sylwester, but I just wanted to write some quick info about it.
Na Sylwestra byłem u Ani (koleżanki z pierwszej klasy), w Zalesiu Dolnym (chyba to było dolne) i było naprawde baaaardzo przyjemnie. Posiedzieliśmy, pogadaliśmy, potańczyliśmy, wypiłem szampana o północy (sic!), a potem po północy obejrzeliśmy parę filmów.
Pierwszym filmem obejrzanym przeze mnie w roku 2007 był… [fanfary ;) ] "Talizman"! Czyli rok zacząłem dość „megalomańsko”, swoim własnym filmem. ;)
Następnymi filmami były inne produkcje radkowskie (oczywiście wszystkim bardzo podobała się moja rola w "Vendettcie") ;), "Van Helsing" i… "Ostrożnie z dziewczynami". Moi "współoglądacze" (nice słowotwórstwo, don’t you think?) byli zażenowani poziomem tego filmu, ale Ida śmiała się razem ze mną, kiedy zbliżała się scena śpiewania pod koniec filmu. :)
Łącznie na imprezie przespałem się około 20 minut-pół godziny i było to gdzieś w godzinach porannych, typu 9-ta,10-ta. 
Aaa – trzeba jeszcze wspomnieć o pewnym incydencie, o którym to wie Softka, ale wy (w domyśle Marty i Toudi) nie. Powiem tylko, że ów incydent wiązał się z Anką zbiegającą po schodach z przerażeniem na twarzy, krzyczącą: "Ale czemu w sypialnii moich rodziców?!" i "Mam nadzieję, że uda mi się ten obraz wymazać z pamięci".
Ogólnie było zajebiście! :D

Marty mnie śledzi
Jakiś czas temu okazało się, że Martyna mnie śledzi. Skąd ten wniosek? Któregoś razu, kiedy gadałem z nią przez telefon powiedziała mi dokładnie co robiłem w domu, od powrotu ze szkoły, i powiedziała to w odpowiedniej kolejności. Wymieniła dosłowie wszystkie czynności przeze mnie wykonane. It was shocking! Musi mnie śledzić, co tu dużo mówić. ;)
(PS. Później się dowiedziałem, że Toudi też mnie monitoruje, tylko jego system tak trochę szwankuje). ;)

Cultural news

Movie info:
Niedawno byłem w kinie na "Pachnidle". Według mnie film jest bardzo wierną adaptacją książki, każda rzecz zawarta w książce została ukazana w filmie.
Przyjemnie się to ogląda, mimo tego wszechobecnego brudu (ale w sumie właśnie o niego też chodziło, a trzeba powiedzieć, że jest naprawdę dobrze ukazany) i początkowych dość obrzydliwych scen ,które też są częścią tej zmysłowej (węch gra przecież główną rolę) opowieści. Końcowe zdanie książki,, dla którego wg. mnie napisano całą książkę i uważam je za naprawdę genialne w ramach całej powieści, również się pojawiło. W ogóle scena przy ognisku została ciekawie pokazana. Całkiem spoko film. Specyficzny, ale spoko. :)

Annie Hall (Yes – you can be proud Softy ;) )
Udało mi się w końcu obejrzeć ten oscarowy (najlepszy film 1977) film Woody’ego. I ten też jest bardzo dobry. Po raz kolejny mamy ogromną dawkę dobrych tekstów (w sumie domena kina Allena – genialne teksty). Wprawdzie niektóre z nich miałem wrażenie, że skądś znam. Może były w innych produkcjach Allena, albo gdzieś o nich czytałem? Na pewno kilka z nich znałem.
Za to dowcipu jednego z bohaterów już nie:
"Chodziłem na terapię. (…) W pewnym momencie chciałempopełnić samobójstwo. Zmieniłem zdanie – mój terapeuta jest freudowski, więc i tak musiałbym zapłacić za anulowane wizyty"
;) :D
Ogólnie rzecz biorąc "Annie Hall" bardzo przyjemna! :)

A skoro już mowa o Woodym to w niedzielę spotkaliśmy się z Grześkiem i Beatą (i Karolem), dzięki czemu na mojej półce stoi już "Scooop", czyli najnowsze dzieło Allena. Yeah! Długo czekałem na ten film, a teraz (meaning w najbliższym czasie) będę go mógł obejrzeć. "That’s the way, aha-aha, I like it, aha-aha!" (in the way Bruce did it in the "Bruce Almighty" movie) ;)

Book info:
-> 7 (czyli ostatnia już część) Pottera bedzie nosić tytuł… "Harry Potter and The Deathly Hallows"
Spooky ;)
-> obecnie czytam "Homo Fabera" Maxa Frischa
-> nie skończyłem jeszcze "Artemisa", ale zabieram się za niego po ukończeniu książki wspomnianej powyżej

Music
Listenin’ to: Snow Patrol (ostatnio miałem fazę na genialną piosenkę "Set the fire to the third bar", śpiewaną razem z Marthą Wainwright), poza tym:
nadal Arctic Monkeys, High School Musical, Gwen & Fergie, czyli wszystkie ostatnio zakupione przeze mnie płyty +
"Wisemen" James’a Blunta, "Gone Daddy Gone" Gnarlsa Barkley’a, "Suddenly I see" KT Kunstall, "No Hay Igual" Nelly Furtado, "Shoot the Runner" Kasabian i parę piosenek z czwartego sezonu OC (w tym "The West Coast" Jasona Schwartzmana i "Black Swan" Thoma Yorke’a, z pięknie śpiewanym refrenem: "’cause this is fucked up, fuuucked up" ;)
Marty – to są te rzeczy, które Ci się dzisiaj podobały, gdyby co.
Poza tym dorosłem juz do drugiego mixu z OC, więc Marty mi go dzisiaj zgrała. Thank you, Marty! :)

TV shows:
Dnia 31 grudnia 2006 roku skończyłem oglądać piątą serię Gilmore. Info clearly for the record

Tego samego dnia rozpoczęła się moja przygoda z serialem "Jericho".
Moi rodzice namówili mnie, żebym obejrzał, bo dobry serial. No, więc się skusiłem i teraz ściągam już przez iTunes’a dziewiąty odcinek. "Jericho" to serial o życiu małego amerykańskiego miasteczka, po tym jak mieszkańcy na horyzoncie zobaczyli… grzyb po bombie atomowej. It’s really nice to watch and it’s interesting, I must tell you :)

And now:
Some reflections about LOST:
Na początku stycznia obejrzałem końcówkę drugiej serii. Ostatni odcinek był podwójny, więc trwał półtorej godziny. Tak zaczęli kręcić i dodawać zagadki, że po obejrzeniu tego podwójnego odcinka pomyślałem sobie: "Boże, jaki to jest posrany serial", ciesząc się, że robię sobie przerwę pomiędzy seriami, odpoczynek od "Zagubionych" będzie wskazany.
Za to po obejrzeniu pierwszego odcinka serii trzeciej byłem już na nowo wciągnięty. :)
"The tale of two cities" jest naprawdę świetnym odcinkiem. "Lost" nabrał nowego klimatu (jeśli coś takiego w ogóle można powiedzieć), ale ten klimat bardzo mi odpowiada. Pierwszy odcinek mi przywrócił wiarę w ten serial i z chęcią oglądam dalej (dzisiaj np. zamierzam obejrzeć epizod numer trzy ;) ).

OK – już was nie zanudzam spostrzeżeniami apropos seriali.
Back to life.
W niedzielę jadę do Włoch, do Falcade, z Chrisem. Będzie to mój ostatni wyjazd zimowy jako uczestnika (nie wykluczam zostania młodą kadrą w przyszłości), więc trza skorzystać z takiej okazji. Zwłaszcza, że tym razem jadę na deskę, bo w końcu się dałem na nią namówić. Mam nadzieję, że będzie fajnie i przestanę w końcu patrzeć na całą sprawę pod kątem: "ile to rzeczy nie mógłbym zrobić, gdybym jednak został w Warszawie", bo takie myślenie do niczego nie prowadzi i tylko denerwuje się bez sensu.

Life – In other news:
-> Udało mi się w czwartek poszkliwić zriobiony przeze mnie talerz z gilny, na zajęciach plastycznych u Ani. Cała grupa plastyczna dostała swoje gotowe prace na wigilii szkolnej, ja swoją szkliwiłem wczoraj. To wszystko przez to, że się nie chciała wysuszyć w piecu.
-> Zajęcia teatralne. Zacząłem chodzić do tej młodszej grupy (teraz też jedynej) po tym jak dziewczyny z moich zajęć z nich zrezygnowały. Na szczęście nowa grupa jest liczniejsza, więc zajęcia się nieustannie odbywają. W najbliższym czasie zaczynamy już prace nad spektaklem. Ale o tym na razie sza!, jak to się mawia. ;)
-> Softy – wchodząc dzisiaj do metra razem z Martyną, spotkaliśmy… Magdę! ;) (I wszystko jasne) (Ja juz widzę jak się tarzasz po ziemii ze śmiechu ;) )
-> Zrobiłem ostatnio kolaż/fotomontaż na zajęcia fotograficzne. Jest on jedną z tych rzeczy, które miałbym ochotę tutaj umieścić (o czym również poniżej). ;)
-> Dowiedziałem sie o wspólnej historii łączącej moją mamę z Gizelą, czyli dziewczynę prowadzącą kółko fotograficzne. Wydarzenia z przed 20-paru lat, kiedy moja mama miała tyle lat co ja. ;)

Zgodnie z tytułem tej notki, nie umieszczam żadnych zdjęć, chociaż mam akurat parę fajnych, które by się dało umieścić (jak chociażby nowe foto Marty) ;)

Ale to ewentualnie następnym razem. Tymczasem mówię do zobaczenia.

 
Komentarze (4)

Napisane w kategorii Bez kategorii

 

Pictureless

26 sty

31/1
I know it’s loooong after Sylwester, but I just wanted to write some quick info about it.
Na Sylwestra byłem u Ani (koleżanki z pierwszej klasy), w Zalesiu Dolnym (chyba to było dolne) i było naprawde baaaardzo przyjemnie. Posiedzieliśmy, pogadaliśmy, potańczyliśmy, wypiłem szampana o północy (sic!), a potem po północy obejrzeliśmy parę filmów.
Pierwszym filmem obejrzanym przeze mnie w roku 2007 był… [fanfary ;) ] "Talizman"! Czyli rok zacząłem dość „megalomańsko”, swoim własnym filmem. ;)
Następnymi filmami były inne produkcje radkowskie (oczywiście wszystkim bardzo podobała się moja rola w "Vendettcie") ;), "Van Helsing" i… "Ostrożnie z dziewczynami". Moi "współoglądacze" (nice słowotwórstwo, don’t you think?) byli zażenowani poziomem tego filmu, ale Ida śmiała się razem ze mną, kiedy zbliżała się scena śpiewania pod koniec filmu. :)
Łącznie na imprezie przespałem się około 20 minut-pół godziny i było to gdzieś w godzinach porannych, typu 9-ta,10-ta. 
Aaa – trzeba jeszcze wspomnieć o pewnym incydencie, o którym to wie Softka, ale wy (w domyśle Marty i Toudi) nie. Powiem tylko, że ów incydent wiązał się z Anką zbiegającą po schodach z przerażeniem na twarzy, krzyczącą: "Ale czemu w sypialnii moich rodziców?!" i "Mam nadzieję, że uda mi się ten obraz wymazać z pamięci".
Ogólnie było zajebiście! :D

Marty mnie śledzi
Jakiś czas temu okazało się, że Martyna mnie śledzi. Skąd ten wniosek? Któregoś razu, kiedy gadałem z nią przez telefon powiedziała mi dokładnie co robiłem w domu, od powrotu ze szkoły, i powiedziała to w odpowiedniej kolejności. Wymieniła dosłowie wszystkie czynności przeze mnie wykonane. It was shocking! Musi mnie śledzić, co tu dużo mówić. ;)
(PS. Później się dowiedziałem, że Toudi też mnie monitoruje, tylko jego system tak trochę szwankuje). ;)

Cultural news

Movie info:
Niedawno byłem w kinie na "Pachnidle". Według mnie film jest bardzo wierną adaptacją książki, każda rzecz zawarta w książce została ukazana w filmie.
Przyjemnie się to ogląda, mimo tego wszechobecnego brudu (ale w sumie właśnie o niego też chodziło, a trzeba powiedzieć, że jest naprawdę dobrze ukazany) i początkowych dość obrzydliwych scen ,które też są częścią tej zmysłowej (węch gra przecież główną rolę) opowieści. Końcowe zdanie książki,, dla którego wg. mnie napisano całą książkę i uważam je za naprawdę genialne w ramach całej powieści, również się pojawiło. W ogóle scena przy ognisku została ciekawie pokazana. Całkiem spoko film. Specyficzny, ale spoko. :)

Annie Hall (Yes – you can be proud Softy ;) )
Udało mi się w końcu obejrzeć ten oscarowy (najlepszy film 1977) film Woody’ego. I ten też jest bardzo dobry. Po raz kolejny mamy ogromną dawkę dobrych tekstów (w sumie domena kina Allena – genialne teksty). Wprawdzie niektóre z nich miałem wrażenie, że skądś znam. Może były w innych produkcjach Allena, albo gdzieś o nich czytałem? Na pewno kilka z nich znałem.
Za to dowcipu jednego z bohaterów już nie:
"Chodziłem na terapię. (…) W pewnym momencie chciałempopełnić samobójstwo. Zmieniłem zdanie – mój terapeuta jest freudowski, więc i tak musiałbym zapłacić za anulowane wizyty"
;) :D
Ogólnie rzecz biorąc "Annie Hall" bardzo przyjemna! :)

A skoro już mowa o Woodym to w niedzielę spotkaliśmy się z Grześkiem i Beatą (i Karolem), dzięki czemu na mojej półce stoi już "Scooop", czyli najnowsze dzieło Allena. Yeah! Długo czekałem na ten film, a teraz (meaning w najbliższym czasie) będę go mógł obejrzeć. "That’s the way, aha-aha, I like it, aha-aha!" (in the way Bruce did it in the "Bruce Almighty" movie) ;)

Book info:
-> 7 (czyli ostatnia już część) Pottera bedzie nosić tytuł… "Harry Potter and The Deathly Hallows"
Spooky ;)
-> obecnie czytam "Homo Fabera" Maxa Frischa
-> nie skończyłem jeszcze "Artemisa", ale zabieram się za niego po ukończeniu książki wspomnianej powyżej

Music
Listenin’ to: Snow Patrol (ostatnio miałem fazę na genialną piosenkę "Set the fire to the third bar", śpiewaną razem z Marthą Wainwright), poza tym:
nadal Arctic Monkeys, High School Musical, Gwen & Fergie, czyli wszystkie ostatnio zakupione przeze mnie płyty +
"Wisemen" James’a Blunta, "Gone Daddy Gone" Gnarlsa Barkley’a, "Suddenly I see" KT Kunstall, "No Hay Igual" Nelly Furtado, "Shoot the Runner" Kasabian i parę piosenek z czwartego sezonu OC (w tym "The West Coast" Jasona Schwartzmana i "Black Swan" Thoma Yorke’a, z pięknie śpiewanym refrenem: "’cause this is fucked up, fuuucked up" ;)
Marty – to są te rzeczy, które Ci się dzisiaj podobały, gdyby co.
Poza tym dorosłem juz do drugiego mixu z OC, więc Marty mi go dzisiaj zgrała. Thank you, Marty! :)

TV shows:
Dnia 31 grudnia 2006 roku skończyłem oglądać piątą serię Gilmore. Info clearly for the record

Tego samego dnia rozpoczęła się moja przygoda z serialem "Jericho".
Moi rodzice namówili mnie, żebym obejrzał, bo dobry serial. No, więc się skusiłem i teraz ściągam już przez iTunes’a dziewiąty odcinek. "Jericho" to serial o życiu małego amerykańskiego miasteczka, po tym jak mieszkańcy na horyzoncie zobaczyli… grzyb po bombie atomowej. It’s really nice to watch and it’s interesting, I must tell you :)

And now:
Some reflections about LOST:
Na początku stycznia obejrzałem końcówkę drugiej serii. Ostatni odcinek był podwójny, więc trwał półtorej godziny. Tak zaczęli kręcić i dodawać zagadki, że po obejrzeniu tego podwójnego odcinka pomyślałem sobie: "Boże, jaki to jest posrany serial", ciesząc się, że robię sobie przerwę pomiędzy seriami, odpoczynek od "Zagubionych" będzie wskazany.
Za to po obejrzeniu pierwszego odcinka serii trzeciej byłem już na nowo wciągnięty. :)
"The tale of two cities" jest naprawdę świetnym odcinkiem. "Lost" nabrał nowego klimatu (jeśli coś takiego w ogóle można powiedzieć), ale ten klimat bardzo mi odpowiada. Pierwszy odcinek mi przywrócił wiarę w ten serial i z chęcią oglądam dalej (dzisiaj np. zamierzam obejrzeć epizod numer trzy ;) ).

OK – już was nie zanudzam spostrzeżeniami apropos seriali.
Back to life.
W niedzielę jadę do Włoch, do Falcade, z Chrisem. Będzie to mój ostatni wyjazd zimowy jako uczestnika (nie wykluczam zostania młodą kadrą w przyszłości), więc trza skorzystać z takiej okazji. Zwłaszcza, że tym razem jadę na deskę, bo w końcu się dałem na nią namówić. Mam nadzieję, że będzie fajnie i przestanę w końcu patrzeć na całą sprawę pod kątem: "ile to rzeczy nie mógłbym zrobić, gdybym jednak został w Warszawie", bo takie myślenie do niczego nie prowadzi i tylko denerwuje się bez sensu.

Life – In other news:
-> Udało mi się w czwartek poszkliwić zriobiony przeze mnie talerz z gilny, na zajęciach plastycznych u Ani. Cała grupa plastyczna dostała swoje gotowe prace na wigilii szkolnej, ja swoją szkliwiłem wczoraj. To wszystko przez to, że się nie chciała wysuszyć w piecu.
-> Zajęcia teatralne. Zacząłem chodzić do tej młodszej grupy (teraz też jedynej) po tym jak dziewczyny z moich zajęć z nich zrezygnowały. Na szczęście nowa grupa jest liczniejsza, więc zajęcia się nieustannie odbywają. W najbliższym czasie zaczynamy już prace nad spektaklem. Ale o tym na razie sza!, jak to się mawia. ;)
-> Softy – wchodząc dzisiaj do metra razem z Martyną, spotkaliśmy… Magdę! ;) (I wszystko jasne) (Ja juz widzę jak się tarzasz po ziemii ze śmiechu ;) )
-> Zrobiłem ostatnio kolaż/fotomontaż na zajęcia fotograficzne. Jest on jedną z tych rzeczy, które miałbym ochotę tutaj umieścić (o czym również poniżej). ;)
-> Dowiedziałem sie o wspólnej historii łączącej moją mamę z Gizelą, czyli dziewczynę prowadzącą kółko fotograficzne. Wydarzenia z przed 20-paru lat, kiedy moja mama miała tyle lat co ja. ;)

Zgodnie z tytułem tej notki, nie umieszczam żadnych zdjęć, chociaż mam akurat parę fajnych, które by się dało umieścić (jak chociażby nowe foto Marty) ;)

Ale to ewentualnie następnym razem. Tymczasem mówię do zobaczenia.

 
Komentarze (4)

Napisane w kategorii Bez kategorii

 
 

  • RSS