RSS
 

Notki z tagiem ‘x-men’

X-Men: Przeszłość, która nadejdzie

23 maj

X-Men: Days of Future Past, reż. Bryan Singer, 2014

„X-Men: Days of Future Past”, czyli sequel wszystkich poprzednich części X-Menów, to opowieść poprowadzona dwutorowo. Rozgrywająca się w przyszłości, jak i w latach 70., kiedy to w wyniku dramatycznego wydarzenia rozpocznie się proces, który doprowadzi do postapokaliptycznej przyszłości, którą oglądamy na początku filmu. X-Meni chcąc zapobiec masowej czystce serwowanej przez Sentinelów – ogromne roboty, które atakują czynnik mutogenny w ludzkich organizmach, wysyłają do przeszłości Wolverine’a, by ten pomógł zapobiec temu zdarzeniu.

Obie perspektywy czasowe ogląda się z zainteresowaniem, zwłaszcza że sceny przyszłości posiadają wyjątkowo plastyczne, ładnie schoreografowane oraz wpadające w oko sceny walk z Sentinelami. Drużyna mutantów, która toczy z nimi bitwę posiada bowiem naprawdę ciekawe umiejętności. Duże wrażenie zrobiła na mnie w szczególności Blink, potrafiąca otwierać przestrzenne portale, które przenoszą w inne miejsce. Bardzo przydatna umiejętność podczas walki, świetnie wykorzystana w sekwencjach akcji. Co jednak znamienne – bardzo wiele z nowych postaci w zasadzie nie ma zbyt dużo do mówienia na ekranie – bardziej liczą się ich umiejętności walki niż krasomóstwo.

Magia słowa to bardziej domena sekwencji z przeszłości, gdzie Wolverine musi przekonać młodego, zagubionego i poharatanego przez życie Xaviera, by ten pomógł mu odwrócić bieg historii, zapobiegając „temu” zdarzeniu, od którego wszystko się zaczęło. Lata 70 obfitują w mniej lub bardziej ciekawe wymiany zdań między bohaterami, celne one-linery oraz kilka wyjątkowo sprawnych, przykuwających uwagę scen akcji. Wszystkie trzy elementy pięknie się ze sobą zazębiają w scenie ucieczki z Pentagonu. Duża w tym zasługa zabawnego, choć nieco przesadzonego Quicksilvera, którego umiejętność poruszania się z niezwykłą szybkością, dostaje tutaj pełne pole do popisu. Pojawia się nawet słowna wzmianka do komiksowego rodowodu postaci, co włoży uśmiech na usta każdego fana.

Sekwencje przeszłości po raz kolejny ładnie wprowadzają alternatywne wersje wydarzeń historycznych (w tym momencie znamy już dwie superbohaterskie teorie dotyczące zabójstwa JFK) oraz serwują wielokulturowe dialogi. Tym razem w stopniu mniejszym i nie na tak ważnym, jak poprzednio poziomie (dzięki Bogu, bo w duńskim kinie były tylko duńskie napisy, kiedy bohaterowie rozmawiali po chińsku i francusku), ale jednak dobra tradycja została zachowana.

Większość bohaterów znanych z poprzednich części pojawia się w tej odsłonie, choć kilkoro z nich jedynie jako wzmianki słowne. Główne postacie na szczęście znajdują się na swoim miejscu, racząc nas najlepszymi cechami swojego charakteru. Dostajemy też kilka nowych twarzy. Najciekawszymi z nich są: wspomnieni już Quicksilver (Evan Peters) i Blink (Bingbing Fan), nieźle prezentuje się też Sunspot (Adam Canto) i Bishop (Omar Sy), których umiejętności walki przysparzają wielu intrygujących scen akcji. Peter Dinklage (wcielający się w dr Traska) jest jak zwykle świetny. Aż szkoda, że tak niewiele go na ekranie, bo zawsze kiedy z kimś rozmawia, pokazuje pełne spektrum swojego uroku. Brakuje wprawdzie kilku drugoplanowych bohaterów poprzednich części, na szczęście najważniejsi z nich zyskują choć wzmiankę dotyczącą ich dalszego losu. Niektóre pozostają jednak doszczętnie pominięte. Wyjaśniła się też sprawa udziału Anny Paquin w projekcie, jednak czy jej rola znalazła się w finalnej wersji, przekonajcie się w kinie.

Filmowi brakuje magnetycznego muzycznego tematu przewodniego, pokroju tego, który przyświecał „Pierwszej Klasie”. Muzyka jest stricte ilustracyjna, nigdy nie wybijając się na pierwszy plan, będąc zupełnie niesłyszalna. Trochę szkoda, bo temat przewodni, znany z poprzednika pięknie łączył całą historię. Tutaj brakuje trochę jakiegoś muzycznego rytmu dla całej opowieści.

Najnowsza odsłona „X-Menów” poniekąd resetuje wszelkie wydarzenia z poprzednich filmów, stanowiąc dla nich nowy początek. To zaś sprawia, że obecnie twórcy mogą poprowadzić swoją historię w zasadzie w dowolnym kierunku. Dostajemy też kilka rewelacji, pokroju TrueBlodowego „Einstein był półwróżką”, parę wskazówek do komiksowego rodowodu postaci („Moja matka znała faceta, który to potrafił”), a także parę fajnych kulturowych smaczków, w postaci nawiązań do muzyki popularnej czy fragmentów kultowych programów telewizyjnych.

Ogólnie rzecz biorąc „X-Men Days of Future Past” to niezła rozrywka i ciekawy rozdział w historii ugrupowania X, jednak ostatecznie filmowi brakuje tej wisienki na torcie, która wywindowałaby go do najlepszych z najlepszych. Nie jest on bowiem ani napędzany rozpędzoną, rozbuchaną akcją (epickich sekwencji jest tu jedynie kilka), ani chemią między bohaterami (relacje między Charlesem a Ericiem są tu nieco nadwyrężone i nie czuć już tej namacalnej bliskości, którą prezentowała „Pierwsza Klasa”). To obraz, który każdego z tych elementów serwuje nam po trochu, jak gdyby chcąc zadowolić wszystkich. Nie twierdzę, że mu to nie wychodzi, bo film ogląda się z przyjemnością, po prostu widziałem w nim jeszcze większy potencjał do wykorzystania. Niemniej, gdybym miał określi najnowszych „X-Menów”, jednym słowem, użyłbym słowa-wytrychu: „fajny”. Dobrze się go bowiem ogląda, miło spędza przy nim czas, scenariusz nie ruga inteligencji widza, ale jednak całości brakuje „tego czegoś”, co stawiałoby go na pierwszej pozycji wśród filmów z serii. To miano wciąż należy do „Pierwszej Klasy”, która pokazała jak filmy o mutantach zawsze powinny wyglądać.

Ocena: 7/10

PS. Scena po napisach jest wyjątkowo dziwna i rodzi bardzo wiele pytań, nie mając najmniejszego związku z fabułą filmu. [EDIT: (Pewnie dlatego, że ma związek z kolejną odsłoną - „X-Men Apocalypse”, której premiera zaplanowana jest na 2016 rok).]

PS2. Ocenę jeszcze zrewiduję, bo już planuję re-watcha w niedalekiej przyszłości.

 
Komentarze (4)

Napisane w kategorii Movies

 

The X-Men Experience

19 maj

W ramach przygotowań do „X-Men: Days of Future Past”, postanowiłem odświeżyć sobie poprzednie filmy z serii. Poniższy wpis będzie więc krótką przebieżką po myślach, które mnie naszły podczas rewatchu.

X-Men, reż. Bryan Singer, 2000

Film, od którego wszystko się zaczęło. Pamiętam, że jako dzieciak podczas wizyty w Paryżu z rodzicami pierwszy raz ujrzałem plakat filmu Singera. Bohaterowie przedstawieni w niebieskiej poświacie równocześnie przykuwali mój wzrok, jak i odstraszali. Czułem pewien dreszczyk emocji, patrząc na nietypowych bohaterów, jednak podczas całego pobytu nie było mowy, bym nie spojrzał na plakat, mijając go na mieście. Pamiętam też, że idąc na film z przyjacielem zastanawialiśmy się czy dobrze trafiliśmy, gdy pierwsza sekwencja zwiastowała „Poland 1944”. Jakież było nasze zdziwienie i zadowolenie, że oto jednak jesteśmy w odpowiedniej sali kinowej, a moce Magneto ujawniły się w tak dramatyczny sposób. Film porwał mnie swoją formułą, przeraził tym, co przydarzyło się Senatorowi Kelly’emu, zaintrygował postacią Mystique oraz zauroczył finałową walką w Statule Wolności. Miał tempo, humor i ciekawych bohaterów. Tak oto zrodziła się moja „X-Menowa” miłość, która miała trwać długo, a której pełna eksplozja nastąpiła już po trzech latach, kiedy na ekrany wszedł „X-Men United”. „X-Men” oglądany po latach to nadal przyzwoity film, który przykuwa wszystkimi wymienionymi elementami i który bardzo ładnie zarysowuje ciekawą granicę w podejściu do walki o swoje prawa, o czym zresztą zgrabnie napisał Dawid Przywalny w swoim hatakowym artykule „Komiksologia”. Warto takze wynotować, że pierwsi „X-Meni” to początki kinowego panowania Marvela. Jeszcze bez logo i sceny po napisach, ale wyniki kasowe i przychylność krytyków już wtedy zaczęła wyznaczać poziom spod znaku jakości studia.

Ocena: 7/10

X-Men: United, reż. Bryan Singer, 2003

X-Men: United”, czy jak widnieje w sekwencji tytułowej filmu, po prostu „X2” to obraz, który rozpoczyna się z hukiem, od wprowadzenia niezwykle ciekawego mutanta (Nightrawler) i atakiem na Prezydenta Stanów Zjednoczonych. Fabuła jest bardzo zgrabnie poprowadzona, zahaczając  o tajemniczą przeszłość Wolverine’a, nowe zagrożenie dla mutantów ze strony starego przeciwnika oraz wprowadzając nowe postacie drugoplanowe, które przykuwają uwagę i zapewniają sporo rozrywki. Świetne zwroty akcji (fraza „And now find all the humans” pozostała w mojej głowie od czasu pierwszego seansu te wiele lat temu) i ciekawie poprowadzone walki przysparzają wielu pozytywnych wrażeń. Po pierwotnym seansie „X2” stali się moją ulubioną częscią sagi i w zasadzie tak pozostało po dziś dzień. Aczkolwiek oglądając ten odcinek ponownie, zauważam, że wiele rzeczy nie zostało w pełni wyjaśnionych, a niektórym postaciom brakuje trochę backstory, by jeszcze mocniej przejąć się ich losem. Ale dobry action-action-action zostaje zachowany, więc w zasadzie nie ma na co narzekać. Dobre kino rozrywkowe, przysparzające pozytywnych wrażeń. Aha – no i dostajemy już charakterystyczne marvelowskie logo oraz scenę, która w dzisiejszych czasach pewnie byłaby bonusem po napisach (symbol Phoenix). Rozrywka na poziomie, do której chce się wracać.

Ocena: 8/10

X-Men: The Last Stand, reż. Brett Ratner, 2006

W ramach przygotowań do najnowszego filmu poczytałem trochę ciekawostek dotyczących słynnej serii. Jedną z nich była kwestia ukazania sesji treningowych w Danger Roomie oraz ukazanie wątku Sentineli. Ponoć Singer miał plany, by sceny te pokazać już w pierwszych dwóch filmach, jednak z powodu cięć budżetowych, dwukrotnie mu się to nie udało. Jakże więc dziwnym i niefortunnym jest, że to właśnie trzeci film z serii, już nie pod jego artystyczną pieczą pokazuje te sceny, na dodatek w pierwszych dziesięciu minutach, robiąc to jednak trochę bez serca. W obecnej formie wyglądają one trochę jak odhaczanie pomysłów z listy niż sensowny zabieg scenariuszowy. Zresztą „The Last Stand” ogólnie charakteryzuje się bezsensownymi zabiegami scenariuszowymi, które tylko irytują widza. Weźmy na przykład takiego Magneto i jego relację z Mystique. Kiedy ona ratuje go przed nietypowym rodzajem broni, zostając tym samym uleczona ze swojej mutacji, jego reakcją jest „Uratowałaś mnie. Ale teraz przykro mi, nie jesteś już jedną z nas”. I odchodzi, pozostawiając ją samą sobie. Wyjątkowo surowe traktowanie kogoś, kto jest twoim najbliższym sojusznikiem i przyjacielem. Charakterologiczne wzruszenie ramion na krzywdę bliźniego zupełnie zabija rozwój postaci i jest bezsensownym pomysłem. To samo wzruszenie ramion budzi u widza zabicie wielu pierwszoplanowych postaci. Śmierć kanonicznych bohaterów nie zyskuje tutaj ani grama emocjonalnego bagażu, który powinien towarzyszyć tym wydarzeniom, pozostawiając widza ze scenariuszowym chaosem, z którego de facto nic nie wynika. Niby myśl „dla lepszego jutra ogółu, poszczególne jednostki muszą zginąć”, gdzieś tam widnieje, ale brak temu wszystkiemu jakiegoś mocniejszego kopa, który sprawiłby, żebyśmy tym wszystkim prawdziwie się przejęli. Rozpierduchę robią ładną, scena z mostem Golden Gate należy do jednej z moich ulubionych w serii, ale całości zwyczajnie brakuje serca. Ratner zwyczajnie nie czuje tej serii, nic więc dziwnego, że wszyscy wieszają psy na tej odsłonie przygód mutantów. Na plus można za to zaliczyć pojawienie się pierwszej w „X-Menowym” uniwersum sceny po napisach, będącej zresztą niezwykle ważną dla przyszłości serii.

Ocena: 4,5/10

X-Men Geneza: Wolverine, reż. Gavin Hood, 2009

W trakcie rewatchu celowo pominąłem „Genezę: Wolverine’a”, gdyż ten film z wielu powodów, które zgrabnie kiedyś opisałem, nie przypadł mi do gustu. Najchętniej zrobiłbym tak samo, jak sam bohater i wymazał sobie jego wydarzenia z pamięci. A zamiast ponownego seansu, zafundowałem sobie krótkie (choć i tak dość męczące 15-minutowe)Everything Wrong” oraz dużo żwawsze, niezwykle celny „Honest Trailer”.

Ocena: 4=/10

The Wolverine, reż. James Mangold, 2013

Ostatni film z X-Menowej serii, który zawitał na ekranach, jednak chronologicznie rozgrywający się tuż po „Ostatnim Bastionie”. No i poziomem raczej zbliżony do tego filmu, a nie „X2”, czy „Pierwszej Klasy”, więc obejrzałem go wcześniej, co by całego rewatcha na wysokiej nucie zakończyć. Pominięcie „Genezy” zdaje się dobrym ruchem, bo „The Wolverine” też jakoś chce zapomnieć o swoim poprzedniku, odwołując się do niego jedynie w pojejedynczej scenie. Obraz Mangolda pokazuje zresztą folklor kultury Japonii, Wolverine’a czyniąc poniekąd postronnym świadkiem rodzinnego dramatu o przejęcie władzy w firmie. Ważnym pionkiem w grze. Co ciekawe – takie postawienie sprawy umożliwiło filmowi naprawienie błędów poprzednika i dało widzowi film, który naprawdę może się podobać. Dzieje się tak za sprawą historii, w której Logan nękany jest wizjami zmarłej Jean Grey, nie potrafiąc dojść do ładu z burzliwymi wydarzeniami z San Francisco. Pomocna natura wygrywa w nim jednak, gdy stary przyjaciel prosi go o pomoc, a na miejscu staje się świadkiem wielkiej niesprawiedliwości, która dotyka młodą dziewczynę.

Film Mangolda oglądałem w dwóch wersjach – PG13 oraz R, która jest dłuższa o kilka minut. R-ka od wersji kinowej różni się w zasadzie tym, że dostała trochę więcej przekleństw i jedną krwistą akcję z ninja – gdy Yukio „kosi” ich ciała specjalną maszyną, którą aż chciałoby się nazwać kosiarką. Szkoda tylko, że z ostatecznej wersji filmu wycięto fajną bonusową scenę na zakończenie, ukazującą Yukio dającą Loganowi jego charakterystyczny żółty strój. Byłoby miło zobaczyć go w takim kombinezonie choć przez chwilę w kolejnym sequelu, który pewnie dojdzie kiedyś do skutku. Najważniejsza scena po napisach, bezpośrednio nawiązująca do „Days of Future Past” rozgrywa się bowiem w dwa lata później od czasu wydarzeń „Wolverine’a”, więc twórcy sprytnie zostawili sobie furtkę do przyszłych sequeli.

Ocena: 7=/10

X-Men: First Class, reż. Matthew Vaughn, 2011

Ponowny seansPierwszej Klasy” uświadomił mi, że to właśnie jest najlepszy film z „X-Menowej” serii. Najbardziej wyważony, najbardziej poruszający, najbardziej zapadający w pamięć. Wszystko dlatego, że każda z zaprezentowanych postaci dostaje tutaj swoje pięć minut i odgrywa ważną rolę dla całości historii. Niezmiernie podoba mi się też osadzenie opowieści w latach 60. i powiązanie jej z Kryzysem Kubańskim. Zabieg, który sprawdził się w „Watchmenach”, świetnie sprawdza się też tutaj. Na dodatek w pewnym momencie pada nawet zdanie: „We can avange him”, co przywodzi na myśl inne superbohaterskie ugrupowanie. Oglądanie jak rodzi, a potem nadwyręża się przyjaźń Erica i Charlesa to rzecz niezwykła, a dylematy Raven/Mystique są czymś, co napędza większość filmów z serii „X” – kwestię pogodzenia się z samym sobą. W „Pierwszej Klasie” wszystkie wątki są niezwykle zgrabnie połączone, przysparzając masy pozytywnych wrażeń. Wspaniałe są sceny młodzieńczej wolności, gdy nowi członowie drużyny ujawinają swoje zdolności. Drugim pięknym motywem jest rozwój przyjaźni między Ericiem, a Charlesem, którego high-pointem jest moment, w którym Xavier pomaga Lehnsherrowi kontrolować swoją moc, próbując obrócić satelitę. Pomaga mu wtedy odblokować dawno zapomniane wspomnienie. Wspaniały, emocjonalny moment. „Pierwsza Klasa” jest więc, no cóż, pierwsza klasa!

Ocena: 8,5/10




Najlepszy utwór całej „X-Menowej” sagi, idealnie oddający emocjonalną siłę, którą niesie za sobą seria. #GoodJob Henry Jackman!

Aaand done! Teraz czuję się już w pełni gotowy do czwartkowego seansu „Days of Future Past”, z którym wiążę duże nadzieje. Szybka przebieżka po „X-Menowym” świecie przypomniała mi, jak przyjemnie rozrywkowe są to filmy i jak miło spędza się z nimi czas.

Na koniec wpisu warto zaznaczyć, że moje oceny poszczególnych części nieco różnią się od tych, wystawionych tuż po pierwotnym seansie. Większość nieco poleciała w dół, ale aż sam zaskoczyłem się, gdy zorientowałem się, że taki „The Wolverine” za drugim razem wciągnął mnie bardziej, przysparzając lepszej rozrywki. Czy to kwestia tych dodatkowych kilku R-kowych minut? A może wiedząc co się szykuje, byłem bardziej skłonny przymknąć oko na parę z wynotowanych wcześniej mankamentów? Ciekawa sprawa!

 
Komentarze (2)

Napisane w kategorii Movies

 

The Wolverine

24 lip

Wolverine nie ma szczęścia do samodzielnych filmów. O ile produkcje o ugrupowaniu superbohaterów wypadają świetnie, stojąc na wysokim poziomie fabularnym, o tyle samodzielne obrazy o Rosomaku stanowią nieangażujące opowieści, którym brakuje ikry i akcji z prawdziwego zdarzenia.

X-Men Geneza: Wolverine” popełnił wiele kardynalnych błędów, o których pisałem w osobnym wpisie. Jego „kontynuacja” (o tym za moment), czyli „The Wolverine” Jamesa Mangolda poprawiła większość z wypunktowanych przeze mnie błędów, nie uchroniło to jednak twórców przed popełnieniem całej rzeszy nowych.

Pierwszą rzeczą, która zaskakuje podczas seansu „The Wolverine” to fakt, iż jest to kontynuacja… oryginalnej serii o „X-Menach”, a nie poprzedniego filmu, wspomnianego na począktu wpisu. O „Genezie” twórcy zapomnieli równie szybko, jak główny bohater, który za sprawą wymazania pamięci pod koniec poprzedniego filmu, nie posiada żadnych wspomnień związanych z tamtymi wydarzeniami (pojawia się jedna słowna wzmianka, nawiązująca do wydarzeń z obrazu Gavina Hooda). Takie zagranie sprawia, że chwilę zajmuje oswojenie się z zaskakującą chronologią zdarzeń.

Jednym z głównych problemów poprzedniej odsłony był fakt wprowadzenia zbyt wielu bohaterów, którzy zbyt szybko zginęli, by ich śmierć wywarła jakiekolwiek wrażenie. „The Wolverine” posiada zaś problem odwrotny. Historia obraca się wokół członków jednej wpływowej japońskiej rodziny, której problemy zostają tu tak silnie zarysowane, że aż… spychają postać Logana na drugi plan. Historia Rosomaka w „The Wolverine” jest mniej rozwinięta i bardziej naiwna niż to, co przydarza się rodzinie Yashida. Dziwnym jest ponadto fakt, że w filmie pojawia się jedynie dwójka (względnie trójka) mutantów.

Najnowszy rozdział historii Rosomaka to przeciągnieta opowieść, której celem jest chyba przekazanie widzowi prostego komunikatu: Japonia jest fajna. Do tego celu wykorzystywane są elementy, które stereotypowo kojarzą się z Krajem Kwitnącej Wiśni: samurajowie, ninja, Yakuza, kimona, pałeczki – artefakty państwa wyspiarskiego, które wymieni nawet małe dziecko. Plus za początek w Nagasaki i prominentne zaznaczenie charakterystycznej bramy – jedynego obiektu, który nietknięty zachował się mimo bombardowań. Wartym wynotowania jest także fakt, iż znaczna część obrazu prowadzona jest w języku japońskim, co stanowi ciekawą odmianę od udawania, że wszędzie na świecie ludzie porozumiewają się po angielsku. Wszystkie te elementy sprawiają jednak, że jest to bardziej film o japońskiej rodzinie niż o samym Wolverinie.

Oczywiście poziom aktorstwa nie odbiega od poprzedników i Hugh Jackman jak zwykle sprawdza się w swojej roli wyśmienicie. Jackman ponownie ostro ćwiczył w siłowni, gdyż muskulatura Wolverine’a jest tym razem potężniejsza niż kiedykolwiek poprzednio. Szkoda jednak, że Hugh nie miał lepszego materiału do zagrania, bo takie sceny, jak własnoręczna operacja serca (sic!) wołają o pomstę do nieba. Partnerujące mu aktorki nieźle spisały się w swoich rolach, choć trochę brak im wyrazistości. Każda z nich wydaje się jedynie pionkiem w większej grze niż pełnoprawną postacią z krwi i kości. Nawet wątek Jean Grey wydaje się nieporadny, przesłodzony i prosty.

Film wchodzi na ekrany kin w zupełnie zbędnej wersji 3D. I choć zdjęcie okularów rzeczywiście powoduje różnicę, obraz nie posiada scen, które rzeczywiście zyskałyby na efekcie trzeciego wymiaru. Niestety nastały takie czasy, że bez 3D film się obejść nie może, nawet jeśli dla użycia technologii brak jakiegokolwiek uzasadnienia.

Zdaję sobie sprawę, że za kanwę scenariusza posłużył prawdziwy komiks opowiadający o japońskiej przygodzie superbohatera, nie mogę jednak pozbyć się wrażenia, że twórcy lepiej by zrobili, gdyby wybrali bardziej angażującą historię. Jest ponadto jedna sekwencja (ta ze strzałami), która na kartach komiksu mogła sprawdzić się znakomicie (zwłaszcza, że jest bardzo plastycznie ukazana), w kinie jednak wygląda już niepoważnie.

Największym mankamentem „The Wolverine” są jednak dłużyzny i przestoje – zmora dzisiejszych blockbusterów. Jak gdyby twórcy musieli wypełnić rozbuchany ponad dwugodzinny czas trwania, niezależnie od tego czy mają jakikolwiek pomysł czym wypełnić tak długi metraż. Coraz więcej twórców łapie się w tę pułapkę, pokazując widzowi wydłużone, nic nie wnoszące sekwencje, kiedy wyraźnie widać, że ich wycięcie zwiększyłoby dynamizm opowieści, a co za tym idzie – przyjemność oglądania.

Ponad dwugodzinny „The Wolverine” niestety jest  obrazem nieangażującym, a chwilami wręcz nudnym. Nie jest to obraz do którego będzie się chciało wracać. Ba, to produkcja, który uleci z głowy już w kilka chwil po seansie. A choć jest filmem lepszym od poprzednika, niestety wciąż nie oznacza to, że jest filmem dobrym. A już na pewno nie takim, na jaki zasługuje tak znamienity bohater, jak Logan. Szkoda.

Ocena: 6-/10

(czyli lepiej niż „Geneza”, choć to nadal nie to. Zresztą powinienem raczej zrewidować te oceny i „Genezie” przyznać 4/10, a „Wolverine’owi” 5/10).

No to sobie ulżyłem! Nie wiem dlaczego Logan nie ma farta do samodzielnych produkcji, jest to dla mnie zaskakujące i w sumie smutne. Na szczęście zawód spowodowany spędzeniem nieangażujących chwil z Rosomakiem, nie przyćmiewa moich nadziei związanych z kolejnym projektem z „X-Menowego” uniwersum, czyli obrazu „Days of Future Past”. (Spoiler??) Ba, najlepsza scena „The Wolverine” to właśnie ta po napisach – bezpośredni wstęp do „Days of Future Past”. Co ważne – rozgrywa sie ona w „dwa lata później” od końcówki „Wolverine’a”, co wciąż daje twórcom możliwość kontynuowania samodzielnej wyprawy Logana. Do trzech razy sztuka?! Nie wiem czy jest we mnie jeszcze tyle fanboya, by przekonywać się, jeśli rzeczywiście trójka kiedykolwiek powstanie.

 
Komentarze (4)

Napisane w kategorii Movies

 
 

  • RSS