![]() |
Where's the Mystery? "Sherlock Holmes: A Game of Shadows" to druga część opowieści o najsłynniejszym detektywie, widziana oczami Guy'a Ritchiego. Pierwsza niezmiernie mi się podobała, dlatego mocno czekałem na jej kontynuację.
Będąc już po seansie mogę powiedzieć, że nie jestem zawiedziony, choć bawiłem się nieco słabiej niż na świetnej części pierwszej. Nowa odsłona jest już bowiem mniej klimatyczna i zagadkowa, stawiając więcej akcentów na wątki 'akcyjne'. Jest tu więc nieco mniej błyskotliwej dedukcji, a więcej pościgów, wybuchów i bijatyk. Zmiana ogólnej atmosfery obrazu może zaś wynikać z faktu, że akcja z dość ponurego Londynu przeniosła się do wielu miast Europy, które posiadają jednak nieco inną energię. Zresztą taka zmiana klimatu jest całkiem zaskakująca, biorąc pod uwagę podtytuł filmu. Na moje oko 'cienia' było tu zdecydowanie mniej niż poprzednio, co nieco nadgryzło urok obrazu. To właśnie ów półmrok Londynu był jednym z dużych atutów części pierwszej. Sama intryga też poprowadzona jest w sposób, który słabiej przyciągająca uwagę. Pracy stricte detektywistycznej jest tu mniej. A przynajmniej nie skupiono na niej tak dużej uwagi, jak poprzednio. Tym razem dostajemy więcej scen 'siłowych' niż takich, w których oglądamy, jak Sherlock łączy ze sobą kolejne części łamigłówki, próbując nadać im sens. Rozwiązanie przychodzi więc 'za łatwo'. Za szybko dowiadujemy się w jaki sposób działa główny przeciwinik Sherlocka, by obawiać się jego następnych, 'nieprzewidywalnych' ruchów. Być może wynika to z faktu, że na początku filmu możemy oglądać scenę, rozgrywającą się w pokoju, obwieszonym wycinkami prasowymi i sznurkami wiążącymi wszelkie dziwne światowe wydarzenia z osobą Profesora Moriarty'ego. Szczerze mówiąc nie obraziłbym się, gdyby choć kawałek filmu poświęcono temu, jak Sherlock zbierał informacje, by dojść do swoich wniosków. Nie pokazując nam tego procesu, twórcy za szybko dają nam gotową odpowiedź. Tym samym zmniejszając dawkę emocji, które mogliby nam dostarczyć. Mimo wszystko – części drugiej nie ogląda się źle, choć brak tu niewymuszonego uroku, lekkości oraz pewnego 'powiewu świeżości', które charakteryzowały "jedynkę". Jak gdyby twórcy, skupiając się na warstwie akcyjnej, zapomnieli czemu pierwszy obraz miał taką siłę oddziaływania. (A było to spowodowane właśnie świetnym zarysowaniem fabuły i samej detektywistycznej intrygi). Dali nam więc obraz zwyczajnie dobry, ale nie wciągający do swojego świata tak mocno, jak poprzednik. Na szczęście aktorstwo znów stoi na wysokim poziomie. Oglądanie Roberta Downey'a Juniora jako Sherlocka przypomina oglądanie Johnny'ego Deppa jako Jacka Sparrowa. Obaj czują się jak ryba w wodzie, gdy przychodzi do grania swoich charakterystycznych postaci. Obaj skupiają na sobie całą uwagę. Potrafią bawić się rolą i wyciągać z niej wszystkie możliwe emocje. Sprawiają, że widz chciałby jak najdłużej obcować z ich bohaterami. Są tak interesująco spostretowani, że nie sposób nie chłonąć każdego z ich zachowań. I choć kolejne obrazy z ich udziałem są nieco słabsze od poprzednich, ich gra niezmiennie trwa na bardzo wysokim poziomie. Brawa należą się więc w stu procentach. Niezmiernie ucieszył mnie fakt, że w części drugiej powróciła cała obsada znana z pierwotnego obrazu. Jude Law, Rachel McAdams, Kelly Reilly, a nawet Geraldine James, czy pies Gladstone, (który dostał nawet własny plakat ;)), pojawiają się na ekranie. Ich występ jest równie udany, co poprzednio, także oceniam go zdecydowanie na plus. Nowy aktorski "narybek" serii, czyli Jared Harris, Noomi Rapace i Stephen Fry również wypadają przyzwoicie w swoich rolach, mimo że żadne z nich nie porywa swoją kreacją. O to jednak trudno, gdy dzieli się ekran z niedoścignionym Downeyem Jr., który kradnie każdą scenę dla siebie.
Muszę jednak powiedzieć, że moim zdaniem Profesor Moriarty mógłby być nieco bardziej 'diaboliczny' i nieobliczalny, gdyż jego osoba budziła zdecydowanie mniej emocji niż Lord Blackwood, choć ten bohater jest bardziej wpływowy i posiada szerszy arsenał możliwości działania. Być może jednak Moriarty celowo jest tak niecharakterystyczny, wyciszony i opanowany, skoro działa w sposób, który uniemożliwia powiązanie go z konkretnymi wydarzeniami? Trudno mi jednak w pełni uzasadnić takie scharakteryzowanie postaci. Na szczęście jest to uszczerbek, który nie psuje seansu, a jedynie pozostawia życzenie: mogło być lepiej.
Muzyka* Hansa Zimmera to wariacja na temat motywów znanych z części pierwszej. Bardzo zbliżona stylem, a mimo to nieco różniąca się od pierwowzoru. Tym razem jednak nie oddziaływała na mnie tak mocno, jak ta z "jedynki". Może dlatego, że współgrała z jaśniejszymi kadrami niż poprzednio i dlatego nie niosła tak dużej dawki emocjonalnej? Pierwszy "Sherlock" Ritchiego podobał mi się tak bardzo, że widziałem go już ponad pięć razy. Nowa odsłona nie wciągnęła mnie tak mocno, jednak myślę, że ten film może zyskać przy ponownych seansach. Na razie stawiam 7/10, czyli oczko w dół względem wyśmienitej części pierwszej. (Także - zachęcam, choć już nie tak ochoczo, jak poprzednim razem). Tagi: movie guide, sherlock Kaczy 2012-01-09 12:45:40 skomentuj (9) |